niedziela, 7 czerwca 2015

"Ród" albo: nie jestem targetem Lyncha

Wciąż nie wiem, kim jest
babeczka na okładce.
Autor: Emil Strzeszewski
Tytuł: Ród
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2014
Wydawca: Genius Creations

Jakiś czas temu Siemomysła poleciła mi twórczość Emila Strzeszewskiego – głównie z naciskiem na Ektenię. Ja Siemowemu gustowi ufam, więc jak najbardziej wciągnęłam autora na listę „Do przeczytania”. Wisiał na niej jakiś czas, a wreszcie nadarzyła się okazja, że faktycznie sięgnęłam po jego twórczość – choć akurat nie po Ektenię, a po Ród.
Startowałam z czystą kartą – nie miałam bladego pojęcia, czego się spodziewać. Nie czytałam blurba ani nic. Tym, co mnie uderzyło na samym starcie, był styl: potoczysty, miejscami poetyzujący i pełen emocji. Narracja toczyła się powoli i niekoniecznie do przodu, czytelnik zaś kluczył między wspomnieniami a wręcz przeciwnie: zapowiedziami tego, co będzie. I zaskakująco łatwo dało się wskoczyć w ten rytm. To chyba temu zawdzięczam fakt, że płynnie i bez zastrzeżeń przeszłam chociażby przez coś w rodzaju notki biograficznej jednej z bohaterek na samym początku – choć zdaję sobie sprawę, że u kogoś innego i przy innym sposobie pisania to by było kliszowate, łzawe i po prostu słabe. Trącające okropnym banałem. Ale nie w Rodzie – tutaj wszystko zagrało i pasowało do całości.
W ogóle muszę przyznać, że pierwsza część – Matka – jest chyba moją ulubioną. Po pierwsze, jestem pozytywnie zaskoczona kobiecą pierwszoosobówką. Nie  mówię, że polubiłam główną bohaterkę – nie jest to typ kobiety, którą mogłabym polubić. W niczym to jednak nie przeszkadza temu, bym w nią uwierzyła i z zaciekawieniem śledziła jej losy. Choć fakt – chyba bardziej niż ona sama, zainteresowali mnie Adam i Zajęcza Warga. W szczególności ten drugi. No i to w Matce czytelnik poznaje niezwykły lokal, jakim jest Stoik. I tu muszę na chwilę odbiec od samego Rodu, Stoik bowiem spodobał mi się w dwojaki sposób – raz: po prostu jako świetnie pomyślane, fascynujące miejsce z tej właśnie powieści. Ale dwa: przez skojarzenie. Przywiódł mi na myśl Bibliotekarza Jelizarowa – a każdy, kto pi razy drzwi zna moje czytelnicze zamiłowania, wie, że Bibliotekarz mnie porwał, przemielił i wypluł, a potem przez jakiś czas nadal pozostawałam pod jego wpływem. W Stoiku dostrzegam podobne ujęcie magii jak w Bibliotekarzu. Owszem, u Jelizarowa chodziło o książki wywołujące coś w rodzaju transu, tutaj to wygląda zupełnie inaczej – w obu jednak przypadkach czytelnik ma do czynienia z czymś, do czego lgną zwykli, w ten czy inny sposób nieszczęśliwi ludzie; co sprawia, że zapominają o niespełnionych pragnieniach, planach i samotności. Nie wiadomo, co to jest i jak działa – ale uzależnia i daje jakiś ochłap szczęścia. Tak, Stoik zdecydowanie przypadł mi do gustu – no i dodatkowe plusy oczywiście lecą za sam fakt, że to właśnie „Stoik”, że ma agorę i stoa poikile, a pija się tam apateję. Jasne, przebijają tu autorskie zainteresowania, ale z tych zainteresowań zostało stworzone coś fajnego, a autor uniknął wykładów i wciskania czytelnikowi, co to nie on – rzecz trudna do przecenienia.

W części Ojciec jest już mniej Stoika, dodatkowo zabrakło moich ulubionych bohaterów, niemniej opowieść nadal wciąga. Moje główne zastrzeżenie dotyczy szachów – ale to zdecydowanie kwestia gustu, a nie żadna prawda objawiona i zarzut nieznoszący sprzeciwu. Po prostu mnie szachy nie jarają. Znam zasady, wiem, jak się ruszają figury, znam słowo „roszada” i nazwisko Kasparowa. I to właściwie tyle. Za dzieciaka grałam z tatą, adekwatną liczbę lat później zdarzyło mi się raz czy dwa z Ulvem – ale nie czuję szachów. Są dla mnie zbyt wymagające. A to właśnie szachy zdominowały Ojca. Jeśli ktoś chociaż odrobinę się tym sportem interesuje, będzie się tu czuł jak w ryba w wodzie. Ja historię śledziłam z zainteresowaniem głównie ze względu na echa poprzedniej opowieści – na tym etapie to są jeszcze drobiazgi, ale stopniowo gromadzi się ich coraz więcej.
W ogóle podoba mi się konstrukcja powieści – czytelnik stopniowo składa sobie dzieje tytułowego rodu i tak naprawdę do samego końca musi zachować czujność, żeby zapełnić wszystkie luki w tej historii.

Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o Mieście. Tak, mamy w Rodzie miasto Miasto. Na szczęście w tym akurat przypadku to bardzo trafiona nazwa. To dziwna przestrzeń, zawieszona nie do końca wiadomo gdzie. Nie wiadomo nawet, czy poza Miastem w ogóle coś istnieje. Miasto jest właściwie samo w sobie bohaterem. Nie do tego stopnia co posiadające własną świadomość terytoria w Pokoju światów, niemniej Miasto ma wyraźnie wyczuwalny charakter, serce i duszę. Wspominałam, że lubię, kiedy przestrzeń staje się bohaterem? No. Lubię i już. Dodatkowo przestrzeń, w której osadzona jest fabuła Rodu, bardzo mocno przypomina mi Sin City. Zarówno pod względem klimatu jak i kolorystyki. Uderzyło mnie to gdzieś na początku, kiedy była mowa o mężczyznach w czarnych garniturach i kobietach w czerwonych sukienkach. W ogóle kiedy teraz o tym myślę, nie wiem, czy w powieści pojawiają się inne kolory oprócz czerwieni i czerni przechodzącej we wszystkie odcienie szarości. Nie przypominam sobie wzmianek o błękitach czy zieleniach. I to też bardzo fajnie się komponuje z pointą, choć nie będę się nad tym rozwodzić, żeby nie spoilować ani nie narzucić interpretacji.

No właśnie – końcówka. Dolne Miasto robi ogromne wrażenie, temu nie mogę zaprzeczyć. Było w tym z jednej strony coś odświeżającego, bo czytelnik wreszcie zobaczył coś innego niż Miasto, z drugiej strony stanowiło to przecież dopełnienie tego, co poznaliśmy do tej pory. Niemniej odnośnie części Tron mam mieszane uczucia. Myślę, że po prostu na tym etapie już miałam za dużo metafizyki i kombinowania, kto z kim i dlaczego. W międzyczasie zdążyłam zapomnieć, kim w ogóle był Joseph K. (pomijam fakt, że ciągle kojarzył mi się z Kafką – i prawdę mówiąc, nadal nie wiem, czy to nawiązanie było celowe, czy wyszło przypadkiem). Zrobiło się gęsto od religii i wizji, z których nie bardzo wiedziałam, co się wydarzyło naprawdę, a co było halucynacją bohatera. I domyślam się zresztą, że ta niepewność to efekt zamierzony – i tu muszę nawiązać do tytułu notki: Ród jest dobry. I zakończenie też jest dobre, mocne, zostaje w głowie – zostają kości, zostaje Pan Pneuma, zdzieranie taśmy z lustra i tak dalej. Po prostu to chyba nie do końca moje klimaty. Czytało mi się dobrze, ale po wszystkim właściwie nie wiem, co o tym myśleć. Nie mam siły się zastanawiać – może to jak z szachami: komuś może się spodobać, ale dla mnie jest zbyt wymagające.
Aha, w ogóle to nie wspomniałam o Panu Pneumie – podoba mi się pomysł. Uwielbiam fakt, że nazywa się go właśnie Pneumą, a nie innymi, dobrze znanymi słowami, które czytelnika od razu nastawiają w pewien określony sposób. „Pneuma” ma nieco inne znaczenie i pozwala patrzeć na tekst w oderwaniu od chrześcijaństwa. I niby tylko imię, a jednak dużo robi.
Zresztą, to nie jedyny detal, który dużo robi – szalenie mi się na przykład spodobał motyw z trzymaniem papierosa w lewej ręce. Znów: niby nie ma to wielkiego znaczenia, ale czytelnik to pamięta.

Nie byłabym sobą, gdybym jeszcze nie posmęciła na nieistotne pierdoły: mam wrażenie, że pod koniec redakcja była nieco zmęczona – bo w którymś momencie pojawiło się sporo powtórzeń. Nie aż tyle, żeby przeszkadzało, po prostu mam wrażenie, że wcześniej ich nie ma, a pojawiły się dopiero po pewnym czasie. Ale tak naprawdę mam tylko jedną wątpliwość, która zresztą mnie naszła na samym początku: w pewnym momencie mamy dialog:
„– Widziałam, jak wchodzisz na podwyższenie…
– Na agorę.
– Na agorę. Mówiłeś coś, ale nic nie było słychać.”

…a niewiele później inny dialog, przeprowadzony przez te same osoby:
„– Idź na agorę.
– Gdzie?
– Na mównicę. Na podwyższenie.
– A, to tam, gdzie ty wtedy stałeś.
Zrobił zaskoczoną minę.
– Nie wiedziałem, że mnie widziałaś…”

Ale dobra, może bohater ma krótką pamięć czy coś. A może to ja coś pomieszałam.
No i jeden, ostatni czep: Doowyloh – czy ja wiem? Żart zaskakująco trywialny jak na tak nietrywialną książkę. Jakoś nie pasował.

Ród jest tak naprawdę świetny – wymagający myślenia, pełen emocji i sugestywnych obrazów. Rzeczywistość miesza się z urojeniami, a czytelnik sam do końca nie wie, czy porusza się po znanym mu świecie, czy po piekle, czy jeszcze gdzie indziej. Mnie zafascynowały Greka i Stoik (co w moim przypadku jest dość oczywiste). Jestem pewna, że wielu może zafascynować funkcja szachów w całej historii. Pozaznaczałam sobie całkiem sporo cytatów, które podobały mi się z różnych względów. Natomiast czuję, że nie jestem targetem dla tej książki. To jak z filmami Lyncha: nie mam powodów przypuszczać, że są złe – wręcz przypuszczam, że to bardzo wartościowe produkcje. Po prostu nie są przeznaczone dla mnie.
Niemniej Ród polecam. Komuś.
Aha – aluzja do American Beauty – cudność.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.



I wtedy na środek lokalu wyszedł Adam. Wyłonił się nagle, jakby był tu cały czas, tylko ukryty, rozwodniony w zupie obojętnie patrzących ludzi. Stanął na podwyższeniu i otworzył usta.
Z gardła jednak nie wydobył się żaden dźwięk.
Dopiero potem dotarło do mnie, że wsłuchiwałam się w uczucia, które z siebie wyrzucał.

Opuściłam Stoik nad ranem, pełna niczego, pusta we wszystkim.

wtorek, 2 czerwca 2015

Kto fałszuje w "Chórze zapomnianych głosów"?

Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Chór zapomnianych głosów
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2014
Wydawca: Genius Creations

Jest powód, dla którego nie czytuję przed lekturą książki żadnych recenzji. Właściwie jest wiele takich powodów, ale jednym z nich jest bezwiedne konkretyzowanie sobie oczekiwań pod wpływem cudzej opinii. W przypadku Chóru zapomnianych głosów z jakiegoś powodu jednak sięgnęłam po jakieś losowe – nie wiem, odruchowo jakoś. Nie wczytywałam się, ale z pojedynczych fragmentów zbudowałam sobie obraz Remigiusza Mroza jako następcy Clarke’a, Asimova, Robinsona i Dicka razem wziętych. Cóż – mój błąd, pretensje mam tylko do siebie.

Choć dość szybko przekonałam się, że o pierwotnych oczekiwaniach mogę zapomnieć, wciąż jednak zapowiadało się fajnie. Pierwszy rozdział ma rzeczywiście mocny klimat z nutką grozy – bohaterowie budzą się, jest trochę zbędnego, ale przecież zawsze atrakcyjnego gore, brodzenie we flakach, ciemno, pusto i jakiś tajemniczy napastnik. Nie wiadomo co, kto, dlaczego. Jak nie przepadam za survival horrorami, tak tutaj mnie to wciągnęło i stwierdziłam, że dla fabuły jestem skłonna przeżyć jakoś pewne mankamenty, o których wspomnę później.
Okazało się jednak, że to tylko taki wstęp był – później tekst traci tę atmosferę tajemnicy i osaczenia. Z jednej strony szkoda, bo to było dość wkręcające, z drugiej – nie narzekam, bo kontakty z obcymi cywilizacjami i eksploracja nieznanych planet to tematy, które ze wszech miar mnie jarają.
Co chcę powiedzieć, to że fabularnie rzecz mi się podobała. Powieść nie była tym, czego oczekiwałam po przeczytaniu początku, ale i tak przypadło mi do gustu. Wyjątkiem jest końcówka, ostatnie 15-20%. W moim odczuciu była za długa i niepotrzebnie przeładowana kolejnymi plot twistami. I kolejnymi… I kolejnymi. Przy trzeciej zmyłce typu „ha-ha! A on myślał, że przechytrzył tamtego, ale tamten to wszystko ukartował!” zwyczajnie przestałam wierzyć tekstowi i w myślach już czekałam na kolejny wielce nieoczekiwany zwrot. I tu nasuwa mi się skojarzenie z książką, której co prawda nie czytałam, ale o której słyszałam tyle, że czuję się, jakbym znała ją na wylot: Pieśni Lodu i Ognia. Ludzie zarzucają Martinowi, że przez to, jak wielu bohaterów zabił, czytelnik po prostu przestaje się do nich przywiązywać. Bo po co, skoro i tak zginą? Śmierć szokuje i zasmuca za pierwszym-drugim razem. Za szóstym już jakby mniej. I podobnie jest tutaj. Nuży tym bardziej, że na tym etapie czytelnik zna już rozwiązanie głównej tajemnicy, więc to takie memłanie pointy

Innym problemem powieści jest okropne, nachalne obnoszenie się z riserczem. Bardzo dobrze rozumiem, że jak się rzetelnie przygotowujemy do jakiegoś tematu albo jeśli po prostu coś jest naszym konikiem, to korci, żeby wszyscy inni dowiedzieli się, jaką mamy wiedzę. A jednak mi – czytelnikowi – to ani trochę nie imponuje, za to dość skutecznie irytuje i wytrąca z rytmu. Tak, to bardzo fajnie, że ISS Leavitt nosi nazwę po astronomce, ale czy naprawdę nie obeszłoby się bez przytoczenia jej biografii? Zwłaszcza że i tak dobrze wiemy, ze ten statek to ISS Challenger, tylko w międzyczasie jakoś mu się wzięło i zmieniło nazwę (no dobra, tu tak naprawdę czepiam się na wyrost – to potknięcie redaktorskie, a nie ma ich tak znowu wielu, żeby jakoś specjalnie wieszać psy. Statków było sporo, wcale się nie dziwię, że mogło się coś pomieszać). Fajnie też, że ludzie potrafią jeszcze korzystać z tej książeczki, choć bardziej mnie to bawiło niż budziło nabożną cześć dla faktu, że zomg łacina. Bo wiecie – w sumie zupełnie nie ogarnęłam, dlaczego ci, którzy się tą łaciną w powieści posługują, mieliby być skazani na powtarzanie fraz z klasyków. Nic za tym nie przemawia – poza słowem narratora. Wyczuwam w tym pójście na skróty.
A w sumie skoro już jestem przy pójściu na skróty: są i inne pomniejsze rzeczy, na które budził się we mnie sprzeciw: zdejmowanie hełmów na obcej planecie? Checked. Prometeusz approves, a kapitan Kirk byłby dumny. Mamy też świetnego kapitana, który jest świetny, mimo że to aspołeczny buc i z nikim się nie dogaduje – pada stwierdzenie, że „umiejętności interpersonalne nie były konieczne, by dowodzić statkiem”. Ok – dla mnie to bzdura. Nie będę przywoływać świetnego odcinka Star Treka, gdzie było pokazane na przykładzie Spocka, jak bardzo to bzdura. Ale wystarczy się zastanowić: dowodzenie statkiem polega właśnie na dowodzeniu ludźmi. Załogą tego statku. I nie twierdzę, że od razu trzeba się z nimi bratać i kochać, ale do zbudowania sobie autorytetu także są potrzebne zdolności interpersonalne, sorry. No i jeszcze główny dramat bohaterów, czyli domniemanie, że ludzkość na dalekiej Ziemi wyginęła – ja ciągle zachodzę w głowę, skąd oni wyciągnęli tak daleko idący wniosek. Powiem tak: to, że rozładowała mi się bateria w komórce, nie oznacza, że umarłam. Serio. A w Chórze… mamy analogiczną sytuację, tylko na większą skalę. Nie wiem, naprawdę, jakimi drogami biegły myśli bohaterów powieści. Pewnie jakoś równolegle do myśli projektanta skafandrów, który reflektory umieścił na rękawicach – bo wiadomo, że badaczom obcych światów będzie się szło totalnie najwygodniej w pozycji „na Supermana”, z pięściami wystawionymi do przodu. Seems legit.

Ale prawdę mówiąc, fabuła jest na tyle fajna, że nie zwróciłabym uwagi na pokazywanie mi paluchem „paczaj, jak się na tym znam!”, wplecione w dialogi i narrację miniwykłady, zabawną łacinę czy nawet to rozwleczone zakończenie. Gwoździem do trumny okazali się być bohaterowie.
I to jest właśnie coś, co mnie tknęło już na samym początku, kiedy wsiąkałam w ten horrorowy klimacik: o bohaterach mogę powiedzieć tyle, że są. Mają imiona i funkcje, wykonują różne czynności – i tyle. To okrutnie mdła zbieranina. Wyjątkiem jest Dija Udin, który ugina się pod gigantyczną etykietą „wulgarny cham”. W jednej z recenzji w otchłani Internetu wyczytałam, że dwaj najważniejsi bohaterowie – wspomniany Udin i Skandynaw Håkon – są fajni i zabawni z powodu „wrednego humoru i wzajemnej złośliwości”. Nie do końca wiem, czy wredne i złośliwe było „Kolorowych koszmarów, sukinsynu”, czy może „Hallford, mógłbyś nas zostawić? Zaczynamy się dogadywać. Sukinsyn liczy pewnie później na pojednawczy seks, ale gdy o to chodzi, będę musiał odesłać go do ciebie”. Przepraszam, ale chyba w powieści nie widziałam ani jednej złośliwości, za to całkiem sporo chamstwa prosto z jakiejś szemranej podstawówki. Ot, dzieci się nauczyły paru brzydkich słów. Hura.
Myślę, że wiem, do czego tekst zmierzał, jeśli chodzi o tych dwóch: męska przyjaźń oparta na przeciwieństwach, panowie sobie przygadują, ale jak przychodzi co do czego, to jeden za drugiego by se rękę dał uciąć i takie tam, choć żaden się do tego nie przyzna. Ok: no więc nie wyszło. Wrzucanie w co drugą wypowiedź „sukinsynu” nie zrobi męskiej przyjaźni. W ogóle nie zrobi przyjaźni – bohaterów kompletnie nic nie łączy, a narrator nagle ni z gruszki zaczyna nazywać ich przyjaciółmi. Przyznam, że się zawiesiłam, kiedy to słowo padło po raz pierwszy. Czułam się, jakbym pominęła parę stron czy coś. Zresztą, podobnie jak z tą przyjaźnią, wygląda sytuacja z wątkiem romantycznym: bohaterów nic nie łączy, nie ma chemii, nic nie ma – po prostu w którymś momencie czytelnik jest postawiony przed faktem dokonanym: ona i on się kochają. Bo tak.
Najkrócej mówiąc: budowanie relacji między bohaterami Chóru… wygląda dla mnie w ten sposób:


Mam wrażenie, że to mogłaby być rewelacyjna powieść, gdyby tylko ją dopracować. Ma w sobie świetny klimat, niezwykłą tajemnicę, ogromny rozmach. Psuje to masa niedoróbek, mniejszych jak i większych, które z czasem naprawdę zaczęły mnie irytować. Gdzieś wyczytałam, że autor planuje drugi tom. I jestem nawet ciekawa, czy będzie widać jakąś poprawę. Byłaby wielka szkoda, gdyby nie.


[Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Genius Creations.]




Śluza na pokład dowódczy była otwarta na oścież. W progu leżał załogant z rozłupaną klatką piersiową. Biel połamanych kości, wystających ze skręconych zwłok, przyprawiła astrochemika o mdłości. Po mundurze wnioskował, że nieszczęśnik nosił stopień chorążego. Lindberg obrócił się przez ramię, słysząc, jak przyspiesza mu oddech. System alarmowy cicho zawodził, prócz tego nie słychać było niczego.
Dija Udin wszedł na mostek, omiatając wzrokiem pomieszczenie.
– Co tu się, kurwa, stało? – zapytał.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Za jakie grzechy, Wolverinie?

Jakiś czas temu marudziłam na to, jak bardzo nie podoba mi się idea rebootów i jak moim zdaniem ssie Pierwsza klasa. Obawiam się, że dziś jestem zmuszona kontynuować obrządek, który pokrótce sprowadza się do plucia hejtem we wszystko, co nie jest oryginalną trylogią o X-Menach. Dziś bowiem mój opóźniony refleks ogarnął się wreszcie na tyle, że obejrzałam X-Men Geneza: Wolverine z 2009 roku, a potem, korzystając z ciągu, Wolverine z roku 2013.
Polecę chronologicznie – zresztą, o pierwszym z filmów mam chyba do powiedzenia nieco więcej.

W ogóle sama idea powstania tego filmu jest dla mnie fatalnym strzałem w stopę i czymś, co nigdy nie powinno było zaistnieć. Rzecz w tym, że do tej pory aura tajemniczości, utrata pamięci i jakieś dziwne echa przeszłości w dużym stopniu „robiły” Wolverina. Sprawiały, że był interesującym bohaterem – widz sobie z tych strzępów składał historię postaci. No kurde, chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, dlaczego tajemniczość jest fajna, prawda? Zawsze była i pewnie zawsze będzie.
Toteż wyłożenie całej tej historii w postaci oddzielnego filmu w dużym stopniu po prostu tego bidnego Wolverina zabija. Zostaje nam nabzdyczony osiłek z wiecznie zmarszczonym czołem (serio, on ma dwie miny: spode łba i trochę bardziej) – wszystko o nim wiemy i nagle okazuje się, że bohater nie ma nam już nic więcej do zaoferowania. No i w ogóle błagam: nadanie sobie samemu ksywki jest jakieś takie przykre...
No ale dobra, włączając film wiedziałam, z czym będę miała do czynienia, więc oglądałam na własną odpowiedzialność. Jakkolwiek ze wszech miar nie spodobały mi się same założenia tej produkcji, mogło być przynajmniej fajnie zrealizowane.

Takich obrazków jest wiele. Bardzo. Wiele.
Ech, ech.
To znaczy ok, dawał radę sam początek i streszczona w zwięzłych i wymownych obrazach historia braci i tego, jak żyli kiedyś. A potem był epizod ze złym, złym Strykerem (Danny Huston, którego swoją drogą bardzo lubię), po którym to epizodzie nastąpiła spektakularna zapaść. Rozmemłane pokazywanie sielanki Wolverina z Kaylą (Lynn Collins) było… cóż: rozmemłane. Widz doskonale wiedział, jak to się skończy. Załapał po pierwszej scenie, że tak, super, są szczęśliwi. A później Wolverine nie będzie szczęśliwy. Jedźmy dalej, filmie! Ale nie – film dalej wałkuje ten etap z życia bohatera, zupełnie jakby miało tam być cokolwiek, co widza jakoś zaskoczy albo przynajmniej zainteresuje. Kończy się ten epizod, oczywiście, w jedyny sposób, w jaki mógłby się skończyć. Brakowało jeszcze tylko tego, żeby Kayla była w ciąży, a w ostatniej rozmowie planowali np. wyjazd na wymarzoną podróż dookoła świata czy coś takiego. Blah.
Za to reżyser zaserwował nam przepięknie klasyczną scenę, w której bohater klęczy nad trupem bliskiej osoby, drze ryja, a kamera odjeżdża pod niebo – ostatni raz taki efekt widziałam w którymś Strasznym filmie.
I to jest zresztą jeden z głównych zarzutów: Geneza bazuje na kliszach. Na zupełnie wyświechtanych motywach, typu właśnie wrzask i odjeżdżająca w górę kamera, typu cholerne niepatrzenie na eksplozje, rychła śmierć Murzyna i tak dalej. Nie proponuje żadnych własnych rozwiązań, nie pokazuje niczego, co mogłoby zaskoczyć. Ani w warstwie fabularnej, ani wizualnej. To sprawia, że prawdę mówiąc film można opowiedzieć bez oglądania. I to z detalami. Bah! Przy spotkaniu Wolverina z Szablozębnym (Lev Schreiber, swoją drogą postać wyszła bardzo fajnie i to chyba jedyne światełko w tym tunelu) ten ostatni powitał brata słowami „Well, well, well!” – spłakałam się ze śmiechu, ale nie powinien mnie winić nikt, kto widział ten odcinek Galavanta:


Niemniej nie mogę powiedzieć, że źle się bawiłam podczas seansu. Film był durny, zły już z założenia, badziewie wykonany, miałam wrażenie, jakby ani scenarzystom, ani reżyserowi się po prostu nie chciało, całość leciała na zaśmierdłych banałach i nie oferowała niczego interesującego.
No i pan brat - do kompletu.
Ale był to ten rodzaj badziewności, z której człowiek może wyciągnąć sobie przynajmniej coś, żeby się pośmiać.

Inaczej ma się sprawa z Wolverinem z 2013 roku – tutaj już tak pokrótce: mam wrażenie, że film był trochę lepiej przemyślany. Nie miałam wrażenia, że oglądam zlepek najbardziej wyświechtanych scen kinematografii. Za to plus. Natomiast całość po prostu mnie znudziła. Być może dlatego, że ani trochę nie jara mnie Japonia. Jakieś spiski, Yakuzy i inne zabawne organizacje przestępcze to nie moje klimaty. Głównego plot twista domyślałam się przez większość filmu, więc pod koniec miałam tylko wzruszenie ramion. Nieustannie odnosiłam wrażenie, że bicepsy Logana rozsadzą mi monitor. I ciągle nie mogę oprzeć się teorii, że ten film właśnie po to powstał: żeby móc przez kolejne dwie godziny eksponować mięśnie Jackmana. Spoko, ogólnie Wolverine jest całkiem estetyczny i temu nie da się zaprzeczyć, niemniej od filmu oczekiwałabym trochę więcej niż od gifa w internetach.
Ot, taka tam nuda.

Nie przeczę, że teraz – żeby raz a dobrze skończyć, co zaczęłam – zaczęłam oglądać Przeszłość, która nadejdzie. I, jeśli mam być szczera, po obejrzeniu może dwudziestu minut już wypada ciekawiej od obu Wolverinów razem wziętych. Chyba jednak Logan nie jest aż tak ciekawą postacią, jak mi się zdawało, kiedy oglądałam kreskówkę piętnaście lat temu.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...