Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2022

"Stranger Things" (nie mam pomysłu na tytuł)

(źródło)
Cóż. To nie jest notka, od której planowałam zacząć wskrzeszanie bloga. Nie jest nawet moim drugim wyborem. Ani trzecim. O tym, że ją napiszę, postanowiłam w sumie jakieś dziesięć sekund temu. Do wszystkich innych tematów, które
kołaczą mi się w głowie (a jest ich mnóstwo dużo, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że blog milczy od dziewięciu miesięcy), zapewne wrócę póź… no dobra, do większości pewnie nie wrócę, ale mam nadzieję, że przynajmniej do niektórych mi się uda.
Tymczasem: Stranger Things.

Pierwszy sezon oglądałam dawno temu, chyba mniej-więcej wtedy co wszyscy, czyli jak serial był głośną świeżynką. Kiedy pojawił się drugi, zaczęłam oglądać, ale znudziło mnie po jakichś dwóch odcinkach i dałam sobie spokój. Nawet nie wiem, kiedy śmignął obok mnie trzeci sezon, ale za to przy czwartym stwierdziłam, że no dobra: nadrabianko.
Plusy sytuacji są takie, że większość serialu mam teraz na świeżo.

Nie chcę się zanadto skupiać na bohaterach, bo w gruncie rzeczy nie ma tu wiele do powiedzenia: w zasadzie wszyscy są mniej lub bardziej sympatyczni. Twórcy zadbali o to, żeby każda postać była trochę inna, dzięki czemu faktycznie łatwo się ich zapamiętuje i raczej nie można powiedzieć, żeby ktoś z bohaterów był uciążliwie nijaki. Gdybym miała się czepiać, paradoksalnie chyba najbardziej nijaka wydaje mi się Jedenastka – nie wiem, co lubi, czego nie lubi, nie wiem jaka jest. Wiem tylko tyle, że ma supermoce. I że robi słabe dioramy.
Jedyną zaś postacią, która mnie rzeczywiście irytowała, była Joyce – ale to dlatego, że nie lubię Winony Ryder. Mam wrażenie, że każda grana przez nią bohaterka jest jękliwa i z pretensjami do całego świata. Polubiłam ją jedynie w ekranizacji Dumy i uprzedzenia z 2005r., ale to dlatego, że – jak się okazało – to była Keira Knightley.
ile jednak pojedynczo bohaterowie są w porządku, o tyle nie wygląda to już tak różowo, jeśli przechodzimy do relacji między nimi. No bo dlaczego tak przeokrutnie wynudził mnie drugi sezon? Właśnie przez relacje. Przez zdecydowanie nadmierne skupienie się twórców na wątku romansowym Steve’a i Nancy. To nie była ciekawa historia. Ot, nastolatkowie są razem, a potem już nie są. Gdybym chciała tego typu content, włączyłabym Jezioro marzeń. I niestety, tego typu wątki później się namnażają. Samo ich istnienie nie jest problematyczne, no bo skoro snujemy opowieść o nastolatkach, no to dość naturalne, że gdzieś w tle będą te wszystkie miłostki. Ale to nie jest coś, czemu serial powinien poświęcać aż tyle czasu. Szczególnie że mówimy o romansach osób w wieku 14–17 lat (granych przez aktorów w wieku 1830, co zawsze bawi), które usiłuje się sprzedać widzowi jako coś niebywale poważnego… Acz jeśli chodzi o to ostatnie, to okej kupuję ewentualne wytłumaczenie, że właśnie o to chodzi: widz śledzi losy nastolatków, więc świat jest pokazany z ich punktu widzenia. A w ich umysłach te związki są Jedyną Prawdziwą Miłością Aż Po Grób. Luzik.
Po prostu są nudne.

(źródło)
Sporym problemem interakcji między bohaterami są również dialogi. Może to głupio zabrzmi, ale one nie są najlepsze. I tutaj nie wiem, czy to wina scenariusza czy reżyserii, bo może np. te same słowa wygłoszone w inny sposób nie byłyby tak nudne i przewidywalne. Ja wiem, że jeśli bohater mówi jakieś Znaczące Słowa, to musi to robić powoli, żeby to odpowiednio wybrzmiało, ale ponieważ dialogi w
Stranger Things są bardzo typowe i przewidywalne, by nie rzec: często to straszne klisze, to efekt był taki, że podczas tych wszystkich poważnych rozmów myślałam nieustannie „no wyduś to z siebie wreszcie!”. No bo całą tę rozmowę co do słowa miałam już ułożoną w głowie. Wiedziałam, że żaden z bohaterów nie powie niczego, czego bym się nie spodziewała, bo lecą straszną sztampą. Słuchanie ich potrafiło być po prostu męczące. Miałam ochotę przyspieszyć odtwarzanie do 1,5x.
Mam zresztą wrażenie, że to właśnie tym rozwleczonym, sztampowym dialogom serial w dużej mierze zawdzięcza, że odcinki w czwartym sezonie trwają od półtorej do nawet dwóch i pół godziny. Rozumiem, że twórcy chcieli mieć pełnokrwistych bohaterów, z którymi można by empatyzować i którzy rozwijaliby się w trakcie trwania serialu – godne pochwały, że nie ograniczono się do sieczki z potworami z zaświatów. Ale to nie zostało zrealizowane zbyt dobrze ani zbyt pomysłowo.

Trochę lepiej ma się sprawa z samym trzonem Stranger Things, czyli wspomnianymi potworami z zaświatów. Przede wszystkim to świetnie, że Netflix zna swoje słabości – a jedną z nich niewątpliwie jest CGI, które wygląda okropnie, chyba że go nie widać. To znaczy: chyba że elementy wygenerowane komputerowo są w ciemnej scenerii, w której łatwo ukryć wszelkie niedoskonałości (tak jak na przykład w Wiedźminie: ghule czy kikimora nocą i we mgle wygląda spoko, ale dużo wyraźniej widoczny leszy albo Nivellen – już jakby nie, a w ogóle to z grzeczności nie wspomnę o smoku). W Stranger Things to w większości przypadków działa. Owszem, skutek jest taki, że przez połowę serialu ledwo widziałam, co się dzieje, ale wszystkie pnącza i stwory kryjące się w tych ciemnościach wyglądały wcale nieźle. Tu i ówdzie zdarzały się potknięcia, ale całościowo Netflix dał radę.

(źródło)
Fabularnie rzecz ma się podobnie: całościowo nieźle, choć zdarzają się potknięcia. Niektóre, niestety, trochę większe niż być powinny.
Moim największym problemem jest to, że z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy złole są niedołężnymi idiotami. Przy czym skupię się tu na ostatnim sezonie, bo mam go najbardziej na świeżo.
Weźmy takiego Vecnę: serial buduje nam go jako wielkiego, złego – pardą maj frencz – rozpierdalatora, niszczyciela światów i ciul wie co jeszcze. A ja powiadam: Vecna byłby o milion procent skuteczniejszy, gdyby ktoś mu powiedział o bieganiu. Wiecie, takim szybszym przebieraniu nogami. Mogę się tylko domyślać, co twórcy chcieli osiągnąć. Obstawiam, że chodziło o taki efekt terminatora – że zło może nie jest pospieszne, ale nieuchronne. Że nie musi się spieszyć, bo i tak dopnie swego, a desperacka ucieczka jest daremna. Ale ojej, no po prostu to nie działało. Vecna mnie frustrował, kiedy tak wlókł się noga za nogą, dając naszym bohaterom milion okazji do ucieczki. Gdyby nauczył się biegać, ten serial mógłby się dużo szybciej skończyć. Podobnie ma się sprawa z piekielnymi nietoperzami: albo są dużo wolniejsze od naszych zwykłych nietoperzy, albo Eddie był niezrównanym kolarzem. Zresztą, bezużyteczność tych nietoperzy to szersza sprawa, ale nie chcę poświęcać im całego akapitu, więc zaznaczę tylko, że bohaterowie dużo wcześniej powinni byli zginąć.
No bo przecież trzeba jeszcze wspomnieć o Rosjanach.
Nie mam pojęcia, czy to celowe, czy przypadkiem tak wyszło, ale Rosjanie w Stranger Things są… są kreskówkowo głupi. Przez pewien czas miałam taki dziwny dysonans, bo cały serial zdaje się robiony bardzo na serio i raczej unika komicznie przerysowanych postaci, a potem wchodzą oni, cali na biało, i brakuje tylko, żeby wybuchali diabolicznym śmiechem co jakiś czas. W żadnym momencie nie byłam w stanie traktować ich poważnie, a tym samym – nie było opcji, żebym przejęła się całym tym radzieckim zagrożeniem. W razie czego przecież wystarczy nauczyć się dwóch zdań po rosyjsku, z których jedno niech będzie żartem o wódce. To powinno otworzyć każde drzwi w Związku Radzieckim.

(źródło)
Całościowo serial jakoś niczego mi nie urwał i mam wrażenie, że jest na siłę porozciągany. Vecna mnie ogólnie rozczarował, a Argyle to w moim odczuciu niesamowicie zbędna postać, nawet jeśli chciałabym mieć tak nieplączące się włosy jak on (choć nie przeczę: właśnie się dowiedziałam, że powstaje film o powstawaniu Dooma, a Eduardo Franco wciela się w samego Johna Romero – będę wyglądać wieści o tej produkcji). Trochę uroku pryska w momencie, kiedy główna czwórka bohaterów bardzo wyraźnie nie jest już dziećmi – no bo to tak jakby Atomówki przez sześć sezonów stopniowo dorastały. Dalej pewnie by się oglądało, ale to by nie było to. W dodatku sztampa, która przebija w dialogach, czasem dotyka również całych wątków - i tak na przykład bez większego pudła można już na początku sezonu obstawiać, kto zginie, a kto przeżyje. W sumie jedynym plot twistem, który mnie rzeczywiście zaskoczył, był moment, w którym byłam przekonana, że serial zawiesił strzelbę i w pewnym momencie z niej w końcu wystrzeli, a on nigdy tego nie zrobił. No i zagęszczenie product placementu w
Stranger Things jest zastraszające.
Mam szczerą nadzieję, że piąty sezon naprawdę będzie tym ostatnim i nikomu nie przyjdzie do głowy odcinać od tej historii kolejnych kuponów. Bo już teraz mam wrażenie, że finał całej serii tak naprawdę powinien być w… w tym pełnometrażowym filmie, który z jakichś powodów nazwano ostatnim odcinkiem czwartego sezonu. Chyba trochę nie czaję fenomenu Stranger Things. No ale oglądanie tego serialu mimo wszystko nie bolało, więc jest dobrze.

środa, 18 sierpnia 2021

A gdyby pojechać na wakacje do Etherii?

(źródło)
Nigdy jakoś szczególnie nie jarałam się uniwersum Władców Wszechświata. Przygody He-Mana śledziłam raczej na wyrywki, a przygód She-Ry to właściwie w ogóle. Wydaje mi się, że kiedy te seriale byłam w stanie w ogóle oglądać w telewizji (w sensie że dorosłam na tyle, żeby w ogóle cokolwiek z nich ogarniać), one już sprawiały wrażenie nieco przestarzałych. Bohaterowie śmieszyli mnie swoimi przerysowanymi, napompowanymi sylwetkami, dialogi były drętwe, no i jakoś tak całościowo po prostu nie chwyciło. Toteż kiedy na Netfliksie pojawiła się najpierw 
She-Ra i Księżniczki Mocy, potem zaś Władcy Wszechświata, nie miałam właściwie żadnych oczekiwań. Po prostu uznałam, że hej: może czas wybrać się do tego dziwnego świata?

W życiu bym nie pomyślała, że ta wycieczka będzie aż tak udana. Bo tu w ogóle nie ma o czym gadać: to jest po prostu dobry serial. Tak, jest w nim nieco przesłodzonego pitolingu o przyjaźni, ale trzeba pamiętać, że to tytuł, który na spokojnie mogą oglądać młodsi widzowie, więc może takie rzeczy są na miejscu. W moim odczuciu nowa odsłona She-Ry jest równie udana co My Little Pony: Friendship is Magic sprzed dziesięciu lat – bohaterowie są wyraziści, animacja dynamiczna, fabuła pomysłowa i ogólnie wszystko bardzo fajnie gra. Dzieciak może sobie z tego wyciągnie jakieś wartości edukacyjne (piszę „może”, bo nie mam pojęcia, co tak naprawdę z seriali wyciągają dzieciaki), a dorosły widz po prostu dobrze się bawi.

Jeśli chodzi o postacie, to She-Ra i Księżniczki Mocy działa świetnie nie tylko w kategorii kreskówek dla dzieci, ale w ogóle filmów czy nawet książek. Ich różnorodność i charyzma są odświeżające. W przeciwieństwie do serialu z 1985, gdzie wszystkie bohaterki wyglądały jak jedna i ta sama cosplayerka, która tylko zmienia kostiumy i peruki, tutaj mamy najrozmaitsze typy urody (kurde, weźmy Double Trouble, która w oryginale była… no tak, kolejną laską podobną do reszty, a w serii z 2018 to w ogóle zupełnie inna kategoria istoty), wiek, style ubierania się, najrozmaitsze emocje odbite na twarzach (lub miejscach, gdzie twarz powinna była się znaleźć). A różnorodność charakterów jest jeszcze lepsza. Każdy ma swoje małe dziwności (chociażby zamiłowanie Mermisty do powieści kryminalnych), nie brak pewnych mrugnięć do oryginalnej serii (totalnie uwielbiam śmieszkowanie z odkrytego brzucha Bowa (nawet miał skafander kosmiczny z odsłoniętym brzuchem!), które ewidentnie nawiązuje do outfitu Bowa sprzed trzydziestu sześciu lat). Już na pierwszy rzut oka widać, że każdej postaci poświęcono nieco czasu, żeby stworzyć kompletny byt, wyrazisty i oryginalny, będący zdecydowanie czymś więcej, niż tylko recyklingiem postaci z zeszłego wieku. Bohaterowie są totalnie zapamiętywalni i z miejsca budzą sympatię – i to zarówno ci „dobrzy” jak i „źli”.
(źródło)
Piszę te dwa określenia w cudzysłowie, ponieważ to jest kolejna świetna rzecz: w zasadzie dość trudno mówić o dobrych i złych. To znaczy jasne, historię poznajemy przede wszystkim z perspektywy She-Ry i Glimmer, ale mamy też niezły wgląd w tę drugą stronę. I dość trudno przyszłoby mi na serio nazwanie Catry złą postacią. Jest w dużym stopniu zmanipulowana, przez długi czas wierzy w słuszność swojej misji. Potem staje się coraz bardziej i bardziej zagubiona. Mimo nieustającej walki z Księżniczkami, ratuje przecież Adorze życie. Z jej punktu widzenia to Księżniczki są złe. Niejasno też wygląda sytuacja z Hordakiem, Shadow Weaver czy Scorpią (chyba najbardziej uroczą postacią ze wszystkich), a już Entrapta (którą totalnie uwielbiam – ją i jej chwytne włosy) w ogóle wymyka się tego typu kategoryzowaniu. Najprędzej jako złola można by traktować Horde’a Prime’a, z tym że tutaj rozbijamy się o podobny dylemat co w przypadku marvelowskiego Thanosa: z naszej perspektywy rzeczywiście jest zły – bo chce nas zabić. Ale w jego perspektywie to jest działanie na korzyść wszechświata. Nie ma w She-Rze… bohatera, który by był po prostu zły „bo tak” – bo jest zły i bo chce przejąć władzę nad światem, żeby siać zniszczenie i żeby ludzkość rozpaczała u jego stóp, wijąc się w płomieniach. A to jest przecież typ złola, którego nierzadko widuję w produkcjach kierowanych do dorosłego widza. Wow.

(źródło)
Ma się rozumieć, duże znaczenie ma fabuła – a ta również nie rozczarowuje. Widz zostaje wrzucony w środek wydarzeń, trwa wojna, są jacyś rebelianci, stopniowo wszystko sobie układamy w głowie i wkraczamy w tę – odmalowaną z dużym rozmachem – opowieść. I ta opowieść właściwie do samego końca trzyma w napięciu. Kolejne wydarzenia są trudne do przewidzenia, a szala zwycięstwa w wojnie przechyla się to na jedną, to na drugą stronę. I owszem, nierzadko kłopoty rebeliantów są spowodowane zupełnie głupim postępowaniem bohaterów, którzy potrafią zachować się jak dzieciaki, ale hej – to po części są dzieciaki. Więc owszem, kiedy jedenastoletnia Frosta czy nieco tylko starsza Glimmer robią coś głupiego tylko po to, żeby udowodnić światu, że są dorosłe i samodzielne – to się kupuje. Bo nie ma tutaj sprzeczności. Jeśli bohaterowie w wieku późnolicealnym mają swoje późnolicealne dramy – nie zamierzam się czepiać. Sorry, nie mają dużego doświadczenia w ratowaniu świata.
A cała ta epicka historia jest dodatkowo okraszona bardzo fajnym humorem, miejscami głupkowatym, miejscami z nutką sarkazmu, ale niezmiennie dość lekkim, przy którym można sobie śmiechnąć, ale nie wybija z klimatu jakimiś nachalnymi comic reliefami. Nawet Bow, który ewidentnie generuje nieco więcej humorystycznych momentów niż inni, nie jest tylko zabawnym sidekickiem – raczej funkcjonuje tu na podobnej zasadzie co Sokka w Avatarze – owszem, bywa zabawny, ale za tym kryje się dużo więcej.
Oprócz klasycznych pogadanek o przyjaźni, mamy też oczywiście sporo pokonywania lub akceptowania własnych słabości, radzenia sobie mimo braku supermocy (uwielbiam to, że bohaterowie nawet bez nich wciąż pozostają kompetentni – owszem, słabsi, ale nie tacy zupełnie bezradni), dużo o zaufaniu i lojalności, znalazłoby się też nieco o cenie władzy czy o wyborze między decydowaniem o sobie a wypełnianiem z góry wytyczonego Przeznaczenia. I o autyzmie. Bo czemu nie.
I nie piszę nic więcej o fabule, bo zdecydowanie nie chcę spoilować – tam jest masa plot twistów i ciągle coś się dzieje, warto więc zacząć przygodę z serialem bez zdradzonych szczegółów.

(źródło)
Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to chyba tylko tego, że momentami kreska jakby ucieka. Postacie czasem mają nie do końca proporcjonalną jakąś część ciała, czasem twarz jakoś się dziwnie wygnie, ale nie są to częste problemy. Całość wizualnie jest bardzo ładna i czysta, a ekspresja stanowiła wyraźnie większy priorytet niż szczegółowe wyrzeźbienie czyjejś klaty (i, paradoksalnie, mimo tej uproszczonej kreski wizualnie te postacie są bardziej realistyczne niż pierwotnie).

Powtórzę, w razie gdyby umknęło: She-Ra i Księżniczki Mocy to świetny serial animowany. Pełen akcji, z pomysłową intrygą (podobno nieco zmienioną w stosunku do oryginału sprzed lat, acz bazuję tu wyłącznie na informacjach z internetu, bo nie mam pojęcia, o co chodziło w tamtej serii), rewelacyjnym wyczuciem tempa, fajnym klimatem i humorem, a przede wszystkim: fantastycznymi bohaterami – konsekwentnie poprowadzonymi, zaopatrzonymi w cały wachlarz zalet, wad i pasji, uwikłanymi w najrozmaitsze relacje, choć większość oczywiście funkcjonuje pod szyldem przyjaźni. Tym postaciom się kibicuje i bardzo łatwo zaangażować się w całą tę historię.

A tak w ramach ciekawostki: w linku zestawienie postaci z serialu z 1985 z ich odświeżonymi odpowiednikami. W moim odczuciu to zmiana na ogromny plus. A jak to odbierają fani oryginalnej She-Ry? Nie mam bladego pojęcia, bo chyba w mojej bańce za bardzo żadnego nie ma.





– Imperfection is what makes scientific experimentation possible! Imperfection is beautiful... at least to me.

czwartek, 6 sierpnia 2020

Przegląd miesiąca: seriale

Mówiłam, że będę pisać w środy? Z całą pewnością chodziło mi o to, że być może w środy. Za wyjątkiem tych tygodni, kiedy środa przeskoczy niedzielę i wypadnie w przyszły czwartek. Serio, to ani trochę nie jest moja wina. Ja naprawdę chciałam.

Dziś będzie tak bardziej skrótowo i przekrojowo, bo obejrzeliśmy z Ulvem kilka interesujących rzeczy, ale nie mam pojęcia, czy każda z nich z osobna jest interesująca na tyle, żeby popełniać o niej osobną notkę.

Czyli: Ulv poleca x3 (naprawdę dorzucę kiedyś taką etykietę)


***


Polecajka nr 1: Justified

Dałam się namówić na ten serial chyba tylko dlatego, że dopiero co odświeżyliśmy sobie doskonałe trzy sezony Deadwood, a głównym bohaterem w Justified jest szeryf Bullock, znaczy się Timothy Olyphant (w ogóle jak kozackie to jest – mieć na nazwisko „Olifant”?). Serial jest z jednej strony dość typową policyjno-kryminalno-sensacyjną produkcją, z drugiej jednak ma fajny, rednecki klimacik. Bohaterowie to w większości mniej lub bardziej stereotypowe wieśniaki w kraciastych koszulach i z zabawnym akcentem, każdy ma broń, a umieralność w miasteczku Harlan jest większa niż w brytyjskim Midsomer. To potrafi wciągnąć. Dodatkowo w serialu pojawia się świetna obsada, bo oprócz Olyphanta zobaczymy Waltona Gogginsa jako Boyda, Ricka Gomeza w roli gościa z biura prokuratora, a nawet Sama Elliota (spoiler: bez wąsów mówi tak samo niewyraźnie jak z wąsami). Ogólnie co chwilę ma się ochotę wołać „o, a jego pamiętam z Deadwood! O, a tego z Kompanii braci! O, a tamten był w Breaking bad!” - i ta masa utalentowanych znajomych pyszczków cieszy.

A niezależnie od samych aktorów, bohaterowie są po prostu fajnie napisani, charyzmatyczni i wyraziści. Sporo postaci z główniejszych i dalszych planów da się polubić – muszę przyznać, że koniec końców sam Raylan (czyli Timothy Olyphant) wcale nie błyszczy jakoś szczególnie na ich tle, choć owszem, też jest w porządku. Najsłabiej pod tym względem wypada chyba Ava (Joelle Carter), w której wątku w pewnym momencie się pogubiłam i kompletnie przestałam „kupować” jej motywacje. Ale Ava mogła akurat paść ofiarą zasadniczego problemu serialu, czyli jego długości.

Justified ma sześć sezonów – i przyznam, że gdzieś w międzyczasie zaczął mi się ciągnąć i odniosłam wrażenie, że dorabiają kolejne sezony i odcinki, byle tylko dorabiać, coraz bardziej przy tym przekombinowując z wątkami. Po prostu - gdyby Ava nie wyszła out of character, posypałaby się fabuła ostatniego sezonu.

Ale trzeba przyznać, że koniec końców finał serialu jest bardzo satysfakcjonujący, a główny i najważniejszy wątek rozwiązany w świetny sposób. Zresztą, to w ogóle jest chyba najlepszy element Justified. Chodzi mi tu o relację Raylan-Boyd, która jest naprawdę fajnie napisana: dynamiczna, skomplikowana, ale jednocześnie cholernie wiarygodna, a bohaterowie przez jej pryzmat jeszcze mocniej przykuwają uwagę widza.


Polecajka nr 2: Jean-Claude Van Johnson

To może nie była taka do końca polecajka, ile wspólne „dafak to jest? Zobaczmy” – i okazało się lepsze niż kiedykolwiek byśmy przypuszczali. W przeciwieństwie do powyżej omówionego serialu, tutaj mamy sześć półgodzinnych odcinków i na tym koniec, więc zajmuje to tyle co obejrzenie jednej części Władcy Pierścieni i o godzinę mniej niż seans Hamleta w reżyserii Kennetha Branagha (tak, w jednym zdaniu wspomniałam o serialu z Van Dammem i o Hamlecie).

No i tak: w serialu Jean-Claude Van Damme gra samego siebie, czyli starzejącego się aktora, który żyje minioną sławą gwiazdy kina akcji lat osiemdziesiątych, a zasadniczą różnicą między JCVD realnym a serialowym jest fakt, że ten serialowy ma ukrytą tożsamość: w istocie bowiem jest tajnym agentem, posługującym się nazwiskiem Johnson.

Jeśli ktoś odpada na tym etapie opisu, to zdecydowanie może sobie odpuścić ten serial. Jeśli jednak ktoś czyta te słowa i myśli „hmm, brzmi dziwnie, ale i ciekawie” – to śmiało niech zasiada przed ekranem (skoro czyta te słowa, to zapewne już siedzi przed jakimś ekranem, raczej sobie tej notki nie wydrukował. Nieważne). Pomysł na fabułę brzmi głupawo, a realizacja jest jeszcze głupsza. Ale to wszystko razem pięknie gra – jest z jednej strony zabawnie i co chwilę mamy jakieś podśmiechujki z Van Damme’a i pewnych głupot pojawiających się w starych filmach akcji, z drugiej jednak tkwi w tym wszystkim taka nostalgia za tamtym kinem. Trochę mi tu oczywiście nasunęło się skojarzenie z Expendables, tylko że tam mamy temat potraktowany dużo bardziej serio, a aktorzy wcielają się w – przynajmniej teoretycznie oderwane – od samych siebie postacie. Tutaj czasem trudno orzec, gdzie kończy się Van Damme, a zaczyna Van Johnson.

Trzy godziny świetnej, choć głupkowatej zabawy, bardzo odstresowujące.


Polecajka nr 3: The Boys

Kolejny serial z rodzaju „spodziewałam się czegoś innego”. Człowiek myśli, że to jeden z normalnych seriali lecących na fali popularności kina superbohaterskiego. No i tak, poniekąd tak – są tam superbohaterowie. I moje główne zaskoczenie nie polegało wcale na tym, że to nie oni są w serialu protagonistami, a tytułowi chłopcy, którzy ich zwalczają. Takie odwrócenie ról przecież też już bywało, choćby niedawnym serialu Watchmen. Natomiast w The Boys urzekł mnie poziom niczym nieskrępowanej, niekiedy wręcz absurdalnej brutalności – takiej, która świetnie może współistnieć z elementami lżejszymi, nierzadko humorystycznymi. W gruncie rzeczy ta brutalność też jest humorystyczna, choć jak człowiek sobie uświadomi, z czego właśnie rży, to robi się tak trochę dziwnie.

Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, bo w trakcie trwania sezonu intryga mocno się zagęszcza i wykręca, powiem więc tylko tyle, że bardzo warto zerknąć na ten tytuł. W roli Billy’ego Butchera zobaczymy Karla Urbana, który prawdę mówiąc pokazał się już parę razy od bardzo fajnej strony, udowadniając, że nie boi się różnorodnych ról (Władca Pierścieni, Dredd, Star Trek). Pojawia się też Simon Pegg, a jego udział zawsze cieszy. Nie mogę też przejść obojętnie obok głównego antagonisty (?), w którego wcielił się Antony Starr, a który zwie się Homelander – co na polski przetłumaczono Ojczyznosław. OJCZYZNOSŁAW. Jeśli ktoś nie chce oglądać serialu z udziałem bohatera o imieniu Ojczyznosław, to ja już nie wiem, co ludzie chcą oglądać.

The Boys zaskakuje, bawi, wciąga i każe wypatrywać drugiego sezonu, który zresztą zbliża się wielkimi krokami. Ma świetną muzykę, fajne efekty (nawet jeśli to głównie fruwająca krew i flaki), no i cudownych bohaterów – zarówno tych „super-” jak i tych normalnych. O takie kino superbohaterskie nic nie robiłam!


Do zobaczenia w kolejną środę – kiedykolwiek ona wypadnie.

środa, 22 lipca 2020

"Norsemen" - odsłona trzecia

(źródło)

Mniej-więcej półtora roku temu pisałam o serialu, który polecił mi Ulv, a który koniec końców okazał się fantastyczną, przezabawną odskocznią od – wydaje mi się, że nieco przehajpowanych – Wikingów. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie pojawiło się potwierdzone info o powstawaniu trzeciego sezonu Norsemen, niemniej od tamtego czasu tuptałam ze zniecierpliwieniem w oczekiwaniu tej właśnie magicznej chwili.
No i ta chwila dziś nadeszła.

Zgodnie z zapowiedziami, ten sezon jest prequelem i ukazuje losy Orma (Kåre Conradi) i pozostałych wikingów sprzed wyprawy do Anglii, powrotem z której rozpoczyna się sezon pierwszy. To niesie ze sobą kilka konsekwencji.
Po pierwsze, widz może śledzić losy postaci, które w poprzednich sezonach w tym czy innym momencie zeszły ze sceny – co cieszy, jeśli się te postaci lubiło.
Po drugie, dużo wątków – mniej i bardziej głównych – zostało rozwiniętych i pogłębionych, sporo problemów się wyjaśniło, a działania bohaterów zyskały nowe uzasadnienie.
Po trzecie, ponieważ to prequel, w zasadzie podczas całego seansu (nie oszukujmy się, cały sezon trwa łącznie trzy godziny – to jak którakolwiek część Władcy Pierścieni – ogląda się za jednym posiedzeniem) odpada nam niepokój o bohaterów, no bo w niemal wszystkich przypadkach jesteśmy w stanie ocenić, jak – i czy w ogóle – potoczą się ich losy.

Hund z krukiem (źródło)
Ale w tym wszystkim jest całkiem sporo haczyków. No bo skoro niemal w całości odpadło napięcie wynikające z oczekiwania, co dalej zadzieje się z bohaterami, trzeba było w jakiś inny sposób wzbudzić emocje w widzu. I tak się stało: dostaliśmy sporo więcej osobistych historii i dramatów, momentów nieomal rozczulających, gdyby nie to, że potraktowanych z tym charakterystycznym humorem: dość okrutnym i niezbyt subtelnym. Przez to zresztą bardzo wyraźnie zmienił się nastrój serialu w porównaniu do poprzednich sezonów. Owszem, nadal jest zabawnie i niby lekko, ale, jakby to powiedzieć, ten sezon jest dużo bardziej przykry od poprzednich. Czasem aż by się chciało, żeby tę czy inną postać spotkało wreszcie coś miłego, bo naprawdę robi się ich żal – to coś nowego, bo w poprzednich odsłonach, jakkolwiek czy to Orma, czy choćby Karka (Øystein Martinsen), notorycznie i konsekwentnie spotykały same złe rzeczy, to jednak oglądając po prostu przyjmowało się, że tak już jest. Kark zdawał się całkiem zadowolony ze swojego życia, więc i ja byłam zadowolona, nawet jeśli widziałam, że on nie powinien być tak zadowolony. Z kolei Orm nie wzbudzał żalu, bo bardzo wyraźnie sam sobie zgotował swój los.
W sezonie trzecim właściwie wszystkich spotykają złe rzeczy, które w dużej mierze warunkują bohaterów. Dotyczy to nawet jarla Varga (Jon Øigarden), przemiłego wikinga, którego dotknęła bardzo osobista tragedia. Dotyczy to także nowej w tym serialu postaci, czyli jarla Bjørna, w którego wcielił się Thorbjørn Harr, szerzej znany jako jarl Borg z Wikingów.
Nie spodziewałam się, że ten sezon będzie tak gorzki. To maraton pojedynczych błędów, pomyłek i okopywania się w swoich uprzedzeniach, które wszystkie razem prowadzą do wielu tragedii, nawet jeśli większość tych tragedii wzbudza w widzu śmiech.
Tradycyjne obrzucanie się obelgami przed bitwą.
(źródło)
No bo to jednak wciąż jest komedia. Jak wspominałam, bawi – choć jest bardziej brutalna od poprzednich sezonów. Dodatkowo, ponieważ to prequel, pojawiła się możliwość wrzucenia do sezonu całkiem sporej liczby odniesień do wydarzeń, o których bohaterowie jeszcze nie wiedzą, ale widz – wie. Pojawiają się one w postaci mglistych przeczuć, zapewnień czy zaklęć, ocierających się czasem nawet o lekkie zerknięcie przez czwartą ścianę. To znów pewna nowość w stosunku do tego, co wcześniej oferował nam ten serial.
To, co natomiast nie zmieniło się od poprzednich sezonów ani na jotę, to gra aktorska. Bohaterowie są po prostu miodni, z miejsca totalnie przekonujący. Silje Torp jako Frøya jest szczególnie fantastyczna i wiarygodna (oczywiście „wiarygodna” w ramach tego uniwersum), ale przecież nawet postać z nieco dalszego planu, Ragnar (Mikkel Bratt Silset) podczas bitwy robi piorunujące wrażenie. Przecież to właśnie w dużej mierze zasługa aktorów, że widz może się tak mocno zaangażować w losy bohaterów. Szacun.

Gdybym miała coś wytknąć temu sezonowi, to chyba byłaby to muzyka – a raczej jej brak. Poprzednie odsłony Norsemen mogły pochwalić się świetnymi utworami Einara Selvika, podczas gdy tutaj chyba tylko raz tak naprawdę było o co zahaczyć ucho. Trochę szkoda.

Jakkolwiek trzeci sezon nieco zmienił ton w porównaniu do poprzednich, bardzo przyjemnie się go ogląda. Gdybym miała z czymś to zestawić, nasuwa mi się Galavant, acz na zasadzie kontrastu: pierwszy sezon Galavanta mnie urzekł i czekałam bardzo mocno na sezon drugi, tyle że kiedy on się już ukazał… no cóż, byłam nieco zawiedziona. Miałam wrażenie, że został dokręcony trochę na siłę, zabrakło w nim pary (i dobrych piosenek). I w ogóle nie chciałam trzeciego sezonu (którego, nawiasem mówiąc, nie ma i nie będzie). Bardzo mocno obawiałam się, że Norsemen mogą cierpieć na to samo. Tymczasem tak się nie stało. Trzeci sezon Norsemen to coś, na co warto było czekać – coś, co sprawiło, że teraz wypatruję na horyzoncie niusów o czwartym sezonie. Czy wyjaśni się historia Karka? Czy jarl Bjørn ucztuje z bogami mając głupią fryzurę? Czy ktoś jeszcze zostanie ukarany biczowaniem moszny? Do kogo trafił Arnstein?
Czarnokomediowy świat serialu Norsemen ma ogromny potencjał i myślę, że można tam wcisnąć dużo świetnych opowieści. Trzymam kciuki za inwencję twórców.




­ Ah, they will sing about this day. The day Norway learns that one should be above spreading rumors about certain individuals losing their hair.
– Is that what we’re fighting about here?
– Oh, yes.
– Whether it’s true or not, you just don’t say things like that. Then you’re attacking the person and not the problem, and that’s not okay. It’s very poor style.

wtorek, 4 lutego 2020

Ludzie i roboty: "Lost in Space"

(źródło)

Nie mam pojęcia, jak został przez widzów odebrany film Lost in Space z 1998 roku, stanowiący remake serialu z 1965 roku (którego to serialu nigdy nie widziałam). Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, jak został odebrany przeze mnie, bo w ogóle nie wiem, czy kiedykolwiek obejrzałam to w całości. Na pewno miałam jakieś podejścia, ale produkcja ta nie była za ciekawa. Mimo obsadzenia w jednej z głównych ról Gary’ego Oldmana, drewniana gra pozostałych aktorów i ogromnie wkurzająca postać Penny Robinson sprawiają, że od filmu dość łatwo się odbić.
I tutaj w sukurs nadjeżdża serial Netflixa pod tym samym tytułem.
Or is he…?

Ujmę to tak: sama nie wiem, co o tym myśleć. Mam mega ambiwalentny stosunek do tej serii, na którą obecnie składają się dwa sezony i cliffhanger każący przypuszczać, że Netflix nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.
Z jednej strony, to jest przecież historia, która ma ogromny potencjał. Na samym motywie zagubienia się w kosmosie można ugrać niebywale wciągające serialowe opowieści, zresztą żeby nie szukać daleko przykładów: Space 1999, Farscape, Lexx, no i najmocniejszy tytuł z tego zestawienia: Star Trek: Voyager. No bo przecież hej, widz śledzi losy bohaterów, których rzuciło do zupełnie nieznanej przestrzeni kosmicznej – czyli na pewno będą się mierzyć z całą masą niesamowitości, może trafią na ślady obcych cywilizacji, może odwiedzą jakieś niezwykłe światy i tak dalej.
Dodatkowym atutem Lost in Space jest fakt, że bohaterowie są rodziną. Widz jest przyzwyczajony raczej do przypadkowych zbieranin postaci, którzy ewentualnie z czasem stworzą taką symboliczną rodzinę. Albo jeśli już jest faktyczna rodzina, to koniecznie rozbita i straumatyzowana. Kompletne, zdrowo funkcjonujące rodziny kojarzą się chyba głównie z sitcomami, więc wprowadzenie takich bohaterów do przygodowego sci-fi pozwala sięgnąć po niesprane jeszcze motywy. Wszak będziemy tu mieć zupełnie inne relacje między postaciami niż w przypadku potencjalnych kochanków czy choćby i przyjaciół.
Z drugiej jednak strony, Netflix nie wykorzystuje tego całego potencjału, a serial obfituje w nazbyt dużo elementów zwyczajnie głupich i/lub nudnych.

(źródło)
Weźmy na przykład kwestię rodziny: rzeczywiście, tu i ówdzie pojawiają się wątki teoretycznie przynajmniej służące pogłębieniu tego zagadnienia. Choćby mamy Maureen Robinson (Molly Parker), czyli coś w rodzaju matki-lwicy, zdolnej niemal do wszystkiego, byle tylko ochronić dzieci. Jest też jej mąż, John (Toby Stephens), który z kolei za wszelką cenę będzie bronił żony (to znaczy dzieci też, ale mam wrażenie, że oddanie małżonce jest mocniej zaakcentowane w serialu). No i troje dzieci: Will (Maxwell Jenkins), Judy (Taylor Russell) i Penny (Mina Sundwall) – ci z kolei trochę się czasem ze sobą droczą, ale tak, generalnie też się kochają ogromnie i zawsze mogą na siebie liczyć.
I o mój Borze cienisty, to jest sitcomowa rodzina. Dynamika ich relacji, pojawiające się tu i ówdzie problemy, poziom pogłębienia bohaterów – to wszystko jest na poziomie Pełnej chaty. Są do bólu pastelowi i strzelają tęczami z brzuszków za każdym razem, jak padnie słowo „Robinson”. Muszę przyznać, że to na dłuższą metę dość męczące. Jakby twórcy bardzo się bali, że nie będzie widać, że mamy do czynienia ze zgraną, blisko ze sobą związaną rodziną, więc oni to muszą ciągle podkreślać i sobie powtarzać. Jednocześnie każdy z Robinsonów jest dość banalny i ma jedną-dwie cechy, za którymi na próżno szukać reszty charakteru. O rodzicach już wspomniałam, ale z dziećmi rzecz ma się podobnie: Judy biega i leczy, Penny to (ponownie) irytująca jęczydupa, a Will ma robota. Tak, jedyną cechą Willa jest robot. Gdyby zabrać dzieciakowi robota, nie umiałabym o nim nic a nic powiedzieć – i to po dwóch sezonach serialu! Co mnie zresztą uderzyło, to że Will nawet temu robotowi nie nadał imienia. Ma więc przyjaciela, do którego zwraca się „robocie!”. Cóż, zawsze mogłoby być „hej, ty!”.
No dobra, o nim nic nie napisałam. Ale nie ma
o czym, to tylko comic relief. (źródło)
No ale dobra, mogą nie mieć super osobowości, ale może robią fajne rzeczy, prawda? No więc hm. Też nie do końca. Bo robią rzeczy w większości głupie. Randomowe przykłady: jest urwisko, część bohaterów stoi u góry, część wylądowała na dole i teraz ta część chce wrócić na górę. Zdawałoby się, że jest proste rozwiązanie: jest łazik z wyciągarką i liną, stykłoby więc opuścić tę linę i za pomocą wyciągarki wywlec tamtych. Nie, dla Robinsonów to za proste: oni muszą koniec liny umocować na górze, a na dół zrzucić łazik. Seems legit. W ogóle z łazikiem to jest więcej śmiesznostek, ale okej, nie chce mi się o tym rozpisywać. Grunt, że Robinsonowie pokonują kolejne przeciwności losu w cokolwiek karkołomny i najczęściej jednorazowy sposób, zazwyczaj zamykając sobie możliwość ocalenia, gdyby sytuacja się powtórzyła.
Przy tym, zgodnie z najlepszą tradycją, mocno kuleje u nich BHP, więc przerabiając statek kosmiczny na statek dalekomorski nikt nie pomyśli, żeby zrobić chociaż najbardziej siermiężny reling (co zaowocuje tym, że później kilka razy są dramatyczne sceny, jak któreś z Robinsonów ześlizguje lub prawie ześlizguje się do wody), za to nikt nie ma oporów przed wnoszeniem do wnętrza statku toksycznych kosmoglonów – tylko dlatego, że no, ładnie świecą na niebiesko. A w najbardziej dramatycznych scenach, w których ważą się losy bohaterów, nagle z jakiegoś powodu na pierwszy plan wypływa nie temat „jak ocalić skórę”, tylko drama na przykład „buhuhu, nie przeczytałaś mojego pamiętniczka!” (no ale to Penny – wspominałam, że Penny to jęczydupa).
To wszystko sprawia, że oglądałam z poczuciem, że Robinsonowie powinni zginąć.
Nie mam wątów do kosmicznych wybuchów.
Są ładne. (źródło)
Aha, bo ja tak o Robinsonach, a przecież jeszcze jest tajemnicza doktor Smith (Parker Posey) – na plus trzeba jej przyznać, że nie jest tak sitcomowa. Natomiast nie do końca, moim zdaniem, wypaliło zrobienie z niej niejednoznacznej bohaterki. Chyba dlatego, że jako widz nie mam zupełnie pola do własnej oceny Smith i do interpretacji jej działań. Jeśli doktor Smith robi coś złego, nieomal diabolicznie uśmiecha się do kamery, kiedy zaś mam jej współczuć, scena będzie obłożona ckliwymi retrospekcjami, które mniej lub bardziej udolnie wciskają kit o trudnym dzieciństwie i takich tam. To wszystko wydaje mi się trochę zbyt nachalne i zbyt kiczowate.

A żeby tego było mało, akcji wcale nie ma w serialu aż tak niesamowicie wiele. Jak na produkcję pełną bohaterów pozbawionych osobowości, naprawdę dużo dostajemy gadania. Szczególnie początki sezonów są mocno powolne i przegadane, co niekoniecznie czemukolwiek służy.

Znaczy dobra: jest wspomniany już robot. I robot mi się podoba, podoba mi się w ogóle cała rasa tych robotów. Mają fajny dizajn i ogromnie z nimi sympatyzuję, szczególnie w świetle odkryć dokonanych pod koniec drugiego sezonu, kiedy tak naprawdę wychodzi na to, że ze wszech miar racja jest po ich stronie, choć serial jakoś nie chce się do tego przyznać, uparcie kreując roboty na potwory.

Trzymam kciuki za roboty. (źródło)
Dość ładne są też widoki, choć może scenografia niczego nie urywa. W sensie planety na przykład są estetyczne i przekonujące, tylko po prostu niezbyt pomysłowe. Ale żadne szpetne CGI nie razi (no dobrze, raz czy dwa może trochę nie wyszło). I w sumie cały serial jest taki: ładny, ale niczego nie urywa. Estetyczny, tylko bez pomysłu. Rodzina to ładne wydmuszki bez osobowości, akcja to dużo biegania i robienia rzeczy, bez zastanawiania się nad dalszymi konsekwencjami. Ogląda się to właściwie bez bólu, a jak już miną te powolne początkowe odcinki, to całość nawet wciąga, tylko no właśnie: ja po tych dwóch sezonach nadal nie umiem nic o tym powiedzieć. Wszystko jest takie „takie se”. Bardzo nierówne. Czasem jakiś żart rozbawi, czasem jakaś akcja wciągnie, innym znów razem człowiek przewraca oczami, bo znów Penny ma ból dupy o coś, a główny villain sezonu robi coś tylko dlatego, że Imperatyw Fabularny kazał mu być villainem, chociaż z tych swoich złych postępków nie będzie miał już żadnych korzyści.

No i tak.
Aha, w sumie to nawet lubię Judy. Myślę, że razem z robotem powinna się urwać z tego serialu i mogliby zostać parą superbohaterów.



I'm a doctor, not a space explorer.

wtorek, 31 grudnia 2019

Hymm, chrząk, chrumk, czyli "Wiedźmin"

(źródło)

Dobra, dobra. Moje całe internety huczą nowym serialem, więc nie będę gorsza i też dorzucę coś od siebie.
Od razu muszę tutaj nadmienić, że opowiadania i sagę czytałam, owszem, ale ładnych parę lat temu, toteż pamiętam z nich, niestety, mniej niż niewiele. Tak więc nową serię Netflixa oglądałam z wiedzą, o co mniej-więcej chodzi, ale kompletnie nie pamiętając detali, przebiegu bitew, życiorysów bohaterów i tak dalej. Stąd też nikt nigdy nie usłyszy ode mnie „hurr durr, w książce było inaczej”, no bo szczerze nie pamiętam, jak było w książce. Ale, tak całkiem szczerze, nawet gdybym czytała książki wczoraj, i tak nikt by ode mnie czegoś takiego nie usłyszał.
Lubię myśleć, że zmądrzałam od premiery pierwszej części filmowego Władcy Pierścieni z 2001 roku. Pamiętam, że choć filmy Petera Jacksona mnie zachwyciły, to jednak przez parę ładnych lat gryzły mnie różnice względem literackiego oryginału. Że tak wspomnę o Tomie Bombadilu, Glorfindelu czy obecności Haldira w Helmowym Jarze. Teraz, kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, rozumiem, że patrzyłam wyłącznie jako zagorzała i zacietrzewiona fanka Tolkiena, kompletnie nie uwzględniając tego, że film to zupełnie inne medium, w dodatku dzieło Jacksona było – o zgrozo – kierowane również do widzów, którzy nie czytali książek. Pewne zmiany dodawały dramaturgii, inne znów sprawiały, że całość wyszła spójniej.
I podejrzewam, że w dużej mierze podobnym regułom poddano Wiedźmina. Pewnie, że są zmiany względem książek. O ile kojarzę, rozbudowano na przykład wątek przeszłości Yennefer. No i kurczę, bardzo dobrze, bo to jeden z ciekawszych wątków serialu, który świetnie zbudował postać. No, może poza jednym głupstwem, ale o tym za chwilę.

(źródło)
No ale właśnie, ja może zacznę od bohaterów, bo przyznam, że kiedy pojawiły się pierwsze niusy o obsadzie serialu, to właśnie tutaj miałam największe wątpliwości. Konkretnie nie leżał mi Henry Cavill jako Geralt. Ja w zasadzie nic nie mam do tego gościa, był całkiem w porządku Supermanem, ale wydawał mi się zdecydowanie zbyt… zbyt śliczny. To już Żebrowski z tego niesławnego polskiego arcydzieła kinematografii zdał mi się nagle odpowiedniejszy – nie wiem, jak to ująć. Był bardziej sponiewierany przez życie. A biorąc pod uwagę życie Geralta, chyba on powinien wyglądać na sponiewieranego.
Tymczasem przywyknięcie do nowej wizji Wiedźmina zajęło mi jakieś pół odcinka. Cavill wcale nie jest zły, a jego seria chrząknięć i hmmmknięć jest tak konsekwentnie prowadzona, że z czasem widz rozumie, że to po prostu taka postać. To facet, który nie rozmawia zbyt chętnie, za to jeśli już musi się odezwać, to często zbywa rozmówcę właśnie jakimś takim dźwiękiem. Ot, taki mruk. Wcale fajnie to wyszło.
(źródło)
Jak już wspomniałam, jest też mocno rozbudowana Yennefer (Anya Chalotra). Raz, że pełen szacun za jej garbatą wersję – jest po prostu świetnie zrobiona, szalenie przekonująca i dobrze zagrana. Dwa, że jej historia jest ogromnie wciągająca: obfituje w emocje, niespodziewane zwroty akcji wyjaśnia sporo z tego, co dzieje się później, każąc zastanowić się, czy cała afera z Ciri, Nilfgaardem i całą resztą nie była aby bardzo prosta do uniknięcia. Moje jedyne zastrzeżenie dotyczy tu dzieciowej dramy Yennefer: wzięła się trochę znikąd. No bo najpierw bohaterka sama się pcha do przemiany, która – jako efekt uboczny – pozbawi ją możliwości urodzenia dziecka, a w następnej chwili ta sama bohaterka ma jakieś straszne parcie na dzieci i niezaspokojony instynkt macierzyński. Wyszło to niekonsekwentnie i trochę irytująco.
Sama Ciri (Freya Allan) zaś także nie budzi moich wątpliwości. Oczywiście, cierpi na standardową przypadłość, czyli Syndrom Filmowych Włosów, przez co po iluś dniach błąkania się po lasach i bagnach jej platynowe pukle wciąż w idealnych falach spływają na plecy i ramiona, ale zaczynam się do tego przyzwyczajać. Choć z radością powitałabym kiedyś film, w którym twórcy potrafią ogarnąć wyobraźnią wszystkie cienie i blaski długich włosów… No ale w każdym razie sama postać jest zupełnie nieźle zagrana, a nawet budzi sympatię, choć nigdy nie należałam do fanów Ciri.
No i Jaskier (Joey Batey) – bardzo odpowiada mi Jaskier. Jasne, wyobrażałam go sobie nieco inaczej, ale bez problemu kupuję serialową wizję. Radosny bard-kobieciarz, któremu w sumie całkiem nieźle wychodzą te jego piosenki. Tylko na litość Jeżusia, nie mam pojęcia, dlaczego jego imię po angielsku brzmi… „Jaskier”. Przecież twórcy musieli wiedzieć, że to imię doskonale przetłumaczalne – było wszak (o ile mi wiadomo) tłumaczone w anglojęzycznych wydaniach książki, że nie wspomnę o anglojęzycznej wersji gier.

(źródło)
Z postaciami z dalszych planów jest już różnie. Są tacy, którzy wypadają super: Cahir, Fringilla, Moszniaczek Myszowór, Stregobor i masa innych. No i są tacy, co gorzej. Po pierwsze, muszę się przyczepić do Yarpena (Jeremy Crawford) – może i jest dobrze zagrany, to w ogóle nie jest wina aktora. Napisany też nieźle. Ale on i w ogóle większość krasnoludów w serialu są jacyś tacy koszmarnie anemiczni. To krasnoludy, które powinno się wysłać na siłownię. Przyznam, że kompletnie nie rozumiem decyzji o właśnie takim zaprezentowaniu tej rasy. Z początku nawet nie bardzo umiałam odróżnić kraśki od niekraśków, bo myślałam, że to po prostu randomowi, nieco niżsi kolesie. Jakoś tak biednie to wyszlo.
Drugi zasadniczy żal mam o Borcha Trzy Kawki (Ron Cook). Żeby nie było nieporozumień: absolutnie uwielbiam jego ludzką postać. Jest świetny, z miejsca budzi sympatię. No a potem przybiera postać złotego smoka… I to było bolesne.

W ten płynny sposób przechodzę do kolejnej sprawy, czyli potwory i CGI. Znów – mam tu mieszane uczucia. Z jednej strony, kikimora czy strzyga ogromnie mi się podobały. Z drugiej zaś – satyr czy też wspomniany złoty smok bardzo zgrzytały, niestety. Ulv podpowiedział mi coś, co może być prawdą: fajnie wypadły te stwory, które były słabo oświetlone. Może więc to jest sposób i trzeba było wszystkie pokazywać w ten czy inny sposób w cieniu – dla własnego dobra. No bo ten smok nie był ładny. Nie mówię, że ten nasz, polski, był lepszy, no ale bądźmy szczerzy, to nie była wysoko ustawiona poprzeczka. Także CGI się buja: raz jest naprawdę nieźle, innym znów razem trochę razi. Nie jest to jednak coś, co by mi psuło przyjemność z oglądania.
(źródło)
Dodatkowym atutem, jeśli chodzi o stronę wizualną, są piękne widoki, pomysłowe i bardzo klimatyczne. Począwszy od bagien z pierwszej sceny pierwszego odcinka – te wszystkie scenerie ogląda się z niekłamaną przyjemnością.

Fabularnie, jak już wspomniałam, wiszą mi wszelkie odchyły od literackiego pierwowzoru. Przemieszanie linii czasowych jest zabiegiem, którego trochę się obawiałam, ale koniec końców wyszło fajnie i chyba w żadnym momencie się nie pogubiłam. Intryga wciąga, widz angażuje się w losy bohaterów, a po pierwszym odcinku – który jest w paru miejscach nieco przegadany – fabuła się rozkręca i prawdę mówiąc ani się obejrzałam, a sezon się skończył i teraz czekam na kolejny.
Jeszcze tylko jedna nauka na przyszłość: jeśli macie magów i zamierzacie bronić się przed wrogą armią, a wspomniani magowie są waszą główną siłą, to na Jeżusia: nie wypuszczajcie ich w pole samopas, tylko co najmniej otoczcie kordonem najbardziej wypasionych tanków. To są casterzy. Casterów się chroni, do licha! Ale w sumie still better niż obrona miasta w Grze o tron




- When you live as long as I do, all the names start to sound the same.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...