Serię Mad
Max – jak pewnie każdy – zawsze całkiem nieźle znałam. To znaczy:
wiedziałam, że młody i piękny Gibson, że pustynia i Tina Turner. Tyle tylko, że
prawdę mówiąc nie miałam kompletnie pewności, czy ja te filmy naprawdę
widziałam, czy może to było jak z Pulp
Fiction: rozpoznawałam w ciemno soundtrack wiele lat przed tym, jak
faktycznie obejrzałam film. Żeby nie żyć w niepewności, nim poszłam na Fury Road, obejrzałam cięgiem wszystkie poprzednie
części.
Przede wszystkim, ogromnie zaskoczył mnie
pierwszy z filmów. Niestety, było to zaskoczenie na minus. Nie chodzi nawet o
to, że nie poginali po pustyni dziwnymi bolidami – wszak nie byłby to pierwszy
z tytułów, gdzie ludzie kojarzą raczej klimat sequeli niż pierwowzoru (patrz: Rambo). Sęk w tym, że pierwszy Mad Max, z 1979 r., jest zwyczajnie nudny. I ma
tytuł od czapy. Max przewija się gdzieś w tle i ani trochę nie przykuwa uwagi
widza. Dla mnie przede wszystkim był tam Goose
(Steve Bisley) – to o nim można prędzej powiedzieć, że był szalony. Tymczasem
on chyba miał być tylko takim sidekickiem Maxa. Bo to Maxa nabudowali na samym
początku, kiedy przez pierwszy kwadrans filmu widzieliśmy ciemne okulary Maxa,
buty Maxa, rękawiczkę Maxa, tył głowy itp. No to widz się szykuje, że jak już
zobaczy Maxa w całości, to będzie wrażenie jak przy kurde Godzilli. A
tymczasem… lol nope. Tytułowy bohater
najpierw jest na tak odległym planie, że ledwo go widać, a jak w końcu wychodzi
na plan pierwszy, to jest jeszcze gorzej, bo śmiertelnie nudno. No wiecie: nie
spodziewałam się cudów, ale żeby się nudzić na Mad Maksie? Równie dobrze można by się nudzić na filmie o ludziach
zamkniętych w parku z wielkimi dinozaurami- oh
wait. Ale o tym innym razem.
Nie potrafię w żaden sposób uzasadnić, jakim
cudem Mel Gibson wypłynął na tej roli. Serio. Moim zdaniem równie dobrze Maxa
mogłaby zagrać lampa.
A potem robi się coraz dziwniej, kiedy w 1981 r. dostajemy Mad Max: The Road Warrior. Chodzi
mi tu o wciśnięcie między filmy zagłady nuklearnej. Gryzie mnie to. Niby George
Miller zachował, a nawet podkręcił złomiastą, zdezelowaną estetykę z jedynki,
niemniej czuję Wojownika Szos jako
zupełnie oddzielny film, który zupełnie przypadkiem ma podobny tytuł. Max z
dwójki nie ma właściwie nic wspólnego z policjantem z jedynki. Ot, jakieś niby
wspomnienia, które po prawdzie nie są filmowi do niczego potrzebne, bo bohater
w żaden sposób się z nimi nie mierzy, a ta przeszłość sprzed katastrofy nie ma
nic wspólnego z bieżącymi wydarzeniami. A tak naprawdę do pociągnięcia
pierwszej części nie trzeba było sięgać po atomówki. Mad Max pokazywał świat na krawędzi – świat, który przestał iść
naprzód, a raczej padł na kolana i jeszcze jakoś niemrawo pełznie. Swobodnie
można było kontynuować serię w tym samym stylu, coraz niżej i dalej, stopniowo.
Bez tego nagłego skoku w pustynię.
A jednak, jeśli nie oceniam jej jako
kontynuacji, a po prostu jako samodzielny film, dwójka wydaje mi się o niebo
lepsza od jedynki (co, prawdę mówiąc, nie jest szczególnie dużym osiągnięciem).
I nie chodzi o to, że yay, wreszcie mamy pustynię i wszystko jest jak należy.
Pierwszy Mad Max mógł być naprawdę
świetny, po prostu zabrakło chociażby bohaterów, którzy by go pociągnęli. Nie
za bardzo wiadomo, o kim to jest. W The
Road Warrior mamy już jakiś wyraźny konflikt i dużo bardziej wyraziste
postaci. Owszem, jest nieco naiwny podział na dobrych i złych, który był
bardziej zatarty w jedynce, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało. Dostaliśmy dużo
bardziej komiksową konwencję niż w pierwszej części, wszystko jest bardziej efekciarskie
i przerysowane, więc i podziały kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Oba filmy jednak mają przynajmniej jedną
wspólną cechę: wizerunek złoczyńców. To są tak bardzo antagoniści lat
osiemdziesiątych: tacy, których czas bezlitośnie pokonał. Antagoniści, którzy
dziś wzbudzają tylko śmiech i facepalma, bo nie może być mowy o szokowaniu czy
strachu. Czy to mowa o Obrzynaczu
(Hugh Keays-Byrne) z jedynki, czy o Weza
(Vernon Wells) z dwójki. Przepraszam, ale nie potrafię traktować poważnie
antagonisty, który świeci gołymi pośladami, no. Taka ze mnie konserwa.
 |
kadr z filmu: Mad Max: Beyond Thunderdome (uśmiech tego kolesia w durszlaku był co najmniej niepokojący) |
Kiedy wchodzimy w temat części trzeciej, Beyond Thunderdome, to się zmienia. Entity (Tina Turner) jest inteligentna
i niebezpieczna. Nie jest też taka do końca zła. Nie pasuje do wcześniejszych
antagonistów i więcej ma wspólnego raczej z tymi z najnowszej części cyklu.
Tym razem widz nie dostaje żadnego przeskoku w
świecie i czasie, wciąż tkwimy na tej samej pustyni co ostatnio – ale tutaj
najsilniej narosły we mnie wątpliwości podczas oglądania. Bo tak na zdrowy
rozum: seria zaczyna od pokazania nam dwudziesto-powiedzmy-pięcioletniego
policjanta. Potem wielkie KABOOM!, dajmy na to, że w filmie mija więcej czasu
niż za kamerą – powiedzmy, że z dziesięć lat. Bo przecież świat ma już za sobą
fazę zimy nuklearnej. Dobra, niech będzie, że dziesięć lat. W trójce dorzućmy
jeszcze parę lat, ale przecież nie za wiele, skoro tytułowy bohater wciąż jest
piękny i młody. A co tam, niech będzie, że minęło piętnaście lat od pierwszej
części. Zupełnie nie kupuję tego, jak głęboko siedzą już w tym nowym, pustynnym
świecie wszyscy ludzie. Choćby Nix
(Helen Buday) – ma ponad dwie dychy na karku, kiedy opowiada dzieciom o
kapitanie Walkerze. Jakim cudem tak bardzo nie ogarnia choćby idei miast.
Zakładam, że początek dzieciństwa spędziła w takim miejscu. I zupełnie bym się
tego nie czepiała, bo przecież film nie mówi nam, ile lat dokładnie minęło,
gdyby nie sam Max. Wyżej nerek nie podskoczymy, gościu po prostu jest za młody,
żeby to wszystko miało sens. To kolejny powód, dla których z serii Mad Max należałoby wywalić pierwszą
część, jako coś oddzielnego, jakąś próbkę, która do niczego nie jest potrzebna.
I tutaj wreszcie mogę przejść do ostatniego
filmu z cyklu, czyli Fury Road.
Stwierdzam: to absolutnie najlepszy z Mad Maxów. Po prostu. Myślę, że reżyser
wreszcie pokazał to, co chciał pokazać od samego początku: upadek ludzkości i
szaleństwo. Wreszcie dostajemy obłęd, choć nie tkwi on w tytułowym bohaterze.
Nie wiem: może przez te lata Miller sam poczynił jakieś postępy w sztuce, może to,
czego mu brakowało, to budżet. A może to kwestia mojego punktu widzenia i
faktu, że poprzednie części jednak mocno się postarzały (choćby wspomniani
antagoniści).
Idąc do kina, przede wszystkim obawiałam się,
że będzie mi przeszkadzał odtwórca głównej roli. Człowiek jest już tak
przyzwyczajony, że Mad Max = Mel Gibson, że trudno mi było wyobrazić sobie inną
opcję. Tutaj bohatera tytułowego gra Tom Hardy i… cóż, było mi wszystko jedno.
Naprawdę. Okazuje się, że Max jest postacią tak szalenie bez wyrazu, że może go
wciąż grać ta sama stara lampa, a można ją podmienić na doniczkę i wciąż będzie
tak samo whatever. Hardy dał radę. Po prostu.
Ale tym razem George Miller wrócił trochę do
tego, co było w jedynce: Max jest gdzieś obok. To nie jest film o nim, tylko o
innych – w tym przypadku o Cesarzowej Furiosie
(Charlize Theron). Żon nie liczę, bo bądźmy szczerzy: one są bagażem. Pakietem
Dam w Opresji, które trzeba ocalić, nawet jeśli któraś czasem pokaże jakieś
talenty. Istotnym bohaterem jest też Nux
(Nicholas Hoult), zresztą to moja całkowicie ulubiona postać.
Swoją drogą, sporo czytałam w internetach
opinii, jak to Fury Road wygrywa tym,
że ma świetną postać kobiecą, że Furiosa to normalnie czysty feminizm i jaki to
dobry film dzięki temu. Jakby to… nope,
nie widzę tego. Tak, Furiosa jest dobra. To fajna bohaterka, choć spotykałam
fajniejszych. Aye, przy okazji jest kobietą – to się czasem zdarza. Nie
potrafię na nią spojrzeć w odwrotnej kolejności – czyli głównie jako na
kobietę, potem jako na postać. Przepraszam, moim defektem jest to, że widząc człowieka,
widzę człowieka – płeć idzie w następnej kolejności. Tym bardziej, że tutaj ta
jej płeć nie miała większego znaczenia dla rozwoju fabuły.
Zresztą, to mi się akurat podoba we wszystkich Mad Maksach. Ten najnowszy nie jest
mniej ani bardziej feministyczny od poprzednich. Kobiety w tej serii są przede
wszystkim ludźmi i tak ich postrzegam: jako pełnoprawnych bohaterów, którzy nie
są tworzeni wyłącznie pod płeć. Wspomniana już Entity – wspaniała kobieta,
silna i niebezpieczna. A staruszka z jedynki? A wszystkie kobiety-obrończynie
osady z dwójki? W moim odczuciu to jest najbardziej feministyczna rzecz, jaką
można zrobić: sprawić, że postać kobieca jest… no, po prostu postacią, a nie
nośnikiem manifestów, płciowości itp.
 |
| kadr z filmu: Mad Max: Fury Road |
Wracając do Fury
Road.
Podobają mi się ukłony w stronę części poprzednich.
Mam tu na myśli pozytywkę (choć spodziewałam się, że będzie to jakoś
rozwinięte, nie wiem – dziewczyna jest córką dzikiego dzieciaka czy coś?), ale
też Wiecznego Joe (i tu znów Hugh
Keays-Byrne). Właściwie nie poznaliśmy nigdy prawdziwego imienia Obrzynacza,
więc kto go tam wie? Może to ponowne spotkanie (oj cicho, że niby jak po nim przejechała ciężarówka, to nie mógł tego przeżyć?). Lubię tak w każdym razie myśleć.
To dodaje smaczku filmowi.
Uwielbiam Trepy. Pomijając już to, że ciągle
mnie nurtuje, czy ich wygląd nie był odrobinę wzorowany na młodocianym szamanie
z wioski dzieci z Pod Kopułą Gromu,
to mam wrażenie, że w nich wreszcie Miller zdołał oddać to, co próbował od
samego początku: szaleństwo. W końcu widz dostał prawdziwy obłęd, fanatyzm w
wydaniu, który może zarówno niepokoić jak i wzruszać. Tak, bo mnie na przykład
totalnie wzruszyła rozmowa Nuxa z Joem, kiedy Nux został Wybrańcem i otrzymał
obietnicę wprowadzenia do Valhalli. Bo on w to wierzył tak bardzo. Był tak
bardzo zaangażowany – oni wszyscy byli. Hasło „Podziw!” zupełnie mnie rozwaliło
– i uświadomiłam sobie, że, biorąc pod uwagę realia, ja zupełnie rozumiem
Trepów. I oni są po prostu wspaniali. Nux był pechowcem, próbował zginąć w
chwale kilka razy i ciągle nie wychodziło – ale próbował nadal. Nie rezygnował.
Dlatego jeszcze bardziej niż w przypadku innych Trepów zaangażowałam się
emocjonalnie. Głupio mówić, ale uwielbiałam go i życzyłam mu śmierci z całego
serca. W nosie właściwie miałam, czy koniec końców będzie tym złym czy dobrym.
Chciałam, żeby wszedł do Valhalli.
To zresztą też – moim zdaniem – świadczy o
wyższości Fury Road nad poprzednimi
częściami: oto wreszcie ja – widz – angażuję się w losy bohaterów. Budzą
emocje, a nie tylko pusty śmiech. Między mną a poprzednimi częściami był
irytujący dystans, którego nie ma w najnowszym filmie z serii.
 |
kadr z filmu: Mad Max: Fury Road (Nux) |
A tu muszę przywołać internety.
Rusty napisała u siebie, że Wieczny Joe, Farmer
Kul i Ludożerca, trzej przywódcy połączonych sojuszem miast, to symbole dawnego
porządku i nie mają prawa bytu w obecnym świecie.
Nie – zupełnie tego nie widzę. Dla mnie oni
byli właśnie ludźmi, którzy współtworzyli ten nowy świat. Oczywiście, mieli
wyraźnie przypisane role – ojciec, bankier, sędzia. Ale to dla mnie właśnie stanowi
jeden z elementów świata po zagładzie: każdy ma rolę do odegrania. Trepy, Żony,
Matki, Ojciec, Bankier i Sędzia. To nie są czasy, gdzie można sobie zostać kim
się chce, gdzie można po pięciu latach pracy w ubezpieczeniach przerzucić się
na handel kaparami. Tu ludzie są symbolami. Przywódców to dotyczy jeszcze
mocniej: podwładni potrzebują silnych, wyrazistych symboli. Muszą wiedzieć,
czemu i komu służą.
Walka z trzema starcami jest moim zdaniem
właśnie walką z nowym porządkiem świata, który oni uosabiają – tym, który
nadszedł po wojnie nuklearnej i który zdecydowanie nie jest dobry.
Od strony czysto wizualnej: film jest piękny.
Dziwaczny przejazd przez bagna pasował raczej do jakiegoś obrazu Dalego niż do Mad Maxa – i bardzo wyraźnie zostaje w
pamięci. Tak samo jak burza – totalnie przepiękna burza, którą pokochałam od
pierwszego wejrzenia.
Pewnie są jakieś dziury fabularne. Na pewno są.
Chociażby: skoro Furiosa już wiele razy próbowała uciec, to czemu u licha jest
tą Cesarzową i prowadzi Machinę? Skąd takie pokłady zaufania?
Niemniej film mi się zdecydowanie podobał. To w
ogóle pewien ewenement, bo to seria, w której najsłabsza jest część pierwsza, za
to mamy bardzo mocną dwójkę i super mocną czwórkę, dokręconą po trzydziestu
latach. To się po prostu nie zdarza. Na chwilę obecną wiem, że będę Fury Road jeszcze oglądać. Pewnie nie
raz. Jest dynamiczny, ładny i ma świetnych bohaterów. Tytuł jest bardzo
adekwatny, bo rzeczywiście niemal cała akcja dzieje się na drodze. Gniewu też
jest dużo. Dobra rzecz. Bardzo, bardzo dobra rzecz.
Ach! Miałam nadzieję na więcej Ruskich w
jeżusiach. Smuteczek.
I live. I die. I live again!