środa, 13 stycznia 2021

Apostazja: z pamiętniczka grzesznika

(licznikapostazji.pl) Mój szczęśliwy numerek to także 
rok wybuchu epidemii w Krakowie oraz upadku Adrianopola.
 (wiedza sponsorowana przez Wikipedię).
 

Dzień dobry. 2 stycznia 2021 roku złożyłam w kancelarii mojej parafii zamieszkania oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła katolickiego, zwane też apostazją. Jak komuś teraz nasuwa się myśl „No i po co o tym piszesz? To twoja prywatna sprawa” – to, prawdę mówiąc, ma zupełną rację i mogę powiedzieć tylko „do zobaczenia przy następnej notce”. Ale ja i tak mam pewną potrzebę rozpisania się, więc tak czy owak zamierzam to uczynić. Dla higieny własnego mózgu i może by odpowiedzieć komuś na niezadane pytanie.


sobota, 7 listopada 2020

Co piszczy w Tarnowskich Górach: "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

Autor
: praca zbiorowa
Tytuł: Tarnowskie Góry Fantastycznie 2
Miejsce i rok wydania: Tarnowskie Góry 2020
Wydawca: Wydawnictwo Almaz

Jakiś czas temu (zdecydowanie zbyt dawno, ma się rozumieć, za co serdecznie przepraszam Wydawcę – padło na trudny dla mnie czas, o czym nie wiedziałam, przytulając książkę do recenzji) przygarnęłam drugi tom antologii Tarnowskie Góry Fantastycznie. Nie od dziś twierdzę, że lokalny patriotyzm jest zarąbistą sprawą i takie literackie podbijanie go uważam za świetną aktywność, stąd też tytuł ten ogromnie mnie ciekawił. No i wszak byłam chyba cały jeden raz w Tarnowskich Górach, więc czułam się totalnie upoważniona do oceniania, jak to miasto zostało przedstawione w tekstach.

Zanim przejdę do poszczególnych opowiadań, chciałabym jednak wyjaśnić swój punkt wyjścia. Bazę, do której odnosiłam swoje przemyślenia względem tekstów.
Wspomniałam już o lokalnym patriotyzmie – tak, naprawdę bardzo to lubię. Jeśli mam być całkiem szczera, to uważam, że lokalny patriotyzm jest nawet cenniejszy od tego patriotyzmu przez duże „P”, narodowego. Bo to przecież naturalne, że im coś jest nam bliższe, tym bardziej się w to angażujemy. Najważniejszy jest dla nas własny dom, potem leci osiedle, miasto, a dopiero gdzieś tam późniejszy level dotyczy całego kraju. I nie ma w tym nic złego. Jeśli ktoś zaparkuje swoje BMW w naszym ogródku, będziemy ostro wkurzeni – jeśli zrobi to w ogródku kogoś z Radomia (czy innego miasta, z którym nie mamy wiele wspólnego), najpewniej nad taką informacją wzruszymy ramionami. I nic dziwnego.
Chcemy, żeby nasz region, nasza „dzielnia”, był najfajniejszy. Chcemy pokazać światu, że nasza okolica jest super. Robimy to w różnoraki sposób: jedni za pomocą sprayu wyrażą na murku swój afekt względem lokalnej drużyny piłkarskiej, inni wydadzą antologię opowiadań poświęconą danemu miastu. Nie szukając przecież daleko, od dziesięciu lat robi w Zielonej Górze tamtejszy klub fantastyki Ad Astra. I ja to ogromnie szanuję.
Ale to moje podejście do tematu wiąże się z tym, że mam w głowie jakieś cele, którym – wedle mojego mniemania – takie antologie mają służyć. Chodzi tu głównie o promocję. Jeśli Zielona Góra czy Tarnowskie Góry publikują poświęconą danemu miastu antologię opowiadań, mniemam, że chodzi tu i pokazanie się światu. O wykazanie, że hej, mamy ciekawą historię, swoją regionalną i niepowtarzalną specyfikę, której nie znajdziecie nigdzie indziej. Że to jest komunikat kierowany na cały kraj, tak żeby ludzie, którzy nigdy nie postawili nogi na takim przykładowo Śląsku, po przeczytaniu opowiadań uznali „kurde, ja bym chyba w następne wakacje tam podskoczyła”.
Nie jestem pewna, czy te moje urojone cele i czy to moje podejście do tematu podzielał wydawca, decydując się na publikację Tarnowskich Gór Fantastycznie. Ale do tego tematu jeszcze wrócę.
Teraz może przejdę do meritum.

Mimo najlepszych chęci i tego mega pozytywnego podejścia, którego przyczyny wyjaśniłam powyżej, antologia niczego mi nie urwała – ani zadka, ani żadnej innej części ciała. Co nie oznacza, że było źle. Było… cóż, dokładnie tak, jak można się spodziewać przy antologii opowiadań. Bardzo różnorodnie. I to dość naturalne, jeśli dostajemy w ręce zbiór tekstów różnych autorów, w żadnym razie nie mam o to pretensji.
Na plus mimo wszystko muszę zaliczyć, że z czternastu opowiadań raptem dwa mnie autentycznie zirytowały, kilka po prostu nie podbiło, ale z drugiej strony – pięć tekstów naprawdę mi się spodobało, z czego dwa tak naprawdę bardzo mocno.
Zacznę może od tej słabszej strony:

Srebro Marty Kładź-Kocot – i nie chodzi tu nawet o samo opowiadanie. Nie wciągnęło mnie jakoś spektakularnie, ale przebrnęłam, no bo tak czysto technicznie było naprawdę wcale sprawnie napisane. Ot, po prostu fabuła do mnie nie trafiła. Ale autorka popełniła jeden solidny strzał w kolano: następujące po opowiadaniu „Od autorki słów parę”. Bo dla mnie mało rzeczy w literaturze jest równie złych co ładowanie czytelnikowi szpadlem do głowy, że hurr durr, zrobiłam taki risercz, to a to było oparte na faktach, a to też się naprawdę wydarzyło, a ja to wszystko sprawdziłam i paczaj, czytelniku, jaka jestem rzetelna. Nie mam pojęcia, po ki ciul autorzy to robią, ale naprawdę cenię, kiedy pisarz zaufa inteligencji czytelnika i uzna, że jeśli dany tekst będzie odpowiednio intrygujący, to rzeczony czytelnik sam sobie sprawdzi, czy przedstawione wydarzenia są fikcją czy nie. Marta Kładź-Kocot najwyraźniej totalnie nie wierzy w inteligencję czytelnika i jest to dla mnie – jako czytelniczki – przykre. Tak samo jak przykra dla mnie była obecność słowniczka w angel fantasy Mai Lidii Kossakowskiej. Znów: mam rączki, jak będzie mnie coś interesowało, to sobie sprawdzę. Nie obnoś się tak, autorko/autorze, ze swoim riserczem.
Drugim opowiadaniem, które mnie zirytowało, był Tunel Sławomira Nieściura. Jakkolwiek sprawnie napisany, to jednak rzucił we mnie pakietem najzupełniej antypatycznych bohaterów, przez co szczerze i serdecznie miałam w nosie, co się z nimi stanie. Byli w przeważającej większości bandą niekompetentnych buców. Co gorsza, słabo wyszedł też pies! To znaczy inaczej: tak po prostu jako pies był najzupełniej w porządku, nawet uroczy. Pies Ulva zachowuje się bardzo podobnie. Problem polega na tym, że w Tunelu mamy psa policyjnego. Psa policyjnego, który nie reaguje na komendy, szarpie się na smyczy, zjada wyhaczone na ziemi resztki… no kropka w kropkę nasz Vist, tylko że nasz Vist jest średnio na jeża ułożonym rozkosznym kundelkiem, a nie psem policyjnym. Przy czym tu od razu przyznaję: nie mam pojęcia, jak w Polsce wygląda tresura psów policyjnych. Może one tak właśnie się zachowują. Jeśli tak, to o mój Jeżu, to okropnie przykre. Z drugiej strony – gdzie się zgłaszać, żeby Vist zaczął dostawać wypłatę?

Skoro już jestem w fazie marudzenia, wspomnę jeszcze o jednym tekście, dla którego tak naprawdę powinnam zrobić oddzielną kategorię, tylko nie mam na nią pomysłu. Chodzi mi o opowiadanie Podciepany Marcina Melona. To nie jest zły tekst. Bah, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia jaki to tekst. Bo go nie przeczytałam. Bo z jakiegoś powodu uznano, że super będzie wrzucić opowiadanie napisane w całości po śląsku.
I tu muszę wrócić do tego, co napisałam o moich urojonych celach, dla jakich powstają takie antologie: pokazanie światu, że dany region jest fajny i ciekawy. Jak, u licha, Tarnowskie Góry chcą to pokazać światu za pomocą tekstu, który będzie niezrozumiały dla większości ludzkości żyjącej poza tym konkretnym regionem? Szkoda mi trochę i autora, i mnie samej. Mnie, bo może ominął mnie fajny tekst (przeczytałam kilka stron i odpuściłam – niby bariera językowa byłaby do pokonania, śląski jest dużo przyjaźniejszy niż taki na przykład kaszubski, ale lektura zajęłaby mi drugie tyle co cala reszta antologii), ale też autora, bo jestem dość mocno przekonana, że nie ja jedna odpuściłam bądź odpuszczę to opowiadanie. A przecież Marcin Melon z całą pewnością się nad nim napracował. Całkiem szczerze – nie lubię takiej hermetyzacji. Byłam kiedyś na konferencji naukowej filologii klasycznej na UG – większość prelekcji odbywała się po łacinie. I pamiętam, jak mocno mnie to tknęło: po co to robicie? Chcecie zajarać filologią klasyczną ludzi spoza swojego środowiska? No to nie tędy droga, bo przecież nic nie zrozumieją. Chcecie kisić się we własnym sosie i jarać znajomością języka? Okej, ale w takim razie po co ogłaszać się wszem i wobec z międzynarodową konferencją? I tutaj mam podobne odczucia. Jeśli to antologia od Ślązaków dla Ślązaków, to nie ma o czym mówić. Po prostu myślałam, że ten cel jest nieco inny.

Ale dla równowagi: niektórzy autorzy naprawdę dali czadu.
Chyba pierwszym tekstem, który mnie totalnie ujął, były Drzewa Jakuba Bielawskiego. Ciężki, gęsty klimat uderzył od samego początku i trzymał do samego końca, po drodze tylko jeszcze bardziej gęstnąc. Gdzieś tam miałam myśl, że w sumie chyba policja powinna się zainteresować, że w mieście co tydzień ktoś ginie bez śladu, ale narracja była tak wciągająca, że ta myśl momentalnie wyparowała, a ja z zapartym tchem śledziłam działalność Rodiona. Bohater był okropny, ale i tak fascynujący – nie czułam do niego sympatii, co nie przeszkadzało mi być zaintrygowaną. Stopniowe ujawnianie jego tajemnicy wypadło świetnie, a finał ociekał miodnością. Nie wyobrażam sobie, jak można by było lepiej zakończyć to opowiadanie. Dotąd kompletnie nic mi nie mówiło nazwisko Jakuba Bielawskiego, ale po tej lekturze jestem głęboko przekonana, że je zapamiętam. Nic mi nie mówiło, bo generalnie horror to nie moja bajka, taki horror jednakowoż to ja chętnie przygarnę.
Drugim opowiadaniem, które czytałam z ogromną przyjemnością, był LOS Tarnowskie Góry Anny Hrycyszyn. Tak, tak, ktoś może mówić, że piszę tak po znajomości. Mogę tylko z ręką na sercu zapewnić, że tak nie jest. To opowiadanie jest najzwyczajniej w świecie świetne: ma przesympatycznych, wyrazistych bohaterów, smoka, który bez pudła kojarzy się z Milusiem, bardzo silny element tarnogórski, ciekawą historię i fajne zakończenie. Tak, oczywiście, to tekst pozostający w kategorii czytadełek, nikomu światopoglądu nie przewróci do góry nogami. Myślę jednak, że właśnie taka jest jego idea: rozrywkowa. I sprawdza się w tym doskonale. Jednocześnie nie mogłam opędzić się od myśli, że to, na co Marta Kładź-Kocot poświęciła całe opowiadanie i cześć posłowia, Anna Hrycyszyn zamknęła w jednym akapicie, tym samym dając czytelnikowi zwięzłą, zapadającą w pamięć informację: w tarnogórskich kopalniach dużym problemem była woda. Tunele były zalewane. I owszem, to jest ciekawe, bo człowiek spoza regionu całkiem serio może sobie tego nie uświadamiać – i świetne jest to, że można o tym powiedzieć bez pedagogicznego smrodku, tylko tak po prostu, jakby się opowiadało o swoim mieście. W ogóle u Anny Hrycyszyn te Tarnowskie Góry wydają mi się najbardziej obecne, najłatwiejsze do wyobrażenia sobie. Jak wspomniałam, odwiedziłam to miasto raptem raz, ale po LOS Tarnowskie Góry mam o nim pewne wyobrażenie, jakiś obraz w głowie. I to jest bardzo fajne: że teraz mogę sobie myśleć „hej, chciałabym zobaczyć, gdzie jest to wejście do tunelu”.

Jest też parę innych tekstów, które mi się podobały. Ich problem jednak polega na tym, że w gruncie rzeczy mało mówią mi o tytułowych Tarnowskich Górach. Do tej kategorii zaliczam opowiadanie Pawła Matuszka Ku światłu śniące się życie – wciągająca rodzinna tajemnica, ale mam wrażenie, że z łatwością można by przełożyć akcję tego tekstu na każde inne miasto. Podobnie ma się sprawa z Lotem Romualda Pawlaka – Makuch jest dość interesującym bohaterem, a wykreowany świat robi wrażenie, ale znów: mało tam Tarnowskich Gór. Bardzo przyjemnie czytało mi się Królową Dramy Aleksandry Zielińskiej, ale i tutaj to mogła być dowolnie inna rzeka. Choć skądinąd to bardzo ciekawa, osobista historia i wiarygodnie, wręcz plastycznie przedstawiony rozwój obłędu głównej bohaterki – czytelnik jest w stanie zrozumieć, jak do wszystkiego doszło. Za to należy się bardzo duży plus. Inną historią, choć też dość osobistą i też oderwaną od Tarnowskich Gór, jest Wszędzie, byle nie do Tarnowitz Bernadety Prandzioch: to ciekawa opowieść o uśmiechach losu, poczuciu winy i wykorzystywaniu szans. Taka po prostu ładnie spisana historia o życiu, gdziekolwiek by się ono toczyło.
Na tle tych tekstów z kategorii „fajne, ale czegoś mi zabrakło”, plasuje się również Przez ciernie do gwiazd Grzegorza Janusza – opowiadanie ma piękny, mityczny klimat i niewątpliwie działa na wyobraźnię, ale – jak to mity – sprawia bardzo odległe wrażenie i trudno zaangażować się emocjonalnie.
Podobnie ma się sprawa z Czarodziejskim ziarnem Michała Studniarka, czyli opowieścią o początkach Tarnowskich Gór, nawiązującą do znanej legendy: dostaliśmy nieco magii i egzotyki (choć w zupełnie innym klimacie niż w Przez ciernie…), ale trudno było wykrzesać z siebie emocje, nadążając za dość zwięzłą, minimalistyczną narracją.

Tak naprawdę pozostaje mi jeszcze wspomnieć o trzech tekstach. Z jednym z nich, Każdemu, co mu się należy Tadeusza Oszubskiego, mam ten problem, że właściwie trudno mi o nim cokolwiek powiedzieć. To takie przezroczyste opowiadanie – jest niezbyt sympatyczny bohater, który popełnia dość klasyczny błąd i to go wpędza w kłopoty. Ot, tylko tyle i aż tyle. Napisane sprawnie, czyta się płynnie, ale po prostu w jednej chwili wyparowuje z głowy.
Inaczej ma się sprawa ze Sprzedawcami aniołów Michała Cetnarowskiego: to znaczy owszem, też jest napisane sprawnie i czyta się płynnie. Co więcej, u podstaw tego opowiadania leży świetny pomysł, interesujący świat z wyraźną nutką inspiracji Westworldem. W takiej sytuacji ja na spokojnie przebolałabym nawet, że bohaterowie są okropnie nudni – no bo kto potrzebuje bohaterów, kiedy jest świat? A jeszcze opowiadanie doskonale się zaczyna, z miejsca wciągając. Niestety, mam wrażenie, że w narrację wdarło się sporo elementów światopoglądowych, takich typowo naszych, współczesnych, polskich – które trochę nie przystają do tego świata. Może gdyby zaistniały tam w nieco innym kontekście, mogłyby lepiej zagrać, wkomponować się w realia. Ale nie zagrały i zwyczajnie kłuły w oczy.
No i jest też opowiadanie Artiwnotz Agnieszki Hałas. Ja do twórczości Agnieszki Hałas mam ambiwalentny stosunek – czasem mi się podoba, czasem niekoniecznie, ogólnie nie umiem powiedzieć, czy lubię czy nie. I podobnie mam z tym tekstem. Bohaterka jest spektakularnie nudna, a brak osobowości usiłuje nadrobić wspominkami faktu, że dawniej miała fioletowe włosy. Jej historia w zasadzie nie jest zbyt ciekawa. Za to ciekawe jest to, co spotkało Artiego. Plus w ogóle czytanie o wanna-be pisarce sprawia, że jakoś mi milej na serduszku. Ale, co najważniejsze, ja dopiero jakiś czas po lekturze uświadomiłam sobie, że wszystkie te elementy, za które nie polubiłam Magdy, protagonistki opowiadania, mogły być najzupełniej zamierzone – bo wszak mamy do czynienia z bohaterką w depresji. I jeśli mnie irytowało, że ona robi problemy z jakichś totalnych pierdół, to przecież o to właśnie mogło chodzić. O pokazanie codziennego życia osoby z tego typu problemami. To nie jest fajne ani ciekawe, ale z drugiej strony – jest ważne. Myślę jednak, że wrzucenie takiej bohaterki do dość krótkiego opowiadania było dość karkołomną decyzją. Może to by zagrało w dłuższej formie, gdzie czytelnik miałby czas, żeby oswoić się z psychiką bohaterki. Miałby czas, żeby ją zrozumieć. Bo tutaj po prostu bardzo łatwo się zniechęcić.

Sama nie wiem, jak mogę podsumować tę notkę. Antologia, jak to antologia, ma teksty świetne, słabe i całe spektrum pomiędzy. Myślę, że warto po nią sięgnąć, bo moje zastrzeżenia są jednak mocno subiektywne. Na ogromny plus należy zaliczyć, że w książce prawie nie ma baboli bardziej obiektywnych, czyli różnego rodzaju błędów w warstwie językowej. Pod względem warsztatowym wszystkie opowiadania stoją na wysokim poziomie i jedyne, czego można się w sumie czepiać, to że dana fabuła akurat nie przypadła do gustu. Widać, że autorzy zgromadzeni w Tarnowskich Górach Fantastycznie nie są jakimiś losowymi debiutantami, tylko pisarzami, którzy wiedzą, do czego służy klawiatura. To trochę sprawia, że wszystkie moje zarzuty są inwalidami. Bo mnie osobiście może drażnić słowo od autorki po opowiadaniu albo napisanie tekstu całościowo po śląsku, ale bez problemu wierzę, że ktoś może uznać to za atut. Więc cóż – pozostaje sięgnąć po książkę i przekonać się na własnej skórze.

wtorek, 25 sierpnia 2020

To co z tym plagiatem? "Elryk z Melniboné"

Autor
: Michael Moorcock
Tytuł: Elryk z Melniboné
Tytuł oryginału: Elric of Melniboné
Tłumaczenie: W.T.K.
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1994
Wydawca: Amber

Jakiś czas temu doszły mnie słuchy, jakoby saga o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego była plagiatem sagi o Elryku Michaela Moorcocka. Zresztą, ponoć to teoria, która ma już swoje lata i na Zachodzie jest podejmowana już od dawna – u nas raczej utknęła w niszy najbardziej zagorzałego fandomu, stąd też akurat ja dowiedziałam się o tym dopiero co. No ale wraz z tym niusem podniosło się parę głosów – obok tych „och, żal tak wielki, myślałam, że chociaż Wiedźmin nasz oryginalny, co za rozczarowanie, nigdy nie lubiłam Sapka” – że to bullshit, że Sapkowski się inspirował wieloma klasycznymi tekstami, żeby nie wydziwiać.
Całkiem szczerze, to o Moorcocku dotąd nawet nie słyszałam. Ale przy tej małej awanturce dowiedziałam się również, że to autor niebywale ważny w dziejach fantasy, tylko niesłusznie zapomniany. Myślę sobie: no dobra, czas nadrobić. Przeczytam tego Elryka i nie dość, że poznam klasykę, to wyrobię sobie zdanie co do plagiatu. Parę tomów udało mi się dorwać po taniości na Allegro (łatwo nie było, bo nie ma tego wiele, istnieje jedno polskie wydanie z lat dziewięćdziesiątych, a ceny wahają się od 11 do niemal 100zł) i oto zaczęła się moja przygoda z Elrykiem.

Powiem tak: ja naprawdę doskonale rozumiem, dlaczego ta seria nigdy nie została w Polsce wznowiona. Może w latach sześćdziesiątych, kiedy Moorcock zaczynał pisać o albinosie z Melniboné, to było coś „Wow!”. Może było coś oryginalnego w posępnej, skrytej naturze Elryka, który z jednej strony zrobi wszystko dla swojej ukochanej Cymoril, z drugiej jednak jego chłód emocjonalny pozwala mu na dowolne okrucieństwa. Niemniej kiedy czytałam pierwszy tom sagi, czułam się, jakbym czytała wypełnionego kliszami fanfika jakiegoś aspirującego autora (kopirajty do tego określenia należą się Ulvowi, który też zaczął czytać Moorcocka). Jest mroczny cesarz-czarnoksiężnik, który ma piękną ukochaną Cymoril (jej jedyną cechą jest fakt bycia piękną), obowiązkowo jest też zły konkurent do tronu, Yyrkoon, który – tak, to było w powieści wprost napisane! - chce zdobyć władzę nad światem. Już na tym etapie opadają witki. Ma się rozumieć, Yyrkoon w gruncie rzeczy nie miałby nic przeciwko położeniu swoich plugawych łapsk na Cymoril (która, nota bene, jest jego siostrą, ale przez to jest jeszcze bardziej zły).
Dalej mamy kwestię stylu – oczywiście, tutaj muszę mówić wyłącznie o miksie stylu autora i tłumacza, bo nie czytałam w oryginale. Swoją drogą, za przekład odpowiada „W.T.K.” – całkiem szczerze, nie bardzo wiem, co to znaczy (zero złośliwości). To jakaś instytucja? Czyjeś inicjały? Jeśli tak, to dlaczego nie ma pełnego nazwiska? Ktoś mi to umie wyjaśnić?
W każdym razie język powieści jest po prostu niezbyt ciekawy. Prosty, siermiężny, z wieloma powtórzeniami i dość niefajnymie wciskanym backstory świata. Z drugiej strony tam, gdzie człowiek by się spodziewał nabudowania klimatu i szerszych opisów, wszystko dzieje się w ekspresowym tempie: bohater na granicy śmierci spotyka bóstwo? Spoko, przecież kolor włosów nieśmiertelnej istoty to w zasadzie wszystko, co jest mi w tym momencie potrzebne. Chciałabym podkreślenia niesamowitości tego spotkania? Meh, spotkali się i pogadali, na cholerę drążyć temat. Lecimy dalej, bo wątek nam ucieknie.
A wątki uciekają, oj uciekają. Akcja pędzi na złamanie karku, co zresztą wyjaśnia, dlaczego powieść zmieściła się na 180-ciu stronach. [TERAZ BĘDZIE PEŁNE SPOILI, CHOĆ BARDZO LAKONICZNE STRESZCZENIE CAŁOŚCI] Cesarz rusza na wojnę, staje się ofiarą zamachu stanu i traci tron, spotyka boga, wraca na tron, porywają mu narzeczoną, sprowadza arcydemona, wyrusza na jej poszukiwania, przenosi się do jakichś dziwacznych zaświatów, wraca z tych zaświatów – a wszystko to nieomal w biegu. Kampania wojenna to parę stron. Kolejne parę to detronizacja i powrót na tron. Niby gdzieś tam mogłaby być przestrzeń na character development, ale najwyraźniej autor uznał, że takie rzeczy w powieści do niczego nie są potrzebne.
Z drugiej strony: to jest też w pewien podstępny sposób zaletą, bo czytelnik nie ma szansy się znudzić. Chcę wiedzieć, co w tej historii stanie się dalej? Proszę bardzo, minuta czytania i już wiem. Ale wówczas następuje znowu jakiś plot twist i i ja znowu chcę wiedzieć, co będzie dalej – i tak to się kręci. W gruncie rzeczy Elryka z Melniboné można przeczytać w jedno popołudnie, góra dwa. Tylko nie można się za dużo zastanawiać nad tym, jak głupio jest wykreowany świat.
Wspominałam, że uniwersum Gwiezdnych Wojen mnie nie przekonuje przez swoją stagnację trwającą wiele tysięcy lat? Tutaj mamy coś podobnego. Melniboné też ma tysiące lat i wygląda na to, że się przez ten czas kompletnie nie zmieniło. W dodatku mieszkańcy Śniącego Miasta używają w morskich potyczkach ciężkich, złotych barek. Złotych. Czyli z metalu jednocześnie bardzo ciężkiego i absurdalnie miękkiego. Czyli chyba najgorszego materiału na budowę okrętów. Nie ogarniam.
Na obronę powieści muszę nadmienić, że mimo wszystko stagnacja Melniboné da się obronić nieco lepiej niż uniwersum gwiezdnowojennego – bo Melniboné robi co może, żeby pozostać w ukryciu, w izolacji od innych cywilizacji. To faktycznie do pewnego stopnia mogłoby spowodować zastój, skoro nie było niczego, co by napędzało postęp. Choć trochę trudno uwierzyć, że żadne z tak zwanych Młodych Królestw nie rozwinęło się w międzyczasie na tyle, by jednak pokonać mieszkańców Śniącego Miasta. Nasuwa mi się tu skojarzenie z kolonizacją Ameryki. No ale dobra, magia. Jest magia, więc pozamiatane.
Gdzieś w tym wszystkim – w tych kliszach, w pozbawionej klimatu i emocji narracji, w głupotkach uniwersum – są jednak fajne elementy. Sama koncepcja Żywiołów, demonów i światów wydaje się ciekawa. Bohater, wbrew mojemu marudzeniu z samego początku, tak naprawdę ma potencjał – może po prostu w pierwszym tomie nie rozwinął jeszcze skrzydeł. Relacja Elryka z mieczem również może przynieść czytelnikowi coś fajnego w kolejnych tomach – póki co została zaledwie zaznaczona. Mam wrażenie, że Elryk z Melniboné jest bardzo, jakby to ująć, anachroniczny. I biorąc się za tę lekturę, trzeba to mieć na uwadze, żeby się bardzo nie zdziwić. Dziś nikt tak nie pisze – i naprawdę nie jestem przekonana, że powinno się do tego wrócić. Pierwszy tom sagi o Elryku trochę bawi, trochę wciąga, jest ogólnie na swój sposób przyjemny, ale jednocześnie jest pozbawiony napięcia, nie budzi emocji, nie angażuje. Do tego pojawiające się w nim motywy zostały już mocno przeorane przez współczesnych twórców.

Jak to więc z tym Sapkowskim? Na podstawie na razie tylko tego jednego tomu, czyli Elryka z Melniboné, cała „afera plagiatowa” wydaje mi się jednak bullshitem. Tak, bohater ma białe włosy. Ale jest postacią na tyle inaczej skonstruowaną i poprowadzoną, że nawet by mi nie przyszło do głowy kojarzyć go z Geraltem. Wędruje przez świat – jasne, tylko że z zupełnie innych powodów i w innym celu niż ten nasz Biały Wilk. Ma runiczny miecz – ale znów, to miecz zupełnie inny i w ogóle nie kojarzy się z orężem wiedźmina. Świat jest inny, historia jest inna, bohaterowie są inni, w końcu cała narracja jest zupełnie odmienna. Nawet wiedząc o tym, że mam się doszukiwać elementów plagiatu, podczas czytania w żaden sposób nie nasuwało mi się, że o, ten a ten element Sapkowski na pewno zerżnął od Moorcocka. To wszystko tak strasznie groźnie brzmiało, jak się gdzieś czytało wyliczankę elementów, które pojawiają się w jednej i drugiej sadze – no ale właśnie, to tylko jakieś pojedyncze elementy. Śrubki, które mogą być użyte w wielu mechanizmach, ale nigdzie nie jest powiedziane, że przez to te mechanizmy będą identyczne.

Tak czy owak, przede mną drugi tom. Będę informować na bieżąco.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...