wtorek, 11 lutego 2020

Dziesięć lat psucia oczu!

Urodzinowy tort Vista z 2015 r. Bo tak.
No i bum. Mój blog niniejszym skończył dokładnie dziesięć lat. Notka powitalna powstała 11 lutego 2010 roku. Od tamtego czasu bywało lepiej, bywało gorzej, ale jakoś sobie tu zipię. W sumie za utrzymywanie się na powierzchni przez dekadę powinnam dostać jakiś achievement.

Od kilku tygodni już zastanawiałam się, jaką by tutaj speszyl notkę popełnić z okazji dziesiątych urodzin bloga. Może zająć się jakąś wyjątkową książką? A może napisać o Rorschachu lub Picardzie, zainspirowawszy się wpisami o tych bohaterach na Mistycyzmie Popkulturowym (czy muszę dodawać, że z wpisami na Mistycyzmie w 100% się nie zgadzam?)?
Ostatecznie jednak podjęłam decyzję, że nie będzie żadnego speszyla.
A tak konkretnie, to choć myślałam o tym od dość dawna, to koniec końców niczego sobie zawczasu nie przygotowałam i teraz lecę na żywioł.

Zresztą, w ogóle zaczynam dochodzić do wniosku, że ustalenie terminu pojawiania się kolejnych notek na wtorek to nie był najmądrzejszy z pomysłów (technicznie rzecz biorąc to nawet nie był pomysł, po prostu tak wyszło – spontanicznie). Okazuje się, że nie do końca potrafię uciągnąć Star Treka w poniedziałki i tego bloga we wtorki. I nie będzie lepiej, bo planuję mały niedzielny cykl, ale to się tak naprawdę jeszcze okaże.
Oczywiście, można by powiedzieć: „Ależ Froo, możesz pisać kiedy ci wygodnie, choćby w czwartek albo piątek, a po prostu ustawić datę publikacji na wtorek”. I byłoby to najzupełniej słuszne. Sama jeszcze jakiś czas temu miałam takie podejście. Niestety, później zderzyłam się z rzeczywistością, która pokazała mi, że jeśli mam na coś jakikolwiek deadline, to muszę się o niego obetrzeć wykonując daną pracę czy też ogólnie zadanie. Nie ma mowy o żadnym robieniu czegokolwiek z wyprzedzeniem.

Ale żeby nie było, że dzisiaj tylko taki randomowy słowotok, to ten…
Platformy streamingowe!


Ale od początku: jakiś czas temu dowiedziałam się o istnieniu filmu Velocipastor. A to tytuł, obok którego żadna Fraa nie przejdzie obojętnie. No to siup, zaczęłam szukać, gdzie tu bym mogła obejrzeć Velocipastora. Okazało się, że – szczególnie w Polsce – to wcale nie jest takie proste. I nie chodzi mi tu nawet o żadne szemrane strony, które odtworzą mi film całkiem za darmo, tylko żebym się zarejestrowała i podała numer karty. Nie jestem może najbardziej praworządną dobrą istotą na dzielni, ale umiem w płacenie za film, który chcę obejrzeć. No więc mówię „hej, bierzcie moje pieniądze, tylko dajcie mi obejrzeć film” – przy czym nie chciałam sprowadzać sobie DVD ani innych blurejów z zagranic, tylko chciałam obejrzeć jak najszybciej. Moją uwagę zwrócił Amazon Prime, który miał Velocipastora w swojej ofercie. No to sobie pomyślałam, że okej, zapiszę się do Amazon Prime, najwyżej później anuluję subskrypcję, co mi tam.
Amazon Prime natomiast powiedział mi, że nu nu, on jest dla widzów z USA, a dla mnie jest Prime Video, czyli taka europejska wersja Amazon Prime. No i dobrze – założyłam konto na Prime Video.
A potem okazało się, że Velocipastor jest tylko na platformie amerykańskiej, a na europejskiej… no cóż, a na europejskiej go nie ma.
I było mi smutno.

Wie ktoś, gdzie mogę obejrzeć/kupić/wypożyczyć Velocipastora?

Ale skoro już mam to konto, przejrzałam ofertę – i stwierdziłam, że na razie się nie będę wypisywać, no bo jednak tam jest naprawdę dużo rzeczy do obejrzenia: zaległe sezony Expanse, Good Omens, Człowiek z Wysokiego Zamku, Elektryczne Sny, Kleszcz i parę innych tytułów.

Ale jednocześnie uświadomiłam sobie, że na chwilę obecną mam dostęp do trzech platform streamingowych: Netflixa, HBO GO i Amazona. I to nawet zabawne, jak różne odczucia można mieć przy korzystaniu z tych stron.


Do Netflixa jestem najbardziej przyzwyczajona. W zasadzie nigdy mnie nie zawodził. Jest wygodny w użyciu, pozwala na stworzenie profilów użytkowników, dzięki czemu każdy może mieć własną listę filmów do obejrzenia, spersonalizowane polecanki i tak dalej, a oferta jest wcale bogata. Inna sprawa, że zaczynam mieć ambiwalentny stosunek do produkcji Netflix Original, bo trochę mam wrażenie, że idą w ilość kosztem jakości. Jasne, sama niedawno chwaliłam takiego na przykład Wiedźmina, ale jednak nawet on – skądinąd fajny – byłby o wiele lepszy, gdyby jednak dopracować CGI. Brak pieniędzy? Czasu? No nie wiem, ale szkoda trochę. Albo Lost in Space, najwyraźniej tak bardzo finansowany przez Oreo, że nachalnym scenom z product placementem brakuje tylko jakiejś pogodnej melodyjki pod koniec i logo Oreo na środku ekranu. No po prostu to jest słabe.
I w tym natłoku netflixowych produkcji łapię się na tym, że przeglądam ofertę i nie znajduję sobie tam nic dla siebie (nie, to nie tak, że już wszystko obejrzałam). A jeśli już mają tam jakiś tytuł, który faktycznie śledzę, to akurat w Polsce musimy czekać na aktualne sezony bez porównania dłużej niż w Stanach, a niekiedy w ogóle się nie doczekamy, bo najwyraźniej mamy Netflixa Trzeciego Świata.

Tutaj w sukurs przyszło nam swego czasu HBO GO. No tak, oferta bardzo fajna, bo akurat jeśli chodzi o produkcje HBO, to można być pewnym wysokiej jakości. Co pewnie w dużej mierze wiąże się z tym, że HBO po prostu ma więcej pieniędzy i nie potrzebuje Oreo, żeby na przykład rzucić w widza fajnym efektem wizualnym.
Drogą stroną medalu w przypadku HBO GO jest jednak… no cóż, sama platforma. I tu ja już nie rozumiem, dlaczego zrobili coś tak bardzo słabego, no bo chyba nie z braku hajsów. Taki przykład akurat z HBO GO na PlayStation: podczas oglądania jednego odcinka Last Week Tonight with John Oliver potrafi wywalić błąd jakieś trzy razy, a drobniejsze zwiechy łapie z grubsza co siedem minut. Wszelkiego rodzaju zamulanie bywa tak intensywne, że film staje się zwyczajnie nieoglądywalny. Chcę na moment zapauzować? Nie, nie wolno, bo po ponownym włączeniu play najpewniej wywali błąd. Chcę przewinąć o parę sekund do tyłu? Nie ma mowy, bo nie dość, że wywali błąd, to jeszcze i tak system przewijania jest zupełnie debilny. Zamiast przeskoczyć w tył wzorem choćby takiego wspomnianego już Netflixa, HBO czerpie z najlepszych tradycji przewijania… nie wiem, kaset magnetofonowych. Czyli kręcę na oślep i mam nadzieję, że zatrzymam w odpowiednim momencie. Choć to taka bardziej fensi kaseta, bo mogę wybrać prędkość przewijania. Super, no to teraz tylko muszę dokonać małej matematyki, złapać za stoper i już będę wiedziała, ile muszę przewijać przy prędkości x8, żeby cofnąć się o minutkę, przy założeniu, że rozpoczynałam przewijanie z prędkością x2.
Tak, nienawidzę przewijania na HBO GO.
Z niezależnych źródeł wiem, że problemy z HBO GO nie dotyczą tylko PlayStation, ale występują również na innych urządzeniach.


I tutaj, jak objawienie, na nasz ekran spłynął Amazon. I okazało się, że nie dość, że ma fajną ofertę (choć bez Velocipastora), to jeszcze nie wywala błędów (przynajmniej przez tydzień użytkowania nie zdarzyło się ani razu), ma normalne przewijanie (czyli w typie tego Netflixowego), no i jeszcze jedną zarąbistą opcję. Kojarzycie takie sytuacje, że oglądacie jakiś film i widzicie na ekranie jakiś znajomy pyszczek, i przez resztę filmu zmóżdżacie się, gdzie widzieliście ten pyszczek albo czy to aby na pewno ten aktor, co myślicie, że to on? Albo przerywacie oglądanie, żeby szybko wygóglać, co tam wam chodzi po głowach? No to na Amazonowej platformie streamingowej wystarczy wyświetlić interfejs (nie wiem, jak to się fachowo nazywa – no te wszystkie opcje, pasek przewijania i tak dalej na dole ekranu, co się pojawia czy to jak się tam zjedzie kursorem, czy to przy pauzie). W małych okienkach wyświetlają nam się nazwiska aktorów obecnych w danej scenie wraz z imionami bohaterów, których tutaj grają. Nie wiem, ile zachodu było z implementacją czegoś takiego, ale to jest genialne.

Widzisz, HBO GO? Tak się robi fajną platformę streamingową.
Nie wiem, co zrobię za pół roku – na początku Amazon kosztuje 2,99 euro, ale po sześciu miesiącach cena wzrośnie do 5,99. Ale tym będę się martwić jakoś latem.

Tak. To mój speszyl o tym, że HBO GO ssie, a Amazon Prime jest pro.
Dziękuję za uwagę.

PS. Nikt mi nie zapłacił za tę notkę. Ale jeśli tylko chcesz, Amazonie, to się nie krępuj.

wtorek, 4 lutego 2020

Ludzie i roboty: "Lost in Space"

(źródło)

Nie mam pojęcia, jak został przez widzów odebrany film Lost in Space z 1998 roku, stanowiący remake serialu z 1965 roku (którego to serialu nigdy nie widziałam). Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, jak został odebrany przeze mnie, bo w ogóle nie wiem, czy kiedykolwiek obejrzałam to w całości. Na pewno miałam jakieś podejścia, ale produkcja ta nie była za ciekawa. Mimo obsadzenia w jednej z głównych ról Gary’ego Oldmana, drewniana gra pozostałych aktorów i ogromnie wkurzająca postać Penny Robinson sprawiają, że od filmu dość łatwo się odbić.
I tutaj w sukurs nadjeżdża serial Netflixa pod tym samym tytułem.
Or is he…?

Ujmę to tak: sama nie wiem, co o tym myśleć. Mam mega ambiwalentny stosunek do tej serii, na którą obecnie składają się dwa sezony i cliffhanger każący przypuszczać, że Netflix nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w tym temacie.
Z jednej strony, to jest przecież historia, która ma ogromny potencjał. Na samym motywie zagubienia się w kosmosie można ugrać niebywale wciągające serialowe opowieści, zresztą żeby nie szukać daleko przykładów: Space 1999, Farscape, Lexx, no i najmocniejszy tytuł z tego zestawienia: Star Trek: Voyager. No bo przecież hej, widz śledzi losy bohaterów, których rzuciło do zupełnie nieznanej przestrzeni kosmicznej – czyli na pewno będą się mierzyć z całą masą niesamowitości, może trafią na ślady obcych cywilizacji, może odwiedzą jakieś niezwykłe światy i tak dalej.
Dodatkowym atutem Lost in Space jest fakt, że bohaterowie są rodziną. Widz jest przyzwyczajony raczej do przypadkowych zbieranin postaci, którzy ewentualnie z czasem stworzą taką symboliczną rodzinę. Albo jeśli już jest faktyczna rodzina, to koniecznie rozbita i straumatyzowana. Kompletne, zdrowo funkcjonujące rodziny kojarzą się chyba głównie z sitcomami, więc wprowadzenie takich bohaterów do przygodowego sci-fi pozwala sięgnąć po niesprane jeszcze motywy. Wszak będziemy tu mieć zupełnie inne relacje między postaciami niż w przypadku potencjalnych kochanków czy choćby i przyjaciół.
Z drugiej jednak strony, Netflix nie wykorzystuje tego całego potencjału, a serial obfituje w nazbyt dużo elementów zwyczajnie głupich i/lub nudnych.

(źródło)
Weźmy na przykład kwestię rodziny: rzeczywiście, tu i ówdzie pojawiają się wątki teoretycznie przynajmniej służące pogłębieniu tego zagadnienia. Choćby mamy Maureen Robinson (Molly Parker), czyli coś w rodzaju matki-lwicy, zdolnej niemal do wszystkiego, byle tylko ochronić dzieci. Jest też jej mąż, John (Toby Stephens), który z kolei za wszelką cenę będzie bronił żony (to znaczy dzieci też, ale mam wrażenie, że oddanie małżonce jest mocniej zaakcentowane w serialu). No i troje dzieci: Will (Maxwell Jenkins), Judy (Taylor Russell) i Penny (Mina Sundwall) – ci z kolei trochę się czasem ze sobą droczą, ale tak, generalnie też się kochają ogromnie i zawsze mogą na siebie liczyć.
I o mój Borze cienisty, to jest sitcomowa rodzina. Dynamika ich relacji, pojawiające się tu i ówdzie problemy, poziom pogłębienia bohaterów – to wszystko jest na poziomie Pełnej chaty. Są do bólu pastelowi i strzelają tęczami z brzuszków za każdym razem, jak padnie słowo „Robinson”. Muszę przyznać, że to na dłuższą metę dość męczące. Jakby twórcy bardzo się bali, że nie będzie widać, że mamy do czynienia ze zgraną, blisko ze sobą związaną rodziną, więc oni to muszą ciągle podkreślać i sobie powtarzać. Jednocześnie każdy z Robinsonów jest dość banalny i ma jedną-dwie cechy, za którymi na próżno szukać reszty charakteru. O rodzicach już wspomniałam, ale z dziećmi rzecz ma się podobnie: Judy biega i leczy, Penny to (ponownie) irytująca jęczydupa, a Will ma robota. Tak, jedyną cechą Willa jest robot. Gdyby zabrać dzieciakowi robota, nie umiałabym o nim nic a nic powiedzieć – i to po dwóch sezonach serialu! Co mnie zresztą uderzyło, to że Will nawet temu robotowi nie nadał imienia. Ma więc przyjaciela, do którego zwraca się „robocie!”. Cóż, zawsze mogłoby być „hej, ty!”.
No dobra, o nim nic nie napisałam. Ale nie ma
o czym, to tylko comic relief. (źródło)
No ale dobra, mogą nie mieć super osobowości, ale może robią fajne rzeczy, prawda? No więc hm. Też nie do końca. Bo robią rzeczy w większości głupie. Randomowe przykłady: jest urwisko, część bohaterów stoi u góry, część wylądowała na dole i teraz ta część chce wrócić na górę. Zdawałoby się, że jest proste rozwiązanie: jest łazik z wyciągarką i liną, stykłoby więc opuścić tę linę i za pomocą wyciągarki wywlec tamtych. Nie, dla Robinsonów to za proste: oni muszą koniec liny umocować na górze, a na dół zrzucić łazik. Seems legit. W ogóle z łazikiem to jest więcej śmiesznostek, ale okej, nie chce mi się o tym rozpisywać. Grunt, że Robinsonowie pokonują kolejne przeciwności losu w cokolwiek karkołomny i najczęściej jednorazowy sposób, zazwyczaj zamykając sobie możliwość ocalenia, gdyby sytuacja się powtórzyła.
Przy tym, zgodnie z najlepszą tradycją, mocno kuleje u nich BHP, więc przerabiając statek kosmiczny na statek dalekomorski nikt nie pomyśli, żeby zrobić chociaż najbardziej siermiężny reling (co zaowocuje tym, że później kilka razy są dramatyczne sceny, jak któreś z Robinsonów ześlizguje lub prawie ześlizguje się do wody), za to nikt nie ma oporów przed wnoszeniem do wnętrza statku toksycznych kosmoglonów – tylko dlatego, że no, ładnie świecą na niebiesko. A w najbardziej dramatycznych scenach, w których ważą się losy bohaterów, nagle z jakiegoś powodu na pierwszy plan wypływa nie temat „jak ocalić skórę”, tylko drama na przykład „buhuhu, nie przeczytałaś mojego pamiętniczka!” (no ale to Penny – wspominałam, że Penny to jęczydupa).
To wszystko sprawia, że oglądałam z poczuciem, że Robinsonowie powinni zginąć.
Nie mam wątów do kosmicznych wybuchów.
Są ładne. (źródło)
Aha, bo ja tak o Robinsonach, a przecież jeszcze jest tajemnicza doktor Smith (Parker Posey) – na plus trzeba jej przyznać, że nie jest tak sitcomowa. Natomiast nie do końca, moim zdaniem, wypaliło zrobienie z niej niejednoznacznej bohaterki. Chyba dlatego, że jako widz nie mam zupełnie pola do własnej oceny Smith i do interpretacji jej działań. Jeśli doktor Smith robi coś złego, nieomal diabolicznie uśmiecha się do kamery, kiedy zaś mam jej współczuć, scena będzie obłożona ckliwymi retrospekcjami, które mniej lub bardziej udolnie wciskają kit o trudnym dzieciństwie i takich tam. To wszystko wydaje mi się trochę zbyt nachalne i zbyt kiczowate.

A żeby tego było mało, akcji wcale nie ma w serialu aż tak niesamowicie wiele. Jak na produkcję pełną bohaterów pozbawionych osobowości, naprawdę dużo dostajemy gadania. Szczególnie początki sezonów są mocno powolne i przegadane, co niekoniecznie czemukolwiek służy.

Znaczy dobra: jest wspomniany już robot. I robot mi się podoba, podoba mi się w ogóle cała rasa tych robotów. Mają fajny dizajn i ogromnie z nimi sympatyzuję, szczególnie w świetle odkryć dokonanych pod koniec drugiego sezonu, kiedy tak naprawdę wychodzi na to, że ze wszech miar racja jest po ich stronie, choć serial jakoś nie chce się do tego przyznać, uparcie kreując roboty na potwory.

Trzymam kciuki za roboty. (źródło)
Dość ładne są też widoki, choć może scenografia niczego nie urywa. W sensie planety na przykład są estetyczne i przekonujące, tylko po prostu niezbyt pomysłowe. Ale żadne szpetne CGI nie razi (no dobrze, raz czy dwa może trochę nie wyszło). I w sumie cały serial jest taki: ładny, ale niczego nie urywa. Estetyczny, tylko bez pomysłu. Rodzina to ładne wydmuszki bez osobowości, akcja to dużo biegania i robienia rzeczy, bez zastanawiania się nad dalszymi konsekwencjami. Ogląda się to właściwie bez bólu, a jak już miną te powolne początkowe odcinki, to całość nawet wciąga, tylko no właśnie: ja po tych dwóch sezonach nadal nie umiem nic o tym powiedzieć. Wszystko jest takie „takie se”. Bardzo nierówne. Czasem jakiś żart rozbawi, czasem jakaś akcja wciągnie, innym znów razem człowiek przewraca oczami, bo znów Penny ma ból dupy o coś, a główny villain sezonu robi coś tylko dlatego, że Imperatyw Fabularny kazał mu być villainem, chociaż z tych swoich złych postępków nie będzie miał już żadnych korzyści.

No i tak.
Aha, w sumie to nawet lubię Judy. Myślę, że razem z robotem powinna się urwać z tego serialu i mogliby zostać parą superbohaterów.



I'm a doctor, not a space explorer.

wtorek, 28 stycznia 2020

Pozdrowienia zza horyzontu: "Event Horizon"

(źródło)
No dobrze. Dawno, dawno temu – było to chyba po pierwszym obejrzeniu miniserialu Merlin na kanale Hallmark – miałam straszną fazę na oglądanie wszystkiego z Samem Neillem. Faza minęła… no cóż, równie dawno, bo prawdę mówiąc doszłam do wniosku, że ten aktor zawsze gra tak samo. Stety bądź niestety, w trakcie ówczesnej fascynacji nie zdarzyło mi się obejrzeć Event Horizon. Bo kurde miałam wtedy jakieś trzynaście lat i pewnie skończyłoby się to gorszą traumą niż obejrzenie Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady albo tego odcinka McGyvera, gdzie jakiegoś gościa zeżarły mrówki.
No ale skoro Netflix ostatnio rzucił we mnie tym filmem, to pomyślałam, że hej, czemu nie. Bo mimo wszystko sentyment do Sama Neilla gdzieś tam pozostał, no a jeszcze mamy w Event Horizon Laurence’a Fishburne’a (ha, i to jeszcze sprzed Morfeusza!) i – co ostatecznie przeważyło szalę – Jasona Isaacsa.

Myślę, że o tym filmie wiele mówią oceny na Rotten Tomatoes: ocena krytyków to 27%, czyli mniej-więcej tyle, ile uzyskały takie produkcje jak Sharknado: It’s About Time, Warcraft, Bright, Batman v Superman, Jupiter Ascending… I w ogóle nie chodzi o to, że ja połowę tych filmów lubię. Po prostu nie są one powszechnie uważane za, cóż, zbyt dobre. Jednocześnie ocena użytkowników portalu to 61%, co jak dla mnie dość wyraźnie umiejscawia ten film w szerokiej kategorii guilty pleasure. Nie jest to do końca moje guilty pleasure, bo w ogóle nie przepadam za horrorami, nawet tymi złymi, ale zdecydowanie wpasowało się w niszę. Świadczy też o tym rozdźwięk między osiągami finansowymi w kinach (klapa totalna) a późniejszym sukcesem na wideo.
I tak całkiem szczerze: ja się wcale temu nie dziwię. Bo Event Horizon ma mnóstwo bzduryzmów i klisz, ale jednocześnie są tam elementy, które robią duże wrażenie.

No więc okna zrobimy w kształcie krzyży. Bo tak.
(źródło)
Weźmy początek: załoga ludków leci w kosmosy, głównie to wojskowi, no i jest jeden naukowiec. Brzmi jak inspiracja Obcym? No trochę. Zresztą, nawet wnętrza ich statku wydają mi się nieco inspirowane, choć może po prostu są na tyle generyczne, że wydają mi się inspirowane tak naprawdę połową filmów o ludziach w kosmosach, jakie widziałam. Naukowiec, ma się rozumieć, za pomocą kartki i ołówka wyjaśnia reszcie załogi, na czym polega zaginanie czasoprzestrzeni. W ogóle z jakiegoś powodu cały briefing dotyczący misji odbywa się, kiedy są już niemal u celu, zamiast ogarnąć temat wcześniej, co wydaje mi się trochę głupie. Ale okej. To w sumie też dość kanoniczne.
No i na początku filmu rodzi się takie poczucie w widzu, że dobra, oto mamy kolejny nieco wtórny film o kosmicznym stworze, który w ten czy inny sposób zeżre załogę. I właściwie to jest prawda. Haczyk tkwi w owym „w ten czy inny sposób”. Bo jeśli chodzi o całą warstwę wizualną filmu, to ho-ho, panie kochany, Paul Anderson i Vadim Jean naprawdę się postarali.
Nie chodzi mi tylko o to, że jest dużo gore. Trochę jest, choć dużo mniej, niż pierwotnie miało być – film jest mocno przycięty i jeśli wierzyć informacjom, to usunięte sceny zginęły bezpowrotnie i nikt nigdy pełnej wersji Event Horizon nie zobaczy (choć jest jakaś mityczna kaseta VHS z brakującym materiałem, ale nawet reżyser nigdy jej nie oglądał). Ale te urywki, które widz może obejrzeć, dają dość duże pojęcie o całokształcie. Po pierwsze, bohaterowie są mordowani na różne bardzo kreatywne sposoby i nie sposób odmówić twórcom pomysłowości. Po drugie, brutalne sceny zostały popełnione z ogromnym pietyzmem i dbałością o realizm: do odcinania kończyn wykorzystano autentyczne nagrania z amputacji, do gwałtów zaś – zatrudniono aktorów porno dla zwiększenia wiarygodności.
A tu korytarz stylizowany trochę na wnętrze niszczarki,
a trochę na czołówkę Bonda (źródło)
Ale jest coś jeszcze: sam Event Horizon – czyli statek kosmiczny, który wrócił nie wiadomo skąd. Jego dizajn jest zarazem spektakularnie głupi i na swój sposób majestatyczny. Zadziwia trochę jak tytułowe urządzenie z Maglownicy: wygląda bardziej jak wymyślne narzędzie tortur, zbudowane wyłącznie z myślą o tym, żeby budziło trwogę i ból, niż jak to, do czego teoretycznie jest przeznaczone. Event Horizon ma korytarz pełen jakichś wirujących ostrzy, ogromne, najeżone kolcami grodzie, drzwi, które jednocześnie mogłyby robić za gilotyny, jakieś nieomal magiczne runy na ścianach, i tak dalej, i tak dalej. Cały czas próbuję i cały czas nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której jacyś naukowcy czy inżynierowie (czyli właściwie też naukowcy…?) zaprojektowali taki statek kosmiczny, popatrzyli na to i pomyśleli: „hej, to dobrze wygląda, wszystko ma sens, załoga będzie się czuła bezpiecznie i komfortowo”. Stopień przesady w tym projekcie sprawia, że ogląda się film z jeszcze większym zafascynowaniem – i celowo używam tego słowa. Bo to nie budzi konkretnie strachu, tylko właśnie swego rodzaju fascynację. W takiej scenerii absolutnie nie może wydarzyć się nic innego, jak tylko masowe i niezwykle brutalne mordy.

Ale hej, przynajmniej Sam Neill wygląda inaczej!
(źródło)
Ta przesada w sumie świetnie gra z głupotą bohaterów i ich, nie bójmy się tego stwierdzenia, słabowitego napisania. Bo jak inaczej, jeśli nie właśnie słabym pisaniem, można wyjaśnić fakt, że mój ulubieniec D.J. (Jason Isaacs), wcześniej kreowany na prostego wojskowego, co to nie kuma tych tam podróży kosmicznych, nagle z jakiegoś pełnego szumów nagrania tłumaczy wycharczaną łacińską frazę, której nie umiał przetłumaczyć sztab naukowców z doktorem Weirem (Sam Neill) na czele? W ogóle czy nie wydaje się nieco leniwe, że po pierwszych ofiarach diabolicznego statku załoga bez większego trudu łyknęła fakt, że jasne, to ich statek kosmiczny trafił do piekła i z powrotem, a w międzyczasie ożył i postanowił wciągnąć do tegoż piekła wszystko co żyje. I ja mówię całkiem dosłownie o piekle, takim piekle w sensie religijnym. Bo tym najwyraźniej jest ów tajemniczy ukryty wymiar. W ogóle na tle tej mrocznej ponad normę, na poły mistycznej fabuły cokolwiek dziwnie wygląda nieco humorystyczne zakończenie wątku Coopera (Richard T. Jones), pasujące do reszty filmów jak pięść do oka i przedziwnie wybijające z nastroju.

Fabularnie to nie jest dobry film. Scenariusz jest po części wtórny, po części głupawy. Bohaterowie nie są zbyt ciekawi (poza D.J.-em, oczywiście, który jest Lorcą, więc wszystko gra). Ale nie da się ukryć, że to widowisko, któremu bardzo wyraźnie poświęcono dużo pracy. Nawet jeśli produkowany w pośpiechu, Event Horizon nie jest filmem leniwym. Czy warto go obejrzeć? Jasne, jako ciekawostkę. Nie jest to tytuł, do którego kiedykolwiek wrócę, ale czuję się zupełnie usatysfakcjonowana seansem.

Aha, no i ogromnie podoba mi się pomysł krążący wśród fanów i opierający się w dużej mierze na tym, że scenarzysta Philip Eisner w sumie przyznawał się do inspiracji tym uniwersum, że oto Event Horizon jest w istocie prequelem do Warhammera 40000. Piękne.



I wasn't going to tell you this. I've been listening to the distress signal, and I, um, think I made a mistake in the translation.
Go on.
I thought it said "liberate me" – "save me." But it's not "me." It's "liberate tutemet" – "save yourself." And it gets worse.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...