Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawiarenka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawiarenka. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

Podsumowanie 2025

Bagienny - ilustracja inspirowana
dwiema poprzednimi NaNoPowieściami

    No dopsz. Chciałam tu coś jeszcze napisać w tym roku i jeśli to czytasz, to znaczy, że mi się udało. Nie musi być składnie – ważne, że jest. Po raz pierwszy od 2022 mam szansę na więcej niż jeden wpis rocznie!

A co mogę napisać o 2025?

Udało mi się nie zmienić pracy. Co więcej, dosłownie przedwczoraj zdałam egzamin ITIL Foundation, więc jestem certyfikowaną yyy… nie wiem, zarządczynią usług IT?

Spotify mi powiedział, że moim ulubionym wykonawcą był Pawel Perepelica (och, czyżby kilka miesięcy zapętlonego OSTa z Rogue Tradera miał tu jakieś znaczenie…?) i zaraz za nim Nomy, a ulubionym pojedynczym utworem – Only Us Miracle of Sound. Choć depcze mu po piętach Children of the Omnissiah. YouTube nie miał właściwie dużo więcej do powiedzenia, może poza tym, że doszło nieco kontentu kulinarnego i rpgowego. Steam powiedział, że przez większość czasu grałam w Mount & Blade II: Bannerlord, choć nie grałam w to ani przez sekundę. Ogólnie ja Steama raczej ograniczam (wyjątkiem jest Stardew Valley, które z jakiegoś powodu mam właśnie na Steamie – faktycznie końcówka roku upłynęła mi mocno pod znakiem głaskania kur), jestem #teamGOG, ale GOG nie ma podsumowania żadnego.

Ale nawet jeśli GOG nie ma jako takiego podsumowania, wszak ma kategorię „Niedawno grane” – no i tu już widać wszystko jak na dłoni:

  • Slay the Princess – słyszałam tu i ówdzie pozytywne opinie, a że gra nie była bardzo droga, to postanowiłam z ciekawości spróbować. I jak Jeżusia kocham, warto było. Świetny tytuł, ogromnie satysfakcjonujący i regrywalny. Śliczny i wyrazisty wizualnie, fajnie zagrany głosowo (no dobrze, to nie jest poziom Disco Elysium, ale bądźmy realistami, okej?) i wciągający jak bagno. Jeden run zajął mi prawie 6h, ale wiem, że jeszcze do tego wrócę. Co więcej, mimo że zakończenie, które udało mi się osiągnąć, z całą pewnością nie jest dobre, jest… no po prostu satysfakcjonujące. Generalnie myślę, że im mniej się pisze o tej grze tym lepiej, bo najfajniejsze tam jest odkrywanie i zaskakiwanie się. Więc już ten, no – dziób na kłódkę i idźcie zabijać Księżniczkę. Albo jej nie zabijać.
  • Warhammer 40,000: Rogue Trader – no co ja mogę powiedzieć, no? Jestem aktualnie w piątym runie. Tym razem próbuję pójść bardziej heretycko. To oznacza, że będę musiała biegać z Idirą, a w odstawkę pójdzie np. Argenta. I jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza – jedno, co mnie boli, to że Abelard pewnie nie będzie zachwycony. A Imperator Imperatorem, Chaos Chaosem, ale przecież wiadomo, że nikt nie chce rozczarować Abelarda. Aha, ważna rzecz! Przy jednej z ostatnich aktualizacji na GOGu wreszcie zaczęły działać achievementy – w dodatku zaskoczyły wstecznie, czyli wrzuciło mi wreszcie te wszystkie zaległe z ponad 500h gry! Yay!
  • Dr Livingstone, I Presume? – a to była taka losowa ciekawostka. Generalnie ograłam tylko jakieś demo, które gdzieś było do pobrania, ale gra jest nazwana „reversed escape room” i ma bardzo fajny klimat i wciągającą historię. Z całą pewnością wrócę w 2026 do tematu i ogram sobie całość.
  • Heroes of Might and Magic III – no wiadomo. Bądźmy poważni. Horn of the Abyss i jazda, nie trzeba tu chyba niczego tłumaczyć?
  • Pathfinder: Wrath of the Righteous – bardzo, bardzo fajna gra, znów od OwlCata. Nie tak fajna jak Rogue Trader, ale nadal było to dobrze spędzone dwieście godzin. Ścieżka Eona – cudo, jestem mega zadowolona, że ją wybrałam, bo była idealna pode mnie i pod moje marudzenie na pewne wydarzenia, które działy się w fabule. Potem odpaliłam pierwszego Pathfindera i powiem tylko tyle, że oczywiście też był fajny, ale nie tak fajny jak WotR, który nie był tak fajny jak RT, więc no… widać tendencję. I ta tendencja mi się bardzo podoba, bo dobrze wróży na przyszłość!

własnoręcznie zmajstrowany
ZupełnieNieNecronomicon na potrzeby
przygody DnD

Jeśli chodzi o inne dokonania tego roku, to cóż… rozgościłam się na Roll20. Dalej nie radzę sobie z dynamicznym oświetleniem i notorycznie mylę warstwy, ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Musi być, bo w planach wisi kilka przygód różnej długości.

Tymczasem jestem w końcówce prowadzenia takiej kapkę dłuższej przygody DnD i na początku grania w kampanię DnD. Z perspektywy gracza zaprzyjaźniłam się dodatkowo z Cyberpunk RED, z perspektywy GMa zaś – z Imperium Maledictum. Umacniam też przyjaźń z Zewem Cthulhu w wydaniu normalnym (np. poprowadziłam przygodę dla jednego gracza – muszę powiedzieć, że ten setting nadaje się do tego jak mało który i chyba nawet lepiej się podtrzymuje wtedy klimat niż z liczniejszą drużyną. Wszak u Lovecrafta zazwyczaj mamy właśnie samotnego badacza, a nie całą ekipę) oraz Cthulhu Invictus (minikampania rusza w styczniu). Poprowadziłam też autorski crossover roboczo zatytułowany Zew Muminków, czyli Zew Cthulhu w uniwersum Muminkowym. Okazuje się, że te dwa światy da się naprawdę świetnie połączyć i czasem zazębiają się lepiej, niż można by to sobie zaplanować. Odbiór był, jak mi się zdaje, raczej pozytywny. Ja w każdym razie bawiłam się przednio.

 

Filmy i seriale jakieś były, nawet fajne się trafiały, ale jak je sobie teraz wspominam, to chyba w 2025 nie było nic, co by mi jakoś szczególnie urwało dupę. Długo wyczekiwany drugi sezon Hazbin Hotel mimo wszystko wypadł bladziej niż pierwszy (choć nadal mi się podoba, to nie tak, że jakoś będę strasznie kręcić nosem), szczególnie piosenki jakieś takie niewydarzone.

O, był jeden wyjątek! The Amazing Digital Circus – cudowni bohaterowie, świetny klimacik, generalnie nie chcę nikomu narzucać odbioru i interpretacji, powiem tylko tyle, że Kinger <3 <3 <3 i jak ktoś nie zna, to niech sam sobie obczai na YouTube. Wtedy już można rozmawiać nie obawiając się o spoile.

 

Napisałam NaNoWriMo. To znaczy nie NaNoWriMo, bo NaNoWriMo już nie istnieje, o czym – całkiem serio – nawet nie wiedziałam. To znaczy słyszałam i czytałam, że od pewnego momentu zaczęli się zmagać z kolejnymi aferami, jak załatali jedno szambo, to wybijało kolejne. Jak nie odwieczne problemy ze stroną i moderacją, to jakieś gówno z nadużyciami wobec nieletnich, a jeszcze to wszystko finalnie przysmarowane burzą o AI. Właściwie nie powinno bardzo mocno dziwić, że oficjalna odsłona inicjatywy padła.

No ale to oficjalna. A prawda jest taka, że sama od kilku lat używałam oficjalnych narzędzi tylko po to, żeby sobie zliczać słowa i patrzeć na wykres słów. Okazało się, że to samo można osiągnąć z Excelem (a nawet więcej, bo można odznaki personalizować!), więc kto chce pisać NaNo, ten dalej może to robić, bo właściwie czemu by nie?

No i napisałam – tak naprawdę wcale tego nie planowałam, ale jakieś dwa dni przed NaNo prowadziłam sesję DnD i gracze trafili do biblioteki, gdzie znaleźli powieść awanturniczką o barbarzynce, która podróżuje po świecie i przeżywa przygody. Z powodu przyczyn sporo uwagi podczas tej sesji było skupionej na owej powieści. No to pomyślałam, że hej – za kilka godzin NaNo, właściwie mogłabym napisać o barbarzynce przeżywającej przygody.

Oczywiście, jak to bywa w moim przypadku, plan jedno, a finalny efekt drugie. Hedda wprawdzie jest barbarzynką i jakieśtam przygody przeżywa, ale głównie angstuje i jest smutna i chciałaby z kimś porozmawiać, ale się boi. Ale dla niepoznaki wrzuciłam między jedno a drugie niezręczne milczenie nieco fruwających flaków i bryzgającej krwi. I choć wciąż nie mam tytułu, choć wiem, że to jest obiektywnie słaba powieść, to muszę powiedzieć, że pisało mi się to naprawdę dobrze. Dobiłam prawie do 80k słów. Wydaje mi się, że moją tajną bronią w tym roku był brak jakichkolwiek oczekiwań: to intencjonalnie miała być zła powieść, czytadło. Nie zamierzałam poruszać Problemów ani niczego przemycać. Ba, tak naprawdę też żadnych ambicji związanych z potencjalnym czytelnikiem. Ten zupełny brak presji dużo ze mnie zdjął w konteście pisania.

 

I chyba wystarczy tego podsumowania, co? Najlepszości w nadchodzącym roku! I pamiętajcie:



poniedziałek, 18 listopada 2024

"Król w Żółci" i inne historie

Autor: Robert W. Chambers
TytułKról w Żółci
Tytuł oryginału: The King in Yellow
Tłumaczenie: Violetta Dobosz
Miejsce i rok wydania: Toruń 2014
Wydawca: Wydawnictwo C&T

Tak zasadniczo: ja nawet nie lubię horroru. Filmy z tego gatunku oglądam bardzo rzadko i zazwyczaj raczej te z dolnej półki, bo przynajmniej się na nich nieźle bawię, podczas gdy horrory uznawane powszechnie za dobre, po prostu nieco mnie nudzą. Nie inaczej jest z książkami: nie czytam horrorów. Chyba już kiedyś wspominałam, że jedyną publikacją Kinga, jaką przeczytałam (może poza jakimś randomowym opowiadaniem, które mogło się gdzieś przewinąć, nie dam głowy), było Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika.
Ale, ma się rozumieć, jest od tej zasady odstępstwo. Odstępstwo początkowo nazywało się Edgar Allan Poe – było to uwielbienie od pierwszego wejrzenia. KrukZagłada domu UsherówMaska Czerwonego Moru czy wreszcie Przygody Artura Gordona Pyma – to teksty, które kazały mi w zupełnie inny sposób spojrzeć na grozę. I choć wówczas jeszcze nie czytałam za bardzo Lovecrafta, to przecież gdzieśtam znałam teksty kultury, które do jego twórczości nawiązują, kojarzyłam zarysy mitologii i być może nawet jakieś krótkie opowiadanie gdzieś wpadło. Pamiętam też, że na początku 2018 roku trochę przypadkiem dostał się w moje ręce zbiór Przyszła na Sarnath zagłada i zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Na poważnie za twórczość Lovecrafta zabrałam się w 2020 roku, kiedy wychodziły piękne wydania od wydawnictwa Vesper. Wsiąkłam w tę twórczość bardzo mocno. Urzekła mnie klimatem, tą atmosferą tajemnicy – tym, że w większości przypadków bohaterowie są zbyt mali i głupi, żeby to wszystko zrozumieć. Zrozumiałam, że może i współczesny horror to nie moja bajka, ale bardzo, bardzo przemawia do mnie ów „kosmiczny horror” Lovecrafta.
A jeszcze gdzieś w tak zwanym międzyczasie troszeczkę się zaczęliśmy mocniej bawić w RPGi. Na początku ostrożnie, wjechała jakaś sesja czy dwie D&D. Aż pewnego razu wzięliśmy udział w sesji Zewu Cthulhu. Nie minęło dużo czasu, jak zaczęłam nieśmiało przemyśliwać o tym, żeby samodzielnie coś z tego świata poprowadzić. Bo co prawda na D&D dobrze się bawiłam, ale to właśnie Zew… przemówił do mnie najmocniej i poczułam, że to jest właśnie to.
Oczywiście, minęło nieco czasu od mojego przemyśliwania do czynów – jak to u  mnie. Koniec końców, pierwszą sesję poprowadziłam w minione wakacje i był to właśnie Zew. Bawiłam się dobrze i sama nie wiem, co daje mi więcej frajdy: samo prowadzenie, czy jednak zagłębienie się w spektakularny, nieskrępowany overprep.
Po wstępnym przeglądzie mitologii i odsłuchaniu kilku audiobooków na YT (w ramach riserczu i odświeżenia uniwersum, a od pewnego momentu to już dlatego, że po prostu znów mnie wciągnęło – winię za to kanał Księgarnia), moja przygoda skupiła się wokół kultu Hastura. To był nieco przeciągnięty oneshot, dwie sesje. Żeby jednak dopiąć wszystko tak, jak uważałam za konieczne, wpadłam w bardzo głęboką studnię riserczu o Hasturze: o sztuce „Król w żółci”, o Carcosie czy Żółtym Znaku. Przy tej okazji dowiedziałam się również, że w gruncie rzeczy Hastur nie jest tworem oryginalnie Lovecraftowskim, a przygarniętym przez niego od innego autora, czyli Roberta Chambersa. Początkowo ignorowałam ten fakt, bo po sesji moją uwagę odciągnęło przygotowywanie kolejnej przygody, tym razem D&D, którą od razu postanowiłam przerobić na Zew… (jej roboczy tytuł to Dungeons and Cthulhu), a najbardziej lovecratowskim bóstwem, jakiego znalazłam w lore Forgotten Realms był Tharizdun – no i wtedy już wsiąkłam w riserczowanie Tharizduna (NO REGRETS!).
Niemniej teraz już jestem po tej drugiej sesji i mogłam wrócić do Hastura – bo jednak okazuje się, że stara miłość nie rdzewieje i naprawdę mnie ten temat wciągnął bardziej niż powinien.
Uznałam więc, że trzeba w końcu sięgnąć po pierwowzór, do samego źródła.

Lektura Króla w żółci zajęła mi dwa wieczory.
Całościowo – jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Czy urwało mi to dupę? Nie, ani trochę. Czy Chambers będzie moim ulubionym twórcą grozy obok Poego i Lovecrafta? Nie wydaje mi się. Uważam, że wciągnięcie tytułowego motywu i postaci do uniwersum Lovecraftowskiego to najlepsze, co mogło się przytrafić Chambersowi. Ale czy warto sięgnąć po pierwowzór?
Tak, zdecydowanie.
Opowiadania Chambersa są pozbawione aż takich językowych wygibasów, jakie można spotkać w prozie Samotnika z Providence. Ale to wcale nie znaczy, że są pozbawione klimatu. Mam wrażenie, że autor mocniej skupiał się na ludziach – na ich szaleństwie, obsesjach i lękach. Kiedy w to wszystko zostawał wmieszany Żółty Znak, pięknie to wszystko grało i robiło duże wrażenie.
Wydanie, które czytałam, jest – z tego co mi wiadomo – niejako wzbogacone o trzy teksty, które co prawda nie są osnute wokół Hastura i tajemniczej a doprowadzającej do szaleństwa sztuki, ale są niejako sztandarowymi tekstami Chambersa. Są to: Księżycowy StarzecPosłaniec i Miły wieczór. Nie ukrywam, że mam z tym pewien problem. Te opowiadania nie są w żadnym razie złe – mają ów niepokojący klimat niesamowitości, intrygują, zawierają elementy grozy. Po prostu nie są w żaden sposób związane z głównym motywem zbioru, toteż pozostawiają pewien niedosyt. Nie po to czytam zbiór Król w żółci, żeby nie mieć nic o Królu w żółci. Toteż przyznaję, że te trzy ostatnie teksty nieco mniej mi siadły niż wcześniejsze. Niemniej Posłaniec – mimo braku okołohasturowych nawiązań – wybił się mocno na plus.
Cztery wcześniejsze historie to tak naprawdę to, po co w ogóle sięgnęłam po ów tytuł.

Na największe oklaski w mojej opinii zasługuje Naprawiacz reputacji. Przyznaję, na początku czytało mi się go dość dziwnie. Autor bardzo obszernie zarysowuje setting i wspomina mnóstwo detali, co do których jako czytelniczka miałam później wrażenie, że no przecież one muszą być znaczące. Rząd USA zalegalizował samobójstwa i otwiera pierwsze komory śmierci? Abstrahując od flashbacków z Futuramy – no przecież to musi być ważne. Nikt nie rzuca tego typu infodumpem, jeśli to nie będzie kluczowe w późniejszej fabule. Albo: jednemu z bohaterów jego kotka notorycznie rozdrapuje twarz do krwi i niemal gołego mięsa – na stówę to jakiś dziwny zwierzak, może jeden z kotów z Ultharu albo coś w ten deseń. No i znów czekamy w napięciu na rozwiązanie tajemnicy, a koniec końców okazuje się, że tam żadnej tajemnicy nie było. Po prostu chłop miał obłąkanego kota. I tak dalej. Autor daje nam dużo hintów, zawiesza po kilka strzelb na każdej ze ścian, a ostatecznie wystrzelą może dwie z nich.
Dziwne to – nie przeszkadzało mi jakoś specjalnie i nie czuję się rozczarowana, ale odczuwam męczącą ciekawość, po co to wszystko było i czy zostało gdzieś rozwinięte.
Niemniej serdecznie polecam to opowiadanie.
Drugim bardzo dobrym tekstem był Żółty Znak – choć może nie jestem aż tak entuzjastyczna, jak ponoć był sam Lovecraft, który miał ponoć ogłosić to opowiadanie jedną z najlepszych opowieści grozy wszech czasów. Ale czyta się dobrze: jest niepokój, tajemnica, okropność, wszystkie elementy ładnie się składają, a tajemnicza sztuka „Król w żółci” na stałe wrzyna się w świadomość jako tekst, który jest jednocześnie piękny i okropny i którego nie wolno pod żadnym pozorem czytać.

Nie ukrywam, że po lekturze mam ochotę przy najbliższej okazji wrócić w Zewie Cthulhu do tajemnicy osnuwającej Carcosę. Póki co jednak raczej tego nie zrobię, jako że nie chciałabym wpaść w monotonię. Obecnie mam na tapecie przygodę w Cthulhu Invictus (czyli Zew… rozgrywający się w starożytnym Rzymie – czegóż chcieć więcej?!) i – w dalszych planach – Star Trek Adventures. Ale mam wrażenie, że Hastur nigdzie nie ucieknie. Po prostu musimy poczekać.
Cóż jeszcze mogę napisać?

Król w żółci jest dla mnie również o tyle znaczący w tym momencie, że – o ile się nie mylę – jest moją pierwszą książką przeczytaną w tym roku. A i za rok poprzedni nie dam głowy.
Tak, trochę się czytelniczo pogubiłam. W ciągu ostatniego roku znalazłam nową pracę, rzuciłam ją, znalazłam kolejną, zaliczywszy w międzyczasie kilkutygodniowe L4, zaczęłam się uczyć programowania, zrobiliśmy z Ulvem grę w ramach Hello IT GameJamu (dostępna tutaj – jest to wersja jeszcze bez poprawek, nad którymi cały czas pracuję; w planie jest również DLC z toaletą), grywam trochę w RPGi i zaczęłam oswajać się również rolą DMki. Wróciłam trochę do akwareli, choć w natłoku nowych rzeczy, które próbuję robić, trochę je znów zaniedbałam, ale po listopadzie wszystko sobie zamierzam poukładać.

No tak, bo oczywiście mamy NaNoWriMo. To znaczy takie trochę oficjalne, a trochę nie, bo… och cóż, NaNoWriMo to temat na oddzielny wpis. Dość powiedzieć, że wybiło niejedno szambo w ramach tej imprezy i walczą we mnie dwa jenoty: jeden chce zostać na oficjalnej stronie ze względów sentymentalnych (13 lat pisania powieści!), drugi chciałby się odciąć. Zobaczymy, jak będzie, ale żaden z jenotów nie zakłada, że przestanę pisać. W końcu do tego nie jest potrzebny żaden oficjalny stempel od HQ. Po prostu się siada i pisze. No więc próbuję po raz, po raz piętnasty, z czego mam nadzieję, że będzie to czternasty udany. Mam nieco tyłów obecnie, ale też jest jeszcze trochę czasu na nadrobienie, więc nie załamuję rąk. Muszę po prostu zorientować się, ile zostało mi dni urlopowych do końca roku.

Zresztą, niestety NaNoWriMo jest też jedną z niewielu rzeczy, jakie w ogóle ostatnio pisuję. Trochę obwiniam o ten zjazd czytelniczo-pisarski moją ostatnią pracę, w której spędziłam rok, a która przeorała mnie dużo mocniej niż powinna. Zero zaskoczenia – korpo to jednak nie mój wajb. I nikomu nie polecam outsourcingu i pracy dla zewnętrznego klienta. Efekt jest taki, że każda firma ciągnie w swoją stronę, a stojący najniżej w hierarchii pracownik musi non-stop udowadniać, że nie jest dziobakiem. Każde potknięcie, niewypowiedzenie jakiegoś zdania czy przekroczenie jakiegoś czasu może kosztować pracodawcę cenne grosiki, a klient tylko na to czeka, bo to grosiki, które zostaną u niego w kieszeni, więc powstają drobiazgowe procedury, procedury do procedur, procedury na wypadek, gdyby procedura do procedury okazała się niewystarczająca, a w tym wszystkim gdzieś ginie to, że np. chłop nie może ważnego maila otworzyć i on naprawdę ma w dupie nasze procedury, bo on po prostu potrzebuje tego maila na już, bo mu robota stoi.
A tak – pracowałam w helpdesku.

Jak zawsze, mam dużo planów i zero pomysłu, jak je zrealizować. Obecnie pracuję zdalnie, więc to jest bardzo korzystne ze względu na nietracenie czasu na dojazdy. A jednak zupełnie nie idzie mi organizacja… no, organizacja czegokolwiek tak naprawdę. To w gruncie rzeczy ani trochę mnie nie dziwi, bo zawsze miałam z tym problem. Zaczynam dojrzewać do tego, żeby rozpisać sobie jakąś tabelkę z rozkładem jazdy. Nie wiem jeszcze tylko, co miałoby mnie zmusić do przestrzegania owej tabelki. Ale hej, tym będę się martwić, jak już ja sporządzę, prawda?


 

O, pieśni mej duszy, już martwy mój głos,

Podzielisz i ty niewylanych łez los,

Co zginą i umrą tak

Jak Carcosa.

czwartek, 19 stycznia 2023

Podsumowanie 2022

Antologia - szczegóły w dalszej części notki.
Zardzewiałam, nie przeczę. Dlatego pomyślałam, że zanim wjadę w 2023 rok, spróbuję ogarnąć się trochę z rokiem poprzednim, w którym udało mi się napisać aż trzy notki. Bo przecież, choć moje pisanie nie istniało, to jednak cośtam się działo. Na niektórych polach niewiele, to fakt, no ale. Po kolei.

Czytanie


Znacie te wszystkie rankingi czytelnictwa? Te coroczne lamenty, że Polacy nie czytają i że wszyscy pogrążamy się w otchłani postępującej głupoty? No, to w 2022 zostałam niezbyt dumną przedstawicielką kategorii „przeczytałam dwie książki w ciągu roku”. Jednej nawet nie pamiętam, bo to było chyba na początku roku. Za to pamiętam tę drugą. Zaczęłam z nią walczyć jeszcze pod koniec 2021, a skończyłam jakoś na przełomie września i października. Nie chcę poświęcać jej zbyt wiele czasu (bo już poświęciłam go zdecydowanie za dużo), wystarczy powiedzieć, że była naprawdę bardzo zła, a dodatkowo dość długa (wydanie papierowe ma 606 stron, ja akurat miałam ebooka). Zasypiałam zazwyczaj jeszcze zanim dobiłam do dwóch procent lektury. Z różnych względów zależało mi,  żeby ją skończyć, więc uznałam, że może zadziała motywująco, jeśli nie będę się rozpraszać innymi tytułami, dopóki nie pokonam tego jednego. Zadziałało w sumie średnio i osiągnęłam głównie tyle, że praktycznie kompletnie odzwyczaiłam się od czytania. Próbuję to zmienić, ale mamy drugą połowę stycznia, a ja wciąż nie skończyłam żadnej książki.
Prawdę mówiąc, nawet komiksy nieszczególnie ratują sytuację, bo również nie poszalałam w temacie.
Nawet przyszło mi do głowy, że to dlatego irytuje mnie trochę większość akcji niby promujących czytelnictwo (stosiki i te sprawy), ale przypomniałam sobie, że nie – one irytowały mnie od lat, bo nie lubię, jak ktoś daje światu do zrozumienia „jestem lepsza od was, bo mam takie a nie inne hobby”.

Gry


kadr z gry
Przede wszystkim, w marcu 2022 miała miejsce premiera Syberii: The World Before. Nie trzeba być Sherlockiem, by wiedzieć, że to moja ogromnie ukochana
seria, więc oczywiście momentalnie rzuciłam się na jej czwartą odsłonę (podjęłam nawet dwie próby napisania o niej notki, ale za każdym razem przerywałam po dwóch zdaniach).
Nie ukrywam, że mam co do tej gry dość mieszane uczucia. Jasne, to Syberia, więc tak czy owak dobrze się bawiłam. Ale ta Syberia była taka… mało Syberiowata. O ile wcześniejsze części tworzyły dość spójną opowieść o podróży Kate Walker na odległy, skuty lodem i nieco mitologiczny wschód, zamieszkany przez tajemniczych Jukoli i mamuty, o tyle The World Before zupełnie odchodzi od tego klimatu i nasza prawniczka przemierza urokliwe, alpejskie miasteczka. Miało to swój urok, oczywiście, ale nie tego oczekuję od gry pod tytułem „Syberia”. Słabiej też, w moim odczuciu, wypadła sama historia. Pewnie dlatego, że również tutaj zerwano z dorobkiem poprzednich odsłon i dostaliśmy zupełnie nową opowieść, niemającą nic wspólnego z wyprawą do świata mamutów. Nie było więc bagażu emocjonalnego, nabudowanego przez trzy gry i kilkadziesiąt godzin rozgrywki. I muszę przyznać, że nie udało mi się ponownie wkręcić tak mocno, jak w oryginalną historię. Skądinąd to nie była zła fabuła – ot, po prostu trochę mniej w moim guście. A rozwlekanie gry znajdźkami w ogóle do mnie nie trafiło i, całkiem szczerze, w większości je ignorowałam. Nie mam cierpliwości do biegania po zrujnowanym sklepiku w tę i nazad, żeby znaleźć cztery ukryte fotografie tylko po to, żeby dostać za to achievement. To nie dla mnie.
I choć miło spędziłam czas z The World Before, to potem z tym większą przyjemnością wróciłam do Syberii I i II, a nawet – dość nisko przecież ocenianej – III.

W zeszłym roku wreszcie się przełamaliśmy i zaczęliśmy ogrywać HoMM3 z rozwinięciem Horn of the Abyss, a nie – jak do tej pory – In the Wake of Gods. Muszę powiedzieć, że to odświeżające. Może i nie ma tylu szalonych modyfikacji, które na przykład umożliwiają graczowi rozmnożenie Butów Trupa i przerobienie zapasowych par na inne buty, czy awansowanie posiadanych artefaktów dotąd, aż dorobimy się Miecza Armageddonu. Z niespodziewaną ulgą przyjęłam jednak brak doświadczenia jednostek. Niby fajnie, kiedy nasz Centaur zaczyna strzelać, ale zupełnie inaczej postrzega się straty wojenne. W WoGu starałam się kończyć grę z jednostkami, które zrekrutowałam w ciągu pierwszego miesiąca – bo były doświadczone i nie dało się ich tak po prostu zastąpić świeżakami rekrutowanymi w końcówce scenariusza. Szczególnie jeśli w ustawieniach wybraliśmy opcję, że potwory na mapie również mają zdobywać doświadczenie. W HotA nie ma tego bólu. Jasne, zawsze lepiej mieć mniejsze straty niż większe, ale mam ten komfort, że w razie czego po prostu się dorekrutuję i nie będzie większej różnicy.
Pirackie miasto jest dość przyjemne. Jednostki strzelające wydają się całkiem mocne, a jednostki pierwszopoziomowe… cóż, jak to jednostki pierwszopoziomowe: giną jak szmaty.
Brakuje mi tak naprawdę dwóch rzeczy: Commandera i customizacji sojuszy. Choć wiem, że jeśli chodzi o sojusze, to potrafiło rozwalać starannie przygotowane pod konflikt scenariusze. Ale, prawdę mówiąc, to było nawet tym zabawniejsze.
Toteż choć WoG na zawsze pozostanie w serduszku, to z dużym entuzjazmem poznaję nowe miasto, nowe potwory i budynki na mapie.
(a na sojusze jest jeden prosty trik: zmienić ustawienia scenariusza w edytorze map)

kadr z gry
2022 rok to również zbyt dużo czasu spędzonego w grze Pentiment – ale nie dało się inaczej. Produkcja ta w pierwszej chwili urzeka stroną wizualną: całość jest utrzymana w klimacie średniowiecznych miniatur, dialogi mamy zapisywane w znanych ze średniowiecznych obrazów wstęgach, a postacie są odpowiednio koślawe. Pojawiają się zarówno ozdobne inicjały, jak i kolorowe rubryki czy maniculae. Pełno jest smaczków, jak choćby to, że czasem w dialogach pojawiają się literówki, które na bieżąco zostają zeskrobane i poprawione, albo sam fakt, że użyty krój pisma zależy od wykształcenia i pochodzenia postaci. Wypowiedzi bohaterów znających druk nie są powoli pisane, tylko odbijane za pomocą czcionki. Podobają mi się też nazwiska bohaterów: przykładowo mamy drukarza Druckera, młynarza Müllera czy kowala Schmidta.
Ale to wszystko to tylko urokliwa otoczka. Samo „mięsko” jest jeszcze lepsze: po pierwsze, po krótkim wstępie dochodzi do morderstwa, którego rozwiązania podejmujemy się w imieniu naszej postaci, czyli młodego artysty Andreasa. I to jest naprawdę złożona sprawa, podczas której musimy dokonywać wyborów, za którym tropem podążyć i wobec kogo ostatecznie wysunąć oskarżenia. A warto pamiętać, że w tej grze nasze wybory mają znaczenie. I że Andreas ma swoje ograniczenia. Ale poza samą intrygą kryminalną, jest wspomniany właśnie artysta i jego wewnętrzny konflikt, jego tęsknoty i marzenia ubrane w formę teatru w jego własnym umyśle. Ten wątek niesamowicie rozwija głównego bohatera i pozwala graczowi jeszcze mocniej wsiąknąć w cały ten świat. Który, nota bene, technicznie rzecz biorąc nie jest już średniowieczny, tylko raczej renesansowy (zresztą, jak sygnalizowałam: mamy tam druk), ale to właśnie ten rozkrok między dwiema epokami jest w dużej mierze motorem napędowym fabuły.
Ogólnie bardzo, bardzo polecam. Jest trochę zagadek, dużo rozmawiania z innymi postaciami i szalenie trudne wybory. Aha, no i można głaskać pieski. 10/10.

Seriale


kadr z Pierścieni Władzy
A tak, 2022 obfitował w głośne seriale. Chociaż w dzisiejszych czasach każdy serial może być głośny, wystarczy że odpowiednio znany jutuber nakręci o nim filmik z odpowiednio clickbaitowym tytułem, no ale tym razem rzeczywiście to były produkcje zahaczające o duże uniwersa: bo i coś z
Gry o Tron, i z Władcy Pierścieni, i z Wiedźmina. I muszę powiedzieć, że to dość zabawne, jak łatwo jest nakręcić spiralę zachwytów bądź pogardy wobec danej produkcji. Wystarczy właśnie kilka takich bardzo skrajnych recenzji w necie (a przecież skrajną recenzję zawsze chętniej się kliknie od takiej „no, było w sumie średnio”, więc to właśnie takie będą najczęściej nagrywane), a potem to już się kręci samo. A im popularniejszy setting, tym te radykalne pokrzykiwania „fanów” głośniejsze. Więc teraz już sama nie wiem, czy najgorszym serialem w dziejach są Pierścienie Władzy, czy Rodowód krwi, czy po prostu drugi sezon Wiedźmina. Ale bezapelacyjnie najlepszym serialem dekady jest Ród Smoka.
Tyle tylko, że Rodu Smoka obejrzałam cztery czy pięć odcinków i najzwyczajniej w świecie mnie znudziło, a wiecznie nabzdyczona, roszczeniowa Rhaenyra tak mnie wkurzała, że ostatecznie nie miałam ochoty się z tym męczyć. Póki co nikt mi za oglądanie seriali nie płaci, więc nie zamierzam się katować w imię bliżej nieokreślonych zasad.

Natomiast z prawdziwą przyjemnością oglądałam Pierścienie Władzy (mam już za sobą dwa seanse zresztą, a także prawie całą stronę notki, którą zaczęłam o tym tytule pisać w 2022, ale oczywiście nie skończyłam). Serial ma swoje głupotki, ale możliwość ponownego wsiąknięcia w Tolkienowskie uniwersum jest dla mnie nagrodą samo w sobie. A jeszcze na dodatek serial ma fantastyczne krasnoludy i przepiękną Morię z czasów jej świetności, czego dotąd chyba żaden film nie pokazał. Dialogi tu i ówdzie są wprawdzie niemal komicznie głupie (niestety są to miejsca, w których mają być głębokie i natchnione), ale mamy sporo dynamicznej akcji, fajne postacie (Durin i Dis!), i absolutnie przepiękne lokacje. Jestem przekonana, że jeszcze wrócę do tego tytułu.

Nie wiem czy wrócę, ale również świetnie się bawiłam przy Rodowodzie krwi. Podoba mi się tam w sumie masa rzeczy: cały design elfiego imperium, zawieszony gdzieś między orientem a Gwiezdnymi Wojnami. Merwyn, która próbuje udowodnić całemu światu, że nie jest tylko głupią dziewczynką, ale w gruncie rzeczy przecież nią jest, więc po każdej niezbyt udanej próbie samostanowienia to pragnienie eskaluje. Lubię naszą ekipę głównych bohaterów, z których każdy jest na swój sposób sympatyczny i tak naprawdę chętnie poznałabym ich dalsze losy, bo nie wszyscy dostali odpowiednio dużo czasu antenowego. No i po prostu chciałabym sobie dalej pooglądać, jak tłuką złoli i jak rozwijają się ich relacje. Początkowy etap „zbierania drużyny” przywodzi mi na myśl zbieranie Siedmiu Wspaniałych i również na swój sposób bawi. I nawet CGI było nieco lepsze niż w Wiedźminie (o którym tutaj nie wspominam, bo zdanie mam w sumie takie jak po obejrzeniu pierwszego sezonu, więc nie ma sensu powtarzać – no, może poza tym, że obecnie wolę nawet „Burn, Butcher, Burn” niż „Toss a Coin to Your Witcher”).
Moje główne zastrzeżenia to po pierwsze: początkowy przewrót pozostawia niedosyt – wszystko dzieje się za szybko. W ogóle podczas oglądania pierwszego odcinka miałam wrażenie, że fabuła się nie toczy, tylko galopuje, jakby serial się bał, że trzeba wszystko pokazać jak najszybciej, bo Netflix zaraz go anuluje. Na szczęście to tempo później się wyrównuje i w kolejnych epizodach już nie miałam takiego wrażenia.
Po drugie (i prawdę mówiąc to jest bez porównania poważniejszy zarzut), w serialu wykorzystano na krzywy ryj grafiki artysty Shawna Cossa. Nie wiem, jak się potoczyła sprawa, ale mam nadzieję, że Netflix zachowa się wobec oskarżeń jak należy.

kadr z Nasza bandera znaczy śmierć
Z innych seriali, mieliśmy oczywiście
Wednesday – serial fajny i bardzo przyjemny do obejrzenia, nawet jeśli rozwiązanie intrygi jest dość banalne. Postacie interesujące, a Catherine Zeta-Jones jest doskonałą Morticią. Ale jak Jeżusia kocham, jeśli jeszcze raz gdzieś zobaczę taniec Wednesday, to pojadę do Londynu, wespnę się na Big Bena i rozbiję Internet młotkiem.
Całkowicie pochłonął mnie Nasza bandera znaczy śmierć o Stedzie Bonnecie, z Taiką Waititi jako Czarnobrodym. Jest pozytywnie głupkowaty i uwielbiam bohaterów. Właściwie patrząc teraz z perspektywy czasu, chyba wolę serial o piratach niż czwarty sezon Co robimy w ukryciu – podczas oglądania kolejnych perypetii wampirów miałam wrażenie, że widać w tym już zmęczenie materiału. Nie było tak zabawnie i tak świeżo jak przy poprzednich sezonach i to naprawdę najwyższy czas, żeby zakończyć tę historię.

A jak mowa o historiach, które powinny się zakończyć – i na szczęście się zakończyły! – to mamy Westworld i Snowpiercer. Oba te tytuły zaczynały się bardzo dobrze, ale – szczególnie ten pierwszy – zaliczył taki zjazd formy, że przykro było na to patrzeć. Z radością więc powitałam informację o tym, że czwarty sezon był ostatnim. Naprawdę, nie było już sensu dalej wyciskać tej marki. W przypadku Snowpiercera nie było wprawdzie tak źle, ale finał trzeciego sezonu jest naprawdę dość satysfakcjonującym domknięciem historii i najzwyczajniej w świecie nie ma najmniejszej potrzeby ciągnięcia tego dalej.

Pisanie


jak widać :)
Chciałam wprawdzie wspomnieć jeszcze o filmach, ale właśnie się zorientowałam, że to podsumowanie i tak jest już zdecydowanie za długie, więc omijam tę kategorię i przeskakuję od razu do dokonań literackich. Nie mam ich wiele, bo też nie pisałam w 2022 zbyt dużo. Tak naprawdę napisałam tylko kolejne NaNoWriMo, tym samym zresztą dokończyłam tekst, który zaczęłam w ramach NaNo 2021. Łącznie powieść ma nieco ponad sto tysięcy słów i mam niejasne wrażenie, że gdzieś w połowie następuje nagła zmiana wątków, charakterów postaci i ogólnie założeń fabularnych, bo przed pisaniem drugiej połowy nie powtórzyłam sobie pierwszej, więc ledwo pamiętałam, o czym właściwie pisałam. Być może dałoby się to poprawić w redakcji – trudno mi powiedzieć, jak daleko idące są to zmiany. Niemniej można powiedzieć, że mam jakiś ukończony draft, co jest tak naprawdę pewnym ewenementem, bo – choć
Bajki o umieraniu z 2020 również są ukończone, to od lat urywam pisanie NaNoPowieści gdzieś w połowie, kiedy tylko osiągnę wymagany limit słów.

Udało się natomiast doprowadzić do końca publikację dwóch opowiadań napisanych przed 2022 rokiem: pod koniec roku ukazały się:
  • Ballada o zemście – western w antologii Taki Dziki Zachód pod redakcją Bartka Biedrzyckiego;
  • Ostatnia Katylinarka – opowiadanie historyczne, poświęcone rozbiciu spisku Katyliny. Do przeczytania w czasopiśmie Meander: papierowym w niektórych bibliotekach, albo po prostu na stronie z czasopismami PAN.
Z obu tych publikacji jestem mega zadowolona – nie dlatego, że te teksty są wybitne, podejrzewam, że są po prostu poprawne, ale zarówno napisanie westernu jak i opchnięcie tekstu w „Meandrze” było gdzieś na mojej pisarskiej checkliście.

Jak łatwo też zauważyć, w 2022 kompletnie nie wyszło mi pisanie tutaj, na blogu. Nie umiem stwierdzić, dlaczego tak wyszło. I nie zamierzam obiecywać, że w tym roku będzie jakoś bardzo inaczej, bo mam już całkiem niezłe doświadczenie, jak się kończą takie obietnice.

Podsumowanie podsumowania


I to chyba tyle. Nie chcę niepotrzebnie przedłużać. Rok był jaki był, trochę zły, trochę dobry. Główny żal do siebie mam o to, że tak mało kreatywny. W sumie nie rozwinęłam się na żadnym polu – chyba że kulinarnie, choć nie wiem, czy można to nazwać jakimś szczególnym rozwojem. Zdarzy mi się niby zrobić jalebi z przepisu sprzed tysiąca lat, ale jak robię zapiekankę ryżową, to i tak zawsze przypalę ryż.
Aha: trzy miesiące temu zaczęłam się uczyć klingońskiego na Duolingo. Qapla’!

środa, 8 września 2021

Pocztówka z wakacji IV


Dawno nie było notki z tej serii, bo i dawno nie było wakacji. Nawet nie że pandemia, problemem był bardziej fakt, że w 2020 roku zmieniłam pracę, a kodeks pracy nie ma litości, toteż jakiekolwiek dłuższe wypady w świat trzeba było odłożyć na później. I właśnie sobie uświadomiłam, że notka z 2019 roku również była po takim przeskoku. Czyli wychodzi, że jeździmy na urlop co dwa lata.

Ostatni wypad był do Kujawsko-Pomorskiego. Tym razem ośmieliliśmy się nieco bardziej – i na cel obraliśmy Lubuskie. To znaczy trochę dorabiam ideologię, bo tak naprawdę po prostu Ulv zaproponował Lubuskie, więc hej: w sumie czemu nie? No i poszłam rezerwować noclegi.

W pierwszej chwili byłam nieco skonsternowana, bo przyznam, że Lubuskie kojarzyło mi się dokładnie z niczym. Zazwyczaj nawet nie pamiętam, że mamy takie województwo. Po szybkim zerknięciu na mapę ogarnęłam, że Zielona Góra. Zielona Góra kojarzy mi się z Bachanaliami Fantastycznymi i z Fantazjami Zielonogórskimi. Na pierwszym nigdy nie byłam, ale drugie stały się przyczynkiem do znajomości z Siem i teraz mogę się chwalić, że piłam z pisarką.
No w każdym razie naprawdę, poza winem – zero skojarzeń.
Średnio gruntowny risercz pokazał jednak, że nie ma tragedii i damy radę. Poniżej więc parę refleksji na temat: pies urlopuje w Lubuskiem.

Międzyrzecki Kot Zamkowy
Noclegi:
Knajpa „Sorba” w Skwierzynie jest totalnie doskonałym miejscem (oczywiście, w swojej kategorii cenowej – ja tu nie mówię o jakichś pięciogwiazdkowych hotelach). Wprawdzie okna absolutnie nic nie wyciszają, ale – choć budynek stoi tuż przy szosie – pod wieczór ruch samochodowy robi się prawie żaden, więc nie należy się obawiać hałasów z zewnątrz. Personel jest za to super miły, a jedzenie przepyszne. Po drugiej stronie szosy jest mnogość lasów do spacerowania, a niemal centralnie naprzeciwko znajduje się niezwykle urokliwy kirkut (Wikipedia mówi mi, że jeden z największych w województwie lubuskim), gdzie wszystko jest porośnięte bluszczem (zresztą, to województwo w ogóle ma jakieś agresywne bluszcze, w życiu nie widziałam tak rozrośniętych pnączy).
W drugą stronę: niekoniecznie polecam Gościniec Słoneczny w Drzonkowie (peryferia Zielonej Góry chyba…?). To znaczy sam gościniec jest zupełnie spoko, w dodatku również położony nieopodal lasu, ale Jeżu kolczasty! Różnica poziomów między brodzikiem pod prysznicem a podłogą to jest zbrodnia w biały dzień. Tam powinno się dorobić jakieś schodki czy coś, a na pewno ostrzeżenie. Siniaki po pierwszym niemal wykopyrtnięciu się dopiero zaczynają zmieniać kolory.

Łajka, która dostrzegła
Międzyrzeckiego Kota Zamkowego
A teraz do rzeczy,
czyli zwiedzanie:

Jak się okazało, poza winem Lubuskie ma jeszcze sporo miast i miasteczek z barokową zabudową, a więc wszelkiego rodzaju rynki, ratusze czy pałace. Oczywiście, z psem do żadnych wnętrz raczej się nie wejdzie, ale jeden czy dwa takie ładne ryneczki warto zobaczyć. Na przykład bardzo fajne wrażenie robi Bytom Odrzański. Nie wiem wprawdzie, dlaczego na tamtejszym rynku stoi pomnik pijanego Kota w Butach, ale otaczające go kamienice są ładne. Siedemnastowieczny ratusz był akurat w renowacji, więc całego nie zobaczyliśmy. Ale z mojego punktu widzenia dużo atrakcyjniejsze okazało się Zatonie. W Zatoniu znajduje się pałac księżnej Doroty de Talleyrand-Périgord – jak się okazało – wpływowej polityczki, filantropki, oficjalnie córki hrabiego Świętego Cesarstwa Rzymskiego Piotra Birona, acz nieoficjalnie – polskiego dyplomaty, Aleksandra Batowskiego, z którym miała romans żona Piotra, Dorota von Medem. Księżna miała pałace w Żaganiu i w Zatoniu, tylko że o ile ten w Żaganiu jest w pełni odrestaurowany i mieści się tam Żagański Pałac Kultury, o tyle ten w Zatoniu jest trwałą ruiną. Otacza ją fantastyczny i bardzo rozległy park, gdzie można do woli spacerować z psem. W samej ruinie zaś umieszczono tablice opisujące rozkład pomieszczeń, więc chodząc tam, można wizualizować sobie, jak pałac mógł mniej-więcej wyglądać. Bardzo fajna sprawa. A obok jest genialna kawiarnia, gdzie można i wypić przepyszną kawusię, i ją kupić, żeby móc parzyć ją sobie także w domu. Co zresztą uczyniliśmy. I wiecie co? W domu również smakuje doskonale.
W kategorii „barokowe różne takie” Nie mogę nie zwrócić uwagi na Nową Sól. Po pierwsze dlatego, że hej, założył ją gdańszczanin. Ale po drugie – w Nowej Soli mieszczą się osiemnastowieczne magazyny solne – pozostałości po czasach, kiedy w mieście działała warzelnia soli. Magazyny te są jedynymi tego typu zabytkami na skalę kraju. Nie ma w Polsce drugich takich magazynów solnych.
Z tym żubrem wiąże się smutna
historia: tuptał radośnie po puszczach
otaczających Drezdenko, aż któregoś
dnia - wpadł pod samochód.
Podejrzewam, że po samochodzie
nie było czego wieszać na ścianie.
I tu nachodzi mnie wspomnienie Cedyni, o której niezmiennie myślę, że to bardzo smutne, że kompletnie nie wykorzystuje swojego potencjału. W Nowej Soli jest trochę podobnie – to znaczy miasto jako takie jest bardziej „żywe” mają ładną promenadę nad Odrą, mosteczki i w ogóle, ale te magazyny to się najprawdopodobniej niedługo po prostu rozlecą. To są absolutne rudery z odłażącym tynkiem, zamknięte na głucho i pobazgrane.
Naprawdę zrobiło mi się przykro, jak to zobaczyłam – z drugiej strony, mimo wszystko cieszę się, że byłam i widziałam.
Na wspomnienie zasługuje jeszcze Twierdza Drezdenko – to znaczy ona w większości nie istnieje, ale za zwiedzenie jej można zdobyć odznakę krajoznawczą, więc zawsze cieszy. Zgodnie z wytycznymi PTTK, trzeba tylko udokumentować swoją obecność przy czterech obiektach: późnobarokowym pałacu (obecnie gimnazjum), spichlerzu/dawnym arsenale (obecnie siedziba Muzeum Puszczy Drawskiej i Noteckiej – można je przy tej okazji zwiedzić, ale do odznaki to chyba nie jest potrzebne; w kontekście psiecków uprzedzam, że muzeum jest dwupiętrowe i ma strome schodki), wałach ziemnych (kawałek murku za muzeum) i bramie „Holm”. Wszystko jest praktycznie w jednym miejscu. Procedura zdobywania odznaki została dokładniej opisana na stronie Oddziału Wojskowego PTTK w Chełmie.

Ruiny pałacu księżnej Doroty
D
rugą kategorią rzeczy, którymi może się pochwalić Lubuskie, są pamiątki okołowojenne. W sumie logiczne, jeśli wziąć pod uwagę położenie geograficzne województwa. No i tutaj, podobnie jak w przypadku „barokowych różnych takich”, niestety sporo rzeczy będzie dla psiarzy niedostępnych. Czemu trudno się dziwić, bo wciskanie psa do bunkra (do którego prowadzi np. drabina) nie będzie komfortowe ani dla psa, ani dla bunkra. Niemniej nawet z psem nie zaszkodzi odwiedzić Międzyrzecki Rejon Umocniony – spacer po powierzchni jest bardzo przyjemny, bunkry można sobie obejrzeć z zewnątrz, a wokół budynku kasy stoi trochę sprzętu. Co więcej, jest tam dość pusto, bo wszyscy uderzają pod ziemię. I tu przyznam, że się nawet ucieszyłam, że jednak nie wpuszczali na dół psów, bo grupy, które widzieliśmy z daleka, były przeogromne i koszmarnie hałaśliwe. Nie tylko Łajka czułaby się źle w takim tłumie – ja też. I mam uzasadnione podejrzenia, że Ulv też.
W tej kategorii muszę umieścić największe rozczarowanie całego wyjazdu, czyli Lubuskie Muzeum Wojskowe w Drzonowie (nie mylić z Drzonkowem). Muzeum ma część wystawy w budynku i dużą ekspozycję na zewnątrz, gdzie tupta się po trawie i ogląda czołgi za łańcuchem. I naprawdę pierwszy raz spotkałam się z tym, że na taką zewnętrzną część nie można wejść z psem. Przyznam, że jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo akurat ten punkt wycieczki traktowałam jako „pewniaka”. Zwłaszcza że na stronie internetowej nie ma żadnego czytelnego regulaminu z informacją, że jest taki zakaz. Dopiero przy furtce człowiek się dowiaduje, że lol nope. Jeśli dobrze pojmuję, ktoś w tym muzeum uznał, że sprzęt, który projektowano do przetrwania wojny, z jakiegoś powodu nie wytrzyma, jeśli dwa metry od niego przejdzie pies. Okej. Brawo wy.
jeden z magazynów na terenie kombinatu
Z drugiej strony jednak – w okolicy Nowogrodu Bobrzańskiego jest coś takiego jak Kombinat DAG Alfred Nobel Krzystkowice.
Są to pozostałości niemieckiej fabryki amunicji rozsiane po lesie. Z psem, bez psa – generalnie warto. Pod koniec już nawet Łajka była zmęczona, co jej się raczej nie zdarza. Obejrzenie wszystkich ruin kombinatu to przedsięwzięcie na wiele godzin i przetuptanie ładnych paru kilometrów. Albo i parunastu, jeśli wziąć pod uwagę, że dokładne położenie niektórych obiektów nie musi być nam znane. Ruiny robią niesamowite wrażenie, ze szczególnym uwzględnieniem imponujących magazynów. Na każdym obiekcie, ma się rozumieć, są tabliczki, że wchodzenie na nie grozi śmiercią lub kalectwem, no ale przecież wiadomo, że nic tak nie zachęca do wspięcia się na kawałek muru, jak taka tabliczka. To, czego tam brakuje, to jakieś dostosowanie tego do zwiedzania. Bo są tylko zakazy, a mogłyby obok nich być tablice informacyjne, co to za budynek, do czego służył i – ewentualnie – jak wyglądał przed zniszczeniem. No i jakaś mapka by się przydała. Ale nawet bez tego to bardzo długi i fajny spacer.

tak zwany hotelowiec - tak naprawdę to nie był
żaden hotelowiec, chyba jeden z budynków produkcyjnych

i widok z piętra.
Ale nie róbcie tego, naprawdę.

a na parterze był głównie gruz. Dużo, dużo gruzu

Trzecia kategoria rzeczy do zwiedzenia w Lubuskiem to „średniowiecze i okolice”. I nie będę nawet się krygować: OMG, JAKIE STARE MIASTO W KOSTRZYNIE NA ODRĄ JEST FANTASTYCZNE. To jest coś zupełnie innego niż się spodziewałam. Jak przeczytałam, że w Kostrzynie jest do zwiedzenia Stare Miasto, to raczej miałam przed oczami starówki w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu. Czy gdziekolwiek tak naprawdę – no wiecie, takie generic starówki z ratuszem czy inszym zamkiem. Ale Stare Miasto w Kostrzynie jest fenomenalne.
Winnica Łukasz
Cały myk polega na tym, że Kostrzyn nad Odrą
zaczynał jako piętnastowieczny zamek, który potem otoczono fortyfikacjami, potem dorzucano nowe rzeczy, aż pod koniec XIX w. przypieczętowano całość czterema fortami. Do dziś ocalały jedynie ruiny – ale jakie! W Bramie Berlińskiej jest niewielka ekspozycja i kasa, w której można kupić bilet na zwiedzenie Bastionu Filip. W Bastionie Filip zaś jest duża wystawa z pełną historią twierdzy – a jest to historia bardzo ciekawa i myślę, że niezbyt powszechnie znana. Choć w większości bardzo smutna. Natomiast poza tymi dwoma obiektami muzealnymi, mamy jeszcze cały teren twierdzy: uliczki, resztki krawężników, jakieś pojedyncze kawałki ścian – wszystko gęsto i na grubo porośnięte tym lubuskim agresywnym bluszczem. Wygląda to absolutnie niesamowicie. W dodatku kiedy tam trafiliśmy, było dość pusto, więc bardzo miłe minimalizowanie stresu dla psa. A jeszcze przy historycznych uliczkach są takie normalne tablice z ich nazwami, więc serio jest takie poczucie chodzenia po mieście duchów. Czy raczej, biorąc pod uwagę ilość zieleni, nie wiem – driad jakichś. Naprawdę, zachwycające miejsce i bardzo polecam każdemu.
Mamy też w Lubuskiem na przykład bardzo przyjemny zamek w Międzyrzeczu (to ten sam Międzyrzecz, od którego jest wspomniany wcześniej Międzyrzecki Rejon Umocniony) – to znaczy konkretnie tam jest Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej (i tam jest kasa), a zamek jest tuż obok. O dziwo, pani nawet pozwoliła wejść do części muzealnej z psem (ale, żeby nie było, totalnie nie miałabym pretensji, gdyby nie pozwoliła – liczyłam w sumie tylko na zamek. Nigdy nie pcham się z psem do muzeów w pomieszczeniach, choć wychodzę z założenia, że nie szkodzi zapytać, c’nie?) i po obejrzeniu tamtej ekspozycji weszliśmy sobie na teren ruin. Nie są może jakieś imponująco wielkie, ale i tak fajne (znaczy, jeśli ktoś lubi łazić po ruinach zamków). I mieli kota. Tak tylko uprzedzam, skoro myśl przewodnia tego cyklu to „pies na urlopie”.

wina z Winnicy Łukasz!
N
o i ostatnia kategoria, bo czegoś takiego nie mogło zabraknąć: „inne”. Pojedyncze, wyrwane z kontekstu rzeczy, których nie umiem wcisnąć nigdzie indziej. Znajdą się w niej takie kurioza, jak na przykład Park Drogowskazów w Witnicy (tej Witnicy z browarem). Jest w nim zadziwiająco mało drogowskazów, natomiast dużo… no, wszystkiego innego. Będzie i rusztowanie do unieruchamiania konia podczas podkuwania, i kawałek Muru Berlińskiego, i znak „Uwaga, srający bocian”, i jakiś parowóz, i masa innych rzeczy najrozmaitszego asortymentu. Mam niejasne wrażenie, że witniczanie po prostu wstawiają do tego parku wszystko, co się napatoczy – a jeśli jeszcze do tego jest stare, to już w ogóle radość. Jest coś uroczego w tym miejscu.
Cóż jeszcze? No winnica, oczywiście! Winnic jest do wyboru całe mnóstwo, choć w większości przypadków na zwiedzanie i/lub degustację trzeba się umawiać. My nie byliśmy zainteresowani degustowaniem, chcieliśmy w sumie tylko kupić lokalne wino, a napatoczyła się gdzieś po drodze Winnica Łukasz. Okazało się, że to bodaj jedyna, którą można zwiedzać bez wczesnego anonsowania się (anonsować się trzeba tylko na degustację). A jest co zwiedzać! Bo mamy niezwykle malowniczą posiadłość z małą winnicą na pagórku, za to pełną wszystkiego innego: reprezentacyjnych alejek, altanek, fontann, sztucznych wodospadów, oczek wodnych, kucyków i kóz, no i jest główna winnica. A tam to już tylko ciągnąca się długimi rzędami winorośl, no i daniele. Nie mam pojęcia, co tam robiły te daniele. I znów w kontekście psieckowym: jak się jest na terenie winnicy, co jakiś czas słychać bardzo donośny huk. Wydaje mi się, że chodzi o odstraszanie ptaków, ale trzeba pamiętać, że taki dźwięk całkiem nieźle odstrasza również psy. Jeśli chodzi o całą resztę, to jest to dość spokojna i relaksacyjna wycieczka.
Gruz. Znaczy no, ruiny
wieży Bismarcka
Są również takie twory jak Wieże Birmarcka. Wieże Bismarcka to konstrukcje wznoszone w latach 1869-1934 na cześć Ottona von Bismarcka. W Polsce powstało ich około czterdziestu, z czego zachowało się siedemnaście. My odwiedziliśmy dwie, przy czym mam wrażenie, że jedna z nich – w lesie niecałe 4 km od Międzyrzecza – nie wlicza się do puli „zachowanych”. Druga mieści się na szczycie Góry Wilkanowskiej w – niespodzianka – Wilkanowie. Idzie się tam również przez las, stąd leci polecajka jako fajny spacer dla pieska.
Mamy jeszcze na przykład skansen w Ochli. Pies może sobie połazić między chałupami, a jak ktoś nie za bardzo się opatrzył z takimi skansenami, to może być rzeczywiście ciekawe – acz ja przyznam, że w moim rankingu skansenów (dobra, on nie jest wcale aż tak długi, żeby nie było) ten w Ochli jest raczej bliżej końca niż początku.
No a największą (dosłownie i w przenośni) perełkę zostawiłam na koniec: Jezus w Świebodzinie! Tak! Tymi oczami widziałam gigantycznego Jezusa w Świebodzinie (wstydliwe wyznanie: początkowo nie wiedziałam, że Świebodzin jest w Lubuskiem)! Pławiłam się w blasku bijącym od jego korony! No dobra, to ostatnie to średnio, bo akurat było pochmurno. Ale widziałam! I co w związku z tym…? Cóż, jest duży. Tak, tego nie można mu odmówić. Wydaje mi się, że głowę – głównie chodzi mi tu o twarz – ma wykonaną całkiem ładnie, choć wyraz twarzy taki nie za radosny. Ale niżej to się zaczyna jakaś masakra. Nie wiem, czy czas gonił, czy za mało zapłacono wykonawcy, ale ten pomnik jest koszmarnie siermiężny. I tak, porównam go oczywiście z pomnikiem z Rio, bo trudno nie porównać. Tamten ma więcej detali, tkanina się ładniej układa, nie widać łączeń betonu i dzięki temu wszystkiemu jest w nim jakaś lekkość. A Świebodzin? To po prostu betonowy kloc, a tors poziomem dopracowania przywodzi na myśl piersi pierwszej Lary Croft. W dodatku pod samiuśki pomnik i tak nie wolno podejść z psem, bo to ziemia poświęcona i zakaz wstępu zwierząt. Dla mnie niezrozumiałe, bo jednak to nie jest wnętrze świątyni, więc nie wiem jak pies miałby sprofanować tę ziemię swoją obecnością. W rankingu pomników zdecydowanie wygrywa ziemniak z Biesiekierza!

No, to chyba już wszystko. Jakbym miała podsumować, to Lubuskie jest… no cóż, spoko. Całkiem spoko. Nie jest to może najlepsze miejsce, które można odwiedzić z psem, jeśli ktoś lubi zwiedzać coś więcej niż lasy i parki, ale na spokojnie można sobie zagospodarować te dwa tygodnie.

Zapas powideł strzeleckich! To już nie Lubuskie,
ale w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się 
w Strzelcach Dolnych. Ale o Strzelcach Dolnych
pisałam dwa lata temu :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...