czwartek, 30 sierpnia 2012

Fraa w czytelni (31) - "Bibliotekarz"


Bibliotekarz - okładka
  • Autor: Michaił Jelizarow
  • Tytuł: Bibliotekarz
  • Tytuł oryginału: Библиотекарь
  • Tłumaczenie: Izabela Korybut-Daszkiewicz
  • Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
  • Wydawca: MUZA SA


Ta powieść była trochę jak Hiszpańska Inkwizycja. Ani trochę się jej nie spodziewałam…
Podczas jakichś całkiem niewinnych zakupów w Auchanie minęłam niewielkie stoisko z książkami – a tam, na wprost mnie, cała półka zawalona była tym tytułem: Bibliotekarz. Podniosłam tę książkę trochę z ciekawości, a trochę dla żartu, no bo w końcu bycie „w branży” zobowiązuje. A później przeczytałam sobie blurba na tylnej okładce. I nim się Ulv obejrzał, powieść leżała w koszyku.
Zaczęłam ją czytać nieco poza kolejnością, bo prawdę mówiąc dwie inne rzeczy mam wypożyczone, a kolejka lektur do przeczytania długa i zawinięta. Ale opis naprawdę brzmiał intrygująco. Czy ja wiem? Trochę surrealistycznie? Coś o państwie w państwie, tajemnym „uniwersum gromowskim”, gdzie władzę dzierżą tajemniczy Bibliotekarze, mający pod sobą zastępy wiernych Czytelników? Wszystko podszyte tęsknotą za ZSRR i mordowaniem.
Brzmiało na tyle dziwnie, że po prostu musiałam spróbować.

Powieść jest podzielona na trzy części: pierwsza, „Księgi”, to niejako zarys świata. Skąd się wzięły tajemnicze, cudowne Księgi, kim był zapomniany radziecki pisarz Dmitrij Aleksandrowicz Gromow, a także dzieje pierwszych bibliotekarzy i czytelni. Jest to część krótka, ale przyznam, że dla mnie była najbardziej kłopotliwa. Głównie ze względu na zalew zbitej narracji i dość suchy, sprawozdawczy język. Wybijał się w tym tylko rozdział poświęcony niejakiemu Szuldze, który to Szulga z twórczością Gromowa zapoznał się podczas odsiadki w więzieniu – miałam tam wrażenie, jakby narrator nie mógł się zdecydować między normalną narracją a grypserą, więc tak trochę niby grypsował, by zaraz wrzucać objaśnienia użytych zwrotów i cudzysłowy – to wszystko rozbijało klimat i sprawiło, że rozdział wspominam raczej marnie. Potem jednak na powrót pojawił się styl niemal jak z podręcznika, wtajemniczający czytelnika w zawiłości polityczno-historyczne gromowskiego świata, były spiski, sojusze, bitwy – a potem zaczęła się część druga.
I nagle jak ręką odjął jakiekolwiek grymaszenie. Część „Szyroninowska czytelnia” wciągnęła mnie bez reszty. Oto porzucamy odległą przeszłość, a na pierwszy plan wysuwa się tytułowy bibliotekarz i narrator zarazem, Aleksiej Władimirowicz Wiazincew – który po stosunkowo przeciętnym, wypełnionym wzlotami i upadkami (z przewagą upadków) dzieciństwie i wczesnej młodości, jako dwudziestosiedmiolatek jedzie z Ukrainy do Rosji, by załatwić sprawy spadkowe po zmarłym stryju Maksymie, który to stryj zostawił po sobie mieszkanie.
I wtedy świat staje do góry nogami. Aleksiej wpada prosto w przedziwny świat Gromowa. Świat ten przypomina trochę sieć sekt, połączonych ze sobą bezgranicznym oddaniem wobec Gromowskiej twórczości, natomiast podzielonych wszystkim innym. Te dziwne grupy, zwane Czytelniami, walczą o Księgi – podrzędne czytadła średnio utalentowanego pisarzyny, które, zupełnie niezależnie od treści, posiadają przedziwną moc. Jest więc Księga Pamięci, Księga Cierpienia, Księga Siły i kilka innych, a gromowscy czytelnicy są skłonni rozszarpać człowieka gołymi rękami, byle tylko dorwać się do którejś z nich (przy czym niektóre są, ma się rozumieć, cenniejsze od pozostałych).
No właśnie, kwestia rozszarpywania: w Bibliotekarzu jatka goni jatkę, bohaterowie muszą być stale czujni, bo dowolny przechodzień może w każdej chwili wyciągnąć spod kurtki śrubokręt i wbić go komuś pod żebra. Ta niepewność zresztą udziela się podczas czytania powieści Jelizarowa – czytelnik nagle przestaje ufać postaciom, przejmuje niepewność szyroninowców. A potem fabuła kilka razy wykręca takie numery, że człowiek staje się jeszcze bardziej zdezorientowany i już zupełnie nie wiadomo, jak kogo oceniać i do kogo się przywiązywać.

A bohaterowie, wbrew wszystkiemu i wbrew tej podejrzliwości, wzbudzają sympatię. Głównie dlatego, że są zwykłymi ludźmi, których problemy są w pełni zrozumiałe dla czytelnika. No, oczywiście nie jest to może do końca reprezentatywna grupa, bo na członków Czytelni wybiera się mimo wszystko dość specyficzne osoby, niemniej są wśród nich młodsi, starsi, lekarze i pacjenci obu płci – wydawałoby się: przypadkowa zbieranina. Podkreślają to sceny walk: te wszystkie bitwy z flakami fruwającymi prawie jak u Homera, rozpłatanymi czaszkami i krwią wsiąkającą w ziemię, odbywają się przy pomocy zupełnie przypadkowych narzędzi: kos, cepów, śrubokrętów, drutów do robótek ręcznych, nieliczni mają jakieś stare szable czy bagnety. Wszystko to sprawia trochę wrażenie takiej parodii Homera, jego epickich bitew godnych pieśni – tutaj właśnie o to chodzi, żeby żadnych pieśni nie było – po każdej walce trzeba zatrzeć ślady, nie wolno zwracać na siebie uwagi. Zostają tylko te plastyczne opisy.
Zresztą, przy tej okazji wspomnę jeszcze o jednym elemencie, który mi się spodobał, a więc: jak bohaterowie poradzili sobie z wtopieniem się w tłum. Dość ciekawie poznawało się kolejne Czytelnie, których członkowie ukrywali się a to pod pozorem Towarzystwa Miłośników Japonii, a to udawali żydowską rzeźnię, a to jeszcze coś.

Wiem, rozdrabniam się na jakieś głupie szczegóły, zamiast przedstawić wnioski. Bo wnioski bez szczegółów brzmią strasznie pompatycznie: podobała mi się sama koncepcja paramilitarnych sekt skupionych wokół książek jakiegoś nieznanego autora (prawie jak w Klubie Dumas Pérez-Reverte, tylko dużo bardziej). Podobała mi się nostalgiczna atmosfera, pełna tęsknoty za dawnym Sojuzem. Podobało mi się wrzucenie przeciętnych bohaterów w skrajnie i absolutnie nieprzeciętną sytuację, zaprezentowanie, jak mogliby sobie poradzić, jak walczyć i się przyjaźnić. Podobała mi się cała brzydota tego świata, w którym wbrew pozorom rozkwitały piękne uczucia, przyjaźń aż po grób czy nieśmiała miłość. Wreszcie nieco mistyczne zakończenie (trzeciej części nie omawiam celowo, bo nie sposób tego zrobić bez fatalnego spoinowania) – z jednej strony był to już moment, w którym odczuwałam pewną niechęć do głównego bohatera, Aleksieja, niemniej jednak wmontowanie do tego wszystkiego dziejów całego świata też mi się podobało. Podobała mi się wreszcie – całkiem rozsądna i zdystansowana, w moim odczuciu – ocena ZSRR jako czegoś, co w założeniu i w napchanych propagandą umysłach było czymś wspaniałym, niebiańskim niemalże, a w rzeczywistości wyglądało zupełnie inaczej.
Prawdę mówiąc, podobało mi się niemal wszystko, poza wspomnianym wcześniej rozdziałem i paroma detalami, jak pojedyncze słówka, co do których odmiany nie jestem przekonana – przy czym nie wykluczam, że błąd leży po mojej stronie. Nie ukrywam, że nie bardzo mi się chciało przerywać czytanie na szperanie w słowniku.

Po przeczytaniu Bibliotekarza poszukałam w Internecie jakichś opinii czy recenzji, chcąc się przekonać, czy to tylko ja jestem zwichrowana, czy ta książka rzeczywiście jest dobra. I okazuje się, że chyba jestem zwichrowana. Nie tracę jednak nadziei. Myślę, że sporo złego wyrządziła powieści Jelizarowa zajawka z wydawnictwa, które przedstawia Bibliotekarza jako „powieść sensacyjną opartą na absurdalnie zabawnym koncepcie” – brednia, drodzy Państwo, totalna brednia. Po czymś takim nic dziwnego, że potencjalny czytelnik będzie się nastawiał na coś zupełnie innego. „zabawnym”? Może i bohaterowie tu i ówdzie sobie żartują, ale ustalmy raz na zawsze: ta książka NIE jest zabawna. Gdzie indziej spotkałam się z nastawieniem „nie wiem co to, ale brzmi tak kuriozalnie, że aż ciekawie” – cóż, też startowałam od takiego nastawienia. Jeszcze jest nadzieja.
Zastanawiam się, komu mogłabym Bibliotekarza polecić. Jest kilka warunków: jeśli kogoś mierzi przemoc w literaturze – to nie dla niego. Jeśli ktoś spluwa na samą myśl o czerwonej zarazie – raczej też nie. Jeśli oczekuje powieści sensacyjnej z zabawnym wątkiem głównym – zdecydowanie nie! Ale jeśli ktoś z Państwa ma wysoką tolerancję na krew, bohaterów żyjących w urojonym świecie wyidealizowanego ZSRR, brzydotę i patos, wtedy polecam. Od siebie daję 9/10 – nie mogę mniej za powieść, która mnie w takim stopniu zauroczyła. Natomiast wydawcy wystawiam 1/10 za tę głupotę, którą palnął w opisie…








Dalej wypadki potoczyły się krwawo i gwałtownie, dając początek mojemu nowemu życiu. A trwało to zaledwie kilka sekund.
Człowiek, który zmierzał w naszym kierunku, nagle zadrżał i runął na kolana, przytrzymując ręką skroń. Tuż przy nim głucho klapnął na ziemię krótki łom, rzucony przez kogoś z ciemności. Obok kierowcy żiguli stał już dawny wróg Jelcyna - łysawy, tęgi chłop ze zwojem papieru, który nieoczekiwanie zagłębił w brzuchu szofera, tak że rulon zwinął się w harmonijkę wokół jego pięści. Kiedy łysy gwałtownie wyjął rękę, ujrzałem w niej długą, prostą klingę. Ponownie wsadził nóż w bok kierowcy, po chwili tamten osunął się martwy na ziemię. Zabójca wprawnie wytarł ostrze zmiętym papierem.
Kolesow zdążył odbiec na kilka metrów, dogonili go jednak pseudodziałkowicze. Usłyszałem odgłosy walki.
Alik chciał coś powiedzieć, ale zamiast słów wytrysnęła krew. W jego gardle tkwiło ostrze drutu do robótek.
(…)
Dziś, z perspektywy czasu, już bym nie powiedział, że to była najstraszniejsza noc w moim życiu. Raczej jedna z wielu strasznych nocy.

7 komentarzy:

  1. Jak widać książka z rodzaju "albo pokochasz, albo znienawidzisz". Ja sam wystawiłem jedynkę za wspominaną brutalność, brzydotę i mistycyzm a przede wszystkim za głupotę w opisie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm, może i tak. :) Właściwie to i tak dobrze, że wzbudza jakiekolwiek emocje, w tę albo w drugą stronę - dla mnie najgorsze są te książki, o których człowiek zapomina jakąś minutę po przełożeniu ostatniej strony. ;)
    I nie można karać autora za głupotę wydawcy, przecież to nie autora wina, no! :P Ale bardzo wyraźnie widać, że nikt z wydawnictwa nawet tego nie przejrzał. I to nie jest za fajne. ;|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że to nie wina autora, ale czytelnik ma prawo na blogu przeczytać o wszystkich wadach albo błędach. Kiepskie chwyty marketingowe zasługują na wypunktowanie tak samo jak błędna korekta albo niechlujne wydanie książki :)

      Usuń
  3. Witaj. Nie miej żalu o ten spam. Z góry za niego przepraszam:)
    Ale zachęcam do wzięcia udziału w zabawie filmowej Projekt KINO w czasie, której oglądalibyśmy 5 wybranych przez uczestników filmów.
    Regulamin oraz zasady znajdują się na blogu http://projekt-kino.blogspot.com/
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Początek był suchy, nudny i opisany dziwacznym, nieokreślonym językiem, to prawda. A to co napisał wydawca na okładce to rzeczywiście totalna porażka. Wbili sobie prawie nóż w plecy. Niebywała, prawda? Niby takie pitu-pitu o księgach, lejącej się krwi i bibliotekach, ale mnie ta powieść rozłożyła na łopatki. I też wzięłam "Bibliotekarza" ze względu na tytuł, staram się teraz o staż w mojej bibliotece, mam nadzieję, że się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia z biblioteką! :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...