środa, 11 lutego 2015

Moje własne pięć świeczek, czyli urodziny


(źródło)
Kawiarka ZaFraapowana kończy dziś dokładnie pięć lat. 11 lutego 2010 r. założyłam na blogowym serwisie Gazety.pl – o wdzięcznej nazwie Blox – swój kącik. Pięć lat i jedną przeprowadzkę później jestem tutaj. Chciałabym wierzyć, że w ciągu tego, nie aż tak spektakularnego po prawdzie, czasu coś się zmieniło: rozwinęłam się jako widz, czytelnik, grafoman czy cokolwiek innego; że nauczyłam się składniej wyrażać myśli. Faktem jest, że w ciągu tych pięciu lat żadne wydawnictwo nie groziło mi sądem ani żaden reżyser nie żądał usunięcia recenzji. Bah, nawet głupiej gównoburzy w komentarzach nie miałam – uważam to za osobistą porażkę i mam nadzieję, że w ciągu kolejnych pięciu lat uda mi się nadrobić te wszystkie zaległości. Bez tego nie ma fejmu.
Niemniej, skoro już są te blogowe urodziny, tak sobie myślałam od jakiegoś czasu, że wypadałoby coś dziś napisać – jakąś taką Specjalną Notkę. Na jakiś temat, którego zazwyczaj nie tykam.
I parę chwil później temat sam mi się narzucił.

Blogosfera. Ha! Nie wiem, czy użyłam tutaj kiedykolwiek tego słowa. Nie lubię go. Strasznie uogólnia, podczas gdy tak naprawdę chodzi o bardzo szeroki i niezwykle urozmaicony obszar internetów, na którym jedynym wspólnym mianownikiem jest… no… serio, ja nie widzę żadnego wspólnego mianownika – takiego, który by rzeczywiście dotyczył wszystkich blogów i stanowił podstawowy wyznacznik tego, czym jest blogosfera. Nawet sam fakt posiadania bloga nie do końca działa, ale nie o tym miałam. Bo mi dzisiaj tak konkretniej chodzi o blogi książkowe – i o przedziwny problem, który wykwitł nie tak dawno w mediach, a którego nie ogarniam tak bardzo.
Wbrew pozorom, do napisania tego posta nie skłonił mnie wcale epizod z pewnym niesławnym pisarzem, co to zbluzgał bogom ducha winną dziewuszkę, której nie spodobała się jego książka. O pisarzu tym mam opinię wyrobioną od dawna, toteż akcja dosyć po mnie spłynęła. Natomiast kiedy zobaczyłam zapis debaty „Fachowcy vs amatorzy, czyli jak nowe media zmieniły krytykę literacką”, strzelił mnie jasny piorun. Dopiero później, jak już wgryzłam się w temat, zauważyłam, że to się wszędzie powtarza: jakiś dziwaczny dylemat, czy blogi książkowe psują krytykę literacką, czy są lepsze czy gorsze i czy taki stan rzeczy należy zostawić, czy też może trzeba naprawiać świat.
Ale zacznę od tego, co mnie wkurzyło najbardziej, czyli od pierwszego (albo jednego z pierwszych) pytania, jakie padło we wspomnianej debacie:

„Jak się zyskuje prawo do publicznego mówienia na temat tego, co piszą twórcy, co piszą inni piszący o literaturze? W jaki sposób stajemy się kimś, z czyją opinią inni czytelnicy, zwykli czytelnicy muszą się zmierzyć? Kto nas uprawomocnia, w jaki sposób zdobywamy szlify uprawniające nas do występowania w przestrzeni publicznej?”

Okej. Spróbuję napisać to powoli i spokojnie:
Nikt nikomu nie daje prawa do pisania o książkach. Tak samo jak nikt nie może tego prawa odebrać. Jeśli tak mi się spodoba, mogę wystawić na podwórko krzesło, stanąć na nim i wykrzykiwać, które nagrodzone Nebulą powieści uważam za słabe. Ktoś może uznać, że pierdolę głupoty, ale nie może mi odmówić prawa do zrobienia tego (chyba że będę w znaczący sposób zakłócać ciszę nocną czy coś). Podobnie jest z pisaniem. Oczywiście, gdybym chciała swoje pisanie o literaturze wcisnąć do jakiegoś czasopisma, redaktor może uznać, że chyba mnie zdrowo pogięło i odrzucić mój tekst – niemniej dopóki nie usiłuję wciągnąć w to osób postronnych, mogę publicznie pisać co chcę i o czym chcę. Dlatego pytanie, jak się zyskuje prawo do publicznego mówienia na temat czegokolwiek, uważam za głupie i w sumie nieco szkodliwe. Bo mi to cuchnie cenzurą. I wiem, że pewnie przesadzam, ale nic na to nie poradzę.
Takie moje prawo.

A jednak kwestia „prawa do wypowiadania się” została podchwycona.

„(…) sposobem na weryfikację tego, kto ma prawo się wypowiadać, jest sam Internet – to, że ktoś nasze opinie czyta albo nie. Można mówić o różnych patologiach tego systemu, o „kółkach wzajemnej adoracji”, a z drugiej strony o hejterstwie, ale jednak mimo wszystko w sieci dobra treść broni się po prostu sama.”

Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem. To, że ktoś moją opinię czyta albo nie w żaden sposób nie świadczy o tym, czy mam prawo tę opinię publikować. Świadczy tylko o tym, że nie umiem ciekawie pisać. Ale nawet jeśli piszę zupełnie do bani, wciąż mam prawo wrzucać sobie te swoje wypociny na blogaska, choćby komuś się to straszliwie nie podobało.
Osobną sprawą są te „patologie” w postaci kółek wzajemnej adoracji – bo moim zdaniem ani to nie jest coś znamiennego tylko dla internetów, ani – szczególnie w tym kontekście – nie jest to żadną patologią, ale w sumie o tym za chwilę trochę więcej wspomnę, jeszcze tylko nieco popluję jadem w stronę tego, komu wolno a komu nie wolno pisać o literaturze:

„Czy trzeba być polonistą, żeby pisać o książkach?”

Nie. Mogę być wykwalifikowanym kierowcą wózka widłowego (chciałabym, tak nawiasem mówiąc…) i wciąż mogę pisać zarówno o książkach, jak i o historii odtwarzania tarpana leśnego.

W debacie jednak w końcu odczepili się od tego, kto może łaskawie pozwolić mi publicznie wypowiadać się o książkach – pojawił się temat właściwy: czy blogerska krytyka literacka jest do dupy i dlaczego tak.

Okej: abstrahuję tutaj zupełnie od tego, jak bardzo różnorodny jest poziom blogów okołoliterackich – bo wtedy można by się zagrzebać w przykładach, a nie o to chodzi. Załóżmy, że faktycznie mowa wyłącznie o tej części blogów, gdzie autorzy po prostu czytają bo lubią, a potem piszą w paru zdaniach, czy im się książka podobała czy nie. I dostają równie zwięzłe komentarze, bez głębokiej dyskusji nad środkami stylistycznymi zastosowanymi w omawianej książce.
A więc:

„(...) Recenzje w sieci odtwarzają pewne elementy tekstów krytycznoliterackich, tylko przyjmują nieco inną formę – są skrócone, bardziej dynamiczne, ich język jest nieco inny. (...) Każdy bloger książkowy, który chce w jakiś sposób się liczyć, musi udowodnić, że zna się na tym, co robi, że wie, o czym pisze. Musi udowodnić, że posiada wiedzę literaturoznawczą, że przeczytał w swoim życiu kilkaset czy nawet kilka tysięcy książek. (...) Blogerzy skupiają się raczej na konkretnych książkach, może nawet na własnych preferencjach czytelniczych, niż biorą pod uwagę kontekst krytycznoliteracki.”

Owszem, teksty na blogach przyjmują inną formę niż profesjonalne teksty krytycznoliterackie. Tak, blogerzy czytają zwykle to, co ich interesuje, mając w zadku konteksty. Yup, nie poczuwam się do bycia blogerką książkową (zresztą nie sądzę nawet, żebym przeczytała w dotychczasowym życiu te kilka tysięcy książek, smuteczek…), ale całkowicie rozumiem to podejście.
A wiecie, z czego ono wynika?
Z tego, że bloger nie pisze tekstu krytycznoliterackiego, na litość Jeżusia!
Blog w swoim pierwotnym założeniu był po prostu dziennikiem prowadzonym w sieci. Niezależnie od tego, jak wyewoluowała obecnie ta forma istnienia w Internecie, gdzieś u podstaw to wciąż jest ten osobisty dzienniczek, w którym mogę sobie zapisywać na przykład, jaki film ostatnio widziałam albo jaką książkę przeczytałam. Jeśli mnie to bawi, mogę to robić w sposób rozbudowany i profesjonalny, ale nie jest to moim obowiązkiem. Jeśli piszę na blogu notkę o Robin Hoodzie Pyle’a, nie myślę o tym w kategoriach analizy krytycznoliterackiej. Myślę o tym jako o powiedzeniu znajomym, że przeczytałam taką a taką książkę, podobała mi się. Dokładnie tak samo, jak mogłabym powiedzieć z piwem w ręku, w kuchni akademika. Albo podczas spotkania w kawiarni. Tyle tylko, że dzięki Internetowi to „grono znajomych” przybiera postać grona czytelników – najczęściej zresztą są to inni blogowicze, u których z kolei ja jestem czytelnikiem.
Tak, tworzą się grupki wzajemnej adoracji – a dlaczego nie uważam tego za „patologię”? Bo to przecież zupełnie naturalne w każdych relacjach – czy to internetowych, czy osobistych: ludzie tworzą sobie grupki, do których przynależność sprawia im frajdę. Jest wąskie grono bliskich znajomych, nieco szersze takich, których się widuje tylko na imprezach parę razy w roku – i tak dalej. Dlaczego jeśli ja i parę innych osób będziemy wrzucać sobie serduszka i radosne piski w komentarzach pod notkami to mamy do czynienia z patologią, a gdybyśmy radośnie piszczały w kawiarni – byłoby ok? Przecież jedyna różnica polega na platformie, na której odbywa się dialog.
Tak naprawdę wyważam otwarte drzwi, ponieważ to, o co mi chodzi, zwięźle i udatnie napisał swego czasu Misiael:

„Czy ich opinie zawsze są profesjonalne, wybitnie inteligentne, spójne i wyważone? Nie. Czy to coś złego? W żadnym razie, i to niezależnie od tego, co twierdzi Lewandowski. Dla mnie działalność blogerek książkowych to nie tyle krytyka, co internetowy ekwiwalent opowiadania o przeczytanych przez siebie książkach znajomym.”

Dlatego zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem, dlaczego krytycy literaccy dyskutują o blogach, jakby istniało tu jakieś współzawodnictwo. Jakby blogerzy chcieli wygryźć krytyków z interesu. Oczywiście nie mogę ręczyć za wszystkich, ale na moje oko, to jednak nie ma tu żadnej konkurencji i nie chcą wygryzać. Chcą po prostu opowiedzieć ludziom, z którymi z różnych względów nie mogą się spotkać przy piwie/herbacie, że przeczytali fajną albo niefajną książkę. Nie mają obowiązku silić się na oryginalną czy kontrowersyjną opinię tylko po to, żeby wciągnąć do dyskusji krytyka literackiego.

I dlatego też – tutaj jeszcze na momencik wrócę do pewnego niesławnego pisarza, co to bluzga ludzi – zupełnie nie rozumiem, jak można obrażać kogoś w imię tego, że ten ktoś na swoim własnym blogu za mało profesjonalnie napisał „nie podobała mi się ta książka”. Chciałoby się rzec: chcesz pan profesjonalnej krytyki? Idź pan do profesjonalnego krytyka, a nie do osoby, która po prostu dzieli się swoimi odczuciami z gronem internetowych znajomych.

Najgłupsze jest to, że tego typu debaty i ta dziwna, istniejąca również w mediach, chęć podciągnięcia blogów książkowych do poziomu czasopism krytycznoliterackich, chęć niemal odmówienia prawa do istnienia blogom, których autorzy po prostu piszą, że na przykład tego a tego bohatera polubili, mogą tylko narobić szkód. Bo – tu znów nawiążę do cytowanego już wpisu z Mistycyzmu Popkulturalnego – to fajne i cenne, że w dobie tak nagłaśnianego upadku czytelnictwa są ludzie, którym chce się czytać książki, namawiać innych do czytania książek i wymyślać coraz to nowe wyzwania, których celem ostatecznie przecież jest jak najszersza promocja czytania książek. I właśnie te nieprofesjonalne, niepełne i chaotyczne opinie często przekonują dużo lepiej, niż profesjonalne teksty krytycznoliterackie.
Znów muszę rzucić cytatem, bo mi się spodobało:
„Siłą blogera jest jego niedoskonałość. Odbiorcą książki czy każdego innego produktu są najczęściej osoby, które są niedoskonałe, nie mają kierunkowego wykształcenia itd. Nie trzeba być absolwentem polonistyki by czytać książkę, tak samo nie trzeba mieć dyplomu informatyka by korzystać z komputera. Jako przeciętny, niedoskonały nabywca ufam opinii innego niedoskonałego człeka, który powie mi co myśli o danym sprzęcie czy książce. I gwiżdżę na to czy profesjonalny recenzent bez dachu nad głową dostrzeże geniusz w "Mrocznej bohaterce" czy innym gniocie.”
Tak – to super, jeśli bloger ma chęci i umiejętności do popełniania głębszej analizy danego tekstu. Jeśli tylko umie o tym ciekawie napisać, mogę czytać, choćby wpis był długi jak diabli. Ale jeśli bloger nie ma chęci – to jego wybór i nikomu nic do tego. Jeśli chce pisać chaotycznie, bo w ten sposób biegną jego myśli – spoko, wolno mu. Jeśli olewa kontekst historyczno-kulturowy, a skupia się na tym, czy lubi czy nie lubi bohaterów – yup, też mu wolno, widocznie bohaterowie są dla niego ważni. Sama tak mam: dajcie mi ciekawych bohaterów, a dziabnę wszystko, choćby ci bohaterowie przez czterysta stron jedli bułkę. A jeśli jakiś krytyk literacki albo inny profesjonalista chce mi oznajmić, że wobec tego nie mam prawa pisać o książkach – to mam do powiedzenia w sumie tylko tyle:


Przypuszczam, że sporo zamieszania tak naprawdę wywołuje nadużywanie słowa „recenzja” – stosowanego wobec tekstów blogowych, które… no cóż, po prostu nie są recenzjami. Są opiniami, ale niekoniecznie recenzjami. Ja staram się unikać tego słowa w odniesieniu do tego, co piszę. Ale dość trudno o zgrabny zamiennik, no i ta „recenzja” jakoś się sama nasuwa, bo „opinia” jest z kolei zbyt ogólna i też nie wskazuje na to, czy mamy do czynienia z głębszą refleksją, czy ze stwierdzeniem „lubię placki”. „Dość Rozbudowana Opinia, Zawierająca Częściowy Opis Fabuły Omawianej Książki” też jakoś nie brzmi chwytliwie. No i potem pojawiają się pretensje do garbatego, że do ściany nie pasuje.

Do widzenia.

niedziela, 1 lutego 2015

Seksy pod piracką banderą, czyli "Black Sails"

Nie umiem w seriale. Zupełnie nie umiem. Jeśli już się za jakiś biorę, to muszę mieć solidny powód. Jeżuś jeden wie, jaki był powód, że zaczęłam oglądać Black Sails. Przypuszczam, że znów maczała w tym palce Kassandra. Choć nie przeczę, że mogłam być łatwym celem – w końcu to serial o piratach, no nie? Z kapitanem Flintem i całą resztą tałatajstwa od Stevensona, z dorzuconymi postaciami historycznymi. Co mogłoby pójść źle?
No więc cóż… wszystko.
Ok., ok., jestem niesprawiedliwa – wcale nie wszystko. Gdyby naprawdę było tak fatalnie, nie dotrwałabym do końca sezonu.

Do pozytywów trzeba zaliczyć niewątpliwie muzykę. To chyba muzyka kupiła mnie na starcie i pocieszała w smutnych chwilach, w których łamałam się nad głupotą bohaterów i intrygi. Muszę też przyznać, że podobały mi się widoczki – nawet jeśli komputerowe. Fakt, dopiero Siem przyuważyła, że w scenach popylających po morzu żaglowców, bandery powiewają pod wiatr. Ja tego nie widziałam i być może dlatego te widoczki oceniam pozytywnie. Ale kwestia bander dała mi do myślenia. Bo mi z kolei rzuciło się w oczy uzębienie bohaterów – wszyscy wyglądają jak samobieżne reklamy Colgate. Co tam, że piraci, że szkorbut i te sprawy. Rozczarowało mnie to tym bardziej, że przecież nawet w głupawych Piratach z Karaibów przyłożyli się bardziej do charakteryzacji. Black Sails tymczasem brzydko mi pachnie olaniem detali. Nie mogę opędzić się od wrażenia, że gdyby się przyjrzeć serialowi uważniej, takich kwiatków byłoby więcej. Jakkolwiek, ma się rozumieć, z ogromną radością powitałam fakt, że wreszcie odbiegli od modelu pirata a'la Sparrow, z milionem koralików i taką ilością makijażu na twarzy, że trzeba pływać okrętami o większym tonażu.

od lewej: Flint, Billy Bones, Gates
No i bohaterowie… mam z nimi niemały kłopot.
Po pierwsze: kobiety istnieją tylko po to, żeby pokazać cycki. Serio. Wszystkie. To znaczy ok., przystopowali nieco z Anne Bonny (Clara Paget), ale to jej pomaga tylko trochę, bo jeśli mam być szczera, jej postać jest dla mnie trochę nieogarnialna. Przez większość sezonu babeczka szlaja się i zerka spod kapelusza zupełnie bez celu. Niby ma jakieś wąty w związku z Max (Jessica Parker Kennedy), ale trudno właściwie stwierdzić, o co jej chodzi. Sama Max, choć gra głównie cyckami, spodobała mi się w aspekcie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Było to działanie niewiarygodnie głupie, ale kupuję je. Jeśli już jestem przy postaciach płci pięknej, to trzeba wspomnieć o pani Barlow (Louise Barnes) – kolejna postać, której nie czaję i która ma pretensje do garbatego, że do ściany nie pasuje. Ale byłaby dla mnie zwykłą, głupią arystokratką, gdyby nie to, że postanowili dorzucić jej scenę z księdzem. Minął kawałek czasu, odkąd tę scenę widziałam – jest zresztą dość krótka – ale ciągle się zastanawiam: co to miało na celu? Czy miało zbudować jakieś relacje między bohaterami? Czy miało mi coś o nich powiedzieć? O co ci chodzi, serialu?!
od lewej: Rackham, Vane, Anne Bonny
Mimo wszystko pani Barlow to pikuś w porównaniu z jedną z głównych postaci – panną Guthrie (Hannah New). W mojej opinii to jest po prostu bohaterka nieudana. Jedna z tych, przez które przestaję oglądać seriale. Podobną sytuację mieliśmy choćby w Trawce czy w Couguar Town. Serial usiłował wszystkimi sposobami powiedzieć widzowi, że bohaterka jest jakaś (różnie: silna, troskliwa, dobra itp.), a ja śledziłam jej działania i widziałam tylko egoistyczną zdzirę, której z niepojętego powodu nikt jeszcze nie nakopał do dupy. I taka właśnie jest Eleanor Guthrie: usilnie kreowana na konsekwentną, silną, twardą babeczkę, która rządzi interesem ojca i z którą liczą się wszyscy piraci i takie tam – ale każde jej działanie zupełnie przeczy tej kreacji. W końcu człowiek zupełnie już nie wie, o co tej babie chodzi, bo front zmienia mniej-więcej trzy razy na odcinek. Jedyne, co robi z biznesem ojca, to doprowadza go do ruiny, bo kompletnie nie potrafi zarządzać i podejmować korzystnych strategicznie decyzji. A już zupełnie mnie mierzi, że w sytuacji, w której najpierw panienka Guthrie zdradziła przyjaciela, a później przyjaciel zrobił coś nie po jej myśli, koniec końców to on ją przepraszał, a ona miała jakby czyste konto. Dlaczego, na litość Jeżusia?! Dlaczego nikt jej nie zasadzi takiego kopa, żeby wylądowała dopiero w Port Royal? I zupełnie by mi to wszystko nie przeszkadzało, gdyby ona taka miałą być: głupia i nieudolna, zdradzająca sojuszników i sama nieświadoma, o co jej w ogóle chodzi. Problem w tym, że serial wszystkimi innymi kanałami sugeruje mi coś wręcz przeciwnego. I to dlatego właśnie uważam, że jako postać jest po prostu nieudana. I dlatego w kategorii „nie lubię” wygrała z moim początkowym znienawidzonym typem nr 1, Silverem (Luke Arnold). Owszem, nie cierpię Silvera, ale nie cierpię go jako postaci, która ewidentnie ma być dupkiem – i jest nim w bardzo przekonujący sposób.
Podobny problem, moim zdaniem, ma Vane (Zach McGowan) – kreowany na okrutnego twardziela, postrach wszystkiego i wszystkich, który przez większość serialu szlaja się zupełnie bez celu tu i tam, potem znika ze sceny, nawalony jak szpadel, tu ma jakieś seksy, tam bardzo męsko je jabłko i to właściwie tyle. Wiem, wiem, jest też z jego udziałem Wielki Finał, ale dla mnie to w ogóle idiotyczny wątek – acz o tym później (jak nie zapomnę).
Na tym tle tak naprawdę bardzo korzystnie wypada Rackham (Toby Schmitz), do którego co prawda na początku podchodziłam raczej sceptycznie, ale który z odcinka na odcinek plusował. Był konsekwentny i chyba jako jedyny robił to, co do niego należało. Po obejrzeniu sezonu po prostu można o nim coś powiedzieć, jakoś scharakteryzować. Z innymi bohaterami bywa kłopot.
No i nie można zapominać o głównym bohaterze, Flincie (Toby Stephens). Po pierwsze chcę ogłosić, że moim zdaniem Stephens doskonale gra Tima Rotha i kiedy patrzyłam na Flinta, nie mogłam się opędzić od wrażenia, że są przynajmniej spokrewnieni. Po drugie, teraz, po skończeniu sezonu, naprawdę stwierdzam, że jego postać błyszczy na tle pozostałych. Nie chodzi o to, że go lubię bądź nie – chodzi o to, że Stephensowi świetnie wyszło pokazanie kolesia zapadającego się w obsesji. Nawet nie mogłam się oprzeć od porównania go z Jacksonowym Thorinem i prawdę mówiąc, wygrywa w tej konkurencji. Udało się zaprezentować żądzę skarbu i szaleństwo bez rozjeżdżania dźwięku, szeleszczącego „mój sssssssskarbie” i złotej trąbki. Uważam to za duży sukces tego serialu.

raz jeszcze Rackham, bo uwielbiam jego bryle
Jak zwykle za dużo gadam o bohaterach, za mało o innych sprawach… no cóż.
Intryga – mogłabym coś o niej napisać, gdybym ją rozumiała. Ale no naprawdę: ona jest w moim odczuciu tak zamotana, że nawet mi się nie chce za nią nadążać. Skoro bohaterowie w większości sami nie wiedzą, o co im chodzi, to trudno oczekiwać, żeby mnie to interesowało. Przeplata się za dużo wątków, które mają za dużo zwrotów – zaciemnia to zupełnie obraz i koniec końców wiem tylko tyle, że Flint chce skarb.
Fakt, że nie nadążyłam za fabułą, ma jeszcze jedną konsekwencję: nieszczególnie intryguje mnie, co będzie dalej. Zdaje się, że drugi sezon już trwa – ale mi po prostu się go nie chce oglądać. Może później, jak będzie już więcej odcinków, zrobię sobie jakiś maraton. Bo losy rozmemłanych bohaterów w rozmemłanych wątkach jakoś mnie nie kręcą. Spróbuję – ze względu na Rackhama i Flinta. Ale muszę do tego dojrzeć.
Inną sprawą jest, że nawet jak w serialu pojawia się jakiś fajny wątek, robią z nim idiotyczne rzeczy. Ot, Hornigold i jego twierdza: serio? Dwunastu chłopa ją zdobyło, ale żeby ją odbić, trzeba dwóch setek? Dlaczego? Nie kupuję tego. Tak, Vane musiał pokazać, że jest męski i groźny – doceniam próby, ale to ani nie jest wiarygodne, ani sam Vane nie wygląda dużo niebezpieczniej niż dotychczas, zwykły frajer z dwunastu chłopa. Nie rozumiem, czemu próbują go tak rozdmuchać. Albo Avery - stworzyli ciekawą postać, która ewidentnie ma za sobą spory kawał historii, jest jakaś odizolowana społeczność i w ogóle mogłoby tu być mnóstwo fajnych rzeczy. Ale nie ma. Bo nie. Bo to tak naprawdę tylko zupełnie epizodyczny fizdrygałek, którego sensem istnienia jest pokazanie, jak groźny jest Vane.


Serial bywa ładny. Brzmi ładnie. Panowie dostaną dużo cycków i nie tylko. Żeby być sprawiedliwą, muszę dodać, że panie mogą się cieszyć gołymi klatami i ubabranymi w ziemi penisami. Ale całościowo muszę stwierdzić, że serial jest jednak mocno nieudany. Może gdyby twórcy się bardziej przyłożyli, mogłoby coś z tego być, bo ufam, że te wszystkie historie mają potencjał. Tyle, że nie został wykorzystany.

sobota, 24 stycznia 2015

Vikingdom. Po prostu Vikingdom.

Zapewne będą spoilery, bo mi się nie chce robić tak, żeby ich nie było.

Za dzisiejszy wpis dziękuję Kassandrze, która – choć w sumie chyba nie do końca miała takie intencje – podsunęła mi ten film. Vikingdom: Krwawe Zaćmienie to dość świeżutka produkcja, bo z 2013 r., w reżyserii Yusry Abd Halima… Yusry’ego Abd… Abda… Kuźwa. Reżyserem jest Yusry Abd Halim. Jeśli przyjrzeć się liście płac na końcu, okaże się, że nazwisko to przewija się tam dość często, co w jakimś stopniu wyjaśnia dla mnie całkiem sporo. Nie jest to poziom The Room, gdzie Tommy Wiseau gdyby tylko mógł, to pewnie zagrałby również wszystkich bohaterów, niemniej widać dość wyraźnie, że to był rodzinny interes.
Sama nie wiem, od czego zacząć… Ten film jest naprawdę niezwykły. Nakręcony przed dwoma laty, a wygląda, jakby atakował widza wprost z lat osiemdziesiątych. Nasi dzielni i napakowani Wikingowie popitalają po scenie w perukach z mopa i wygłaszają drętwe gadki o tym, że są Wikingami. I że umrą jak Wiking. I będą walczyć jak Wiking. I żyć jak Wiking. Spodziewam się, że siedząc w sławojce, wznoszą bojowe okrzyki i machają toporami. Wiecie – jak Wiking, nie? Wiking ani na sekundę nie może zapomnieć, że przecież jest Wikingiem!
Oczywiście, w drużynie nie może zabraknąć podstawowego pakietu: Azjata-Łotrzyk, dupa głównego bohatera piękna Cycolina-Łuczniczka (biegająca po śnieżnych  pustkowiach w obcisłej kamizeleczce, bo czemu nie), Czarna Owca /Źle Oceniany Towarzysz z Mroczną Tajemnicą, no i nie wolno zapominać o Najlepszym Przyjacielu. Bohaterowie ani na sekundę nie wychodzą z przypisanych im ról, bo i po co. Z postaci drugoplanowych mamy też na przykład dwóch braci, którzy za dużo się naoglądali Władcy Pierścieni, ale ci na szczęście szybko giną. Wszyscy – no, może poza Cycoliną i Azjatą – gry uczyli się w tej samej szkole, co nasi aktorzy dubbingu, a więc nie mówią, tylko deklamują, a ich głosy są mroczne i charkotliwe, jakby panowie mieli nimi co najmniej kruszyć skały.
kadr z filmu - Frey
Celem bohaterów, ma się rozumieć, jest uśmiercenie Wielkiego Złego, czyli – w tym przypadku – Thora. Thor ma głos jeszcze mroczniejszy od pozostałych i za każdym razem, kiedy się odzywał, nie mogłam powstrzymać spazmów śmiechu. Ale powiedzmy sobie szczerze: jeśli aktor grający Thora nazywa się Conan, to chyba należy się przygotować na ostrą jazdę.
Thor jest zły bo jest, bo chce śmierci i zniszczenia, chaosu i wogle. Ma piękną, czerwoną perukę i wąsy, które w każdej chwili mogą mu odfrunąć. Ale żeby nie było, że się czepiam: młot tego Thora podobał mi się o wiele bardziej od tego marvelowskiego. Tutaj faktycznie to było coś, co miało swoje gabaryty i, chciałoby się rzec, wagę. O tej wadze jednak przemilczę, bo w jednej scenie młot ślicznie odbijał się od schodów, więc ten tego… Ale u Marvela oręż Thora wygląda jak zabawka wyciągnięta z płatków śniadaniowych, podczas gdy tutaj faktycznie bóg nosi kawał ustrojstwa.
Dla odmiany Thor naoglądał się za dużo Gwiezdnych Wojen, więc należy się przygotować na „Eirick, ajm jor fader”. Łotewer.
Przy okazji: nawiązanie do The Room nie jest tak całkiem bezzasadne – główny bohater, Eirick, naprawdę wygląda jak Tommy Wiseau. Znaczy no – podpakowany Wiseau. Z facjaty, fryzury i aktorstwa nie mogłam się opędzić od skojarzeń.

kadr z filmu
Oprócz bohaterów, ogromnym problemem filmu są efekty. Wiem, że zdarzało mi się narzekać na CGI w Hobbicie. Ślubuję już nigdy przez jakiś czas tego nie robić. Bo to, co pokazało Vikingdom, to komputerowa orgia dla oczu. Sztuczne było wszystko: niebo, góry, trawa, drzewa… Swoją drogą, rozkoszna była walka głównego bohatera z niedźwiedziem. Momentami niedźwiedź wyglądał prawie jak pacynka. Inna sprawa, że walka była śmiertelnie nudna i nie bardzo ogarniam, dlaczego Eirick w strategicznym momencie odrzucił broń… pewnie był tak wikiński, że użycie noża czy toporka by mu uwłaczało. Prawdziwy Wiking nokautuje niedźwiedzia bez koszuli i za pomocą piąchy.

Natomiast bardzo mieszane uczucia mam do fabuły. Naprawdę abstrahuję tutaj od tego, jak wygląda Frey i Freya w podświetlanych złotych kieckach i że mieli Azjatę zupełnie zdupywziętego. Jak również od tego, jak bardzo mroczny był Thor. Po prostu muszę przyznać, że ten badziewny film miał gdzieś tam, głęboko pod warstwą głupoty, złego aktorstwa i niskiego budżetu, przebłyski. Dało mi do myślenia samo to, że główny bohater, wspomniany już Eirick, nim zanurkował w lodowatym morzu, został nasmarowany łojem. Wow. Pomyśleli o tym. Ja bym nie pomyślała. Oczywiście „nasmarowanie” w praktyce oznaczało tyle, że laska pomiziała go nieco po klacie, a przyjaciel klepnął po ramieniu, ale to już kwestia realizacji. Ja doceniam jednak sam pomysł.
kadr z filmu (Brynna, której mrozy niestraszne)
Podobali mi się też odwiedzani po drodze królowie – to znaczy podobało mi się, jacy mogliby być, gdyby nie zostali tak skaszanieni. Po pierwsze więc, mieliśmy króla Wikingów – młodszego brata Eiricka. Imienia nie pamiętam, nieważne. Chodzi o to, że został zaprezentowany jako zły, zawistny, zazdrośnie strzegący swojego miejsca na tronie i tak dalej. Okej, mogłabym to kupić. Wyobraźmy sobie sytuację: starszy brat, król, ginie na polu bitwy. To dla młodszego szansa, żeby wreszcie być kimś. A potem nagle ten starszy wraca, bo go Freya przywróciła do życia. Młodszy mógłby być wkurzony. Mógłby mieć manię prześladowczą i mógłby być przekonany, że starszy lada moment upomni się o tron, nawet jeśli starszy zapewnia go, że w ogóle go to nie interesuje. Tak, to wszystko można by fajnie zrealizować. Ale Vikingdom realizuje to badziewnie, zamykają całą tę kwestię jednym głupim dialogiem, w którym mam wrażenie, że rozmawia ze sobą dwóch idiotów. I było mi autentycznie żal, kiedy to widziałam.
Eirick na swojej drodze napotyka też drugiego króla, Karla Rudobrodego. Nie polubiłam go tylko dlatego, że był Rudobrody! Naprawdę! …no dobrze, to poważnie przemawiało na jego korzyść, ale nie w tym rzecz. Też był złym władcą, ale innym od tego poprzedniego. Ten był tchórzliwy i rozpustny. I też można go było fajnie pokazać – jego i jego rządy. Ale zamknęli to w jednej głupiej scenie i schrzanili motyw, który mógł ładnie zagrać.
kadr z filmu (Źle Oceniany Towarzysz z Mroczną Tajemnicą)
Dalej: wspominałam, że Eirick nurkował w morzu – tak, nurkował bowiem do bramy Helheimu, by przejść w zaświaty i wydobyć stamtąd róg. Mniejsza o róg i o całą misję. Podobał mi się sam patent odwiedzenia zaświatów – ot, przefajny akcent w typie Odysa, trochę taki ukłon ku starożytności. Odwiedzanie zaświatów zawsze dobre. Tym bardziej, że spotkał tam ojca. I to też mogło być fajne – bo oczekiwał, że ojciec chleje z innymi w Valhalli, a tymczasem się okazuje, że niekoniecznie. To mogła być świetna konfrontacja. Mogły być emocje. Ale znów: zamknęli to w jednym głupawym dialogu. W ogóle pobyt w Helheimie był idiotycznie banalny i w żaden sposób nie udowodniono tego, co było gadane: że to takie trudne, że są straszliwe niebezpieczeństwa i takie tam. Pies, który miał być okrutną, czujną bestią, okazał się… cóż. Najpierw myślałam, że wygląda trochę jak Falkor po chorobie, ale jak pokazali go całego, to odniosłam wrażenie, że jednak wyszła mi bestia z Monty Pythona. Na łeb chyba poszedł cały budżet tego filmu, toteż korpusik był mały i kretyński, a cały stwór nie zrobił tak naprawdę nic ponad to, że trochę poryczał. Ok., zeżarł ojca, co mnie zastanawia na wiele sposobów. No bo raz: zjadł martwego kolesia – smaczne toto? Dwa: gdyby ojciec dla odmiany spitolił, zamiast dać się zeżreć, czy to by naprawdę coś zmieniło? Trzy: nie głupio wystawiać nad jeziorem strażnika, który boi się wody? No on autentycznie miał problem, bo jak tylko Eirick zanurkował, był bezpieczny.
kadr z filmu (druid i Eirick)
Ach, no tak, po ucieczce Eiricka z Helheimu mieliśmy jeszcze głupawą sekwencję wizji pod wodą, które wyglądały trochę jak pokaz slajdów. Wspominałam, że efekty w tym filmie zasysają na potęgę?
Sam zwrot akcji pod koniec, ujawnienie się tych złych, nie było złe. To znaczy chodzi mi po raz kolejny o pomysł. Faktycznie, nie przyszło mi do głowy, że ten gościu, który naoglądał się za dużo Hobbita i uwierzył, że też może być Thranduilem, będzie współpracował z najgorszym ze złych, samym ubermrocznym Thorem.


To zły film. Bardzo, bardzo zły film, z fatalnym, drewnianym aktorstwem, idiotycznymi kostiumami, boleśnie sztampowymi bohaterami (och, ten druid, który łypał na boki, żeby wyraźniej dać do zrozumienia, że jest taaaaki magiczny! – choć sam fakt, że był druidem i czerpał moc z natury – znów liczę jako plus), zupełnie beznadziejnymi kostiumami i charakteryzacją. I w mojej opinii jest tym gorszy, że wydaje mi się, jakby scenarzysta tu i ówdzie miał fajne pomysły, tylko one są wykastrowane i sprowadzone do bzdury. I mi szkoda. Ewidentnie widać, że jak się nie ma ani pieniędzy, ani umiejętności, należy odpuścić sobie robienie filmu. Bo tutaj zabrakło jednego i drugiego. Przez co Vikingdom jest tak złe, że nawet nie jest śmieszne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...