czwartek, 6 sierpnia 2020

Przegląd miesiąca: seriale

Mówiłam, że będę pisać w środy? Z całą pewnością chodziło mi o to, że być może w środy. Za wyjątkiem tych tygodni, kiedy środa przeskoczy niedzielę i wypadnie w przyszły czwartek. Serio, to ani trochę nie jest moja wina. Ja naprawdę chciałam.

Dziś będzie tak bardziej skrótowo i przekrojowo, bo obejrzeliśmy z Ulvem kilka interesujących rzeczy, ale nie mam pojęcia, czy każda z nich z osobna jest interesująca na tyle, żeby popełniać o niej osobną notkę.

Czyli: Ulv poleca x3 (naprawdę dorzucę kiedyś taką etykietę)


***


Polecajka nr 1: Justified

Dałam się namówić na ten serial chyba tylko dlatego, że dopiero co odświeżyliśmy sobie doskonałe trzy sezony Deadwood, a głównym bohaterem w Justified jest szeryf Bullock, znaczy się Timothy Olyphant (w ogóle jak kozackie to jest – mieć na nazwisko „Olifant”?). Serial jest z jednej strony dość typową policyjno-kryminalno-sensacyjną produkcją, z drugiej jednak ma fajny, rednecki klimacik. Bohaterowie to w większości mniej lub bardziej stereotypowe wieśniaki w kraciastych koszulach i z zabawnym akcentem, każdy ma broń, a umieralność w miasteczku Harlan jest większa niż w brytyjskim Midsomer. To potrafi wciągnąć. Dodatkowo w serialu pojawia się świetna obsada, bo oprócz Olyphanta zobaczymy Waltona Gogginsa jako Boyda, Ricka Gomeza w roli gościa z biura prokuratora, a nawet Sama Elliota (spoiler: bez wąsów mówi tak samo niewyraźnie jak z wąsami). Ogólnie co chwilę ma się ochotę wołać „o, a jego pamiętam z Deadwood! O, a tego z Kompanii braci! O, a tamten był w Breaking bad!” - i ta masa utalentowanych znajomych pyszczków cieszy.

A niezależnie od samych aktorów, bohaterowie są po prostu fajnie napisani, charyzmatyczni i wyraziści. Sporo postaci z główniejszych i dalszych planów da się polubić – muszę przyznać, że koniec końców sam Raylan (czyli Timothy Oliphant) wcale nie błyszczy jakoś szczególnie na ich tle, choć owszem, też jest w porządku. Najsłabiej pod tym względem wypada chyba Ava (Joelle Carter), w której wątku w pewnym momencie się pogubiłam i kompletnie przestałam „kupować” jej motywacje. Ale Ava mogła akurat paść ofiarą zasadniczego problemu serialu, czyli jego długości.

Justified ma sześć sezonów – i przyznam, że gdzieś w międzyczasie zaczął mi się ciągnąć i odniosłam wrażenie, że dorabiają kolejne sezony i odcinki, byle tylko dorabiać, coraz bardziej przy tym przekombinowując z wątkami. Po prostu - gdyby Ava nie wyszła out of character, posypałaby się fabuła ostatniego sezonu.

Ale trzeba przyznać, że koniec końców finał serialu jest bardzo satysfakcjonujący, a główny i najważniejszy wątek rozwiązany w świetny sposób. Zresztą, to w ogóle jest chyba najlepszy element Justified. Chodzi mi tu o relację Raylan-Boyd, która jest naprawdę fajnie napisana: dynamiczna, skomplikowana, ale jednocześnie cholernie wiarygodna, a bohaterowie przez jej pryzmat jeszcze mocniej przykuwają uwagę widza.


Polecajka nr 2: Jean-Claude Van Johnson

To może nie była taka do końca polecajka, ile wspólne „dafak to jest? Zobaczmy” – i okazało się lepsze niż kiedykolwiek byśmy przypuszczali. W przeciwieństwie do powyżej omówionego serialu, tutaj mamy sześć półgodzinnych odcinków i na tym koniec, więc zajmuje to tyle co obejrzenie jednej części Władcy Pierścieni i o godzinę mniej niż seans Hamleta w reżyserii Kennetha Branagha (tak, w jednym zdaniu wspomniałam o serialu z Van Dammem i o Hamlecie).

No i tak: w serialu Jean-Claude Van Damme gra samego siebie, czyli starzejącego się aktora, który żyje minioną sławą gwiazdy kina akcji lat osiemdziesiątych, a zasadniczą różnicą między JCVD realnym a serialowym jest fakt, że ten serialowy ma ukrytą tożsamość: w istocie bowiem jest tajnym agentem, posługującym się nazwiskiem Johnson.

Jeśli ktoś odpada na tym etapie opisu, to zdecydowanie może sobie odpuścić ten serial. Jeśli jednak ktoś czyta te słowa i myśli „hmm, brzmi dziwnie, ale i ciekawie” – to śmiało niech zasiada przed ekranem (skoro czyta te słowa, to zapewne już siedzi przed jakimś ekranem, raczej sobie tej notki nie wydrukował. Nieważne). Pomysł na fabułę brzmi głupawo, a realizacja jest jeszcze głupsza. Ale to wszystko razem pięknie gra – jest z jednej strony zabawnie i co chwilę mamy jakieś podśmiechujki z Van Damme’a i pewnych głupot pojawiających się w starych filmach akcji, z drugiej jednak tkwi w tym wszystkim taka nostalgia za tamtym kinem. Trochę mi tu oczywiście nasunęło się skojarzenie z Expendables, tylko że tam mamy temat potraktowany dużo bardziej serio, a aktorzy wcielają się w – przynajmniej teoretycznie oderwane – od samych siebie postacie. Tutaj czasem trudno orzec, gdzie kończy się Van Damme, a zaczyna Van Johnson.

Trzy godziny świetnej, choć głupkowatej zabawy, bardzo odstresowujące.


Polecajka nr 3: The Boys

Kolejny serial z rodzaju „spodziewałam się czegoś innego”. Człowiek myśli, że to jeden z normalnych seriali lecących na fali popularności kina superbohaterskiego. No i tak, poniekąd tak – są tam superbohaterowie. I moje główne zaskoczenie nie polegało wcale na tym, że to nie oni są w serialu protagonistami, a tytułowi chłopcy, którzy ich zwalczają. Takie odwrócenie ról przecież też już bywało, choćby niedawnym serialu Watchmen. Natomiast w The Boys urzekł mnie poziom niczym nieskrępowanej, niekiedy wręcz absurdalnej brutalności – takiej, która świetnie może współistnieć z elementami lżejszymi, nierzadko humorystycznymi. W gruncie rzeczy ta brutalność też jest humorystyczna, choć jak człowiek sobie uświadomi, z czego właśnie rży, to robi się tak trochę dziwnie.

Nie chcę zdradzać za dużo z fabuły, bo w trakcie trwania sezonu intryga mocno się zagęszcza i wykręca, powiem więc tylko tyle, że bardzo warto zerknąć na ten tytuł. W roli Billy’ego Butchera zobaczymy Karla Urbana, który prawdę mówiąc pokazał się już parę razy od bardzo fajnej strony, udowadniając, że nie boi się różnorodnych ról (Władca Pierścieni, Dredd, Star Trek). Pojawia się też Simon Pegg, a jego udział zawsze cieszy. Nie mogę też przejść obojętnie obok głównego antagonisty (?), w którego wcielił się Antony Starr, a który zwie się Homelander – co na polski przetłumaczono Ojczyznosław. OJCZYZNOSŁAW. Jeśli ktoś nie chce oglądać serialu z udziałem bohatera o imieniu Ojczyznosław, to ja już nie wiem, co ludzie chcą oglądać.

The Boys zaskakuje, bawi, wciąga i każe wypatrywać drugiego sezonu, który zresztą zbliża się wielkimi krokami. Ma świetną muzykę, fajne efekty (nawet jeśli to głównie fruwająca krew i flaki), no i cudownych bohaterów – zarówno tych „super-” jak i tych normalnych. O takie kino superbohaterskie nic nie robiłam!


Do zobaczenia w kolejną środę – kiedykolwiek ona wypadnie.

środa, 22 lipca 2020

"Norsemen" - odsłona trzecia

(źródło)

Mniej-więcej półtora roku temu pisałam o serialu, który polecił mi Ulv, a który koniec końców okazał się fantastyczną, przezabawną odskocznią od – wydaje mi się, że nieco przehajpowanych – Wikingów. Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie pojawiło się potwierdzone info o powstawaniu trzeciego sezonu Norsemen, niemniej od tamtego czasu tuptałam ze zniecierpliwieniem w oczekiwaniu tej właśnie magicznej chwili.
No i ta chwila dziś nadeszła.

Zgodnie z zapowiedziami, ten sezon jest prequelem i ukazuje losy Orma (Kåre Conradi) i pozostałych wikingów sprzed wyprawy do Anglii, powrotem z której rozpoczyna się sezon pierwszy. To niesie ze sobą kilka konsekwencji.
Po pierwsze, widz może śledzić losy postaci, które w poprzednich sezonach w tym czy innym momencie zeszły ze sceny – co cieszy, jeśli się te postaci lubiło.
Po drugie, dużo wątków – mniej i bardziej głównych – zostało rozwiniętych i pogłębionych, sporo problemów się wyjaśniło, a działania bohaterów zyskały nowe uzasadnienie.
Po trzecie, ponieważ to prequel, w zasadzie podczas całego seansu (nie oszukujmy się, cały sezon trwa łącznie trzy godziny – to jak którakolwiek część Władcy Pierścieni – ogląda się za jednym posiedzeniem) odpada nam niepokój o bohaterów, no bo w niemal wszystkich przypadkach jesteśmy w stanie ocenić, jak – i czy w ogóle – potoczą się ich losy.

Hund z krukiem (źródło)
Ale w tym wszystkim jest całkiem sporo haczyków. No bo skoro niemal w całości odpadło napięcie wynikające z oczekiwania, co dalej zadzieje się z bohaterami, trzeba było w jakiś inny sposób wzbudzić emocje w widzu. I tak się stało: dostaliśmy sporo więcej osobistych historii i dramatów, momentów nieomal rozczulających, gdyby nie to, że potraktowanych z tym charakterystycznym humorem: dość okrutnym i niezbyt subtelnym. Przez to zresztą bardzo wyraźnie zmienił się nastrój serialu w porównaniu do poprzednich sezonów. Owszem, nadal jest zabawnie i niby lekko, ale, jakby to powiedzieć, ten sezon jest dużo bardziej przykry od poprzednich. Czasem aż by się chciało, żeby tę czy inną postać spotkało wreszcie coś miłego, bo naprawdę robi się ich żal – to coś nowego, bo w poprzednich odsłonach, jakkolwiek czy to Orma, czy choćby Karka (Øystein Martinsen), notorycznie i konsekwentnie spotykały same złe rzeczy, to jednak oglądając po prostu przyjmowało się, że tak już jest. Kark zdawał się całkiem zadowolony ze swojego życia, więc i ja byłam zadowolona, nawet jeśli widziałam, że on nie powinien być tak zadowolony. Z kolei Orm nie wzbudzał żalu, bo bardzo wyraźnie sam sobie zgotował swój los.
W sezonie trzecim właściwie wszystkich spotykają złe rzeczy, które w dużej mierze warunkują bohaterów. Dotyczy to nawet jarla Varga (Jon Øigarden), przemiłego wikinga, którego dotknęła bardzo osobista tragedia. Dotyczy to także nowej w tym serialu postaci, czyli jarla Bjørna, w którego wcielił się Thorbjørn Harr, szerzej znany jako jarl Borg z Wikingów.
Nie spodziewałam się, że ten sezon będzie tak gorzki. To maraton pojedynczych błędów, pomyłek i okopywania się w swoich uprzedzeniach, które wszystkie razem prowadzą do wielu tragedii, nawet jeśli większość tych tragedii wzbudza w widzu śmiech.
Tradycyjne obrzucanie się obelgami przed bitwą.
(źródło)
No bo to jednak wciąż jest komedia. Jak wspominałam, bawi – choć jest bardziej brutalna od poprzednich sezonów. Dodatkowo, ponieważ to prequel, pojawiła się możliwość wrzucenia do sezonu całkiem sporej liczby odniesień do wydarzeń, o których bohaterowie jeszcze nie wiedzą, ale widz – wie. Pojawiają się one w postaci mglistych przeczuć, zapewnień czy zaklęć, ocierających się czasem nawet o lekkie zerknięcie przez czwartą ścianę. To znów pewna nowość w stosunku do tego, co wcześniej oferował nam ten serial.
To, co natomiast nie zmieniło się od poprzednich sezonów ani na jotę, to gra aktorska. Bohaterowie są po prostu miodni, z miejsca totalnie przekonujący. Silje Torp jako Frøya jest szczególnie fantastyczna i wiarygodna (oczywiście „wiarygodna” w ramach tego uniwersum), ale przecież nawet postać z nieco dalszego planu, Ragnar (Mikkel Bratt Silset) podczas bitwy robi piorunujące wrażenie. Przecież to właśnie w dużej mierze zasługa aktorów, że widz może się tak mocno zaangażować w losy bohaterów. Szacun.

Gdybym miała coś wytknąć temu sezonowi, to chyba byłaby to muzyka – a raczej jej brak. Poprzednie odsłony Norsemen mogły pochwalić się świetnymi utworami Einara Selvika, podczas gdy tutaj chyba tylko raz tak naprawdę było o co zahaczyć ucho. Trochę szkoda.

Jakkolwiek trzeci sezon nieco zmienił ton w porównaniu do poprzednich, bardzo przyjemnie się go ogląda. Gdybym miała z czymś to zestawić, nasuwa mi się Galavant, acz na zasadzie kontrastu: pierwszy sezon Galavanta mnie urzekł i czekałam bardzo mocno na sezon drugi, tyle że kiedy on się już ukazał… no cóż, byłam nieco zawiedziona. Miałam wrażenie, że został dokręcony trochę na siłę, zabrakło w nim pary (i dobrych piosenek). I w ogóle nie chciałam trzeciego sezonu (którego, nawiasem mówiąc, nie ma i nie będzie). Bardzo mocno obawiałam się, że Norsemen mogą cierpieć na to samo. Tymczasem tak się nie stało. Trzeci sezon Norsemen to coś, na co warto było czekać – coś, co sprawiło, że teraz wypatruję na horyzoncie niusów o czwartym sezonie. Czy wyjaśni się historia Karka? Czy jarl Bjørn ucztuje z bogami mając głupią fryzurę? Czy ktoś jeszcze zostanie ukarany biczowaniem moszny? Do kogo trafił Arnstein?
Czarnokomediowy świat serialu Norsemen ma ogromny potencjał i myślę, że można tam wcisnąć dużo świetnych opowieści. Trzymam kciuki za inwencję twórców.




­ Ah, they will sing about this day. The day Norway learns that one should be above spreading rumors about certain individuals losing their hair.
– Is that what we’re fighting about here?
– Oh, yes.
– Whether it’s true or not, you just don’t say things like that. Then you’re attacking the person and not the problem, and that’s not okay. It’s very poor style.

środa, 15 lipca 2020

Powrót do Arkham: "W górach szaleństwa"

Autor: Howard P. Lovecraft
Tytuł: W górach szaleństwa
Tytuł oryginału: At the Mountains of Madness (tak naprawdę to tylko tytuł opowiadania – cały tom jest skomponowany przez polskiego wydawcę i jako taki nie ma wersji anglojęzycznej, no ale skoro tytuł tomu jest zarazem tytułem opowiadania, to ten… no)
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2020
Wydawca: Vesper

No to siup, koniec przerwy i czas wrócić do bluźnierczego świata Lovecrafta. Jako że wciąż i nieustająco czekam na wyjaśnienie sytuacji z The Sinking City i GOGiem, dziś parę słów o najnowszym tomie lovecraftowskiej serii wydawanej przez Vesper, czyli W górach szaleństwa.

W porównaniu z Zewem Cthulhu, spis treści tego tomu przedstawia się dość skromnie: mamy raptem cztery tytuły, z czego dwa – Bezimienne miasto oraz Pod piramidami – dostaliśmy już w Przyszła na Sarnath zagłada. Nie można jednak pominąć tego, że W górach szaleństwa i Cień spoza czasu stanowią zdecydowanie większą część tego tomu niż pozostałe dwa teksty, w dodatku to właśnie W górach… jest (podobno, powtarzam za innymi, którzy się znają) uznawane za najambitniejsze dzieło Lovecrafta.
I okej, nie mam powodów podważać tej opinii. Owszem, nie jest to moje ulubione lovecraftowskie opowiadanie (mikropowieść?). Ulubione pozostaje Widmo nad Innsmouth. Ale nie można odmówić autorowi drobiazgowego riserczu, malowniczo zarysowanego arktycznego krajobrazu, wykreowania wiarygodnych bohaterów i stworzenia fascynującej historii. Oczywiście, dodatkowe punkty u mnie za nawiązania do Poego, w szczególności do jednego z moich ulubionych tekstów tego pisarza, czyli Opowieści Artura Gordona Pyma. Zresztą, od początku właśnie z tym tytułem skojarzyło mi się W górach…, zaraz potem pojawiły się też myśli o Terrorze Simmonsa czy choćby Rzeczy Carpentera. Choć, ma się rozumieć, chodzi raczej tylko o zbliżony klimat, stworzenie atmosfery odizolowania i osaczenia przez nieprzyjazny i nieznany kontynent, niż jakieś rzeczywiste podobieństwa w fabule.
Po lekturze innych tekstów Lovecrafta, W górach… w bardzo ciekawy i zaskakujący sposób wywraca do góry nogami postrzeganie lovecraftowskich Przedwiecznych i odbiór całej tej mitologii. Dostajemy też znacznie dokładniej zarysowane dzieje na poły zapomnianych pradawnych istot niż w innych opowiadaniach, gdzie bohater zazwyczaj zaledwie ociera się o jakąś wielką tajemnicę, ale bez większego pojęcia, skąd właściwie wywodzą się owe opisywane kulty i o co w nich chodzi. Z całą pewnością ta mikropowieść stanowi świetne uzupełnienie do świata wykreowanego przez pisarza z Providence.
Z tekstem W górach szaleństwa mam tylko jeden problem – zresztą „problem” to w gruncie rzeczy za mocne słowo. Narrator ma manierę zapowiadania tego, do czego zmierza w całej tej historii. Co jakiś czas przerywa właściwą narrację na dramatyczne wstawki o tym, jaką niewypowiedzianą zgrozę ostatecznie odkrył i jak absolutnie nikt inny nie powinien odkryć tego, co jemu się udało. Trochę jakbyśmy siedzieli w kinie obok kogoś, kto już widział film i teraz przez dwie godziny co paręnaście minut trąca nas łokciem i mówi „O, patrz, zaraz to będzie! Zaraz będzie, czekaj tylko, nie przegap!” - budzi napięcie? No tak sobie. Za to trochę irytuje. Oczywiście, narrator nie jest tak irytujący jak randomowy człowiek w kinie, zresztą Lovecraft nie raz używa takiego zabiegu, po prostu przy tekście tej długości co W górach szaleństwa to się bardzo mocno rzuciło w oczy.
Cień spoza czasu pod pewnym względem jest podobny do W górach…: również prezentuje nam bardzo pokaźny fragment historii… świata, czy też może nawet wszechświata, dość dokładnie opisując niezwykłą, zdolną do podróży w czasie rasę, która zawitała także na naszą Ziemię i poznała ludzi. W ogóle ludzie są bardzo fajnie przedstawieni w tym opowiadaniu jako jeden z rozlicznych gatunków, które przez krótką chwilę dominują na planecie, ale przed nimi dominowały inne, a po ludziach nadejdą jeszcze kolejne. Jeśli gdzieś da się odczuć malutkość człowieka wobec bezmiaru czasu i przestrzeni, to właśnie w Cieniu spoza czasu.

Nie mniej od samych opowiadań ciekawe jest posłowie, znów autorstwa Mikołaja Kołyszki. Tym razem jest to tekst na bardzo konkretny temat – a chodzi o inspiracje Lovecrafta i źródła, z których mógł korzystać tworząc swoją mitologię. Tutaj muszę przyznać, że nawet nie wiedziałam, jak pracowicie autor z Providence przygotowywał się do pisania, do ilu źródeł sięgał i jak dbał o naukową poprawność swoich tekstów. Fakt, że opisywane przez Lovecrafta istoty czy tajemnicze miejsca nie są przezeń wymyślone od zera, doskonale wpasowuje się w te teksty – wszak narratorzy najczęściej całkiem wprost podkreślają: że opisywane tajemnicze byty istnieją w wierzeniach wielu ludów z całego świata i tak dalej. I proszę: okazuje się, że narratorzy wcale nie kłamią. Szacun dla Lovecrafta wzrósł o parę leveli, dodatkowo pan Kołyszko chyba mnie do siebie przekonał i mam zamiar przyjrzeć się jego okołolovecraftowskim publikacjom, bo to wszystko brzmi szalenie ciekawie.

Nie wiem, co tu podsumowywać. Nie rozpisuję się na temat stylu Lovecrafta czy klimatu w jego opowiadaniach, bo nie chcę powtarzać trzeci raz tego samego. Jak ktoś lubi tego autora, to W górach szaleństwa jest pozycją obowiązkową. Jeśli nie lubi albo w ogóle nie zna – myślę, że lepiej zacząć od Zewu Cthulhu. Zaczynanie od W górach… kojarzy mi się z tym, jakby ktoś przygodę z Tolkienem chciał zacząć od Sillmarillionu zamiast Hobbita. Niby można, ale istnieje ryzyko, że nazbyt wielu czytelników się odbije, dostając historię świata zamiast konkretnego stwora i jego kultystów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...