Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clint Eastwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clint Eastwood. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

ZaFraapowana filmami (104) - "Play Misty for Me"


Chyba czas zacząć popełniać notki w temacie wyzwania, prawda?

Najpierw dwa słowa dla niewtajemniczonych: w tej wąskiej szpalcie po prawej jakiś czas temu pojawił się nowy banner – wiecie, tuż pod „Eksplorując nieznane”. Może jest za mały i tego nie widać, ale napis na nim głosi: „Oglądamy filmy wyreżyserowane przez Clinta Eastwooda”. Poniżej jest deadline: 31 maja 2015. Więcej o całej inicjatywie można przeczytać po kliknięciu w rzeczony baner, ale sedno sprawy jest takie, że do wymienionej wyżej daty trwa tak naprawdę nieustający maraton filmów, gdzie po drugiej stronie kamery stał Eastwood. Dołączyłam do akcji bardzo ochoczo, bo co prawda część tytułów wyreżyserowanych przez niego oglądałam, niektóre więcej niż raz, ale przecież ta lista w rzeczywistości jest dość długa i mam w niej spore luki. Nie można być fangirlem z takimi brakami!
Przy tej okazji w ogóle bardzo polecam dołączenie do zabawy, gdyż albowiem ponieważ że, Eastwood genialnym reżyserem jest. Rzekłam.

Postanowiłam jechać chronologicznie, toteż zaczęłam do reżyserskiego debiutu Eastwooda, filmu z 1971 r., Play Misty for Me.
W wielkim skrócie: historia psychofanki i jej idola. Tak, wiem, brzmi straszliwie znajomo i kojarzy się bardzo z Kingiem. Trochę czasu minęło, nim się zorientowałam, że kiedy Eastwood kręcił swój film, King brał ślub i nie myślał jeszcze nawet o Carrie, a cóż dopiero o Misery, które powstanie szesnaście lat później. Pod pewnymi względami też Play Misty… może przypominać Fatalne zauroczenie, które jednak też jest sporo młodsze.
Wbrew pozorom, nie zmierzam do obnoszenia się z tym, jak świetnie znam teksty kultury poświęcone psychopatkom. Prawdę mówiąc, nie oglądałam ani nie czytałam Misery i wcale nie jestem pewna, czy oglądałam Fatalne zauroczenie. Może kiedyś, bardzo dawno… Zmierzam natomiast do tego, że wydaje mi się, że Eastwood wybrał sobie dość karkołomnego czelendża na debiut reżyserski. Już samo postawienie na thriller wydaje mi się hardą decyzją: pozostanie po właściwej stronie tej cienkiej granicy między utrzymaniem widza w stanie najwyższego napięcia i niepokoju a zanudzeniem nie może być łatwe i jeśli mam być szczera, nawet wielbiony przez miliony Kubrick potrafi mnie do cna uśpić. Cóż dopiero debiutant? I to taki, który do tej pory – jako aktor – wykazywał się głównie w westernach?
Czy mu się udało?
Sama ciągle się zastanawiam. Nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, że jak na debiutanta, poszło Eastwoodowi naprawdę dobrze. Z drugiej strony, jestem widzem: nie obchodzi mnie, ile reżyser ma doświadczenia – chcę obejrzeć ciekawy film. I tutaj Play Misty for Me troszkę się wyłożyło. Nawet nie chodzi o to, że jest nudny. Choć pod tym względem nie będę nigdy obiektywna, bo wiecie… Clint Eastwood. Mógłby stać przed kamerą i mówić, że lubi placki, a ja najprawdopodobniej nadal będę się jarać. A wracając do Play Misty…: nie jest to nudny film. Po prostu bywa irytujący.
Jakkolwiek piszę to z prawdziwą zgrozą i moje fangirlowskie serduszko pęka w drabiazgi, w całej tej opowieści najsłabiej wypada postać… cóż, samego Eastwooda, czyli prezenter radiowy Dave. Znosiłam go tylko dlatego, że c’mon, to Eastwood. Ale to był taki dziwny i rozmemłany Eastwood . I nie chodzi mi o to, że ach jej, nie grał twardziela. Raczej sęk w tym, że sprawiał wrażenie, jakby nie mógł się zdecydować, kogo grać. Z jednej strony: przystojny, niezależny, dziany koleżka, który prowadzi swoje niezależne, dziane życie i uwielbiają go tysiące. Jako ktoś taki powinien umieć się zachować w obliczu psychofanki: wystawić ją za drzwi, uprzejmie poprosić, by spierdalała i tyle. Tymczasem on z jakiegoś niepojętego powodu zaczyna się angażować w związek, otacza ją opieką i nieomal chroni przed światem (serio, jego rozmowa z policjantem? Miałam wrażenie, że on naprawdę chce ją kryć). No dobrze, czyli po prostu okazuje się, że to wcześniejsze wrażenie to tylko pozory, a Dave w istocie jest duszą wrażliwą i skłonną do psiego przywiązania. Tylko że nie. Bo z trzeciej strony, on przecież po wielekroć każe jej spierdalać. Ale kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, znów przygarnia kobietę. Nie rozumiałam tego i nadal nie rozumiem, Dave mnie tylko irytował i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to wszystko go spotyka na jego własne życzenie.
Zupełnie inaczej odebrałam natomiast wspomnianą psychofankę, Evelyn (Jessica Walter). Była po prostu creepy. Choćby z tym, jak gładko przechodziła ze słodkiego uśmieszku niewiniątka w stan krwiożerczej furii. A w tym wszystkim zachowała jakąś przeraźliwą naturalność. To, czego zabrakło w jej przypadku, to jedynie trochę więcej stopniowania napięcia. Bo właściwie w jednej chwili się pojawia, a w następnej widz już ma pokazane czarno na białym, że to niebezpieczna wariatka.

Mimo ambiwalentnego stosunku do bohaterów, nie da się ukryć, że film miał klimat i w jakiś sposób wciągnął, nawet jeśli momentami miało się ochotę zrobić fejspalma i dooglądać już nie odrywając ręki od twarzy. Nie powiem, że mnie zachwycił – byłoby to jednak z mojej strony pewną hipokryzją. Nawet mimo młodego Eastwooda. Mimo wszystko jednak – biorąc pod uwagę to, o czym pisałam wcześniej, że to nie było łatwe zadanie na starcie – uważam, że wyszedł z debiutu obronną ręką. A przecież dobrze wiem, że potem było już tylko coraz lepiej i lepiej. Naprawdę cieszę się, że to obejrzałam. Warto zobaczyć, od czego zaczynał reżyser Gran Torino.




– Why didn't you take my call?
– Where does it say that I gotta drop what I'm doing and answer the phone every time it rings?
– Do you know your nostrils flare out into little wings when you're mad? It's kinda cute.

wtorek, 1 stycznia 2013

ZaFraapowana Filmami (74) - "Gran Torino"

Gran Torino - plakat
Film obejrzałam już ładnych kilka dni temu, ale jakoś ciągle się nie składało do napisania. Może dziś. Może jako taki dobry omen na ten rok.
Mimo że przez te kilka dni zastanawiałam się, co mogłabym napisać o tej produkcji z 2008 roku, tak naprawdę wszystko ciągle sprowadzało się do: „c’mon, to Clint Eastwood!”. Ale jednak spróbuję. Obiektywizmu nie będzie tu za grosz, a kto zamierza powiedzieć cokolwiek złego w temacie Gran Torino, niech zamilknie na wieki.

Clint Eastwood to jeden z tych aktorów, którzy najzupełniej doskonale sprawdzają się również w roli reżysera. Powiedziałabym nawet, że lepiej wychodzi mu reżyserka niż aktorstwo, biorąc pod uwagę, że – cytując nie pamiętam kogo – Eastwood ma dwie miny: w kapeluszu i bez. Ale tak nie powiem, bo nie wyobrażam sobie nawet, jak można sobie wyobrazić kogokolwiek innego niż Clint w filmach takich jak… tak naprawdę w każdym filmie, w którym on wystąpił. Eastwood jest doskonały.

W Gran Torino mamy do czynienia z niejakim Waltem Kowalskim (ma się rozumieć: Clint Eastwood. TAK! Polska dostaje w tym momencie +gazylion do zajebistości, a mój patriotyzm wskoczył o kilka leveli wyżej!), weteranem wojny w Korei, który jest zatwardziałym rasistą zamieszkałym w Highland Park, w sąsiedztwie dość licznej rodziny Hmongów. Wiadomo więc, że lekko nie będzie, tym bardziej, że kuzyni jednego z sąsiadów, Thao (Bee Vang), bardzo usiłują młodego Azjatę nakłonić do dołączenia do gangu – kłopoty się zaczną, kiedy Thao jako inicjacyjną akcję dostanie zadanie kradzieży samochodu Walta, przepięknego forda Gran Torino z 1972.
Tyle fabuły, żeby nie zdradzać parszywie dalszych epizodów. Tu muszę jednak napomknąć, że generalnie akcji w filmie jest jak na lekarstwo, widzowi pokazuje się raptem kilka miejsc na krzyż, a cały film polega głównie na rozmowach. Nie zmienia to faktu, że nie sposób się na tym filmie nudzić, od siebie zaś sugeruję oglądać z paczką chusteczek pod ręką, bo to jeden z tych filmów, na których Fryy się dość ordynarnie rozklejają.

kadr z filmu Gran Torino (od lewej: ojciec Janovich, Walt)
Najważniejszym elementem Gran Torino są, ma się rozumieć, bohaterowie. Nie mam pojęcia, jak to zostało osiągnięte, ale sympatię wzbudzali dokładnie ci, którzy mieli ją wzbudzać, zaś bohaterów negatywnych nie cierpiałam ze wszystkich sił. Przyznam, że rzadko kiedy to się udaje w filmach.
Że postać odgrywana przez Clinta Eastwooda była doskonała, to nie powinno dziwić. Jest doskonała już od pierwszych scen, kiedy stoi przy trumnie na pogrzebie żony. I kiedy tak widziałam wchodzących do kościoła wnuków Walta, mi też nóż się w kieszeni otwierał. Zarówno tymi gnojkami jak i ich rodzicami najchętniej szorowałabym po kamienistym gruncie, mimo tłumaczeń, że to nie są lata pięćdziesiąte i tak dalej. Bo jakie to by nie były czasy, jeśli nastolatka przychodzi na pogrzeb ubrana w ten sposób, to po prostu niech wyjdzie i da się komuś przelecieć za rogiem, a nie psuje innym uroczystość. I ja już wtedy podziwiałam Walta, że zachował zimną krew.
Elementem, który bardzo mi się w nim podobał, były koreańskie doświadczenia. To znaczy widz wiedział, że Walt był w Korei, że śmierć nie jest mu obca i tak dalej. Jednocześnie nie było to jakoś nachalnie wyeksponowane i wmuszane w widza w stylu „patrzcie, patrzcie, on ma traumę po wojnie”, co jest częste w amerykańskich filmach o weteranach. W którymś momencie pojawia się mała wzmianka na przykład o tym, że nie jest problemem to, co się na wojnie robiło w ramach rozkazów – ale cała reszta tego wątku, czyli ewentualne grzechy popełniane z własnej woli, odnajdywanie przyjemności w zabijaniu i tak dalej – to wszystko wisi gdzieś w domyśle i wcale nie jest wspomniane. Ani słówkiem. To dość niezwykłe, bo naprawdę przyzwyczaiłam się, że amerykańskie kino lubi dosłowność.
Skoro już jestem przy rozmowach o śmierci i o wojnie, przejdę tu do ojca Janovicha (Christopher Carley), czyli „overeducated 27-year-old virgin”. Bo to jedna z tych postaci, których nie sposób nie lubić. Młody ksiądz, który dopiero co wyszedł z seminarium, a który obiecał zmarłej żonie Walta, że się nim zaopiekuje. Tyle tylko, że Walt zupełnie nie wykazuje chęci do współpracy. Jedyną metodą Janovicha jest tutaj upór i cierpliwość, duchowny trzyma się więc tego i… i no trudno, zaspoiluję: jedna z najfajniejszych scen filmu to ta, w której Walt przychodzi się wyspowiadać, a ojciec Janovich reaguje na to: „Jezu, co zrobiłeś?”. To po prostu trzeba zobaczyć.
Interesująca jest też sama rodzina Hmongów. Siostra Thao, Sue (Ahney Her), wzbudza sympatię dzięki swojej bezpośredniości i pogodzie ducha. Jest uparta zupełnie inaczej niż ojciec Janovich, ona po prostu umie rozmawiać z ludźmi – do tego stopnia, że nawet jej największy i najbardziej zatwardziały hejter w końcu ją polubi. I nic dziwnego.
W ogóle teraz mi poszedł ciąg skojarzeń od Sue, przez to, jak się poznali z Waltem, co z tego poznania później wynikło, aż dotarłam myślami do sceny, w której Kowalski zaczął przyjmować prezenty. I tutaj muszę nadmienić jedno: ten film, chociaż jest ogólnie zakwalifikowany jako dramat, jest po prostu zabawny. Prześmieszny masą prostych, niezbyt nachalnych drobiazgów, które sprawiają, ze całość jest jakaś taka ciepła i miła. A skoro już jestem przy elementach humorystycznych, nie sposób nie wspomnieć tutaj o relacjach Walta z fryzjerem Martinem (John Carroll Lynch), które były najzupełniej rozbrajające. Ten rodzaj przyjaźni, w którym obie strony mogą już po sobie jeździć jak po łysej kobyle, bo przecież i tak wiadomo jak jest. Lubię takie rzeczy.
Wiem, że straszny burdel w tej notce mam, ale teraz jeszcze wrócę do rodziny Hmongów. Bo to istotny temat, bardzo fajnie w filmie pokazany. Wyjaśnione jest, jak to się stało, że oni w ogóle pojawili się w Stanach. Zaprezentowane są strzępki ich kultury, co daje widzowi wgląd w coś, o czego istnieniu tak naprawdę pewnie nawet nie miał pojęcia (no… ja nie miałam). Ze względu na przedstawienie tego ludu również warto obejrzeć film.

Nie będę się już więcej produkować, bo to nie ma sensu. Gran Torino to genialna rzecz, którą bardzo polecam. Nie chcę rozpisywać się po kolei, jakie odczucia miałam odnośnie którego bohatera, bo nie w tym rzecz. Podsumuję więc tylko, że postacie są świetnie skonstruowane, bardzo wyraziste i spójne, w filmie nie ma tej typowo amerykańskiej, nachalnej dosłowności, przy czym jednocześnie nie ma jakiejś (typowo naszej, równie nachalnej) depresyjności. Film momentami jest ciepły i sympatyczny, momentami smutny, czasem człowiek siedzi i zaciska zęby zastanawiając się, co się porobiło z tym światem i czemu to wszystko musi być takie pogrzane. Jest trochę o starości, o samotności, rasizmie, życiu w zgodzie z własnymi zasadami, wreszcie o śmierci – to film o różnych rzeczach. Wszystkie pojawiają się w sposób delikatny i wzbudzają emocje bez walenia widza młotkiem przez łeb. Nie umiem znaleźć w Gran Torino żadnej wady. Ba, nie będę nawet próbować jakoś na siłę. Jestem tym filmem zachwycona i już. Pełne 10/10.









(źródło w rogu obrazka)

piątek, 19 listopada 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.5) - "Powieście go wysoko"

Oto będzie pierwszy wpis na nowych śmieciach.
Zanim Fraa przejdzie do właściwego tematu, słówko wyjaśnienia: tytuły notek – westerny zostały eksmitowane z kategorii Film. Pierwsza kolekcja liczy sobie trzydzieści dwa tomy, druga będzie liczyła ich dwadzieścia jeden (i Fraa przypuszcza, że pojawią się odcinki dodatkowe). To zasługuje na oddzielną etykietę.

Aha – zupełnie na marginesie: Fraa dorobiła się zarówno kalendarza, jak i favicony. W związku z tym, odpadły dwa minusy blogspota (czyli zostały tylko etykiety, które są bardziej marudzeniem dla marudzenia, niż istotnym problemem), co coraz bardziej przekonuje kawiarkę do tego nowego kąta.
Ale do rzeczy.

Wielka Kolekcja Westernów - tom 5.
Piąty tom Wielkiej Kolekcji Westernów to produkcja z 1968 roku, w reżyserii Teda Posta (którego pozostałych dzieł Fraa, niestety, nie kojarzy, za wyjątkiem dwóch filmów z udziałem fantastycznego porucznika Columbo): Powieście go wysoko (Hang'em High).
Kilka słów o wydaniu kolekcjonerskim: pierwszy rozdział książeczki poświęcony został sposobowi, w jaki film łączy stare, hollywoodzkie westerny o czarno-białym poglądzie na świat, z pogłębionymi psychologicznie, mniej oczywistymi dziełami Włochów. Zresztą, na siódmej stronie książeczki można przeczytać:
"Jednocześnie z tego twórczego chaosu wyszła doskonała, pozbawiona nihilizmu zarzucanego włoskim obrazom i zbyt oczywistych przesłań moralnych, tak charakterystycznych dla tradycyjnych westernów."
W drugim rozdziale mowa jest o tym, jak w rzeczywistości wyglądało życie rabusiów po wojnie secesyjnej. Znajdzie się więc nieco informacji o osadach górniczych, spędach bydła, szulerach, kieszonkowcach i starciach stróżów prawa z bandytami (tu pojawia się przykład strzelaniny w Tombstone, o której Fraa na marginesie może powiedzieć tyle, że została ujęta co najmniej w dwóch filmach, o których kawiarka zresztą w swoim czasie napisze). Można też przeczytać o jednym z ciekawszych przestępców: Rosyjskim Billu.
Ostatni rozdział, poświęcony ekipie filmowej, zawiera wiadomości dotyczące Eastwooda, Stevens, Posta, Hingle'a, Begley'a, Johnsona i Hoppera, co tak naprawdę jest nader liczną grupą w porównaniu z innymi filmami z kolekcji.
Tutaj Fraa musi wyjaśnić, że dla niej najciekawszy jest zawsze rozdział środkowy, historyczny. W przypadku Powieście go wysoko istotnie zainteresował on kawiarkę, bo nakierował na pewne fajne wątki, które Fraa z przyjemnością zbada dokładniej w późniejszym terminie.

kadr z filmu Hang'em High: Cooper i Fenton
W filmie Hang'em High widz poznaje losy Jeda Coopera (Clint Eastwood), który padł ofiarą linczu za kradzież bydła, której w żadnym razie się nie dopuścił. Jednakże ludzie winni linczu nie do końca się popisali, bo Cooperowi udało się przeżyć. A skoro tak, to wieszający go panowie już mogą odliczać dni do własnej śmierci, czyż nie?

Sam motyw bohatera typu „zabili go i uciekł” może nie lśni oryginalnością, ale tutaj naprawdę jest to bardzo przyjemnie pokazane. No dobrze, część tej przyjemności to niewątpliwa zasługa Eastwooda, który znów wciela się w małomównego twardziela. Jednak, żeby nie było niedomówień: w żadnym razie nie jest to ta sama szufladka, co jego role u Sergia Leone. Tym razem widz nie ma do czynienia z przybywającym znikąd, ćmiącym cygaro rewolwerowcem, który w swojej „dobroci” będzie kradł i zabijał, ale z byłym stróżem prawa, szanowanym obywatelem, którego imię i nazwisko są dobrze znane. Cały psikus polega na tym, że – parafrazując słowa Tuco z Dobrego, Złego i Brzydkiegowhoever hang him and leaves him alive, he understands nothing about Cooper. Nothing!

Ale Eastwood nie jest jedynym elementem sprawiającym, że Powieście go wysoko różni się od tradycyjnego amerykańskiego westernu.
Film w dużej mierze dotyka problemu kary śmierci. I, co najmiodniejsze, robi to w sposób subtelny, bez nachalnego moralizatorstwa. Nie dając tak naprawdę gotowej odpowiedzi, jedynie skłania do zastanowienia nad tym zagadnieniem.
Dzięki temu widz dostaje nie prostą strzelankę, ale film bardzo serio poruszający istotną kwestię, można by się pokusić o twierdzenie, że film mądry. Ale Fraa nie chce popadać tu w zbytnią egzaltację.

Natomiast czymś, co zdecydowanie odróżnia Powieście go wysoko od dzieł Sergia Leone, w których wcześniej pojawiał się Eastwood, jest rozbudowana rola kobiety. Rachel Warren (Inger Stevens) żyje w forcie, w którym rządy sprawuje okrutny sędzia Adam Fenton (Pat Hingle), i uważnie przygląda się wszystkim przywożonym więźniom w poszukiwaniu kogoś konkretnego. Do tego właśnie fortu po niefortunnym linczu przybywa Cooper – w jednym z transportów z przestępcami. Oboje siłą rzeczy więc się spotkają. Jest to dość specyficzne „krzyżowanie się losów” bohaterów, jako że ani Jed ze swoją małomównością i nieprzystępnością, ani Rachel ze swoją obsesją i tajemnicą nie są skorzy do wzajemnych wyznań przy wódce, ale jednak coś jest na rzeczy.

Skoro już Fraa napomknęła o Fentonie, warto wspomnieć, że bohater ten jest wzorowany na rzeczywistym pierwowzorze, Isaacu Parkerze, znanym jako „Wieszający Sędzia”, który w 1868 roku został sędzią. Kawiarka musi przyznać, że Adam Fenton to postać niezwykła. Z jednej strony widz obserwuje jego bezwzględne metody, obserwuje skazywanie na śmierć młodych chłopców, którzy popełnili błąd. Z drugiej jednak strony, Fenton broni się w rozmowach z Cooperem w taki sposób, że trudno odmówić mu racji i nie współczuć. Hingle fantastycznie pokazał dramat sędziego, który w niespokojnych czasach ma pod swoją jurysdykcją zdecydowanie za duże terytorium przy zbyt małej liczbie zastępców, pokazał jego wewnętrzne rozterki. Gdyby nie to, że Coopera zagrał Eastwood, Fraa stwierdziłaby, że sędzia Adam Fenton jest zdecydowanie najciekawszym bohaterem filmu.

Muzykę też można swobodnie zaliczyć do atutów tej produkcji – co prawda nie jest to już Morricone, ale Dominic Frontiere również odwalił kawał dobrej roboty, a jeśli tylko ktoś w ogóle rozeznaje się w muzyce westernowej, to z całą pewnością zna to:




Film, niestety, nie jest jednak aż tak miodny, jak mógłby być. Po obejrzeniu go Fraa miała wrażenie, jakby był pomysł, zaczęto ten pomysł realizować... i zrezygnowano w połowie. Wątki jakoś dziwnie się urywają. Mimo poświęcenia im naprawdę długich scen, nic z nich ostatecznie nie wynika, jakby ktoś stwierdził, że właściwie to dalej nie ma sensu i kończy tę zabawę. Kawiarka myśli, że z Powieście go wysoko dałoby się wycisnąć więcej i bardziej.


Dlatego tylko 9/10.



środa, 17 listopada 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.4) - "Za kilka dolarów więcej"

Czas wrócić do Wielkiej Kolekcji Westernów, bo dawno nie było. A przecież czeka jeszcze masa tytułów, w tym kolejne spod znaku Sergio Leone.

Za kilka dolarow wiecej
Czwarta część kolekcji to właśnie jedno z dzieł tego mistrza spaghetti westernu: Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollare in più). Jest to druga część „trylogii dolara”, o której Fraa już wspominała przy okazji tytułu Dobry, Zły i Brzydki. Widz po raz kolejny ma przyjemność śledzić losy Bezimiennego (Clint Eastwood) oraz... no tak, oraz kogoś odgrywanego przez Lee Van Cleefa – tym razem jest to pułkownik Mortimer, tak jak w Za garść dolarów

Ale po kolei: 
Rozdział pierwszy dołączonej książeczki zapoznaje czytelnika z historią powstania filmu. Tak więc jest na przykład krótka notka o tym, że zaproszeni przez Eastwooda przyjaciele obejrzeli po raz pierwszy Za garść dolarów po włosku i, choć ni w ząb nie rozumieli dialogów, to film tak im się spodobał, że Eastwood od razu zgodził się na udział w produkcji sequelu, czyli właśnie Za kilka dolarów więcej.
Podkreślono też różnicę między westernami Leone a tradycyjnymi, hollywoodzkimi filmami z tego gatunku, jak również podano parę ciekawostek dotyczących czy to postaci z „trylogii dolara”, czy to miasteczek, w których rozgrywa się akcja. 
Ogółem rozdzialik ten jest naprawdę całkiem interesujący. 
Dalej następuje część historyczna – tym razem czytelnik dostaje zarys dziejów telegrafu i telefonu. Co prawda to zagadnienie nie jest dla Za kilka dolarów więcej jakieś kluczowe, no ale gdyby chcieć opisywać pod kątem historycznym same najistotniejsze elementy filmu, mogłoby nie starczyć materiału na trzydzieści książeczek – ileż można pisać o koniach, coltach i kapeluszach?
Ostatni rozdział to standardowy zbiór wiadomości o ekipie: Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Sergio Leone, Klaus Kinski, Ennio Morricone. Tu więc żadnych zaskoczeń. 

Per qualche dollaro in piu
No a sam film?
Fraa myśli, że powściągliwe „Genialny! Fantastyczny! Yay!” będzie całkiem nieźle oddawało jej stosunek do produkcji Za kilka dolarów więcej.
Widz poznaje dwóch, wspomnianych już wcześniej, łowców nagród, pułkownika Mortimera i – a jakże! – Bezimiennego, jak również groźnego przestępcę, El Indio (Gian Maria Volontè). Pozornie fabuła jest prosta: pułkownik i Bezimienny ścigają tego samego człowieka, więc – co jest dość logiczne – łączą siły, bo przecież lepiej już współpracować, niż wchodzić sobie w paradę. Zaczyna się obława na El Indio, który ma swoją bandę i w żadnym razie nie przypomina zaszczutej zwierzyny.
Trudno tak naprawdę napisać o tym filmie coś, czego nie powiedziałoby się już przy okazji poprzedniego wpisu o spaghetti westernie z kolekcji. Jak to u Leone, widz dostaje solidną dawkę zbliżeń na oczy i dłonie, bohaterów o szemranej moralności i świat, w którym praktycznie nie ma kobiet. Jeśli są, to tylko po to, żeby krzyknąć i zginąć. Opcjonalnie mogą być przedtem zgwałcone.
Rzeczony widz dostaje też porywającą (długą, to prawda, ale to i tak jeszcze nie jest aż taki hardkor, do jakich zdolny był Sergio Leone) scenę pojedynku.
A więc cały ten wciągający, choć może z lekka pesymistyczny świat, jaki włoski reżyser wykreował w swoich westernach. Świat, w którym nawet dobrzy są dobrzy tylko dlatego, że tak akurat im się opłaca – w końcu tytuł mówi sam za siebie. Wszystko kręci się wokół pieniędzy: Bezimienny i pułkownik chcą nagrodę za głowę El Indio, a El Indio chce złoto z banku.
Jest to zresztą wizja ponadczasowa, bądź co bądź powiedzenie „Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.” funkcjonuje i ma się nieźle.

Bohaterowie są znowu zapadający w pamięć, ze swoimi mrocznymi tajemnicami i śmiercionośnymi coltami w kaburach. Są bezwzględni i nieustępliwi, nie zawahają się zabijać i oszukiwać – nawet ci, którzy uchodzą za „tych dobrych” – żeby osiągnąć cel. Nie wspominając już o strzelaniu do siebie nawzajem w dobrych intencjach.
Takich mężczyzn niezmiennie pokazywał Leone w swoim Dzikim Zachodzie.

Kawiarkę ponadto zawsze bawi powtarzalność elementów w „trylogii dolara”. W Dobrym, Złym i Brzydkim Angel Eye pyta na początku o niejakiego Bakera. W Za kilka dolarów więcej z kolei staruszek zwany Wyrocznią opowiada o jakimś Bakerze, który sprzedał swoją ziemię kolejom. Są też oczywistości takie jak ponczo Bezimiennego, jak również spora część obsady – i nie chodzi tu tylko o głównych bohaterów. Na przykład Mario Brega, odtwarzający rolę Nino, jednego z bandy El Indio, rok później wcielił się w jankeskiego sierżanta na rozkazach Angel Eye (zresztą, rok wcześniej z kolei pojawił się w Za garść dolarów...). Luigi Pistilli, który zagrał Groce, najbardziej zaufanego człowieka El Indio, w Dobrym, Złym i Brzydkim jest bratem Tuco. I tak dalej, tego typu przykładów jest mnóstwo.

Oczywiście nie byłoby „trylogii dolara” bez muzyki Morricone.





Choć tym razem paradoksalnie to nie tak zwany „main theme” jest najbardziej wyeksponowany, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, ale melodia z pewnej pozytywki. To ona kawiarce kojarzy się najmocniej z filmem, powtarza się od początku do końca jak refren i jest mocno powiązana ze stopniowym wyjawianiem historii bohaterów. Chociaż Fraa musi przyznać, że mimo wielokrotnego oglądania Za kilka dolarów więcej, do końca nigdy nie nadążyła za tą historią i zrozumiała całość dopiero wtedy, gdy przypadkiem zaczęła przeglądać filmografię losowo wybranych aktorów, którzy się pojawili w tej produkcji. Najpewniej wystarczyłoby oczywiście obejrzeć listę płac, gdzie wszystkie postacie byłyby wymienione nieco bardziej konkretnie, bo z samego filmu Fraa, niestety, nie odczytała poprawnie ich „statusu”.
Teraz jednak kawiarka już wszystko rozumie, a Za kilka dolarów więcej podskoczyło w prywatnym kawiarczym rankingu jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe. 

Fraa nie poleca. Bo to nie jest film, który ogląda się na zasadzie „ktoś mi polecił, za bardzo nie wiem co to, ale pewnie będą strzelać” – to film, który zasługuje na to, żeby się nim delektować. A żeby się delektować, trzeba chyba jednak sięgnąć po niego z własnej woli, a nie wiedzionym cudzymi polecankami.







– I don't know him!
– Come on, now, you know everybody.
– I don't know anybody anymore! I'm dead! Understand? Well, there was a time when I knew everybody. That was a long time ago when all this was prairie. In these days everybody's in a hurry. That's right... with your damned good-for-nothing trains! Disgusting! One day, someone from the railroad comes here to see me. He says: „Prophet, the railway's gonna go right past your house”. „Is that so?” I said. „Yep, that right”, he says. „All those trains gonna go right past here. The best thing for you, Prophet, is sell your land to the company... or else we'll buy Baker's. He lives next to your place, and I'll put the tracks here... and that'll make you go crazy. Will you sell out to our company, Prophet?” – „Oh, is that so?” Says I. He was very anxious for me to sell out. You know what I told him about the railroad?! You know what I told him he could do with his railroad?!


10/10
10 na 10

poniedziałek, 18 października 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.2) - "Dobry, Zły i Brzydki"

Wielka Kolekcja Westernów po raz drugi.

Tym razem można nieco ponarzekać. Jak wiadomo, część westernów Sergio Leone stanowi tak zwaną „trylogię dolara”. Znakiem rozpoznawczym jest Clint Eastwood w genialnej roli Bezimiennego. Skład i kolejność filmów w tym cyklu wygląda co następuje:
  1. Za garść dolarów (1964)
  2. Za kilka dolarów więcej (1965)
  3. Dobry, Zły i Brzydki (1966)
Dobry Zly i Brzydki
Tymczasem w Wielkiej Kolekcji Westernów po pierwsze: brakuje pierwszej części trylogii, co już stanowi poważne niedopatrzenie, bo jednak jak seria to seria i wrzucanie jej wybrakowanej do kolekcji źle świadczy o wydawcy (Axel Springer Polska Sp. z.o.o.). No i po drugie: nawet te dwie części, które znalazły się w kolekcji, są w odwrotnej kolejności. Zaczyna się więc od części ostatniej, dwa filmy później będzie druga, a pierwszej wcale się nie uświadczy.
To tyle z głównego narzekania.
Fraa przejdzie teraz do zawartości książeczki:
Rozdział „O filmie” musiał, naturalnie, skupić się na fenomenie włoskiego westernu. Już na początku można przeczytać:

„Western nakręcony w Hiszpanii przez włoską ekipę z udziałem amerykańskich aktorów? (…) Głęboko antywojenna powieść o rewolwerowcach i moralitet z udziałem ludzi pozbawionych skrupułów. Owo ciągłe napięcie między przeciwnościami raz daje efekt komiczny, raz przerażający, zawsze jednak ze wszech miar interesujący.”

I Fraa musi się z tym zgodzić.

Dalej znajdują się ciekawostki między innymi dotyczące tytułu filmu (w Niemczech pojawił się on jako „Zwei glorreiche Halunken”, czyli „Dwaj sławetni łajdacy” – nic dziwnego, Niemcy potrafią wszystko spaprać), nieco o wypadkach na planie czy o sposobie pracy Sergio Leone, jak również w ogóle pojawiają się cechy wyróżniające spaghetti western.
Rozdział historyczny ma charakter bardziej ogólny: są określone ramy czasowe tak zwanego „Dzikiego Zachodu”, pokrótce ukazany proces kształtowania się stanów i osiedlania się Europejczyków w Ameryce, wspomina się też o gorączce złota i rewolucji przemysłowej.
Blondie
Książeczkę zamyka rozdział dotyczący ekipy filmowej – znajdą się więc podstawowe informacje i parę ciekawostek o Eastwoodzie, Lee van Cleefie, Sergio Leone, Elim Wallachu oraz – naturalnie – Ennio Morricone. Jako że Fraa jest fanką pierwszego z wymienionych, pozwoli sobie przytoczyć jedną z tychże ciekawostek, właśnie jego dotyczących (choć biorąc pod uwagę konstrukcję zdań, można dojść do wniosku, że rozchodzi się o samolot, którym leciał Los...):

„Los oszczędził Eastwoodowi walki podczas wojny w Korei. Samolot wojskowy, którym leciał na Półwysep Koreański, wskutek usterki runął do Pacyfiku. Eastwood uratował się z katastrofy i przepłynął wpław ponad 5 km do brzegu. Na front nigdy nie dotarł, ale po tym wyczynie został wcielony do jednostek specjalnych i w obozie szkoleniowym dla komandosów był instruktorem pływania.”

Tym przemiłym akcentem Fraa kończy omawianie zagadnień okołokolekcjonerskich i przechodzi do samego filmu.


Tuco i Blondie
I znów głupia sprawa, bo kawiarka musi po raz kolejny powstrzymywać się od piania z zachwytu.
Film Dobry, Zły i Brzydki jest po prostu fenomenalny. Blondie (Clint Eastwood), tytułowy Dobry, oczywiście wcale taki dobry nie jest, po prostu jest nieco lepszy od całej reszty. Co nie przeszkadza mu oszukiwać i zabijać. Przecież to właśnie on zostawia na pustyni wspólnika i pozwala na śmierć Shorty'ego. Ale jednocześnie to on, jako jedyny, jest skłonny okazać odrobinę współczucia umierającemu żołnierzowi.
Wspomnianym wspólnikiem jest Tuco (Eli Wallach), czyli Brzydki. Tu Fraa musi przyznać, że tak naprawdę Tuco, przy całym swoim życiowym pechu, wykazał się największą wytrwałością i siłą woli w filmie. Blondie często po prostu miał szczęście: a to kula armatnia akurat wpakowała się do pokoju, a to umierający żołnierz postanowił z nim porozmawiać. Gdyby nie szczęśliwe zbiegi okoliczności, Eastwoodowy bohater najprawdopodobniej nie dożyłby końca filmu. Tuco to coś innego: u niego zbiegi okoliczności najczęściej wypadały na jego niekorzyść, a on mimo wszystko walczył o przetrwanie – i wychodził z tego zwycięsko.
Nie wolno też zapomnieć o Angel Eyes (Lee van Cleef) – ten z kolei jest po prostu bezwzględnym najemnikiem, choć na swój pokręcony sposób uczciwym (ciekawostką tutaj jest fakt, że Baker, dla którego Angel Eyes wykonuje na początku zlecenie, pojawia się również w Za kilka dolarów więcej – a w każdym razie jest wspomniane to samo nazwisko. Zresztą, nie jest to jedyny element powtarzający się w więcej niż jednym filmie z „trylogii dolara” – to samo dotyczy między innymi aktorów drugoplanowych czy charakterystycznego poncho Bezimiennego). Żeby osiągnąć cel, użyje wszystkiego – nawet tortur.

Angel Eyes
Ta trójka bardzo wyrazistych, bardzo zapadających w pamięć bohaterów (których oczy widz wielokrotnie będzie miał okazję kontemplować w tych - jakże charakterystycznych dla Leone - zbliżeniach), w poszukiwaniu bogactwa (dwieście tysięcy dolarów w złocie) przemierza kraj, ocierając się przy okazji o okropności wojny secesyjnej.

A te są ukazane w filmie bardzo wyraźnie: nawet Angel Eyes, mimo że sam trudni się zadawaniem ludziom śmierci w wymyślne sposoby, kiedy trafia do obozu uciekających konfederatów, wydaje się z lekka porażony ogromem tragedii, jaką widzi.
Zresztą widz wielokrotnie ma okazję w Dobrym, Złym i Brzydkim oglądać podobne obrazki: ranni, porzuceni żołnierze, często młodzi, którzy właściwie sami nie bardzo wiedzą, w imię czego mieliby walczyć i ginąć. Dotyczy to obu stron wojny secesyjnej. Jak Angel Eyes trafił do konfederatów, tak Blondie i Tuco lądują w obozie jankeskim, gdzie sytuacja wcale nie wygląda lepiej.
Ten antywojenny wydźwięk jest bardzo wyraźny w Dobrym, Złym i Brzydkim. O ile wiele sytuacji w filmie jest zabawnych, o tyle sceny związane z wojną są przede wszystkim tragiczne i - zwłaszcza jak na western z lat sześćdziesiątych - dość brutalne.
Ale wojna secesyjna to nie jedyny poważny akcent filmu.

Tuco i Pablo
Dla kawiarki najbardziej chyba wzruszającą sceną westernu jest spotkanie Tuco z bratem, Pablo, po czym odjazd z klasztoru. W tym momencie widz zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na Tuco: bohater przestaje być tak po prostu zabawny, kiedy już się go rozumie, kiedy zostaje pokazana jego samotność i odsłonięte sumienie. Przejmujące staje się to, że istotnie najbliższym przyjacielem „biednego Tuco” (jak w innej scenie sam o sobie mówi) jest Blondie, z którym tak naprawdę łączy go jedynie chęć odnalezienia złota. Prosty gest podania cygara przeobraża się w swego rodzaju deklarację lojalności. Blondie przystaje na grę Tuco, chociaż doskonale wie, jak przebiegła rozmowa tego ostatniego z bratem.

Oczywiście Dobry, Zły i Brzydki nie byłby tym samym filmem, gdyby nie fenomenalna muzyka, a tej chyba szerzej opisywać nie trzeba, bo kompozycje Ennio Morricone do filmów Sergio Leone są znane jak świat długi i szeroki i stanowią – obok utworów z Siedmiu wspaniałych czy Alamo – absolutną klasykę.


To chyba tyle, co Fraa miała do napisania. Jakkolwiek to dość kuriozalne, że western w wykonaniu Włocha będzie czymś tak genialnym, to jednak bez „trylogii dolara” ten gatunek byłby uboższy. A bez Bezimiennego uboższa byłaby cała kinematografia.





– There are two kinds of people in the world, my friend. Those with a rope around their neck and the people who have the job of doing the cutting. Listen, the neck at the end of the rope is mine! I run the risks. So, the next time, I want more than half!
– You may run the risks, my friend, but I do the cutting. If we cut down my percentage... Cigar...? It might interfere with my aim.
– But if you miss, you had better miss very well. Whoever double-crosses me and leaves me alive, he understands nothing about Tuco. Nothing!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...