poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Jestę hipsterę, czyli dlaczego nie lubię Deadpoola

(źródło)
No dobra, dobra. To nie do końca tak, że film mi się w ogóle nie podobał. Ale no cóż… Dużo się o Deadpoolu nasłuchałam i naczytałam, zanim zdecydowałam się go obejrzeć. Widowisko, na które się szykowałam na podstawie tych wszystkich opisów, miało być dość głupkowate i proste fabularnie, natomiast mocno krwiste i – przede wszystkim – zabawne. To miało być coś zupełnie innego, niż dotychczasowe filmy spod znaku Marvela, które całą superbohaterską tematykę traktują jednak dość serio, nawet jeśli tu i ówdzie wciśnie się jakiś żart.
I obawiam się, że to były jednak zbyt wysokie oczekiwania.

Po pierwsze: sam główny bohater, nasz tytułowy Deadpool (Ryan Reynolds) – był po prostu irytujący i, co gorsza, nieprzekonujący jako zamaskowany potwór. Obawiam się, że film rozbił się o to samo, o co swego czasu Upiór w operze w reżyserii Joela Schumachera (chciałoby się rzec: „Schumacher schrzanił jakiś film? NIEMOŻLIWE!”). Tytułowy bohater, mający być potworem, istotą fizycznie szkaradną i zmuszoną do noszenia maski, żeby ludzie nie uciekali odeń z krzykiem, był… no, zwykłym gościem z nieco sponiewieraną skórą, to prawda, ale do przerażającego brzydactwa to jednak bardzo, bardzo odległą. Wspomniany już Upiór koniec końców okazał się przystojniakiem z blizną (nope, pacnięcie na twarz Gerarda Butlera blizny nie uczyni z tego pana brzydactwa, to tak nie działa). Deadpool nie był do tego stopnia skopany, ale kiedy się zastanowić, to tak naprawdę na czym polegał problem? Był po prostu poparzonym facetem. Nie miał żadnych odrażających deformacji ani niczego takiego. Naprawdę, tacy ludzie żyją i mają się nieźle. Dodatkowo, kiedy już miałam za sobą fazę „nie kupuję dramy głównego bohatera” (co jest dość słabe, bo wszak ta właśnie drama stała się motorem napędowym całego filmu), weszłam z fazę kolejną: „główny bohater jest męczący”. Na serio: nie zamykała mu się kłapaczka. Nawet gdyby jego humor był zbieżny z moim, to i tak przypuszczam, że po trzech kwadransach miałabym go po dziurki w nosie. Niestety, obawiam się, że nasze humory jednak nieco się rozjeżdżają, więc Deadpool zaczął mnie wnerwiać mniej-więcej po dziesięciu minutach.

O, i to była przyjemna scena. (źródło)
I tutaj wchodzę w „po drugie”: czyli humor. Przede wszystkim, mamy w filmie to nieszczęsne przebijanie czwartej ściany. Wiele. Wiele. Razy. I żeby nie było, ja nic nie mam przeciwko temu zabiegowi. Ale większość dowcipów ma tak, że bawią opowiedziane raz, może dwa. Ten sam żart opowiadany po raz fefnasty już tylko nudzi. Deadpool, niestety, opowiada nam jeden dowcip w kółko i nieustająco. A co nam oferuje oprócz tego? Parę dowcipasów orbitujących wokół jąder i dup. Serio? Tym mam się jarać? To jest takie dorosłe i zaklasyfikowane jako kategoria R? Bo jak dla mnie, to to raczej gimnazjum trochę. No tak, tak, było trochę krwi. Krew była fajna. Pan rozchlapujący się na znaku drogowym mnie nawet rozbawił. Ale jeśli chodzi o całą resztę humoru, byłam mocno zawiedziona. Podczas całego seansu uśmiechnęłam się z trzy razy, a rzeczywiście parsknęłam śmiechem raz. Dokładnie przy tej scenie:



Opublikowany przez TBOT na 1 kwietnia 2016

Nie żeby to był żart wcześniej niespotykany. Ale mimo wszystko wypadł fajnie – jak teraz o tym myślę, to może wynika z tego, że był jedynym takim dowcipem w filmie. Znamienne, hmm?

Po trzecie, irytowało mnie nacieranie się twórców tym, jak mały mieli budżet. Naprawdę, ja jestem tylko widzem, który chce się zagłębić w radosną jatkę z udziałem superbohaterów. Zakulisowe spięcia mnie nie interesują. Mam w nosie, czy Tim Miller dostał dużo czy mało pieniędzy, ja chcę widowisko, które mnie wciągnie. A jeśli widzę ewidentne bzduryzmy, takie jak szkoła X-Menów magicznie zamieszkała wyłącznie przez Colossusa (Stefan Kapicic) i wybuchająca laskę (Brianna Hildebrand), bo kurde nawet się nikomu nie chciało zainwestować w statystów, którzy zrobią w tle sztuczny tłum, to jednak mnie denerwuje. Widzę tu zwykłe lenistwo twórców. Bo kasa kasą, ale dlaczego to ma się odbijać na widzu? Przecież nie wymagam od razu, żeby pojawiali się Wolverine, Rogue i Gambit. Ja naprawdę mówię tylko o odrobinie zaangażowania, chlapnięciu trawy trochę bardziej na zielono – bez wielkich kosztów.

Widzicie go? Krwawią wam oczy? (źródło)
Ale jeśli pominąć te rzeczy (ach, no i wątek romantyczny, którego też za diabła nie kupuję), to co zostaje da się przecież oglądać. Przede wszystkim, całość ratują postacie drugoplanowe: Weasel (T.J. Miller) i Niewidoma Al (Leslie Uggams) byli bez porównania bardziej interesujący od tego wnerwiającego Deadpoola. Bah, nawet główny antagonista, Ajax (Ed Skrein) był od głównego bohatera lepszy. Przynajmniej czasami potrafił milczeć.
Trzeba też przyznać, że generalnie film ma wartką akcję i całkiem malownicze sceny przemocy. Toteż może nie zaśmiewałam się… okay, okay, może w ogóle się nie śmiałam podczas oglądania, niemniej nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś specjalnie nudziła. Ot, półtorej godziny głupawej sieczki, która mogłaby być o wiele zabawniejsza, o wiele bardziej wciągająca, ale jestem przekonana, że mogło być też dużo gorzej. Obejrzałam bez zgrzytania zębami, nie zamierzam jednak wracać do tego filmu. Moje życie nie zbiedniałoby, gdybym tego w ogóle nie widziała. Nie rozumiem fenomenu Deadpoola i chyba wcale nie mam ochoty zgłębiać tego tematu.




– I didn't ask to be super, and I'm no hero. But when you find out your worst enemy is after your best girl, the time has come to be a fucking superhero.

niedziela, 3 kwietnia 2016

"Geniusze fantastyki"... IN SPACE!



Autor: publikacja zbiorowa
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2016
Wydawca: Genius Creations

Okay, okay, przede wszystkim dorzuciłam „In space!” w tytule notki tylko dlatego, z „In space!” wszystko brzmi bardziej epicko, a ja zupełnie nie miałam pomysłu na coś związanego z tematem. Podobnie zresztą, jak nie mam pomysłu na ciąg dalszy. Usiłuję wyrzeźbić ten wpis od czterech tygodni, a mam wrażenie, ze ani trochę nie zbliżyłam się do celu.
Przy czym jestem w mocy dość konkretnie wyjaśnić, skąd się bierze ten mój problem: otóż urodzinowa publikacja Genius Creations to twór dość niezwykły. Bardzo (i mam tu na myśli: bardzo) obszerny zbiór opowiadań bardzo różnych autorów – i to różnych zarówno pod względem uprawianej twórczości, jak i doświadczenia na polu literackim. Dodatkowo wobec braku jednej myśli łączącej wszystkie opublikowane teksty, spajającej je jakkolwiek, czytelnik dostaje antologię, która miota nim na wszystkie strony: w kosmosy, do średniowiecza, we współczesność, z humorem i bez – ot, zero reguł. Plus jeszcze każdy z autorów mógł, zdaje się, dorzucić od siebie ile i czego chciał, więc mamy tekściki na parę stroniczek, a mamy bardzo obszerne historie, jak również całe serie danego autora, który – jak się wydaje – wytrząsnął do cna swoją szufladę.
To niesie ze sobą masę konsekwencji – zarówno pozytywnych, jak i tych nieco mniej pożądanych. Zacznę od tego, co mnie – czytelnika – męczyło:
Po pierwsze, skumulowanie tekstów jednego autora – ma się rozumieć: w tych przypadkach, w których autor dorzucił się większą liczbą opowiadań. I tak na przykład Michał Chmielewski miał fajne pomysły i na początku czytało się przyjemnie, ale już po Wszystkich Świętych byłam zwyczajnie znużona. Podobne odczucia miałam podczas lektury serii (oczywiście określenia „seria” używam tu mocno umownie – chodzi o to, że nagle dostajemy cztery czy pięć opowiadań od jednej osoby) Marii Dunkel: ciekawy klimat, ładne ugryzienie tematyki okołoreligijnej – ale ponieważ styl jednak nie porwał mnie aż tak, to po Judaszu zaczęłam odczuwać zmęczenie materiału. Najbardziej mi chyba żal zamordowania w ten sposób tekstów Daniela Nogala. Pierwsze z nich, Eggenburg pod Giewontem, zrobiło na mnie ogromnie pozytywne wrażenie: mniej-więcej znam miejsca, o których pisze autor. Bez problemów mogłam przekształcić je na realia pokazane w tekście. No i golemy, yay! Lubię golemy. A potem czytam kolejne opowiadanie, i cóż… no tak, tak golemy fajne, ale znowu…? I potem jeszcze jedno… i dopiero nekromanci z ostatniego opowiadania tego autora, Pan Mortimer, banshee i kiełbasa z dzika, znów mnie jakoś poderwały do pionu. A może to po prostu dlatego, że lubię nazwisko „Mortimer”…?
Po drugie, w antologii pojawiają się teksty, które już od dawna można przeczytać w otchłani internetów. Mam w tym temacie mieszane uczucia: owszem, fajnie mieć te opowiadania w jednym miejscu, móc sobie do nich wygodnie wrócić. Z drugiej jednak strony, odniosłam wrażenie, że antologia jest napchana trochę na siłę, byle więcej, nieważne co. Z trzeciej znów strony – co z tego, że jest napompowana? Wszak to ebook, a czytnik jest cierpliwy. Narzekałabym, gdybyśmy mówili o papierze. Acz nie przeczę, takiego na przykład Czarnego Romana Marcina Jamiołkowskiego, choć bardzo pozytywnie wspominam ten tekst, po prostu ominęłam. Bo miałam jeszcze pięćset stron innych rzeczy do przeczytania, a to naprawdę nie sprzyja robieniu powtórek.
Po trzecie, skakanie po gatunkach. Zupełnie to do mnie nie przemawia i teraz już wiem, że od antologii oczekuję jednak pewnej spójności. Jak sci-fi to sci-fi – oczywiście, może być różnorodne, ale jednak żeby mną nie rzucało zaraz w urban fantasy albo takie całkiem zwykłe fantasy, bo zwyczajnie nie umiem tak szybko przeskakiwać między klimatami. Przez tę różnorodność – nadmierną, w moim odczuciu – złapałam podczas czytania dystans do tych tekstów i przestałam się angażować emocjonalnie. A ja akurat lubię emocje przy czytaniu, więc mi żal.

I mam wrażenie, że sporo tutaj mógłby załatwić inny układ tekstów. Nie alfabetycznie autorami, tylko choćby gatunkami. Pokusiłabym się może nawet o wyszukanie podobieństw i próbę stopniowego zmieniania klimatu, choć oczywiście wiem, że przy tej liczbie tekstów to dość karkołomne. Ale myślę, że porządek bardziej przedmiotowy niż alfabetyczny to coś, czego brakuje Geniuszom….

Ale nie jest tak, że ta antologia mi się nie podoba, o nie!

Przede wszystkim, znalazłam w niej twórczość autorów, których dorobek znam i lubię – i nikt z nich nie zawiódł. Z prawdziwą przyjemnością zanurzyłam się w opowiadaniach Michała Cholewy, którego zresztą nie kojarzę zanadto z humorystycznych tekstów, a tu dostałam aż dwa… lub tylko dwa. Tak, paradoksalnie tutaj miałam mocne poczucie niedosytu (to bardzo zwięzłe historyjki, przez które błyskawicznie się przemyka) i pewnie zresztą to się odbiło na dość negatywnym odbiorze opowiadań Rafała Cuprjaka, które czytałam – chcąc nie chcąc – z nastrojem oscylującym wokół „Z czym do ludzi, nie ma tu Patriotycznej Ostrygi ani nic…”. Z równie radosnym entuzjazmem rzuciłam się na dwa opowiadania Pawła Majki, nawet jeśli jedno z nich już czytałam. Zawsze warto zanurzyć się w fantastyczny setting Pokoju światów, a do Koryckiego się coraz bardziej przekonuję. Nie mogę tu też, oczywiście, pominąć świetnych tekstów Agnieszki Hałas (Koriana umożliwiła mi powrót do dawno, dawno nieodwiedzanego świata Zmroczy – co do którego mam pewne zastrzeżenia, ale nie da się ukryć, że jest wyrazisty i zapada w czytelniczą pamięć) i Anny Kańtoch (Sztuka porozumienia jest zwyczajnie świetna – opisy, klimat, bohaterowie, zagadka – wszystko. Trudno nie polecić takiego tekstu), czy przyjemnie zabawnych opowiadań Marcina Jamiołkowskiego i Jacka Wróbla – którego, przyznaję, po raz pierwszy miałam okazję czytać bez związku z Haxerlinem (choć sympatyczny sprzedawca artefaktów również się pojawia w antologii). Z mieszanymi uczuciami wspominam o Igle Anny Hrycyszyn – nie dlatego, że mam jakieś wąty do tego opowiadania. Nie, nie mam żadnych. Uwielbiam ten tekst, tak jak swego czasu urzekła mnie historia profesora w Manifeście (Fantazje Zielonogórskie, 2012). To autorka, która pisze dokładnie tak, jak Fryy lubią czytać. Po prostu mam świadomość tego, że moje zachwyty są tu mało wiarygodne przez wzgląd na znajomość z autorką. No cóż…

Jeśli zaś chodzi o twórców, których jeszcze nie czytałam, to Geniusze… dali mi możliwość zaznajomienia się z mnogością nazwisk. Nie wszystkie te znajomości wypadły udanie (wspomniany już Rafał Cuprjak, u którego mam spory problem z narracją), ale na pewno niektórych autorów będę stalkować w oczekiwaniu na dalszą twórczość (przemówiła do mnie na przykład Marta Krajewska).
I zresztą tutaj właśnie widzę największą wartość antologii: nie w tym, że pojawiły się teksty, które znam i lubię. Ale dostałam możliwość zaznajomienia się dorobkiem ogromnej liczby autorów, których do tej pory nie znałam. A dzięki temu, że niektórzy dali od siebie po kilka opowiadań, mogłam się upewnić, że danego pisarza chyba faktycznie polubię (lub nie), a nie że akurat się trafił fajny/niefajny tekst. Czytelnik dostaje solidne próbki, na podstawie których może wyrobić sobie opinię o autorze. A że dostaje je za darmo, to cóż – zdecydowanie warto.

Antologia nie jest wolna od błędów. Ale trudno mi się o to jakoś szczególnie fochać. To ogromna publikacja, udostępniona czytelnikom za darmo, w trzech formatach (PDF, mobi, epub). Obowiązkowa pozycja dla tych, którzy szukają czegoś nowego w literaturze fantastycznej, ale trochę im szkoda pieniędzy czy czasu na obkładanie się kupionymi w ciemno książkami. Nie wszystkie opowiadania do mnie trafiły, ale jestem pewna, że to w dużej mierze kwestia gustu. Z doświadczenia mogę też odradzić czytanie Geniuszy… cięgiem – istnieje spore ryzyko wymęczenia. Myślę, że to antologia, którą należy czytać powoli. Spokojnie, nie po kolei, skacząc sobie wedle uznania od autora do autora, smakując poszczególne z przedstawionych światów. Jedno opowiadanie dziennie? Czemu nie. Starczy na dłużej.


[Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.]



– Spóźniła się pani! – Głos koordynatora projektu kipiał wściekłością. – Na odprawę przed startem! Piękny przykład niesubordynacji! I piękna wróżba na przyszłość!
Nikt spośród członków załóg zgromadzonych w pomieszczeniu nie próbował mu przerywać. Karan, sam jednocześnie zły i zaniepokojony, starał się zachować wyraz twarzy chłodnego profesjonalisty. Aurora zagryzała wargi, unikając wzroku przełożonych.
–Panie Wogsen, myślę, że nikt z nas nie wierzy we wróżby.
[Igła, Anna Hrycyszyn]

wtorek, 1 marca 2016

"Punkt cięcia", czyli wciąż lubię Brisbane'a

Autor: Michał Cholewa
Tytuł: Punkt cięcia
Cykl: Algorytm wojny
Miejsce i rok wydania: Ustroń 2013
Wydawca: WarBook

Ok. Kiedyś się nauczę, o co chodzi z tym wydawnictwem. Oni się nazywają WarBook? Ender? Kiczort… No mniejsza o to. Tak czy owak, to taka zaległa notka, która chyba w gruncie rzeczy miała nigdy nie powstać… to znaczy: kupiłam Punkt cięcia przedpremierowo, w paczce był też czwarty tom Kłamcy i w ogóle byłam wielce podjarana, że teraz będę czytać i co to nie ja. Odstawiłam książki na półkę i no… i Kłamca do tej pory tam stoi, nietknięty. Punkt cięcia jakiś czas temu wreszcie dziabnęłam, bo to trochę siara, że autor pisze szybciej niż ja czytam.
Przeczytałam i chciałam napisać notkę. Ale zły układ planet czy coś. I uznałam, że może jednak nie napiszę. Bo nie wiem jak. A potem w rozmowie z Siemomysłą naszło mnie, że chyba wiem jak. A potem znów minęło trochę czasu. I znów machnęłam na to ręką. A potem kolejna około-algorytmowo-wojenna rozmowa z Siem i wróciło uczucie, że jednak mam coś do powiedzenia.
I tak się bujałam, bujałam, no i właśnie rozmawiam z Siem po raz kolejny. Więc przy okazji piszę tę notkę. Może coś z tego wyjdzie. Na pewno będzie bez szczegółów, bo przeczytałam to już ładny kawał czasu temu i zwyczajnie w detalach bym się pogubiła.

Zacznę od Gambitu. Swego czasu, kiedy pisałam o pierwszym tomie Algorytmu wojny, wspomniałam, że mam problem z bohaterem zbiorowym i że ekipa Wierzby jest trochę mało pogłębiona. Nie wiem, czy w Punkcie cięcia jest pod tym względem lepiej – czy może to kwestia tego, że ja tych bohaterów już znam i siłą rzeczą łatwiej mi się do nich przywiązać, a z tomu na tom dowiaduję się nich więcej. W każdym razie o ile nie przekonywali mnie do końca w Gambicie, o tyle tutaj bez problemu zaangażowałam się w ich losy. Ze szczególną radością powitałam Brisbane’a, który funkcjonuje w mojej głowie jako bardzo interesujący gość – zimny, ale nie sukinsyn. Po prostu, sama nie wiem… strateg? Dowódca? I łatwo się do niego zrazić, bo brzydko robi sponiewieranym żołnierzom, których czytelnik lubi i którym współczuje, ale z drugiej strony, jeśli się zastanowić – kaman, ma solidne argumenty, żeby to robić. A to wojna, nie ma to tamto. Jednocześnie trudno mi nie zrozumieć czytelników, którzy Brisbane’a hejtują. Co w gruncie rzeczy chyba znaczy, że to świetnie napisana postać.
Chyba jeszcze bardziej niż w Gambicie, uwielbiam Wunderwaffe i Sokole Oko. Tradycyjnie sam Wierzba robi najmniejsze wrażenie z tego oddziału, nie bardzo umiem powiedzieć dlaczego. Tak naprawdę to nie jest tak, że jest bardziej mdły od pozostałych (ok, może od Niemca tak – ale ten akurat jest szczególnym przypadkiem). Może to kwestia zbytniego obnażenia bohatera przed czytelnikiem? Co wychodzi w sposób dość naturalny, skoro to właśnie z perspektywy Wierzby śledzimy wydarzenia. Znamy myśli Marcina, emocje, podejrzenia – wszystko podane na tacy. Nie mam czego być ciekawa w jego przypadku.
Dla odmiany nieco mniej zaangażowałam się w poczynania floty – zapewne dlatego, że byłam już nakręcona na wątek Wierzby, Brisbane’a i reszty, więc decyzje wierchuszki budziły tylko moje zniecierpliwienie, kiedy wrócimy do tamtych, zostawionych gdzieś po uszy w… no, w czymś, w czym można być po uszy. Dodatkowo pewnie działał tu fakt, że bohaterowie związani z tym wątkiem – Delanov, Kuerten – byli (albo ja mam sklerozę, czego nie wykluczam) nowi. Nie znałam ich z Gambitu, nie było między nami żadnej – choćby i cienkiej – nici przywiązania. Skoro więc miałam do wyboru ekipę mi obcą i tyle o ile już oswojoną, wybrałam tę oswojoną.
Z tego miejsca, oczywiście, pragnę wyrazić najgłębszy hejt w kierunku autora. Gdyż albowiem są bohaterowie, których się zabija i tacy, których zabijać nie wolno. No. PRYCH.

Jeśli idzie o świat, to nie przeczę: przywiązałam się do niego mniej niż do New Quebec z jego Mgłą. Kwestia tego, że wielkie miasta orientu mnie nieszczególnie jarają. Przyznać jednak trzeba, że klimat Fushun jest bardzo mocno odczuwalny, czytelnik może całkowicie wsiąknąć w dźwięki i światła gwarnej metropolii przyszłości. Jeśli ktoś to lubi – albo lubi w ogóle klimaty chińskie – myślę, że doskonale odnajdzie się w realiach Punktu cięcia.

Ostatnia rzecz, o której chcę wspomnieć, wykluła się tak naprawdę dopiero w czasie jednej z rozmów z Siemomysłą, bo przedtem w ogóle nie dostrzegałam problemu – kwestia samej wojny.
No bo tak: mamy dowództwo, które robi różne rzeczy, są szpiedzy Imperium, a w Unii nikt nie mówi wszystkiego co wie. Okręty w kosmosach się ustawiają, przestawiają, skaczą i strzelają. I to wszystko jest fajne, oczywiście. Są też żołnierze, którzy się ukrywają po krzaczorach, przemykają między magazynami i strzelają. I to też jest fajne. Tylko jesteśmy trochę na etapie „chłopcy rozstawiają zabawki i naparzają się żołnierzykami”. A – w moim ogarze przynajmniej – wojna to sprawa dotycząca nie tylko chłopców – w sensie nie tylko wojska. Jakkolwiek chciałoby się, żeby tak było. Ale po przeczytaniu dwóch tomów, nie mam pojęcia tak naprawdę, dlaczego właściwie miałabym kibicować Unii. A może wcale nie powinnam? Jak fakt przejęcia jakiejś planety przez Imperium odbije się na jakości życia na tej planecie? Czy w ogóle cała ta wojna ma dla cywilów jakiekolwiek znaczenie? Znaczy żeby nie było: wojna została wyniesiona w kosmosy, więc może i stała się czymś, przy czym cywile nie cierpią aż tak (wyjąwszy epizody, jak w Punkcie cięcia) jak w naszych czasach. Niemniej to sprawia, że brakuje mi szerszego tła, kontekstu i mam wrażenie, że ta wojna jest tak sama dla siebie. Mogliby przestać się tłuc i zacząć na przykład układać mozaiki. Czy dla kogoś to miałoby znaczenie?
Angażuję się w losy poszczególnych osób, ale zupełnie nie umiem przejąć się wojną jako taką.

A teraz: Forta. Już ją lubię ze względu na nazwę planety. I nie mam wątpliwości, że - zgodnie z tendencją zwyżkową z Gambitu i Punktu cięcia - będzie coraz lepiej.



[cytatu nie będzie, bo nie mam przy sobie książki :P ]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...