Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30-Day Book Challenge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 30-Day Book Challenge. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 30

(źródło, rech rech rech)
Ulubiona książka wszechczasów.

I oto dotarliśmy do bezdyskusyjnie najgłupszego pytania w tym wyzwaniu: do ulubionej książki. To ten dziwny moment, w którym jakimś dziwnym cudem mam wybrać jedną pozycję spośród wielu, przykładając do nich jakąś bliżej nieokreśloną miarkę, która w ogóle pozwoli porównać ulubioną książkę z dzieciństwa, ulubioną o kosmosach, ulubioną fantasy, ulubioną dystopię, ulubioną komedyjkę, ulubiony kryminał, ulubiony reportaż, ulubioną historyczną, ulubioną grozy i tak dalej. Jak zrytą trzeba mieć psychikę, żeby uważać, że to w ogóle jest możliwe?
Hobbit za pierwszym razem mnie aż tak nie ujął (podobał się, ale tak zwyczajnie”), przy drugim jednak czytaniu byłam totalnie zauroczona. Władcę Pierścieni fangirlowałam odkąd pamiętam, choć dziś widzę pewne nużące elementy w pisaniu Tolkiena. Frankenstein Mary Shelley to był mój pierwszy lekturowy kac i nadal uważam, że to rewelacyjna opowieść o człowieku, potworze i więzieniu. No i zaliczyłam mitologię na pierwszym roku studiów dzięki temu. Fiasko Lema to kolejny z moich lekturowych kaców, doskonałe pokazanie konfrontacji człowieka z obcą cywilizacją i ten cudowny, zezłomowany kawałek wszechświata. Hrabia Monte Christo to świetni, wyraziści bohaterowie i genialna opowieść o zemście. A skoro o mocnych, wyrazistych i budzących sympatię bohaterach mowa, to przecież jeszcze Trzej Muszkieterowie! Wreszcie mało książek potrafi mnie tak rozśmieszyć jak Wszystko czerwone Chmielewskiej albo Wolni Ciutludzie Pratchetta, choć przecież Dzienniki gwiazdowe wzbudziły we mnie niezmierzone pokłady sympatii do Ijona Tichego i również ubawiły. A co z Bibliotekarzem Jelizarowa, gdzie tak świetnie było widać Rosję w rozkroku między sojuzem a kapitalizmem, a poza tym dużo bezsensownej przemocy i pomysłowych sposobów mordowania?
Jakim cudem niby ja mam ustawić te książki w jakiejś hierarchii? Czy twórcy tych wyzwań nie ogarniają, że czasem są tytuły, które należy ułożyć po prostu obok siebie, na zupełnie oddzielnych stosikach, a nie jeden nad drugim?
I zrobię coś, czego w sumie od początku się obawiałam. Wybiorę ulubioną powieść w sposób sztuczny i naciągany, ot: pierwszy tytuł, jaki przyszedł mi na myśl. Mimo że wiem, iż to nie jest takie proste. Wiem, że jest mnóstwo tekstów, które lubię w takim samym stopniu, ale po prostu z innych względów. Oh well… skoro HAL nie wygrał losowania na ulubionego bohatera, to przynajmniej 2001: Odyseja kosmiczna wygrywa na ulubioną powieść.
Pisać o niej nie będę, bo już to robiłam. Co prawda pisałam zbiorczo o całym cyklu, ale nie szkodzi.

I tym samym wyzwanie 30-Day Book Challenge uznaję za zamknięte. Ulżyło mi nie tylko dlatego, że zdecydowanie za dużo głupich pytań było w tym wyzwaniu. Rzecz w tym, że - prawdę mówiąc - odczuwałam pewien dyskomfort, niemal spamując na własnym blogu jednoakapitowymi notkami w stylu "lubię tę i tę książkę, bo tak". Z drugiej jednak strony, cieszę się, że wytrzymałam te trzydzieści dni. Po pierwsze, rzeczywiście nieco się "uświadomiłam" jako czytelnik. Mogłam trochę zastanowić się nad sobą, ustalić, co ja właściwie lubię i dlaczego. Cenne choćby ze względu na dobór lektur w przyszłości. Po drugie, dzięki wyzwaniu po prostu odświeżyłam sobie parę książek, o których zdążyłam już zapomnieć. Koniec końców fajnie było, ale cieszę się, że się wreszcie skończyło. Dziękuję.

sobota, 8 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 29

Książka, której wszyscy nienawidzą, a mi się podobała.

Przedostatnie pytanie. Radość z widocznego na horyzoncie końca wyzwania miesza się z przerażeniem, bo w ciągu minionego miesiąca głowiłam się ciągle nad ostatnim pytaniem i ciągle nic nie mam.
Nie wiem, czy wszyscy tego nienawidzą, nie robiłam sondy w temacie. Ale zawsze, jak rzucam tym tytułem i mówię, że mi się podobała ta książka, ludzie patrzą na mnie jak na kosmitę, więc myślę, że coś może być na rzeczy. Znów Hemingway, tym razem Stary człowiek i morze. Naprawdę. Wiem, że to książka o facecie w łódce, który siedzi, siedzi, sika, siedzi, potem dopływa do brzegu i okazuje się, że mu po drodze zeżarło marlina (o, było mi o tym pamiętać przy pytaniu o zaskakujący zwrot akcji). Nie zmienia to faktu, że książka coś w sobie miała. No – na tyle, na ile pamiętam. Czytałam ją w podstawówce, jakby nie patrzeć. Ale może chodzi o to, o czym już pisałam wcześniej: fabuła dla mnie się specjalnie nie liczy. Może Santiago jest po prostu dobrą postacią i dlatego dobrze mi się o nim czytało. Bo na pewno nie chodzi o przesłanie opowiadania, bo nigdy się nad tym przesłaniem nie zastanawiałam (Fryy tak mają: chłoną tekst, ale bardzo rzadko myślą nad tym, „co autor miał na myśli” – szczególnie młode Fryy).
Co ciekawe, ekranizacji z Anthonym Quinnem, choć lubię tego aktora, jakoś nie zmęczyłam. Znudziła mnie. Więc to musi być jednak coś w tym pisaniu Hemingwaya.

piątek, 7 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 28

Ulubiony tytuł.

Och, ostatnie trzy pytania...

Dziś nieco lepiej.
Pieśni dalekiej Ziemi sir Arthura C. Clarke’a. I to zupełnie abstrahując od tego, że świetna książka. Po prostu od samego początku niesamowicie podobał mi się ten tytuł. Zresztą, bądźmy szczerzy: w ogóle słowo „pieśń” w tytule dodaje gazylion do lansu. A w liczbie mnogiej to już w ogóle, ot, weźmy takie Inne pieśni. Toż to brzmi wspaniale, nawet gdyby cała książka ssała (a nie ssie, ale to inna sprawa)!
I nie mówię tu tylko o polskim tytule: The Songs of Distant Earth brzmi równie wspaniale. Plus, kiedy tylko słyszę ten tytuł, słyszę muzykę – nie chodzi o to, że jestem jakaś szczególnie wrażliwa albo umuzykalniona, nie. Po prostu Mike Oldfield w 1994 r. nagrał płytę o takim tytule, sporo się tego nasłuchałam (całość do znalezienia na jutubie). Ma fajny klimat i świetnie pasuje do książki.
Sama powieść nie jest najlepszym, co napisał Clarke. W sensie: na pewno nie moim ulubionym. Ale ten tytuł… tytuł nadal uwielbiam.

czwartek, 6 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 27

Najbardziej zaskakujący zwrot akcji albo zakończenie.

Bez sensu. To znaczy serio, to po prostu jedno z tych pytań tak-bardzo-nie-dla-mnie. Zaskakujące plot twisty kojarzą mi się głównie z kryminałami albo książkami, gdzie są naprawdę zakręcone intrygi. Sęk w tym, że ja po prostu nie czytuję takich rzeczy. Z kryminałów mam za sobą raptem Chmielewską, Conan Doyle’a i Poego. Ach, no i Ławrowa.
Nigdy nie ukrywałam, że niespecjalnie czytam książki dla fabuły. To znaczy jasne, fajnie, jak się coś dzieje, ale głównie chodzi mi o bohaterów i setting. W fajnym settingu fajni bohaterowie mogą choćby przez dwieście stron żuć kanapkę, nie przeszkadza mi to.
Dlatego kiedy myślę nad tym pytaniem, mam pustkę w głowie. Gdzieś mi się kołacze, że mogłabym szukać w którymś tekście o Holmesie. One były zaskakujące. Chyba Pies Baskerville’ów miał jakiś zwrot akcji pod koniec. Jeśli dobrze pamiętam, chodziło w ogóle o obecność samego Sherlocka. I chyba na tym poprzestanę, bo po prostu wiem, że choćbym skisła, niczego lepszego nie wymyślę.

środa, 5 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 26

fragment okładki
Książka, która zmieniła moją opinię o czymś.

No wreszcie jakieś pytanie, na które odpowiedź przyszła mi w jednej chwili, natychmiast. Bo, prawdę mówiąc, znam tylko jedną taką książkę. Przeczytałam ją podczas swojej krótkiej przygody z teologią, kiedy w ramach fakultetu wybrałam sobie zajęcia z dziennikarstwa. Egzamin polegał na przeczytaniu dwóch czy trzech (nie pamiętam już dokładnie) książek z dość długiej listy reportaży, a potem była o nich rozmowa. I tak jakoś wyszło, że wybrałam Hemingwaya – wtedy jeszcze nie wiedząc, że go lubię.
No i przeczytałam Śmierć po południu.
Wiecie: jak każdy normalny człowiek, zawsze uważałam corridę za pogardy godne znęcanie się nad tym nieszczęsnym bykiem, nie wiedzieć czemu nazywane „walką”. A cóż to za walka, kiedy on jest jeden, a ludzi wokół całe tłumy, w tym niemal wszyscy uzbrojeni? I dopiero kiedy byk jest poraniony tak, że ledwo się słania, to wychodzi wielki bohater w obciachowych pończochach i macha tym czerwonym dywanikiem.
Tylko, kurde, dlaczego zmieniłam zupełnie zdanie, kiedy czytałam Śmierć po południu?
Hemingwayowi w jakiś sposób udało się przekazać tę – w sumie dość bezzasadną – dumę z walk byków i pasję, emocje towarzyszące wydarzeniu, cały pakiet znaczeń, które niesie ze sobą corrida. A także klimat: upalne popołudnia, piach na arenie, bryzgającą krew… człowiek toto czyta i po prostu musi na moment odejść od książki i napić się wody. Tylko po to, żeby później wrócić do lektury i stwierdzić, zupełnie wbrew sobie, że ej: coś w tym wszystkim jest. Jakaś magia, chęć sprawdzenia się, próba męstwa. Teraz już we mnie te emocje nieco zelżały, bo i minęło nieco lat, odkąd to czytałam, ale doskonale pamiętam, że miałam wtedy nawet myśl typu „w sumie może bym to chciała zobaczyć… kiedyś… raz?”. Powtórzę: nie wiem, jak facet to zrobił. Ja naprawdę pierwotnie byłam nastawiona totalnie na NIE.
Chyba po prostu dobrze pisał. 

wtorek, 4 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 25

Bohater, z którym najmocniej się identyfikuję.

Nożesz matko z córką… A kto w ogóle powiedział, że ja się identyfikuję z bohaterami? Po co miałabym to robić? Bohater literacki jest dla mnie ciekawy, bo jest inny. Nie jest ani taki jak ja, ani jak ludzie z mojego otoczenia. Nie chcę się z nim identyfikować. Jasne, mnóstwo bohaterów lubię – ale to coś zupełnie innego. Nie odczuwam potrzeby doznawania w czasie lektury uczuć „ach jej, wiem, co on/a czuje, to jakbym czytała o sobie” – bo ja nie chcę czytać o sobie.
Będę więc trochę strzelać… Ania Shirley? Poniekąd mam po niej imię, a w dzieciństwie bałam się wchodzić na własną klatkę schodową, odkąd w zabawie wmówiłam sobie, że tam przy wejściu do piwnicy siedzi wiedźma. Fakt, na tym podobieństwa się kończą, a większość problemów Ani była mi zupełnie obca, no ale nic lepszego nie mam.

poniedziałek, 3 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 24

(źródło)
Książka, którą chciałabym, żeby więcej osób przeczytało.

Szczerze? Wisi mi, ile osób jaką książkę przeczyta. Nie miałam nigdy w życiu refleksji typu „Och, jakie to fajne, byłoby tak świetnie, gdyby więcej osób się z tym zapoznało!” – niech każdy czyta to, co mu się podoba. Jaki jest sens wciskania ludziom czegoś, co ich nudzi czy mierzi z jakiegokolwiek innego powodu? To tylko zaszkodzi książce. Zresztą, nie do końca sobie wyobrażam, jak to by miało działać: w sensie że polecam jakąś książkę do przeczytania tak ogólnie wszystkim? Ot, żeby większy tłum się zebrał? Absurd. Miałam przez moment pomysł, żeby zapodać W otchłani Imatry Ławrowa – bo bardzo sympatyczny retro kryminał, w dodatku rosyjski, co jest przyjemną odmianą od zachodnich Dupinów, Sherlocków, Poirotów itp. – ale przecież dlaczego miałabym to wciskać ludziom, których takie klasyczne kryminały po prostu nie kręcą? To są rzeczy dla pewnej konkretnej grupy odbiorców i tyle. Obawiam się, że Bibliotekarz Jelizarowa jest jeszcze bardziej dla konkretnej grupy odbiorców, tylko jeszcze nie do końca potrafię ją określić. Chodzi o takich, których jara Rosja, słodko-gorzkie elementy okołokomunistyczne, a także wiele bezsensownej przemocy i latających flaków w komplecie z łagodniejszymi akcentami typu przyjaźń i miłość.
Wymieniłam te dwie książki, bo mam wrażenie, że one nie są szczególnie popularne. Przynajmniej mi dość trudno trafić na ludzi, którzy je czytali.
Brońcie bogowie nie chciałabym, żeby więcej osób czytało książki dające czytelnikowi jakieś bezpośrednie wskazówki „jak żyć”, czyli głównie chodzi mi tu o pisma religijne – bo to niebezpieczne, ot co.
Przez moment myślałam o Torpedzie czasu Słonimskiego, bo to fajna rzecz: mieć taki własny, rodzimy wehikuł czasu.
Ale wtedy spadło na mnie olśnienie.

SŁOWNIK JĘZYKA POLSKIEGO.


Dziękuję. 

niedziela, 2 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 23

Książka, którą od dawna chcę przeczytać, ale wciąż tego nie zrobiłam.

Waham się pomiędzy wybuchem płaczu a śmiechu. Zdecydowanie widać, że ten test nie był robiony z myślach o takich ludziach jak ja: którzy nakręcają się na milion książek, a potem nie starcza im mocy przerobowych, więc tworzą Listy Książek Do Przeczytania – listy sięgają stu pozycji, przekraczają je, wydają się nieskończone i wciąż rosną… a ja czytam i tak zupełnie coś innego.
Tak, książek, które pasowałyby do dzisiejszego pytania, są dziesiątki. Zastanawiam się, czy któraś z nich wyróżnia się na tle reszty, jest jakoś szczególnie monumentalna czy coś… Swego czasu byłby to Ben Hur, ale w końcu go przeczytałam (zajęło mi to co prawda dwa lata, ale dałam radę!), podobnie udało mi się nadrobić Diunę (przynajmniej pierwszy tom). Zaglądam teraz na swoją listę, nieaktualizowaną chyba od roku, i widzę na niej 127 pozycji. Są na niej absolutne klasyki, od Komu bije dzwon Hemingwaya, przez Wielkie nadzieje Dickensa, aż po Dumę i uprzedzenie czy Wichrowe Wzgórza (odpowiednio pań: Austen i Bronte). Jest Dumas, Verne, Tolkien, Lem, Clarke, Bułyczow, Adams, Orwell, Cooper, Artwood, Dostojewski… jest dużo różnych różności. Są wreszcie książki, które nie są może klasykami, ale po prostu zalegają mi na regale od lat i czuję się jak debil, mając tak na widoku powieści, których sama nie przeczytałam: El Hakim Johna Knittela czy Galeon kapitana Mory Rychlińskiego.
Umówmy się, że z tych wszystkich pozycji na swój sposób wybija się Ja, Klaudiusz Roberta Gravesa. Po pierwsze: bo to arcyciekawa historia i to nie tylko dlatego, że spaczyły mnie studia. Po drugie: bo pamiętam serial z Derekiem Jacobim i Johnem Hurtem (jeszcze młodym – szok) i był doskonały. I po trzecie: bo mam tę książkę w domu, co sprawia, że presja jest jeszcze większa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...