Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2022

Prey

(źródło)
No dobra, to kolejny raz, kiedy miałam pisać o czymś innym, ale koniec końców postanowiłam zmienić temat. No ale muszę, bo pęknę. Bo internet zalewa mnie zachwytami nad najnowszą odsłoną sagi o Predatorze, czyli Prey. Nie policzę już, ile razy przeczytałam, że to najlepszy Predator od czasów pierwszego Predatora. Co bardziej powściągliwi twierdzą, że no okej, drugi Predator może jednak wyprzedza Prey. No a ja obejrzałam Prey i mimo najlepszych chęci, daleka jestem od tych wszystkich zachwytów. A żeby nie było: jestem, jak mi się zdaje, dość niezłym targetem. Bo ogólnie Predatora lubię (wolę Predatora od Obcego!), oglądałam wszystkie części, ale jednocześnie nie jestem aż tak zagorzałą fanką, żeby – zwyczajem wszystkich zagorzałych fanów – sarkać na najdrobniejszą zmianę, którą twórca wprowadzi w moje ukochane uniwersum.
I nawet mi się nie chce ostrzegać o spoilerach – bo wystarczy obejrzeć jakieś trzy minuty tego filmu, żeby dokładnie wiedzieć, jak się potoczy. Więc serio. Nie zamierzam się w to bawić.

Zacznę od rzeczy, które mi się nie podobały, bo tak będzie mi najłatwiej:
Zwierzęta. Na szczęście tego nie było dużo, ale zwierzęta, na które początkowo poluje nasz Predator, są… no, po prostu są złe. Raz, że to po prostu brzydkie CGI, a dwa, że kompletnie nie kupuję ich zachowania. Bardzo wyraźnie były obliczone na to, żeby groźnie wyglądać, a nie żeby były wiarygodne. I ja wiem, że to nie jest film przyrodniczy – ale fakt, że zwierzęta zachowują się głupio, tylko podkreśla to, co czeka nas w dalszej części filmu, czyli:
Predator to żałosna pierdoła. Dosłownie wszystko może go okaleczyć. Gdyby nie miał technologii, którą jest w stanie się w kilka sekund połatać, wykrwawiłby się jeszcze zanim by spotkał naszą główną bohaterkę. Ogólnie to jest film, w którym straciłam szacunek do Predatora. W sumie byłam nim głównie zażenowana i miałam ochotę poklepać go po plecach i powiedzieć „wracaj do siebie, chłopie, może trochę potrenuj, wrócisz tutaj jak dorośniesz”.
Piesek był fajny (źródło)
Częściowo jest tu podobny problem, jaki pojawił się w
Star Trek: Into The Darkness. To znaczy dostajemy antagonistę, który jest pompowany, jaki to on groźny, ale przez to, że kompletnie nie ma adekwatnie groźnego przeciwnika, te jego domniemane nadludzkie zdolności pozostają tylko w sferze gadania o nim. Wierzyłam, że Predator jest wielkim myśliwym w pierwszej części: no bo tam polował na doświadczony, uzbrojony po zęby oddział najlepszych z najlepszych twardzieli. Oni rzeczywiście mogli stanowić wyzwanie. A w Prey? Brawo, Predatorze, nie możesz sobie poradzić z samotną przeciwniczką uzbrojoną w toporek na sznurku, dla której to w sumie pierwsze poważne polowanie w życiu. Już nawet mi cię nie żal. Ale zresztą co tu mówić o naszej głównej bohaterce – przecież nawet wilk zdołał okaleczyć Predatora. Dosłownie wszystko spuszcza mu łomot. Gdyby tego Predatora wpuścić do dżungli z pierwszej odsłony serii, pewnie potknąłby się o korzeń i umarł, zanim jeszcze helikopter Arniego by wylądował.
A finał jest dodatkowo spektakularnie głupi, bo wskazuje na to, że albo technologia Yautja jest idiotyczna, albo ten konkretny osobnik nie potrafi jej obsługiwać. Innego wyjaśnienia nie widzę dla faktu, że naprowadzanie w hełmie nadal działało, kiedy Predator już od jakiegoś czasu nie miał tego hełmu na sobie. Serio, nie miał tam jakiegoś wyłącznika? A jeśli faktycznie nie miał, to czemu postanowił użyć pocisków połączonych z hełmem? Nie wiem, może to też było jego pierwsze polowanie. Może to było dziecko Yautja. Gdyby film to w jakikolwiek sposób zaznaczył, o wiele chętniej bym całość kupiła.
Zwinność Predatora? Jaka zwinność? Gościu rusza się jak wóz z węglem. We wcześniejszych odsłonach była w nim jakaś gracja, był spryt, unikał pułapek, zastawiał własne, fikał po drzewach, ogólnie jak wspomniałam: człowiek wierzył, że to jest rzeczywiście groźny myśliwy (choć koncept termowizji i „ślepoty” na wszystko, co chłodniejsze, wyklucza polowanie na gady – jesteście bezpieczni, reptilianie). Tutaj głupiego bagna nie zauważył.
Oh well, nie żeby główna bohaterka je zauważyła… 

Taabe byłby całkiem w porządku - szkoda tylko,
że jego rolą od samego początku jest
poniesienie śmierci w akcie bycia mniej
zajebistym od Naru
(źródło)
No właśnie, wspomniałam o niej już kilka razy, to może teraz o niej:
Naru (Amber Midthunder – i w ogóle nie mam tu wątów do aktorki, ot, taką miała rolę), nasza nabzdyczona dziewczyna z Komanczów. Ogółem to ciekawy pomysł, żeby bohaterką uczynić rdzenną Amerykankę. Choć mam ogólnie zastrzeżenia co do zaprezentowania kultury Komanczów w tym filmie, no ale dobra – podobnie jak w przypadku zwierząt: to nie jest film dokumentalny. Plus nie znam się zbyt dobrze, może Komancze faktycznie sypiali z pomalowanymi twarzami. Nie rozumiem natomiast, czemu nie można było stworzyć wiarygodnej, kompetentnej bohaterki, tylko właśnie ją: coś na wzór disneyowskiej księżniczki, która nie jest zadowolona ze swojego życia i chce udowodnić światu, że stać ją na więcej. No i w finale oczywiście się okazuje, że miała rację, tylko świat jej nie doceniał.
Po prostu miło by było przeżyć w tym filmie choć jedno malutkie zaskoczenie, zobaczyć coś świeżego, interesującego – a fabularnie to jest jedynie sterta odgrzanych kotletów. Przez to, jak nudna i przewidywalna jest bohaterka (i w sumie cała fabuła), nie czułam żadnych emocji, śledząc jej losy. Nie zależało mi na Naru. A skoro mi na niej nie zależało – jej walka o życie mnie zwyczajnie nudziła. Była jakaś akcja, chyba nawet dynamiczna, a ja siedziałam i się nudziłam. Bo film nie miał niczego, czym by zdołał mnie zaangażować emocjonalnie.
Wiem, że film próbował pokazać Naru jako sprytną wojowniczkę. Ale żebym w to uwierzyła, bohaterka musiałaby poradzić sobie bez magicznych kwiatków obniżających temperaturę ciała w ciągu kilku sekund. No i zdecydowanie zbyt wiele razy ratował ją Imperatyw Fabularny. To najzupełniej popsuło wrażenie i została już tylko smutna Mary Sue.

Last, but not least: Predator i jego
Bardzo Malutka Tarczka (źródło)
Czytałam dużo pochwał o tym, jak piękny jest ten film wizualnie. Jakie fantastyczne widoki.
No więc… no tak, ma widoki. Trudno żeby nie miał. Czy one są nakręcone w jakiś charakterystyczny, interesujący sposób? No nie, po prostu są widokami. Bohaterowie biegają po ładnym lesie, więc widzimy ładny las. Czy mam się tym zachwycać? Na pewno nie będę narzekać, ale to zdecydowanie za mało, żeby wzbudzić mój zachwyt. Nie jest tak, że otaczająca bohaterów przestrzeń została zaprezentowana jakoś ponadprzeciętnie, jak choćby w Propozycji Nicka Cave’a (i Johna Hillcoata - właściwie to dość smutne, że pamięta się tu tylko o scenarzyście, a nie o reżyserze). W Propozycji jest zachwyt tą przestrzenią przemieszany z szacunkiem. Filmowa Australia jest niegościnna, ale jednocześnie jest w niej coś intrygującego, coś, co pozwala się w niej zakochać. To jest kraina, która na długo zostaje w widzu. W Prey nie ma niczego w tym stylu. Wizualnie ten film jest ładny, ale jednocześnie dość przezroczysty.

Teraz może przejdę do rzeczy, które mi się podobały:
Piesek. Piesek był fajny, bo był pieskiem. I bo przeżył.
No i doceniam, że powstała wersja w języku Komanczów. Fajna inicjatywa, no i w sumie należało zrobić tę wersją właśnie tą oficjalną, jedyną, a nie tylko dodatkowym ficzerem. Jak nie jestem fanką Mela Gibsona, tak bardzo lubię w jego filmach właśnie tę dbałość o autentyczność językową (Apocalypto, Pasja). W przypadku Prey może nie było idealnie, ale i tak nieźle.

Obejrzenie Prey może i nie boli, jeśli nastawić się po prostu na głupią, przewidywalną rozwałkę, ale wystarczy zaraz po seansie odpalić sobie z powrotem pierwszego Predatora, żeby zobaczyć niesamowitą przepaść, jaka dzieli te filmy. A przecież Predator ze Schwarzeneggerem to właściwie też jest tylko głupia rozwałka.

piątek, 8 października 2021

"Lighthouse", czyli nie mam pojęcia, co zobaczyłam

(źródło)
Jak nie oglądam horrorów, tak na Lighthouse czaiłam się właściwie odkąd dotarły do mnie pierwsze o tym filmie informacje. Jasne, nie znam żadnego filmu Roberta Eggersa (na swoją obronę muszę zaznaczyć, że nie ma zbyt obfitego dorobku), ale byłam bardzo ciekawa Willema Dafoe, a także – być może nawet bardziej – Roberta Pattinsona (niezmiennie jestem pod wrażeniem, jak ładnie wyrwał się ze zmierzchowego szamba). Co więcej, sam motyw odizolowania na wyspie z latarnią morską jest po prostu czymś, co lubię (taki jakby Tatuś Muminka i morze vibe, bo hej, czemu by nie porównać dziwacznego i koniec końców brutalnego horroru z książką o trollach?). Przegapiłam, niestety, kiedy ten film był w kinach (był w ogóle w Polsce?), ale kiedy tylko wjechał na Netflixa, byłam totalnie zdeterminowana.
Nie ukrywam: spodziewałam się chyba czegoś innego. Właściwie nie wiem czego, ale chyba mniej… No cóż, czegoś mniej. Po prostu. Czegoś bardziej namacalnego, przyziemnego. Mniej oderwanego od rzeczywistości. Tymczasem po seansie nie bardzo umiałam powiedzieć, o czym właściwie był ten film, który właśnie obejrzałam. Dalej nie jestem pewna, choć przecież minęło już kilka dni. Mam swoje teorie, ale do tego wrócę później.

Od samego początku Lighthouse miał taki klimacik szeroko pojętych starych filmów. Nie chodzi mi tu tylko o fakt, że jest czarno-biały, choć to oczywiście też odegrało swoją rolę, ale mamy tutaj też dość rzadki format obrazu 1.19:1, charakterystyczny dla kina przełomu lat ‘20. i ‘30., a także – choć to tylko moje odczucie – ogólne tempo i budowanie napięcia, szczególnie na początku, kiedy bohaterowie się nie odzywają, praktycznie nie ma akcji, za to mamy tylko huk fal i buczenie, które z czasem coraz bardzie działa na nerwy Winslowowi. Przez moment czułam się, jakbym znowu siedziała w pustawej sali Iluzjonu.
Wrażenie trochę pryska, kiedy widzimy pyszczki bohaterów – bo znamy aktorów. Całkiem natomiast się rozpada w scenach z syreną, bo widać tam efekty, których z całą pewnością byśmy nie zobaczyli w filmie przedwojennym.
Nie zmienia to faktu, że wizualnie Lighthouse robi duże wrażenie. Piękne, staranne kadry łączą się z niesamowicie klimatycznymi, utrzymanymi w ciemnych, przytłaczających szarościach widokami, w efekcie czego człowiek na własnej skórze czuje tę izolację i chłód, a także dziwny niepokój wobec nieprzyjaznego morza, które zewsząd otacza naszą scenę wydarzeń.

(źródło)
A
cóż się dzieje na owej scenie?
No właśnie do końca nie wiadomo. Mamy Thomasa Wake’a (Willem Dafoe), starego latarnika, do którego na kilka tygodni dołącza młodszy pomocnik, Ephraim Winslow (Robert Pattinson). Ich relacje nie układają się najlepiej – Tom jest przesadnie wymagający i czepliwy, a Winslow, coraz bardziej zmęczony tym wszystkim, dodatkowo zaniepokojony losem jego poprzednika i dziwnymi wizjami z syreną, odlicza dni do końca tej fuchy. I choć setting początkowo wydaje się do ogarnięcia, z czasem wydarzenia stają się coraz dziwniejsze, a sny i wizje mieszają się z rzeczywistością. Coraz trudniej odróżnić, co się wydarzyło naprawdę i który z mężczyzn ma rację w sporach (a sporów jest sporo, nawet jeśli są przetykane chwilami serdeczności). Tracimy nawet pewność, czy w ogóle istnieje cała ta wyspa z latarnią i ile czasu minęło od pojawienia się na niej Winslowa.

A teraz to już cisnę spoilami, więc jak ktoś jeszcze nie widział filmu, to siup siup na Netflixa!

Długo zastanawiałam się, jak w ogóle ugryźć Lighthouse. W sensie najbardziej prozaicznym wydaje mi się, że można tę produkcję potraktować jako sequel do nieukończonego tekstu Edgara Allana Poe The Light-House. Opowiadanie (?) ma formę dziennika, który zaczyna prowadzić świeżo upieczony latarnik na odizolowanej od świata wyspie. W ciągu pierwszych trzech dni narrator oswaja się z morzem i samotnością. Gdybym miała się uprzeć, powiedziałabym, że to właśnie Tom, niesympatyczny i złośliwy starzec, jest tym latarnikiem – czy raczej był. Dawno temu przybył jedynie z psem i pragnął w ciszy i spokoju pisać książkę. Podejrzewam, że książki nigdy nie napisał, a po latach został mu już tylko wspomniany dziennik, który nadal prowadzi.
Ale taki odbiór nijak nie wyjaśnia, co się dalej dzieje w filmie (swoją drogą, ten króciutki tekst Poego ma niesamowity ładunek klimatu i bardzo polecam – całość dostępna w Internecie, choć chyba tylko po angielsku).

(źródło)
Miałam pomysł, że Tom
jest w istocie tym samym bohaterem co Winslow, tylko starszym – rzecz nasuwa się w momencie, kiedy dowiadujemy się, że Ephraim to przybrane po tragicznie zmarłym chlebodawcy imię, a w rzeczywistości bohater nazywa się Thomas Howard. No bo hej, obaj mają tak samo na imię. Zmianę nazwiska można by tłumaczyć w sposób bardziej symboliczny, wybierając któreś z możliwych tłumaczeń „wake” (rozbudzić, ocknąć, zmartwychwstać, czuwać itp.). Może Tom na stare lata przejrzał na oczy i ta latarnia to miejsce jego konfrontacji z minionymi grzechami chociażby. Może to dlatego, kiedy na przykład Thomas Wake siekierą porąbał łódź, ten sam Thomas Wake oskarżał o to później Thomasa Howarda – bo to ten sam człowiek, więc technicznie rzecz biorąc obie wersje są prawdziwe.
Ale nadal miałam za dużo dziur w tej koncepcji. O co chodzi z Prometeuszem, z syreną, ze światłem latarni? To tylko niektóre z pytań.

Wypracowałam więc sobie pomysł trzeci i przyznam, że jestem z niego dość zadowolona. Głównie dlatego, że lubię mity, a ten pomysł bardzo głęboko siedzi w mitologii właśnie.
No to jedziemy:

Thomas nie żyje, a wyspa to jego piekło i jego kara.
Dziękuję za uwagę, to wszystko.

No dobra, już na serio – wyjaśniam:
Widzimy Thomasa/Ephraima jedynie na wyspie. Ma po niego przypłynąć statek, ale to się nigdy nie dzieje – i nigdy się nie stanie, nawet kiedy burza przeminie. Bo nie ma żadnego statku. Dla Thomasa nie istnieje żaden świat poza wyspą, nie ma z niej ucieczki. Upływ czasu jest umowny, bo przecież kara jest wieczna, więc czas nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Wszystko zlewa się w jedno. Co więcej, gdzieś pod koniec Thomas Wake mówi Howardowi (będę używać nazwisk, żeby się Thomasy nie pomieszały), że ten pewnie oszalał i w ogóle nie ma żadnej wyspy, tylko po śmierci prawdziwego Ephraima Howard pewnie błąka się, brudny i zmarznięty, po jakimś lesie. I myślę, że to częściowo prawda – że tak było, Howard się błąkał, aż w końcu zamarzł. A po śmierci trafił właśnie tutaj, w ten nieprzyjazny zaświat.
(źródło)
W
ake wobec tego byłby taką nieistniejącą wersją Howarda, gdyby ten dożył starości. I ta nieistniejąca wersja tkwi na wyspie jako kat czy wyrzut sumienia, ale jednocześnie też jest ofiarą i też dotyka go kara, no bo jednak to Thomas – ten sam Thomas, więc nie jest niewinny. Ma tę przewagę, że może zbliżyć się do światła latarni.
A światło latarni to bóg. I z pełną świadomością piszę to słowo od małej litery, bo nie chcę tutaj wtłaczać koniecznie chrześcijańskiego Boga. Nie widzę wielu chrześcijańskich naleciałości w całym filmie (bodaj jeden moment, w którym Howard przyznaje, że jest pobożny), byłoby to więc moim zdaniem nadużyciem. Za to jest sporo nawiązań do mitów. Dlatego myślę, że ten bóg to bardziej ogólnie – jakaś boskość, jakiś wgląd w ten drugi, piękny i szczęśliwy zaświat. Wake może z nim obcować, bo jest istotą stworzoną przez bogów, by zadawać cierpienia Howardowi i by cierpieć wraz z nim. Nawiązując kontakt ze światłem latarni, Wake jakby „dzwoni do domu”. Obcuje ze swoimi stwórcami. I, jak to bywa, kiedy się obcuje z boskością, doznaje ekstazy. Ekstazy w pełnym tego słowa znaczeniu, fizycznej i psychicznej, stąd tak mocny aspekt erotyczny – myślę, że jest zupełnie na miejscu. Może nie jest to tak subtelne jak w Ekstazie św. Teresy Berniniego, ale tak czy owak w obu przypadkach bardzo wyraźny jest ten element fizyczny (stąd zresztą skandal, który wybuchł wokół rzeźby).
Wake nie pozwala Howardowi na dostęp do światła, bo Howard na to nie zasługuje. Howard ma tkwić na dole i cierpieć. Kiedy jednak młody Thomas wreszcie wywalczy sobie wolną drogę na górę, kończy się to tragicznie. Tak jak wówczas, gdy Semele poprosiła Zeusa, by ten objawił jej się w swojej boskości – jako śmiertelniczka, nie zdołała znieść tego widoku i zginęła rażona piorunem. Bo człowiek nie może bezkarnie obcować z bogami. Jeśli śmiertelnik sięga po boskość, najpewniej wyląduje na dnie – tak jak Howard. Myślę, że jego upadek z samego szczytu latarni na sam dół jest bardzo wymowny. Wylądował tam, gdzie jego miejsce. I spełniła się klątwa (proroctwo raczej?), bo na wzór Prometeusza został wydany na pożarcie ptactwu.
(źródło)
A
syrena? Jak to syrena, ma nęcić, mieszać zmysły, doprowadzać do szaleństwa – i to właśnie robi. Dość skutecznie, trzeba przyznać. Żeby mało było mitologicznych i pośmiertnych naleciałości, mamy dusze marynarzy w mewach. Bo cóż pasuje lepiej do zaświatów, jeśli nie latające wokół grzesznika dusze, które tylko zwiększają obłęd, w który już i tak stopniowo popada młody Thomas?
Jest jeszcze kwestia konfliktu na linii Wake-Howard i tajemniczego dziennika. Częściowo, jak już wspomniałam, ta niechęć wynika moim zdaniem z pełnionej funkcji Wake’a i z tego, że on naprawdę nienawidzi tych dawnych grzechów, które popełniał w młodości, bo to przez nie wylądował na wyspie. Surowe wpisy w dzienniku, co do których Howard krzyczał, że to nieprawda, istotnie mogą poniekąd być nieprawdą. W sensie: na wyspie widzimy, że Howard ciężko pracował. Choć, z drugiej strony, widzimy też, że nadużywał alkoholu i masturbował się w stodole (niesatysfakcjonujący sposób na doznanie tego, czego Wake doznawał przy świetle latarni?), tak jak to zanotował Wake. I tu widzę dwa rozwiązania, które zresztą mogą się po prostu uzupełniać: po pierwsze, choć Howard się starał, Wake (który, jak wspomniałam, miał sprawić, żeby Howard cierpiał) dopilnował, by tamten „zszedł na złą drogę”. To on wpędził go w picie. To on doprowadzał go do ostateczności. Wszystko to było częścią kary. Po drugie, notatki te mogły odnosić się nawet nie do pobytu na wyspie, ale do pracy u prawdziwego Ephraima. Wiemy, że Ephraim czepiał się Howarda, którego uważał za leniwego i nie najlepszego pracownika. Poznajemy tę historię z perspektywy Howarda, oczywiście, więc to Ephraim jest przedstawiony jako ten zły i czepialski, ale może w istocie młody Thomas był leniwy i niekompetentny. Może nadużywał alkoholu i masturbował się w szopie, a teraz, podczas odbywania pośmiertnej kary, musi powtórzyć te grzechy i ponieść konsekwencje?
A tak, no i poprzednik Howarda. Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli powiem, że moim zdaniem to też Howard. Że jego piekło jest zapętlone, że będzie przez wieczność lądował na wyspie u Thomasa Wake’a i zawsze będzie się to tragicznie kończyło. Czasem obciętą głową, a czasem prometejską torturą. I nigdy, ale to nigdy Thomas Howard nie zasłuży na obcowanie ze światłem latarni.

Uff puff.
Tyle z mojej szarżującej nadinterpretacji. Jestem głęboko przekonana, że autor miał coś innego na myśli. Ale najzupełniej nic mnie to nie obchodzi. Skleiłam swój odbiór tego filmu i dopóki nie znajdę czegoś lepszego, będę się go trzymać.

I tylko mi żal, że Poe zmarł, zanim skończył swój tekst, szlag by to…





Hark Triton, hark! Bellow, bid our father the Sea King rise from the depths full foul in his fury! Black waves teeming with salt foam to smother this young mouth with pungent slime, to choke ye, engorging your organs til' ye turn blue and bloated with bilge and brine and can scream no more - only when he, crowned in cockle shells with slitherin' tentacle tail and steaming beard take up his fell be-finned arm, his coral-tine trident screeches banshee-like in the tempest and plunges right through yer gullet, bursting ye - a bulging bladder no more, but a blasted bloody film now and nothing for the harpies and the souls of dead sailors to peck and claw and feed upon only to be lapped up and swallowed by the infinite waters of the Dread Emperor himself - forgotten to any man, to any time, forgotten to any god or devil, forgotten even to the sea, for any stuff for part of Winslow, even any scantling of your soul is Winslow no more, but is now itself the sea!

czwartek, 30 września 2021

Najczystszy zawód świata: "Wiedźmin: Zmora Wilka"

(źródło)
Zazwyczaj do dzieł z uniwersum wiedźmińskiego podchodzę bez jakichś szczególnych oczekiwań. Mam na myśli: ani dobrych, ani złych. Nie jestem zagorzałą fanką literackiego pierwowzoru, acz tak trochę lubię. Widziałam mankamenty serialu Netflixa (mosznozbroje Nilfgaardu!), ale całościowo i tak bardzo lubię tę produkcję. A w gry nigdy nie grałam, więc no. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o to uniwersum, jestem tak nieco zainteresowana i otwarta na propozycje, ale detali z książek nie zamierzam bronić jak niepodległości.
Toteż kiedy pojawiły się wieści o animacji, byłam z lekka zaciekawiona, ale bez szału. Szczególnie kiedy zorientowałam się, że film zasili pulę netflixowych anime – nie mogę powiedzieć, żebym w którymkolwiek momencie życia jakkolwiek zajarana jakimkolwiek anime. Owszem, obejrzeliśmy nie tak dawno Castlevanię i było spoko, ale to jakiśtam wyjątek. Zresztą, wizualne podobieństwo do Castlevanii właśnie trochę wzbudziło moje „meh”. Obawiałam się, że film będzie wiedźmiński tylko z tytułu, a w gruncie rzeczy wpadnie do jakiegoś ogólnego bajorka „fantasy o przystojnym mrocznym kolesiu walczącym z potworami”. Chciałoby się powiedzieć: że przy estetyce anime będzie za mało słowiańskie (ha! Zrobiłam to! Powołałam się na słowiańskość w kontekście wiedźmina. Czy teraz już jestem prawilną fanką?).
Dość szybko jednak okazało się, że – choć rzeczywiście jeśli chodzi o styl graficzny, to podobny do Castlevanii – świat pokazany w Zmorze Wilka jest na tyle ładny, spójny i oryginalny, że spokojnie można odróżnić go od innych. W dodatku seans pozwolił bardzo jasno pojąć, skąd w ogóle decyzja o wyprodukowaniu filmu animowanego: wystarczy zestawić sobie sceny dynamicznych walk, potężnych zaklęć i finałowych rozwałek w dwóch powstałych dotychczas netflixowych tytułach z uniwersum wiedźmińskiego. Jak dobrze mogłaby wyglądać bitwa o Sodden, gdyby była animowana, a nie aktorska z biedabudżetem i słabym CGI! Jak świetne byłyby walki z potworami, gdyby rysownik mógł stworzyć dowolnie fantazyjną bestię, nie martwiąc się, że będzie wyglądała albo jak kukła, albo trzeba ją schować w ciemności. Gdyby nie to, że jestem totalnie zachwycona Cavillem w roli Geralta, powiedziałabym, że cały serial powinien być animowany.

(źródło)
Kiedy więc stwierdziłam już, że hej, to dobrze wygląda, mogłam na spokojnie zagłębić się w fabułę.
Jak zapewne wszyscy już od dawna wiedzą, Zmora Wilka to opowieść poprzedzająca historię Geralta – przybliża widzom losy Vesemira, jego późniejszego mentora. I to jest generalnie fajne. Miło poznać innego wiedźmina niż tylko Geralt. Mam tu na myśli: zobaczyć go jako głównego bohatera, a nie tylko postać orbitującą wokół Geralta. Problem polega trochę na tym, że Vesemir… no nie jest zbyt interesujący. W pierwszej chwili trochę mnie zirytował, bo miałam wrażenie, że robią z niego na siłę takiego zawadiackiego śmieszka, co to w czasie walki z potworem rzuca one-linerami między jednym ciosem a drugim. Prędko okazało się, że to było tylko takie otwarcie, zapewne mające na celu wciśnięcie nieco ekspozycji, bo w dalszej części filmu w zasadzie już takich zachowań nie zobaczymy. Ale za tym ukrywał się inny problem: Vesemir jest w gruncie rzeczy nijaki. Po obejrzeniu filmu wiem o nim głównie tyle, że miał trudne dzieciństwo. Zresztą, w ogóle o Vesemirze-dziecku coś jeszcze można powiedzieć – niewiele, ale zawsze. Jako chłopak miał ambicje i marzenia. I okej, całkowicie przyjmuję, że tu właśnie chodzi o taki kontrast. O to, jak życie zweryfikowało te marzenia. Tylko nie bardzo wiedziałam, czego właściwie chce dorosły Vesemir. Za co mam go lubić? No bo pewnie powinnam go lubić, prawda? Wszak to główny bohater. Trochę się okazało, że był po prostu kolejnym przystojnym mrukiem z mieczem.
(źródło)
Ale miał scenę w wannie, więc wszystko jest w porządku. Każdy prawdziwy wiedźmin musi mieć scenę w wannie. Wiedźmini są czyściutcy (tu pytanie, bo nie pamiętam: czy Żebrowski pluskał się w wannie?).
Zresztą, trudne dzieciństwo to znak rozpoznawczy chyba wszystkich bohaterów Zmory Wilka. Tetra też miała jakieś dziecięce traumy i w sumie tylko przez te traumy była zdefiniowana. Oprócz tego wyglądała trochę jak Yennefer i w ogóle na początku się zastanawiałam, czy to nie ona, ale okazało się, że nie. To po prostu taki czarodziejkowy styl. I oczywiście Illyana. Acz ona dodatkowo była jakaś dziwna i kompletnie nie kumałam jej motywacji. Miałam wrażenie, że akurat jej dzieciństwo może było za mało trudne, więc musiała sobie stworzyć dodatkowe problemy, by potem cierpieć katusze za milijony.
W związku z tym, moimi ulubionymi bohaterami zostali: Deglan (wybór podyktowany całkowicie tym, że głos podkładał mu Dwalin Graham McTavish, choć sama postać też dość fajna, ale bez spoili by się nie obeszło, więc przemilczę) oraz Filavandrel (tu z kolei miło, że zagrał go Tom Canton, podobnie jak w serialu aktorskim, plus to jest postać, co do której przynajmniej dokładnie wiem, o co chodzi, kupuję motywacje i dążenia).

(źródło)
N
o i okej, bohaterowie wprawdzie niczego mi nie urwali, ale koniec końców ich wątki ładnie się spinają w większą opowieść. Jest dynamicznie, wciągająco i właściwie do niemal samego końca sedno intrygi (oraz część powiązań między postaciami) pozostaje ukryte. No i są naprawdę ładne walki.
Jeśli miałabym się do czegoś tak naprawdę przyczepić, to nie będą to ani bohaterowie, ani fabuła, ani styl graficzny. To będzie, że tak to roboczo nazwę, wiedźmińskość. No bo wiedźmin od innego bohatera wyróżnia się paroma rzeczami (pomijam całą genezę, chodzi mi tylko o to, co się od razu rzuca w oczy): walczy mieczem, używa eliksirów i umie w znaki. I niby to wszystko jest w animacji, tylko tak nie do końca. Znaki używane przez Vesemira to spektakularne zaklęcia (typu gigantyczny fireball będący, jak mniemam, znakiem Igni…?), do rzucenia których tak w sumie to wcale nie potrzeba żadnego… no właśnie, znaku – czyli żadnego gestu. Wiedźmin po prostu wystawia rękę i z tej ręki bucha wielgachny ogień. Magia Vesemira niemal dorównuje magii Tetry, a to chyba nie takie powinny być proporcje. No i eliksiry. Z jakiegoś powodu wiedźmini w animacji bardzo nie lubią eliksirów. Praktycznie ich nie używają, a jeśli już, to dopiero pod koniec walki – czyli często tuż przed śmiercią, przez co eliksiry sprawiają wrażenie bardziej symboliczne, coś jak Trepy chromujące sobie twarze w Mad Maksie. Chyba w żadnym momencie nie widzimy, żeby eliksir dawał jakiś wymierny efekt.

I wiem, że sporo narzekam. Niezależnie jednak od tego, Zmora Wilka mi się serio podobała. Jest ładna i ciekawa, tu i ówdzie da się wyhaczyć fajnego bohatera, obsada jest w porządku, no i tak czy owak warto obejrzeć, bo ponoć film stanowi coś w rodzaju wprowadzenia przed drugim sezonem aktorskiego Wiedźmina. A przyznam, że na ten drugi sezon mocno czekam i skoro twórcy mówią, że to się spina w całość, no to nie miałam wyjścia. I nie żałuję. Nie jest jakoś super świetnie, ale jest… w porządku. Tak po prostu.




There'll always be another monster.

środa, 11 sierpnia 2021

"The Suicide Squad", czyli jest coraz lepiej i lepiej

(źródło)
Zdaje się, że o pierwszym Suicide Squad z 2016 roku nigdy niczego tutaj nie napisałam. Właściwie nie jestem specjalnie zaskoczona – bo naprawdę nie było o czym pisać. To taki film, o fabule którego zapomniałam w kilka godzin po obejrzeniu. Obecnie pamiętam jedynie, że był taki koleś – jedyny bez backstory i chyba nawet bez imienia – który należał do tytułowego Legionu, ale zginął w pierwszych minutach filmu. Jakoś mnie to bawi.
Stąd też nie miałam początkowo jakichś wielkich oczekiwań co do drugiej części. James Gunn to dla mnie jedynie Strażnicy Galaktyki, kompletnie nie znam dorobku tego reżysera. Niby miał w Legionie… grać Idris Elba, ale wcale nie miałam pewności, czy to wystarczy, żeby przesiedzieć przed ekranem dwie godziny. Z czasem jednak zaczęły do mnie docierać dość pozytywne opinie o nowej odsłonie Suicide Squad. I trailer jakiś taki nie najgorszy był. I hej, oprócz Idrisa Elby, miał się pojawić człowiek-rekin. No więc od słowa do słowa i wylądowaliśmy w kinie.
Jedna z lepszych decyzji tego roku.

The Suicide Squad to majstersztyk. Podobało mi się niemal wszystko: od bohaterów, przez fabułę, aż po stronę wizualną. I od razu uprzedzam, że będę porównywać ten film z produkcją z 2016.

Zacznę od wspomnianych już bohaterów: wreszcie zrobili się jacyś. Wreszcie można o nich coś powiedzieć, zapadają w pamięć, a nie są niezbyt przekonującymi kukiełkami, jak postacie z poprzedniego filmu. Dotyczy to nie tylko nowych bohaterów, którzy zastąpili Deadshota i spółkę, ale też tych, którzy przeszli z jednego filmu do drugiego, czyli Harley Quinn i Flag. Harley wreszcie nie jest wiecznie wypinającą się i prężącą lalką ratowaną przez najbardziej nieudanego Jokera ever, tylko dostała charakter. Nadal jest ze wszech miar atrakcyjna, ale przy okazji jest decyzyjna, zabawna i bystra. Na swój sposób bystra. Ta jej przemiana, która zaczęła się w Birds of Prey, tutaj jest bardzo ładnie rozwinięta. Margot Robbie, która w 2016 roku wzbudziła we mnie raczej ambiwalentne uczucia, z filmu na film bardziej mi udowadnia, że jest świetna w roli Harley – po prostu potrzebuje sensownego scenariusza i reżysera, który nie każe jej roli sprowadzić do publicznego wciągania majtów.
Nom-nom! (źródło)
Harley, ma się rozumieć, jest w filmie ważna, ale wcale nie najważniejsza.
The Suicide Squad Gunna bardzo uczciwie traktuje bohaterów, dając każdemu dostatecznie dużo przestrzeni, by widz mógł daną postać poznać i polubić. Dzięki temu da się bardzo mocno zaangażować w ich losy i w napięciu śledzić rozwój wydarzeń. Jasne, Polka-Dot Man (dygresja: grający go David Dastmalchian wciela się w Pitera w nowej odsłonie Diuny – niniejszym czekam i mam spore oczekiwania, bo Piter to jedna z moich ulubionych postaci z książki) czy King Shark pozostają nieco w tyle za Bloodsportem i Ratcatcher, ale to w niczym nie przeszkadza – nie ma się wrażenia, że stanowią tło. No i Kovacs Rick Flag dostał wreszcie trochę czasu antenowego, żeby zaistnieć jako postać – w poprzedniej odsłonie można o nim powiedzieć właściwie tyle, że gdzieś tam był.
Każdy z bohaterów ma też swój osobisty pakiet epickich scen, z których oczywiście moimi ulubionymi są te z udziałem King Sharka. Rozrywa żołnierzy naprawdę w przepięknym stylu. W dodatku wszyscy członkowie ekipy mają rzeczywiście sensowne umiejętności, czego nie można powiedzieć o poprzednim składzie. Nie, naprawdę przychodzenie z bumerangiem na strzelaninę jest głupim pomysłem.

Doktor (Peter Capaldi), jak widać,
nie skończył najlepiej (źródło)
A epickich scen pełnych przemocy i fruwających flaków jest bardzo, bardzo dużo i są bardzo, bardzo satysfakcjonujące. Troszeczkę przywodzą mi na myśl serial
The Boys, choć nie są aż tak przegięte. Niemniej będą urywane głowy, ciała rozszarpywane na pół, zeżerani ludzie, eksplodujące głowy i tak dalej. Temu towarzyszy spora dawna humoru, acz nie jest to bezustanne śmieszkowanie, tylko raczej utknięte tu i ówdzie celne riposty, pojedyncze wymiany zdań, które sprawiają, że mimo tej brutalności i mimo tego, że bohaterowie są na wskroś źli, to jednak się ich lubi.
I, co więcej, nie jest to wyłącznie sieczka dla samej sieczki – fabuła wcale dobrze się spina i ładnie, stopniowo prowadzi widza do finału, który daje dużo satysfakcji. Będzie kilka plot twistów i spektakularna rozpierducha w wykonaniu Bardzo Poważnie Wyglądającego Potwora. Serio. Potwór jest genialny. Jest w tym wszystkim absurd i rozmach, którego – mam jakieś takie wrażenie – WB się wcześniej może bało…? Mam nadzieję, że wreszcie zrozumieli, że warto twórcom pozwolić w spokoju robić filmy, a nie się wcinać ze swoimi złotymi radami, nakazami czy zakazami. Pokazała to już Liga Sprawiedliwości, a The Suicide Squad tylko podkreśla: filmowe uniwersum DC naprawdę nie musi być Marvelem. Bah, nie powinno być Marvelem. Pozwólcie scenarzystom i reżyserom robić te filmy po swojemu i nie bójcie się, jeśli wyjdzie niepodobnie do Marvela. Ludzie trochę tego właśnie oczekują.
Wiem, że nieco wątpliwości budzi wątek Harley i Luny, ale mi nie przeszkadzał. Rozwiązał się na tyle szybko, że nie zdążył znudzić, a dodatkowo spiął temat rewolucji z tematem potwora i samej misji Legionu Samobójców. No i pozwolił pokazać, że Harley jest – oczywiście, na swój sposób – rozsądniejsza i że toksyczna relacja z Jokerem czegoś ją nauczyła. Fajne to, nawet jeśli faktycznie stanowi mały przestój i mocno dynamicznej akcji.
Bardziej już miałabym zastrzeżenia do plot twista z samego początku: działałby lepiej, gdyby w materiałach promocyjnych człowiek nie miał już podanych bohaterów. Niestety, od razu wiadomo, że mamy zmyłkę. Właściwie to nie stanowi dużego problemu, niemniej byłoby zabawniej, gdyby widz przez chociaż krótki moment uwierzył, że oto naszymi bohaterami będzie Łasica, Kapitan Bumerang i reszta. Z drugiej strony, patrząc na to, jakie szambo wybiło przy okazji Władców Wszechświata, to może lepiej unikać jakichkolwiek zmyłek…

Proszę bardzo: pada deszcz i świeci słońce!
(źródło)
No i wizualnie całość jest też bardzo fajna: w przeciwieństwie do filmów Snydera, mamy tutaj kolory. Nawet kiedy pada deszcz, nadal jest przyjemnie dla oka. A mimo wszystko nie jest pstrokato czy pastelowo.
Oczywiście, za wyjątkiem Polka-Dot Mana, który z definicji wnosi nieco pstrokatości na scenę. Dużo rzeczy wybucha (od głów po całe budynki), a czasem mamy nawet bohaterów, którzy na te eksplozje nie patrzą. King Shark wygląda bez porównania lepiej niż nieszczęsny Killer Croc (który był tak okrutnym rozczarowaniem, och jej) z 2016 roku, a szczur Sebastian – przynajmniej częściowo – został zagrany przez prawdziwe szczury, co jest bezapelacyjnie zaletą.

Jest ładnie, efektownie, zabawnie i krwawo. Absurd goni absurd, ale między tym przewija się jakieś życie emocjonalne bohaterów, ich doświadczenia, które ich ukształtowały, ich systemy wartości. Wszystkie elementy zostały bardzo sprawnie sklejone w jeden film, który chętnie obejrzę jeszcze co najmniej raz. I trzymam kciuki, żeby filmowe DC kontynuowało dobrą passę.



No one likes a show-off.
Unless what they're showing off is dope as fuck.
Fuck. That's true.

wtorek, 10 sierpnia 2021

Tym razem bez Jokera: "Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)"

(źródło)
Jeszcze na moment wrócę do uniwersum DC. Uniwersum, które – żeby nie było wątpliwości – znam głównie z kina i telewizji. Zdarzyło mi się przeczytać kilkanaście komiksów, jestem w trakcie przedzierania się przez wydaną swego czasu przez Eaglemoss Wielką Kolekcję Komiksów DC, ale mam pełną świadomość faktu, że to zaledwie kropla w morzu tytułów, które wszak wychodzą nieprzerwanie od bodaj 1938 roku. Historię Jokera i Harley Quinn znam więc raczej powierzchownie (i w sumie nie wiem, czy tutaj głównie nie bazuję na grze Arkham Asylum), ale nie trzeba szczególnego zgłębiania tematu, by wyraźnie widzieć jedno: ich związek był od początku patolą. Trudno mi to nawet nazywać związkiem czy romansem, bo jednak głównie było współuzależnienie i toksyczność (stąd zresztą nigdy nie kumałam fanartów sugerujących, jakoby sytuacja przedstawiała się sielsko i cukierkowo). I bardzo mnie ucieszyło, kiedy zobaczyłam, że wreszcie jakiś film porusza ten problem bez owijania w bawełnę. Bardzo mnie ucieszyło, że w Ptakach… nawet nie zobaczymy Jokera. Bardzo byłam ciekawa, jak sprawdzi się Harley jako samodzielna postać.

Właściwie dalej jestem ciekawa. Bo na razie, choć jej oblubieniec jest nieobecny na ekranie, to jednak Harley Quinn (Margot Robbie) wciąż widzimy w jego kontekście. Wciąż nie stoi na własnych nogach, tylko jest byłą dziewczyną Jokera. Wiem, oczywiście, że ten etap musiał znaleźć się w filmie i że – dla lepszego przedstawienia postaci – nie można było się po tym prześlizgnąć, ale przez to po seansie nadal do końca nie wiem, jaka jest Harley Quinn. Osiągnięto natomiast tyle, że jestem tego ciekawa i chętnie obejrzałabym ciąg dalszy Ptaków…, gdzie duch Jokera przestanie unosić się nad wszystkimi wydarzeniami.

(źródło)
A jeszcze inną sprawą jest to, że nie do końca przekonał mnie moment, w którym Harley ostatecznie zrywa z przeszłością i idzie naprzód jako wolna i niezależna jednostka – wiecie, nowy dzień, nowa ona. I w ramach tego „nowa ona”… podcięła sobie kucyki o parę centymetrów. Brakowało mi tu czegoś bardziej radykalnego. Czegoś, co rzeczywiście pokazałoby, że Harley nie chce mieć nic wspólnego z tym, co było. Jakiegoś takiego przytupu większego.
Aha, warto jeszcze nadmienić, że z ogromną radością oglądałam Harley w wydaniu starającym się zwrócić uwagę na jej osobowość, a nie na wypięty biust i mokry podkoszulek. W sumie nawet w scenie z mokrym podkoszulkiem nie miała niczego wypiętego – co, przyznaję, mocno mnie zaskoczyło. Chyba pierwszy raz widziałam tak nieprzeseksualizowaną Harley Quinn (może to zasługa tego, że za reżyserię wzięła się kobieta?) – odświeżające. A jej niebanalne ciuchy z pewnością robią wrażenie. I totalnie uwielbiam scenę, w której podczas ogólnej finałowej rozwałki następuje Związanie Włosów. Prawie uroniłam łezkę wzruszenia.

(źródło)
Oprócz Harley, mamy też galerię innych postaci, z których zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu Renee Montoya (Rosie Perez) – chyba to zasługa tego, że ona jest, bardzo ogólnie rzecz ujmując, normalna. Bo dramy superbohaterów i superzłoczyńców mogą być oczywiście super wciągające, ale kiedy wśród nich trafi się konflikt związany ze zwykłą policjantką, dużo łatwiej zaangażować się emocjonalnie, skoro ta postać jest nam zwyczajnie bliższa. Nie wiem, jak to jest: rozstać się z arcyzłoczyńcą i uciekać przed całym miastem wkurzonych bandytów. Za to całkiem nieźle umiem wyobrazić sobie, jak to jest paść ofiarą dyskryminacji w pracy i być zmuszoną do przełknięcia faktu, że ktoś inny zgarnia profity za nasze dokonania. Historia zna aż za dużo takich przypadków, to się dzieje każdego dnia wokół nas. Dlatego wątek Renee uważam za szczególnie ważny, ciekawy, a ostatecznie – dość satysfakcjonujący.

Cała historia jest bardzo dynamiczna i widowiskowa, z całkiem fajną narracją, miejscami nawet zabawna – czuć podczas seansu, że ogląda się coś nieco szalonego, że nie powinno się wszystkiego brać na poważnie, choć w gruncie rzeczy problem poruszany przez film jest bardzo poważny i aktualny. Tylko o ile np. Wonder Woman momentami aż nazbyt łopatologicznie nawołuje, że hej, feminizm, emancypacja, równe prawa kobiet i tak dalej, o tyle tutaj te hasła prześlizgują się tylko gdzieś w tle, podczas gdy na pierwszym planie są kolorowe ciuchy, dużo przemocy i humor.
Aha, no i Bruce. W przyszłości chcę więcej Bruce’a!

(źródło)
Jakbym miała się czegoś jeszcze doczepiać, to byłoby to tłumaczenie tytułu. No bo skąd te „ptaki nocy”? O ile nie ma w słownikach informacji, że „prey” niekiedy może mieć znaczenie „noc”, o tyle ten przekład wydaje mi się trochę nietrafiony. No bo niby jakie „ptaki nocy”? Wiecie, jakie są ptaki nocy? Lelki i uszatki. A jeszcze z innych, to kosy i kwiczoły są aktywne nocami. Słowiki zaczynają śpiewać w okolicach północy, o trzeciej dołączają drozdy, rudziki czy świergotki. Czy to z nimi mają mi się kojarzyć bohaterki filmu? Jednak bardziej wymowne i adekwatne wydaje mi się tu oryginalne określenie „bird of prey”, które dobrze współgra z faktyczną treścią filmu. Wiem, że „ptaki drapieżne” nie brzmi może tak poetycko, ale hej – nigdzie nie jest powiedziane, że tytuł koniecznie musi być przetłumaczony. Myślę, że większość odbiorców tego filmu w razie czego umie obsłużyć Google Translate.

Słowem: można Birds of Prey bez bólu obejrzeć i nawet całkiem dobrze się bawić. Niczego mi nie urwało, ale było po prostu dobre. Rozbudziło ciekawość co do dalszych losów ekipy wojowniczych pań. Byłoby fajnie, gdyby WB pociągnęło to w takiej formie dalej, w miarę możliwości powstrzymując się od kolejnych rebootów, zmian castingowych i powiększania chaosu w uniwersum. I za to będę trzymać kciuki.




I underestimated you and I'm sorry.
I'm used to it.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...