wtorek, 4 lutego 2020

Ludzie i roboty: "Lost in Space"

(źródło)

Nie mam pojęcia, jak został przez widzów odebrany film Lost in Space z 1998 roku, stanowiący remake serialu z 1965 roku (którego to serialu nigdy nie widziałam). Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, jak został odebrany przeze mnie, bo w ogóle nie wiem, czy kiedykolwiek obejrzałam to w całości. Na pewno miałam jakieś podejścia, ale produkcja ta nie była za ciekawa. Mimo obsadzenia w jednej z głównych ról Gary’ego Oldmana, drewniana gra pozostałych aktorów i ogromnie wkurzająca postać Penny Robinson sprawiają, że od filmu dość łatwo się odbić.
I tutaj w sukurs nadjeżdża serial Netflixa pod tym samym tytułem.
Or is he…?

Ujmę to tak: sama nie wiem, co o tym myśleć. Mam mega ambiwalentny stosunek do tej serii, na którą obecnie składają się dwa sezony i cliffhanger każący przypuszczać, że Netflix nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.
Z jednej strony, to jest przecież historia, która ma ogromny potencjał. Na samym motywie zagubienia się w kosmosie można ugrać niebywale wciągające serialowe opowieści, zresztą żeby nie szukać daleko przykładów: Space 1999, Farscape, Lexx, no i najmocniejszy tytuł z tego zestawienia: Star Trek: Voyager. No bo przecież hej, widz śledzi losy bohaterów, których rzuciło do zupełnie nieznanej przestrzeni kosmicznej – czyli na pewno będą się mierzyć z całą masą niesamowitości, może trafią na ślady obcych cywilizacji, może odwiedzą jakieś niezwykłe światy i tak dalej.
Dodatkowym atutem Lost in Space jest fakt, że bohaterowie są rodziną. Widz jest przyzwyczajony raczej do przypadkowych zbieranin postaci, którzy ewentualnie z czasem stworzą taką symboliczną rodzinę. Albo jeśli już jest faktyczna rodzina, to koniecznie rozbita i straumatyzowana. Kompletne, zdrowo funkcjonujące rodziny kojarzą się chyba głównie z sitcomami, więc wprowadzenie takich bohaterów do przygodowego sci-fi pozwala sięgnąć po niesprane jeszcze motywy. Wszak będziemy tu mieć zupełnie inne relacje między postaciami niż w przypadku potencjalnych kochanków czy choćby i przyjaciół.
Z drugiej jednak strony, Netflix nie wykorzystuje tego całego potencjału, a serial obfituje w nazbyt dużo elementów zwyczajnie głupich i/lub nudnych.

(źródło)
Weźmy na przykład kwestię rodziny: rzeczywiście, tu i ówdzie pojawiają się wątki teoretycznie przynajmniej służące pogłębieniu tego zagadnienia. Choćby mamy Maureen Robinson (Molly Parker), czyli coś w rodzaju matki-lwicy, zdolnej niemal do wszystkiego, byle tylko ochronić dzieci. Jest też jej mąż, John (Toby Stephens), który z kolei za wszelką cenę będzie bronił żony (to znaczy dzieci też, ale mam wrażenie, że oddanie małżonce jest mocniej zaakcentowane w serialu). No i troje dzieci: Will (Maxwell Jenkins), Judy (Taylor Russell) i Penny (Mina Sundwall) – ci z kolei trochę się czasem ze sobą droczą, ale tak, generalnie też się kochają ogromnie i zawsze mogą na siebie liczyć.
I o mój Borze cienisty, to jest sitcomowa rodzina. Dynamika ich relacji, pojawiające się tu i ówdzie problemy, poziom pogłębienia bohaterów – to wszystko jest na poziomie Pełnej chaty. Są do bólu pastelowi i strzelają tęczami z brzuszków za każdym razem, jak padnie słowo „Robinson”. Muszę przyznać, że to na dłuższą metę dość męczące. Jakby twórcy bardzo się bali, że nie będzie widać, że mamy do czynienia ze zgraną, blisko ze sobą związaną rodziną, więc oni to muszą ciągle podkreślać i sobie powtarzać. Jednocześnie każdy z Robinsonów jest dość banalny i ma jedną-dwie cechy, za którymi na próżno szukać reszty charakteru. O rodzicach już wspomniałam, ale z dziećmi rzecz ma się podobnie: Judy biega i leczy, Penny to (ponownie) irytująca jęczydupa, a Will ma robota. Tak, jedyną cechą Willa jest robot. Gdyby zabrać dzieciakowi robota, nie umiałabym o nim nic a nic powiedzieć – i to po dwóch sezonach serialu! Co mnie zresztą uderzyło, to że Will nawet temu robotowi nie nadał imienia. Ma więc przyjaciela, do którego zwraca się „robocie!”. Cóż, zawsze mogłoby być „hej, ty!”.
No dobra, o nim nic nie napisałam. Ale nie ma
o czym, to tylko comic relief. (źródło)
No ale dobra, mogą nie mieć super osobowości, ale może robią fajne rzeczy, prawda? No więc hm. Też nie do końca. Bo robią rzeczy w większości głupie. Randomowe przykłady: jest urwisko, część bohaterów stoi u góry, część wylądowała na dole i teraz ta część chce wrócić na górę. Zdawałoby się, że jest proste rozwiązanie: jest łazik z wyciągarką i liną, stykłoby więc opuścić tę linę i za pomocą wyciągarki wywlec tamtych. Nie, dla Robinsonów to za proste: oni muszą koniec liny umocować na górze, a na dół zrzucić łazik. Seems legit. W ogóle z łazikiem to jest więcej śmiesznostek, ale okej, nie chce mi się o tym rozpisywać. Grunt, że Robinsonowie pokonują kolejne przeciwności losu w cokolwiek karkołomny i najczęściej jednorazowy sposób, zazwyczaj zamykając sobie możliwość ocalenia, gdyby sytuacja się powtórzyła.
Przy tym, zgodnie z najlepszą tradycją, mocno kuleje u nich BHP, więc przerabiając statek kosmiczny na statek dalekomorski nikt nie pomyśli, żeby zrobić chociaż najbardziej siermiężny reling (co zaowocuje tym, że później kilka razy są dramatyczne sceny, jak któreś z Robinsonów ześlizguje lub prawie ześlizguje się do wody), za to nikt nie ma oporów przed wnoszeniem do wnętrza statku toksycznych kosmoglonów – tylko dlatego, że no, ładnie świecą na niebiesko. A w najbardziej dramatycznych scenach, w których ważą się losy bohaterów, nagle z jakiegoś powodu na pierwszy plan wypływa nie temat „jak ocalić skórę”, tylko drama na przykład „buhuhu, nie przeczytałaś mojego pamiętniczka!” (no ale to Penny – wspominałam, że Penny to jęczydupa).
To wszystko sprawia, że oglądałam z poczuciem, że Robinsonowie powinni zginąć.
Nie mam wątów do kosmicznych wybuchów.
Są ładne. (źródło)
Aha, bo ja tak o Robinsonach, a przecież jeszcze jest tajemnicza doktor Smith (Parker Posey) – na plus trzeba jej przyznać, że nie jest tak sitcomowa. Natomiast nie do końca, moim zdaniem, wypaliło zrobienie z niej niejednoznacznej bohaterki. Chyba dlatego, że jako widz nie mam zupełnie pola do własnej oceny Smith i do interpretacji jej działań. Jeśli doktor Smith robi coś złego, nieomal diabolicznie uśmiecha się do kamery, kiedy zaś mam jej współczuć, scena będzie obłożona ckliwymi retrospekcjami, które mniej lub bardziej udolnie wciskają kit o trudnym dzieciństwie i takich tam. To wszystko wydaje mi się trochę zbyt nachalne i zbyt kiczowate.

A żeby tego było mało, akcji wcale nie ma w serialu aż tak niesamowicie wiele. Jak na produkcję pełną bohaterów pozbawionych osobowości, naprawdę dużo dostajemy gadania. Szczególnie początki sezonów są mocno powolne i przegadane, co niekoniecznie czemukolwiek służy.

Znaczy dobra: jest wspomniany już robot. I robot mi się podoba, podoba mi się w ogóle cała rasa tych robotów. Mają fajny dizajn i ogromnie z nimi sympatyzuję, szczególnie w świetle odkryć dokonanych pod koniec drugiego sezonu, kiedy tak naprawdę wychodzi na to, że ze wszech miar racja jest po ich stronie, choć serial jakoś nie chce się do tego przyznać, uparcie kreując roboty na potwory.

Trzymam kciuki za roboty. (źródło)
Dość ładne są też widoki, choć może scenografia niczego nie urywa. W sensie planety na przykład są estetyczne i przekonujące, tylko po prostu niezbyt pomysłowe. Ale żadne szpetne CGI nie razi (no dobrze, raz czy dwa może trochę nie wyszło). I w sumie cały serial jest taki: ładny, ale niczego nie urywa. Estetyczny, tylko bez pomysłu. Rodzina to ładne wydmuszki bez osobowości, akcja to dużo biegania i robienia rzeczy, bez zastanawiania się nad dalszymi konsekwencjami. Ogląda się to właściwie bez bólu, a jak już miną te powolne początkowe odcinki, to całość nawet wciąga, tylko no właśnie: ja po tych dwóch sezonach nadal nie umiem nic o tym powiedzieć. Wszystko jest takie „takie se”. Bardzo nierówne. Czasem jakiś żart rozbawi, czasem jakaś akcja wciągnie, innym znów razem człowiek przewraca oczami, bo znów Penny ma ból dupy o coś, a główny villain sezonu robi coś tylko dlatego, że Imperatyw Fabularny kazał mu być villainem, chociaż z tych swoich złych postępków nie będzie miał już żadnych korzyści.

No i tak.
Aha, w sumie to nawet lubię Judy. Myślę, że razem z robotem powinna się urwać z tego serialu i mogliby zostać parą superbohaterów.



I'm a doctor, not a space explorer.

2 komentarze:

  1. OREO!! Ten serial sponsorują ciasteczka! I tak, każdy bohater ma tylko jedną cechę. Ojciec - jest żołnierzem, matka - matką naukowcem, Judy - no Judy jest spoko, Penny to zomg jaka jęczybuła. Nie miałaś wrażenia, że czasami cały wysiłek scenarzystów szedł w stronę tego, żeby tylko dać jej coś do zrobienia? Żeby tylko okazała się przydatna, bo inaczej po ciul ona w tym serialu? I tak nic z tego, ale laska może być ambasadorem Oreo, bo zauważ, że to zawsze ona jest z paczką w ręku. A dzieciak to w sumie trochę Harry Kim z robotem.

    Ze Smith to już nie wiem co robią, bo o ile w pierwszym sezonie sprawiała wrażenie przerysowanej i teatralnie złej, ale jednak nie jakoś nadludzko sprawnej, o tyle w drugim Smith zaczyna odstawiać akcje jakby miała supermoce. Inna rzecz, że sporo jej w tym pomagają bohaterowie, którym do zmiany zdania wystarczy kilka zdań.

    Budowania statku bez możliwości sterowania, choćby szczątkowej nie będę komentował. Brak relingu to samo. Byli w stanie walnąć dwa gigantyczne maszty, ale zabrakło metalu na jakąkolwiek formę steru?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OREO! OMG JAK MOGŁAM ZAPOMNIEĆ O OREO! o__O Co za smutek. Tak, zdecydowanie Oreo musiało rzucić hajsem w ten serial, bo ta reklama to już nawet nie jest "krypto-".

      Ale to nawet zabawne, jak Robinsonowie raz po raz powierzają swoje życie i zdrowie Smith centralnie dwa zdania po tym, jak zapewniają ją, że nigdy never ever jej nie zaufają xD

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...