Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Trek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lutego 2018

Trekkies' Log: gadamy o Discovery

Oszukam system i nabiję sobie dwie notki w cenie jednej. To znaczy: zostawiam tu namiar na małe posezonowe rozkminy z udziałem Siem, Ulva i moim, poświęcone najnowszej serialowej odsłonie Star Treka: Discovery.

Zapraszam do endżojowania czy coś. O TUTAJ.

niedziela, 31 lipca 2016

Szybcy i Star Trek: Beyond

(źródło)
Powinnam pisać o czymś innym. Znaczy – też o Star Treku, ale o kolejnym epizodzie z Oryginalnej Serii… ale nie mogę – Siem, mam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Przepraszam! Bo się trochę we mnie kotłuje i jak wyszłam z psem, to w czasie jak on sikał, ja w głowie obrobiłam prawie całą tę notkę. Więc piszę, póki mam wszystko na świeżo.

Myślę, że wnikliwy czytelnik zauważył już, co mniej-więcej sądzę o Star Trekach Abramsa. I o nowym Kirku. I w ogóle o całej tej koncepcji alternatywnej linii czasowej. Gdyby jednak komuś to umknęło, objaśnię: pluję w nie zajadłym hejtem, kiedy tylko mogę. Pogardzam nimi i wypieram ich istnienie, gdyż albowiem boli mnie obecność takiej kupy w tym uniwersum… no dobrze, to uniwersum ogólnie rzecz biorąc zaliczyło parę kup po drodze, ale to nie znaczy, że trzeba do nich dokładać świeży towar!
Z prawdziwą ulgą powitałam odejście Abramsa ze Star Treka. I z prawdziwą paniką przyjęłam zastąpienie go Justinem Linem – twórcą gazyliona odsłon Szybkich i wściekłych. A jeszcze potem był ten fatalny, fatalny trailer, za który Simon Pegg przepraszał i tłumaczył, że nie, ten film naprawdę nie jest taki gówniany, jak pokazuje zwiastun. Że tam – wbrew pozorom – jest fabuła!
Ja tu muszę przyznać, że w dużym stopniu zaufałam Peggowi. Niezmiennie pełna obaw, ale jednak… skoro pracował nad scenariuszem, to może nie będzie aż tak źle?
I wiecie co?
Nie było.

Naprawdę to był bardzo zacny Star Trek. Jasne, zadka nie urywa, The Motion Picture to to nie jest. Ale stanowi fantastyczne oderwanie się od Abramsowej sieczki i ukłon w stronę serialu. Tu i ówdzie trąca wręcz trąca serial patykiem – jak ten motyw rozerwanej koszuli Kirka (och, Pine, amatorze, nie wiesz, jak wygląda naprawdę rozerwana koszula) czy McCoy, który już prawie-prawie powiedział, że jest lekarzem, a nie… Jest też, oczywiście, pożegnanie ambasadora Spocka – może nic wielkiego, ale podoba mi się, że zawarli to w filmie.
(źródło)
W ogóle, co mi się podoba w szczególności, to czas akcji. Bo z jednej strony jasne, mamy alternatywną linię czasową, więc tak naprawdę twórcy w żaden sposób nie byli ograniczeni wydarzeniami z Oryginalnej Serii. A jednak w fajny sposób postanowili nie wbijać się w nią z butami. Toteż Star Trek: Beyond dzieje się po trzech latach pięcioletniej misji. Dokładnie po TOSie (*wykonuje gest Jedi* nie ma Animowanej Serii).
To, zresztą, ma swoje konsekwencje: bohaterowie się zmienili. Nawet nieszczęsny Kirk nie jest już aż tak irytującym gówniarzem, choć, ma się rozumieć, wciąż pozostaje kompletnie nieprzekonujący jako James Tiberius Kirk. Ale do tego wrócę za chwilę.
Co jeszcze mi się podobało? Mam wrażenie, że fabuła leci jakoś płynniej niż w poprzednich filmach. Wreszcie miałam czas i okazję, by rzeczywiście poznać bohaterów i by się do nich przywiązać. Bardzo fajnie wypadła relacja McCoya i Spocka – wyraźnie widać tu starego, dobrego Star Treka, gdzie ci dwaj reprezentują kompletnie odmienne perspektywy i bez ustanku się o to ścierają (w lekki, zabawny sposób, bardzo serialowy), ale i tak wiadomo, że przecież są przyjaciółmi. Lubię to, że zrezygnowano z zagłębiania się w ten idiotyczny wątek miłosny z Uhurą i Spockiem. To znaczy on niby jest, a jakoby nie było. I, zresztą, też daje pretekst do jednego czy dwóch fajnych żartów. Dali radę – żadnego tam smarkania sobie w klapę marynarki ani nic, żadnych zbędnych rzewliwości. Hurra. W ogóle Uhura wypada bardzo zacnie, szczególnie kiedy Spock przybywa jej na odsiecz. Trochę to przywodzi na myśl Rey z Przebudzenia Mocy: mam wrażenie, że chyba rzeczywiście model damy w opresji już się nieco zużył i kobiety w filmach przyjmują nieco inne role. I przychodzi im to coraz bardziej naturalnie. I proszę mi nie przypominać Jupiter: Intronizacji! NIE.

(źródło)
No i strona wizualna: było pięknie. Stacja Yorktown robi niesamowite wrażenie, rzeczywiście się postarali. W ogóle te wszystkie piu-piu w kosmosach, mgławica, planety – niesamowicie efektowne. Jeśli chodzi o zdjęcia, to tak naprawdę troszkę irytowało mnie tylko jedno: dziwna skłonność do zaczynania ujęć od kręcenia kamerą. Obraz wiruje, wiruje, a my przybliżamy się w tym wirowaniu do tego, co nas będzie interesowało. Wirujemy, zbliżamy się i mamy nadzieję, że nie zwymiotujemy.

Dobrze, więc teraz to, co mnie uwiera najbardziej w tym filmie: kapitan Kirk.
Ja rozumiem, że reboot. Rozumiem, że nie chcieli kopiować Kirka Shatnera. W porządku. A jednak inni bohaterowie jakoś weszli w role i bez problemu kupuję nową wersję pana Sulu czy kogokolwiek innego. Tymczasem Kirk… no, już o tym pisałam kiedyś – to nie jest Kirk. To przypadkowy frajer, którego można by nazwać dowolnym innym nazwiskiem i to by kompletnie niczego nie zmieniło. Nie ma w nim nic z Kirka. Tamten był kujonem, który pracą i wytrwałą nauką w Akademii udowodnił, że jest godny Enterprise. Ten jest porywczym chłopaczkiem, który po prostu wsiadł na statek i z jakiegoś powodu nikt go stamtąd nie wykopał. Tamten Kirk to uroczy amant, który nigdy – ale to nigdy – nie zapomina o tym, że jest uroczy. Ten jest tak poważny, że sam może mówić, co jest poważne: żadnych uśmiechów, żadnych żarcików, no i na pewno żadnych prób poderwania kosmitek. Tamten Kirk kochał Enterprise. Dla tego Kirka to tylko statek, który można rozwalić w pierwszym kwadransie filmu, bo przecież kaman, to tylko blachy (tak, wiem, Shatnerowi i jego ekipie też z czasem weszło w nawyk psucie kolejnych Enterprise’ów i nie tylko, ale jednak zawsze była więź emocjonalna między kapitanem a statkiem). Tamten Kirk myślał o ludzkości, jeśli przemawiał, dało się odczuć, że przemawia w imieniu całej planety i ludzi, którzy – mimo swoich niedoskonałości – są w gruncie rzeczy całkiem dobrzy. Ten Kirk w ogóle nie ogarnia takiej dużej perspektywy – mamy u niego tylko drobne, prywatne motywacje i cele. I nie mówię, że to jest złe samo w sobie. Po prostu nowy Kirk nie ma kompletnie żadnego punktu zaczepienia w starym. A już tym, że chciał zrezygnować ze służby na Enterprise, by siedzieć na stacji… serio? SERIO?! W tej chwili miałam ochotę wykrzyczeć w stronę Chrisa Pine’a „Odejdź stąd, ty parchata abominacjo!”.

(źródło)
Bohaterem, który mnie nie uwierał co prawda, ale muszę przyznać, że intrygował, był ponadto Czechow (Anton Yelchin) – nie wiem, czy to był jego styl gry, czy tak mu kazali. Ale on nie mówił normalnie. Ani, kurde, razu. Każde zdanie wykrzykiwał. Czasami byłam w stanie usprawiedliwić to emocjami, bo rzeczywiście trafiały się ekstremalne sytuacje, czasem jednak wyglądało to cokolwiek dziwnie.
Z dodatkowych refleksji – rozbawiło mnie pojawienie się na ekranie Shohreh Aghdashloo (mam nadzieję, że dobrze przepisałam nazwisko…) i zastanawiam się, na ile ta decyzja była podyktowana jej rolą w The Expanse.
Aha, no motyw wykorzystania „rytmu i wrzasków” w ramach kosmicznego piu-piu… cóż, był głupi. I tu, niestety, to nie była mała, urocza głupotka, tylko solidne pierdyknięcie bzdurą, która – i to chyba mój główny zarzut – w żaden sposób nie przystawała do reszty filmu. Bo mamy dwie godziny fajnej, klimatycznej space opery, a nagle przez kilka minut twórcy każą mi siedzieć i się zastanawiać, czy ja aby dalej siedzę w odpowiedniej sali w kinie? Co to w ogóle było? Przeczucie podpowiada mi, że to był po prostu Justin Lin. W sumie należy się cieszyć, że wśród tych wrzasków i rytmu nie wszedł na scenę Vin Diesel…

Słowem podsumowania: Kirk dalej nie jest Kirkiem i to się już chyba nie zmieni. Natomiast cała reszta poszła w bardzo dobrym kierunku i jeśli dalej podąży tą ścieżką, będę wyglądała kolejnych filmów. Jakkolwiek nie wydaje mi się, by była na nie szansa, ale co tam. Patrzę w kierunku nadchodzącego serialu i zacieram ręce.
Myślę, że tym razem twórcy rzeczywiście spróbowali zrobić film, który mógłby zaaprobować Roddenberry. Jest sympatyczny humor, są bohaterowie z osobowością, ciekawy pomysł i antagonista, który pod pewnymi względami budzi żal. Film w ładny sposób pokazuje, że zło nigdy nie jest tak po prostu złem samo dla siebie.
Wspomniałam na samym początku, że The Motion Picture to to nie jest – ale tutaj muszę nadmienić, że pewne skojarzenie jednak miałam. [trochę spoiler, ale nie aż tak] Bo oba filmy przedstawiają załogę Enterprise w czasach kryzysu, kiedy wydaje się, że dalsze przygody naszych bohaterów nie będą już możliwe. Ich ścieżki się rozchodzą. I fajnie się ogląda, jak oni sami odkrywają, że to są ścieżki, które chyba jednak są skazane na wspólny bieg.
Film ze wszech miar do obejrzenia. Z dużym zaleceniem, żeby zrobić to w kinie.



– We could be mauled to death by an interstellar monster.

– That's the spirit, Bones.

wtorek, 9 czerwca 2015

Fraa próbuje w fanfiki

Zasadniczo tego nie robię - nie wrzucam na bloga swoich tekstów. W sensie opowiadań. W grafomańskim kąciku robię wrzutki z redakcji czy małe fajknięcia z pisania NaNo i to tyle. Ale popełnię wyjątek, bo tak. Bo potrzebę odczuwam czy coś takiego. 
Dawno, dawno temu, kiedy obejrzałam recenzję Nostalgia Critica The Final Frontier, obiecałam sobie, że napiszę opowiadanie pod tytułem Romulanin, Klingon i człowiek wchodzą do baru. Długo nie było okazji, pomysłu, weny i w ogóle. Zresztą, nigdy w życiu nie pisałam fanfików, więc nie bardzo wiedziałam, jak się za to zabrać. W końcu jednak nadarzyła się okazja: konkurs organizowany w ramach wrocławskich Dni Fantastyki. Napisałam. Bawiłam się wcale nieźle (szczególnie riserczowanie daje wiele frajdy). Trochę zrozumiałam ludzi, którzy piszą fanfiki. Nie przeszkadza to jednak temu, że tekst nie miał szczęścia w konkursie. Ponieważ jest fanfikiem, nie mogę wiązać z nim żadnych szerszych planów. Ponieważ go lubię, mam parcie na upublicznienie go.
Takie tam. Kto chce, może sobie indżojować.

***

Romulanin, Klingon i człowiek wchodzą do baru


USS Exeter (źródło)
Dziennik osobisty, data gwiezdna: 4616.1
Opuściliśmy orbitę Minos Korva i lecimy w stronę grupy Talos. Moja pierwsza misja zakończyła się sukcesem – planeta jest niezamieszkała. Mówi się, że urządzimy tam kolonię. Szkoda, że cię tu nie ma – moglibyśmy to opić.
Statek jest ogromny. Nawet nie widziałem jeszcze kapitana Tracey’a. Poznałem za to Saarei, Wolkankę. Po kilku rozmowach z nią, wierzę we wszystko, co opowiadali w Akademii o poruczniku Spocku.

USS Exeter bezgłośnie mijał kolejne gwiazdy, wokół których wirowały martwe globy. Kosmos na pierwszy rzut oka nie wyglądał na przestrzeń pełną życia i skomplikowanych relacji międzygatunkowych. Mamił ciszą i ciemnością, kosmicznymi odległościami między poszczególnymi ciałami niebieskimi. Ale doświadczeni oficerowie Gwiezdnej Floty wiedzieli, że to wszystko ułuda – że na każdym kawałku skały może się kryć cywilizacja, a wraz z nią – eony historii.
Ettore Soldati nie był doświadczonym oficerem.
Kiedy wszedł do mesy, gwar uderzył go jak fala gorąca, rumieniąc policzki i pobudzając pragnienie. Wsunąwszy kartę do syntezatora, kadet rozejrzał się po sali, by po chwili raźnym krokiem przysiąść się do czytającej Saarei i postawić na stole dwie filiżanki kawy.
– Hej, co tam? – zagadnął Wolkankę. Ta odłożyła książkę i uniosła cienką brew w wyrazie umiarkowanego zdziwienia.
– Kończę Niekończącą się ofiarę – odparła wreszcie.
– Nie znam.
– Zdziwiłabym się, gdybyś znał.
– Powiedziałbym, że próbujesz mnie obrazić. Ale ty nie obrażasz, prawda? To byłoby nielogiczne.
– Owszem. – Saarei skinęła głową. – Zakładam, że literatura nie należy do twoich pasji. Byłbyś w sekcji naukowej, a nie operacyjnej.
– Nieprawda – obruszył się kadet. – Mógłbym mieć więcej niż jedną pasję, prawda? Mogę czytać w wolnym czasie, nie trzeba do tego być jajogłowym.
– A czytasz? – zapytała Wolkanka z nieprzeniknionym uśmiechem.
– Nie. Ale mógłbym! – Ettore siorbnął kawy. – Nie pijesz?
– Nie mam w zwyczaju stymulować się kawą, dziękuję.
– Jak było na Minos Korva? – zapytał po chwili. Sam nie odwiedził powierzchni planety – pełnił straż w hali transportera.
– To planeta klasy M. Atmosfera zaw-
– No tak, wiem. Ale czy było miło? – przerwał Wolkance Ettore.
– Miło? – Saarei ledwie dostrzegalnie uśmiechnęła się.
– Ech, nieważne. – Soldati machnął ręką. Dopił swoją kawę, wstał, ukłonił się pospiesznie i opuścił mesę.
Kobieta przez chwilę siedziała wpatrzona w drzwi. Następnie, przysunąwszy do siebie drugą filiżankę, upiła kilka łyków.

***

Dziennik osobisty, data gwiezdna 4619.4
Zboczyliśmy z kursu. Pytałem jednego porucznika – lecimy na Ronary Prime. Usłyszeliśmy wezwanie pomocy. Ciekawe… O ile pamiętam, Ronary Prime jest niezamieszkana. Cóż, niedługo się przekonamy. Mam nadzieję, że u ciebie na Korolevie wszystko gra.

Ettore przechodził koło mostka, gdy drzwi z cichym sykiem otworzyły się i wybiegł zza nich zaaferowany Tracey. Zmierzył kadeta surowym spojrzeniem i zawołał:
– Do transportowej. Weź fazer.
Następnie zaś pospiesznym krokiem oddalił się.
Przez chwilę Ettore walczył z odruchem rozejrzenia się, aby nabrać pewności, że kapitan nie mówił do kogoś, kto stał za młodzieńcem. Szybko jednak otrząsnął się z tej chęci i obciągnął bluzę.
Puścił się biegiem do turbowindy, pobrał fazer i w kilka chwil później stał gotowy w hali transportera. Oprócz niego, na powierzchnię Ronary Prime przenosił się jego kolega z Akademii, Rosaire, a także kapitan Tracey, doktor Carter i oficer naukowy, porucznik 
Ó Domhnaill.

Ettore zawsze odczuwał pewną nieufność wobec transporterów, niemniej stanął wraz z innymi w wyznaczonym polu i już wkrótce na mgnienie oka przestał czuć cokolwiek – jego ciało i umysł rozpadły się na czystą energię, która pomknęła wprost na powierzchnię planety, by tam odrodzić się na nowo jako Ettore Soldati.

Ronara Prime na pierwszy rzut oka była piękna. Nie sprawiała wrażenie gościnnej – gęste chaszcze i ostre skały sugerowały raczej mnogość jadowitych zwierząt, dokuczliwych owadów i trujących roślin – niemniej podobała się Soldatiemu. Wędrował wraz z innymi pośród soczystej zieleni, w niemal doskonałej ciszy, od czasu do czasu przerywanej tylko szumem ogromnych liści. Ettore nawet trochę się rozluźnił i, choć wciąż kurczowo ściskał fazer, zaczął wyciągać drugą dłoń, by chociaż musnąć te nieznane, szeleszczące w obcym języku kwiaty i pnącza.
Ó Dohmnaill rozpoczął marsz wedle odczytów tricordera. Kapitan Tracey, pełen jak najgorszych przeczuć, przestawił fazer na zabijanie. Carter rzucił dowódcy zdziwione spojrzenie, tamten jednak niczego nie zauważył. Dla nich las sprawiał wrażenie przyczajonego, jakby w każdej chwili planował rzucić się na intruzów i ich pochłonąć.
– Soldati, Rosaire, sprawdzicie wzgórze – wyszeptał Tracey, wskazując porośnięty pagórek, który wznosił się przed nimi.
Dwaj mężczyźni skinęli głowami i puścili się truchtem ku nieznanemu.

Przesadziwszy niskie, kolczaste krzewy, Ettore rozchylił gałęzie kolejnych zarośli. Usłyszał świst i nieprzyjemne mlaśnięcie, zaraz potem głuchy łoskot, równocześnie z którym ciepłe, lepkie krople chlapnęły na jego policzek i ramię. Soldati otworzył szeroko oczy, przez krótki moment sparaliżowany atakiem paniki. Zaraz jednak otrząsnął się – zerknął w bok, by ujrzeć Rosaire’a z dziurą ziejącą z trzewi, po czym rzucił się w krzaki, nie mając nawet czasu obetrzeć twarzy z krwi i wnętrzności tamtego.
Gdzieś na dnie podświadomości tliło mu się złe przeczucie, wyniesione z Akademii. „Dołącz do operacyjnych, a gwałtowna śmierć murowana”, mówili. „Nie dożyjemy emerytury”, mówili. Nie wierzył, oczywiście, w te wszystkie brednie. Rosaire nie zginął przez kolor bluzy, tylko przez własną nieostrożność. Było nie wystawiać głowy z zarośli. Przecież wylądowali na nieznanym terenie.
Soldati wysunął się z gąszczu.
Przed nim rozciągała się polana. W trawie tkwił, zaryty głęboko w ziemię, klingoński Bird of Prey. Jedno skrzydło werżnęło się w pobliskie drzewa, drugie zaś wbijało się oskarżycielsko w niebo. Kadłub tu i ówdzie był rozorany, jakby okręt po drodze przedarł się przez pas meteorytów.
– Klingoni? Tutaj? – warknął za plecami Ettore kapitan, mocniej ściskając fazer. – Idziemy – dorzucił.
Podbiegli do Bird of Prey i przyczaili się pod sterczącym ku górze skrzydłem. Na skinienie dowódcy, Soldati przesunął się wzdłuż kadłuba do włazu – drzwi rozsunęły się. Ettore głośno wypuścił powietrze, po czym skoczył do wnętrza klingońskiego okrętu.
Ciemność od czasu do czasu rozjaśniały iskrzące przewody, zwisające z sufitu. W czerwonej poświacie dochodzącej z mostka bluza Soldatiego stawała się niemal purpurowa. Ettore przełknął ślinę i skierował się w tamtą stronę, potykając się o oderwane fragmenty poszycia i kable rozciągnięte po całym korytarzu.
Drzwi zacięły się w połowie drogi między zamkniętymi a otwartymi. Kadet spróbował się przecisnąć, ale kiedy stwierdził, że to daremne, chwycił jakiś kawałek rury i z jego pomocą rozepchnął je na odpowiednią szerokość.
Przemykając na mostek, po raz kolejny usłyszał znajomy świst. Odruchowo rzucił się w bok. Klingońskie przekleństwo dało znać, że znów umknął śmierci. Wkrótce rozległ się za nim odgłos pospiesznych kroków, padł kolejny strzał z dezruptora, potem Ettore kątem oka dostrzegł blask z fazera i już było po wszystkim.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – zawołał gniewnie kapitan, którego doktor odepchnął w ostatniej chwili i sam oddał strzał w stronę przeciwnika.
– Nie mamy wojny z Klingonami – odparł dobitnie Carter. – Nie możemy ich tak po prostu zabijać.
– On zabił naszego!
– Mógł nie wiedzieć, do kogo strzela. Jest ranny. Zabieram go do ambulatorium.
– To Klingon!
– To ranny – powiedział doktor, a Tracey już nie protestował.
Wkrótce Ettore doczłapał do grupy i znów przeobraził się w czystą energię.

***

Dziennik osobisty, data gwiezdna: 4623.8
Na statku poruszenie. Doktor Carter usiłuje poskładać Klingona. Ja mam na razie dość mocnych wrażeń. Rosaire nie żyje. Myślisz, że to prawda, co nam gadali, kiedy się zaciągaliśmy…?

Ettore nie potrafił uspokoić nerwowego kołatania serca. Miał przeczucie, że w najlepszym razie każda ekspedycja będzie w ten sposób wyglądała. W nieco gorszym – to on znajdzie się na miejscu Rosaire’a. Idąc korytarzami USS Exeter, w myślach układał własny nekrolog.
– Ależ uspokój się, przecież skończyłeś Akademię – karcił się w myślach raz po raz. Czuł jednak, że sam nie podoła. Potrzebował kubła lodowatej wody.
Takim kubłem mogła być tylko jedna osoba: Saarei.
Odnalazłszy jej kajutę, Ettore odetchnął głęboko i podszedł do drzwi. W chwili, w której się odsuwały, usłyszał głośne przekleństwo i łoskot. W pierwszym odruchu myślał, że Wolkance coś się stało – wpadł więc do pomieszczenia i potoczył spojrzeniem wokół.
Jego oczom ukazała się dysząca jeszcze ciężko Saarei, przewrócone krzesło i roztrzaskana szachownica, z pionkami rozsypanymi po całej podłodze. Ettore nie mógł pozbyć się wrażenia, że wygląda to dokładnie tak, jakby kobieta wściekła się, bo przegrała z komputerem w szachy.
– Co się… – zaczął niepewnie Soldati, ale Wolkanka prychnęła tylko i wyprostowała się.
– Awaria. Wyjdź – odparła.
– Ale ja-
– Wyjdź! – przerwała mu Saarei, a wyraz jej twarzy sugerował, że nie należy się sprzeczać. Soldati wycofał się. I jeśli przedtem był podenerwowany, to teraz już ledwo potrafił ogarnąć wyobraźnią, co się dzieje wokół niego.

– Ty jesteś tym Klingonem! – zawołał entuzjastycznie, wchodząc do mesy.
K’krag G’gevak podniósł ponure spojrzenie na kadeta i mruknął pogardliwie.
Siedział przy stole sam i wcale nie wyglądał, jakby brakowało mu towarzystwa. Od czasu do czasu ktoś z załogi rzucał nań nieufne spojrzenie, ale nikt głośno nie wyrażał swoich obaw. Przecież nie było wojny.
Soldati, wsunąwszy odpowiednią kartę do syntezatora, chwycił dwa kielichy z krwawym winem i zaniósł do Klingona. Ten łypnął ponuro na człowieka, ale w końcu przyjął napitek i wychylił duszkiem.
– Myślałem, że jesteście bardziej… no… niepodobni – zaczął zafascynowany Ettore. Teraz, kiedy wokół kłębiło się od członków Federacji, a K’krag nie miał broni, nie wydawał się aż tak przerażający.
– A ja myślałem, że jesteście mniej głupi – prychnął Klingon, ocierając wąsy z trunku.
Soldati fuknął, ale nie zamierzał rezygnować z nawiązania kontaktu z niezwykłym gościem.
– Nie powinieneś mieć… w Akademii nas uczyli, że macie karby… – Niepewnym gestem wskazał na czoło. K’krag poderwał się i huknął pięściami w stół.
– Jeśli zamierzasz mnie obrażać, lepiej weź broń! – zawołał.
Aż dziwne, jak w tym momencie zdołali usłyszeć syk rozsuwanych drzwi – niemniej dali radę, toteż uważnie obserwowali, jak Saarei wchodzi do mesy, rozgląda się, po czym podchodzi do nich, wbijając surowe spojrzenie w Klingona. Ettore miał wrażenie, że wciąż jest wściekła po szachach.
Niewyraźne przeczucie, to samo, które towarzyszyło mu, gdy Rosaire zyskał dodatkowy otwór w ciele, odezwało się i teraz – i kazało Ettore zmykać czym prędzej. Kadet jednak nie zamierzał go słuchać.
– Klingon! – zawołała z widocznym obrzydzeniem Saarei.
– O proszę, kogóż ja widzę! – parsknął K’krag, zaciskając pięści.
– Na Żywioły! Masz czelność tu jadać?! – żachnęła się tamta.
– Ej, ale uspokójcie się… – zaczął nieśmiało Ettore, choć widział, że to daremne. Klingon i Wolkanka… Wolkanka? Czy to możliwe, żeby Wolkanka do tego stopnia wpadła we wściekłość?
Ataehkh Khe’lloann – syknęła Saarei, a oblicze Ettore rozjaśniło się: teraz w końcu wszystko rozumiał! Romulanka!
Minęła chwila, nim Soldati uświadomił sobie, co właśnie ustalił. Co tu robiła Romulanka? Cofnął się o krok, ale było już za późno. Klingon i kobieta jednocześnie spojrzeli na niego, a K’krag warknął:
– Ktoś tu prosi się o szybką śmierć.
– Od dawna – zawtórowała mu Saarei, czy jakkolwiek się naprawdę nazywała.

Ettore Soldati cofnął się, ale nieznacznie: zaraz poczuł kolejny stół za plecami. Wodził wzrokiem od G’gevaka do Romulanki i z powrotem, a w międzyczasie serce podeszło mu do gardła i stanowczo domagało się wolności. Kadet po raz kolejny przeklął kolor własnego munduru, po czym wykonał długi skok przez stół, nim dosięgła go klingońska pięść.

sobota, 21 marca 2015

Kilka słów o tym, dlaczego Fryy się obijają

(źródło)
Dziś tylko krótko i organizacyjnie.

Może ktoś zauważył, a w sumie może nie (chyba faktycznie ostatnio jestem tu na tyle od czasu do czasu, że to się mogło nie rzucić w oczy…), że trochę przystopowałam z blogiem. Ofkoz mam milijony zaległych notek, które nade mną wiszą i kopią mnie po nerach codziennie między szóstą a ósmą rano, ale jakoś… no, jakoś się nie mogę zebrać do nadrobienia.
Po pierwsze, jestem w trakcie redagowania mojego ostatniego NaNo. Idzie opornie, okoliczności przyrody bardzo nie sprzyjają, ale walczę. Być może będzie to moje pierwsze NaNo, które w ogóle przejdzie redakcję.

Po drugie, nieco ważniejsze, sporo energii idzie na Trekkies’ Log. Tak, tam u góry po prawej stronie jest taka zakładka – prowadzi na innego bloga.
Trekkies’ Log to projekt Siemomysły i mój (liczymy także na wsparcie Ulva, który zadeklarował, że przy pełnometrażówkach, to kto wie), polegający na tym, że… no cóż: maratonimy sobie Star Treka i spisujemy po każdym odcinku, co nam w duszach gra. Nie mamy ustalonych żadnych konkretniejszych reguł, ograniczeń, częstotliwości wpisów ani nic. Ja na ten przykład wrzuciłam tam również notkę poświęconą grze MMO Star Trek Online. Jeśli kiedyś sięgnęłabym po komiksy czy cokolwiek innego z uniwersum Star Treka, zapewne również będę właśnie tam się uzewnętrzniać. Ale na razie po prostu oglądamy serial. Póki co – TOS.


Jeśli ktoś miałby ochotę czytać nasze głupoty, serdecznie zapraszam. :)

sobota, 29 marca 2014

ZaFraapowana filmami (97) - "Star Trek: The Undiscovered Country"

Iiii ostatni z pełnometrażowych Star Treków spod znaku Oryginalnej Serii. Do napisania o nim zbierałam się dość długo, bo prawdę mówiąc wciąż do końca nie wiem, jak mam się do niego ustosunkować. Nie podbił mnie – to na pewno. Z drugiej strony, na pewno był lepszy od swojego poprzednika. Do reżyserii wrócił Nicholas Meyer, odpowiedzialny za The Wrath od Khan – i to by w sumie wiele wyjaśniało: film jako taki zły nie jest. Po prostu ma sporo luk i… i nie przekonuje. Tak jak Khan był zupełnie nieprzekonującym antagonistą, tak i tutaj główny problem budzi sporo wątpliwości i zasadniczo jest dość mocno niezgodny z serialem.

SPOILERY, KOMU SPOILERY?

Przede wszystkim chodzi mi o Klingonów: z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy uważają, że Klingonom nie można ufać i że oni są fuj i trzeba ich spacyfikować, wykorzystać okazję, że akurat są osłabieni i zdmuchnąć z powierzchni Galaktyki. Tak przynajmniej twierdzi sporo wysoko postawionych osób z Gwiezdnej Floty.
Dziwne?
A jakże! Po pierwsze, o Klingonach można zapewne powiedzieć całkiem sporo i nie wszystko będzie do końca pozytywne (no, chyba że mówiłabym to ja – fanka Klingonów), ale zupełnie nie pasuje mi do nich „nie można im ufać”. Jeśli dobrze ogarniam, jest to rasa honorowych wojowników, którzy owszem, zawsze i wszędzie szukają zaczepki, bo walka to ich żywioł, ale nigdy by nie bawili się w jakieś spiski. Najbardziej zbliżona do spisku rzecz, na jaką się zdobyli, to dyplomatyczne przepychanki Krasa i Kirka we  Friday’s Child czy dostarczanie broni w A Private Little War. Przy czym ani jedno, ani drugie tak naprawdę żadnym spiskiem nie było, tylko prostymi interesami. Bo Klingoni nie spiskują. To nie leży w ich naturze. Są jak Predatorzy.
Z drugiej strony, zadziwia stanowisko szych z Gwiezdnej Floty: od zawsze Federacja była nastawiona na pokojową eksplorację kosmosu, tyle było gadania o tym, że ludzie od trzech stuleci nie mieli wojen, bo zrozumieli, że to głupota, Kirk zresztą przecież zawsze latał na pokojowe misje, mieli te swoje dyrektywy i tak dalej: a tutaj nagle okazuje się, że połowa Gwiezdnej Floty chce dokonać kosmoholocaustu? To po prostu nie pasuje. To zaprzecza wszystkiemu, co było mówione wcześniej. Sprawia, że widz zaczyna sympatyzować z Klingonami, bo ludzie to szuje. Jakkolwiek z kolei Klingoni to straszne pierdoliny, bo – jak na takich wielkich wojowników – byli dziwnie bezradni na własnym statku, kiedy wyłączono sztuczną grawitację: nie mieli przy sobie broni, nie umieli się poruszać, tylko lewitowali, podrygując łapkami. To było złe.
Niedobrze, że te dwa elementy przeinaczono, bo (cóż, dla mnie przynajmniej) to jedne z ważniejszych zasad rządzących startrekowym uniwersum.

kadr z filmu (czyli: gdzie jest Spock?)
Dobrze natomiast, że bohaterowie wreszcie trochę wrócili do swoich charakterów po tym, co było w The Final Frontier. Kirk nie jest już rozhisteryzowanym dzieciuchem, a – co najlepsze – przywrócili McCoyowi poczucie humoru. Wreszcie, po tylu filmach. Jedynym mankamentem było nazwanie Kirka karierowiczem – to znaczy równie dobrze ktoś, próbując go obrazić, mógłby powiedzieć… nie wiem… „ty czarnuchu”. To po prostu nie ma z nim nic wspólnego. Zresztą, nawet w filmie w jednym zdaniu mieliśmy bardzo wdzięczną sprzeczność: „niesubordynowany karierowicz”. Że co proszę? Niesubordynowany, jeśli dobrze rozumiem, to taki, co ma priorytety inne niż dowództwo i od czasu do czasu stwierdza, że te jego są ważniejsze. Karierowicz zaś to ktoś, kto żyje dla kariery – czyli nie ma własnych wartości, a zrobi wszystko, żeby awansować. Wazeliniarstwo i gorliwe wypełnianie rozkazów included. Zresztą, akurat Kirk jako „karierowicz” pokazał się już w przeszłości, kiedy zrobił dosłownie co się tylko dało, żeby zostać zdegradowanym ze stopnia admirała i był zachwycony, że został z powrotem tylko kapitanem.
Jedna jeszcze rzecz mnie trochę… można powiedzieć, że zniesmaczyła: przyjrzyjmy się, czego dokonuje w filmie Kirk: gorliwie namawia Gwiezdną Flotę do wojny (ten pokojowy Kirk!), przyjmuje Klingonów na przeraźliwie niezręczną kolację, schlewa wszystkich romulańskim ale, potem daje się aresztować, wysłać do kopalni, gdzie daje się wyprowadzić Martii, a potem pozwala się teleportować Spockowi, a potem… ach tak, w ostatniej chwili rzuca się na ratunek prezydentowi – powiedzmy, że jest to jakieś działanie… choć bądźmy szczerzy: snajper chyba okrutnie spudłował, bo z tego co widziałam, Kirk dopiero zaczynał skakać, a prezydent stał bez ruchu na swoim podeściku, kiedy strzał minął go po prawej.
kadr z filmu (Enterprise leci w stronę
zachodzącego Słońca. Still majestic)
A co robi Spock? Organizuje tę misję, wierząc w możliwość pokojowego współżycia ludzi i Klingonów; kieruje akcją ratunkową Kirka, prowadzi śledztwo, przygotowuje z McCoyem torpedę, która wreszcie będzie skuteczna na Bird of Prey, Wydobywa od Wolkanki tajemnice spisku. Mówiąc oględnie: odwala całą robotę. To jest film o Spocku, a nie o Kirku. Kirk w nim nic nie robi, pozwala tylko sobą miotać, jak komu wygodnie. Niemniej w finałowej scenie, po bohaterskim uratowaniu prezydenta i całej konferencji pokojowej, to właśnie jemu przypada cała chwała. Dlaczego? Przecież to skrajnie niesprawiedliwe. Jego zasługa w tym wszystkim jest minimalna!

Ale wbrew pozorom, film miał sporo dobrego, dzięki czemu oglądało się go przyjemnie. Jak wspomniałam, McCoy odzyskał poczucie humoru, dzięki czemu na przykład w czasie rozprawy mógł rzucić żarcikiem, który docenili nawet Klingoni. W ogóle było sporo humoru: począwszy od wspomnianej już kolacji z Klingonami, która była zabawna w swojej niezręczności. Załoga Enterprise miała sporo fajnych momentów, jak dialog z klingonami po klingońsku, dialogi przy okazji sabotowania rozkazów, czy ogólna konsternacja i wiszący w powietrzu wybuch śmiechu, kiedy Wolkanka zaczęła cytować regulamin. Dzięki temu jestem skłonna zupełnie wybaczyć wykładanie się na szczegółach typu: czy zmiennokształtny nie powinien jednak podlegać prawu zachowania masy…? Dlaczego Martia zamieniająca się w różne dziwne stwory ma nadal swój głos, a zamieniona w Kirka – Kirkowy? Niemniej jest to taka raczej lekka historyjka, która w sumie nie zapada szczególnie w pamięć. Niby treść jest bardzo poważna, bo przecież chodzi o ratowanie gatunku, pokój w Galaktyce, a także o koniec kariery znanej nam załogi – w końcu są tuż przed emeryturą. Zresztą, podobała mi się rozmowa Kirka i Spocka, w której Spock pytał, czy to możliwe, że stali się już tak starzy, że są nikomu niepotrzebni. Smutne to. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że film nie robi takiego wrażenia jak The Motion Picture. Nie czuć tego zagrożenia dla Gwiezdnej Floty ani dla kogokolwiek innego. To po prostu opowieść o ostatniej przygodzie załogi Enterprise, koniec końców dość melancholijna i z ładnym zakończeniem, ale zupełnie niepotrzebnie wypełniona jakimś rozdmuchanym problemem opartym na przeinaczeniach w najważniejszych elementach świata. Tak czy owak, można obejrzeć – stanowi ładne domknięcie historii załogi, która wreszcie godzi się z nieuniknionym.

Aha – przydupasem pana Sulu jest Christian Slater.




– Panie Scott, rozumiem, że ma pan problemy z napędem warp. Jak dużo czasu potrzebuje pan na naprawę?
– Z napędem jest wszystko w porządku.
– Jeśli wrócimy, spiskowcy znajdą sposób na pozbycie się dowodów i już nigdy nie zobaczymy kapitana i doktora McCoya żywych.
– To może potrwać tydzień, sir.

– Dziękuję.

niedziela, 23 marca 2014

ZaFraapowana filmami (96) - "Star Trek: The Final Frontier"

No dobrze. Tym razem Leonard Nimoy schodzi ze swojej miejscówki za kamerą (na której, moim zdaniem, sprawdził się naprawdę ładnie – nie wybitnie, ale jego filmy są przyjemne i dają sporo frajdy przy oglądaniu) i robi miejsce dla samego Shatnera. Czas się przekonać, jak wyjdzie opowiadanie Kirka o Kirku.

BĘDZIE DUŻO SPOILERÓW.

Smutna prawda jest taka, że już początek filmu nie nastraja optymistycznie. Scena na pustyni przypomina trochę Lancelota pędzącego na odsiecz damie w opresji, z kolei wątek Kirka i przyjaciół na biwaku… no cóż. Z jednej strony jest Kirk, który zachowuje się jak kretyn. Z drugiej jest Spock, który chyba wziął na siebie ciężar bycia Elementem Komicznym i jest to przykre. Odrzutowe buty… cóż, uważam to zwyczajnie za wstawkę od czapy. Nigdy wcześniej nie pojawiła się tego typu technologia. I zresztą jeśli mam być szczera, nawet gdyby była, to wsadzenie jej w buty wydaje mi się skrajnie głupie. Przyzwoity jet-pack – dobra. Ale buty? Czy utrzymanie się w nich w pionie nie jest cholernie trudne? No nieważne… buty będą prawdziwym problemem dopiero później. Wrócę jeszcze do Kirka: ok., rozumiem przesłanie (zresztą trudno go nie zrozumieć – kapitan wszystko łopatologicznie nam wyjaśnia), ale nawet wiara w przyjaźń i mistyczna wiedza dotycząca własnej śmierci nie stanowi usprawiedliwienia dla zupełnie głupiego narażania życia. Przyjaciele nie są zobowiązani do pilnowania non-stop jednego koleżki, no i wypadałoby szanować ich wrzody żołądka. Zwalanie na nich całej tej odpowiedzialności jest po prostu świństwem.
I, jeśli mam być szczera, w ogóle Kirk jest największym problemem tego filmu. Nie przeczę, ma ze trzy lepsze momenty (jeden z awaryjnym lądowaniem plan B, drugi, kiedy wykrzykuje Sybokowi, że potrzebuje swojego bólu i że to ten ból sprawia, że Kirk jest tym kim jest – w zasadzie cały wywód trochę trąca banałem, ale został ładnie zaprezentowany, no i cytat, który mnie totalnie urzekł: "Zabierzcie to światło z mojej twarzy!"), ale głównie zachowuje się jak rozkapryszony, egoistyczny dzieciak, którego ktoś powinien przełożyć przez kolano, żeby się w końcu ogarnął. To po prostu nie jest ten Kirk, którego znaliśmy przedtem. Najbardziej znamienny moment? Kiedy tłucze się z Sybokiem, a broń ląduje w rękach Spocka. Totalnie nie wierzę, że dawny Kirk tak by się zachowywał. O ile pamiętam, ludzie w XXIII wieku szanują życie i tak dalej. Nie uznają kary śmierci, a fazery mają wiecznie na ogłuszanie. Celowe zadanie komuś śmierci zawsze było czymś dużym. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że przecież w tamtym momencie już wszyscy wiedzieli, że Sybok nie zamierza nikogo zabijać, że w ogóle nie chce wyrządzać nikomu krzywdy, tylko chce gdzieś polecieć. Jak na startrekowe realia, strzelenie w tamtym momencie do Syboka byłoby aktem barbarzyństwa i zasługiwałoby na potępienie – zupełnie abstrahując od więzów pokrewieństwa.
kadr z filmu (no dobrze - oni byli zabawni)
Dobrze, jeszcze bym zrozumiała, że Kirk kazał strzelać w afekcie. Ale całe jego późniejsze zachowanie? Nazwanie Spocka zdrajcą, strzelanie fochem jak stąd do Azerbejdżanu, z przytupem i kolorowym wiatraczkiem? Zdrajcą, na litość Jeżusia! – to nie jakieś błahe przekomarzanki, tylko bardzo poważny zarzut przecież! A potem dzika pretensja, że to nie może być brat, bo Spock nie ma brata. Przepraszam bardzo: Spock chyba nigdy nie musiał się nikomu spowiadać ze swojej sytuacji rodzinnej i wydaje mi się w pełni naturalne, że nie mówił o Syboku, skoro Sybok był dla całej rodziny hańbą i został wygnany dawno, dawno temu. Kirk nie miał żadnego prawa do takich pretensji. A jego pokrzykiwanie, że „wystarczyło nacisnąć spust”? Na bogów, kapitanie, czy ty siebie słyszysz? Mówisz o zabiciu kogoś, kto sam nigdy nikogo nie planował zabijać. To nie jest tylko „naciśnięcie spustu”, to morderstwo.
To znaczy ja – chyba – domyślam się, o co chodziło. Szczególnie w świetle końcowej gadki, że Kirk myślał, że stracił brata, ale go odzyskał. Chodziło o kryzys ich przyjaźni. Sybok miał wejść między kapitana i Spocka i wystawić ich relację na próbę. Co ciekawe, Spock nie miał z tą próbą najmniejszego problemu: przez cały czas jest absolutnie lojalny wobec Kirka i Gwiezdnej Floty. Natomiast Kirk zaczyna coś sobie roić i histeryzować. I ja naprawdę nie widzę tam podstaw do takiego zachowania.

kadr z filmu (najwyraźniej nauka nie poszła
w las i Spock jednak nauczył się stosowania
barwnych metafor)
Z drugiej strony mamy Syboka, który jest co prawda sympatyczny na swój sposób, ale też dość trudno mi go pojąć. To znaczy jego cele i motywacje rozumiem, jest dość typowym przykładem obłąkanego proroka, natomiast zupełnie nie rozumiem tej jego dziwnej mocy. Jeśli dobrze się zorientowałam, to nie było wolkańskie połączenie umysłów – ono inaczej działa i inaczej się objawia. Nie było też powiedziane, że Sybok miał jakieś supermoce – miał być tylko bardzo utalentowany i inteligentny. A tymczasem w jakiś dziwny sposób zabiera ludziom ich ból… jak to niby działa? W dodatku Spock i McCoy zostali chyba potraktowani jakimś pakietem premium, bo jako jedyni mieli… cóż, nawet nie nazwę tego wizją, bo takie określenie zakładałoby, że scena rozegrała się tylko w głowie bezpośrednio zainteresowanego. Ale nie, im przedstawiono jakieś całe scenki, które widzieli wszyscy w pomieszczeniu. Co to miało być? Jak Sybok to zrobił? No i, jeśli mam być szczera, nie widzę za bardzo związku między tym, że ktoś przestał odczuwać swój ból a tym, że dołączył do Syboka. Dlaczego wszyscy oprócz Spocka i McCoya, pozbawieni bólu, stawali się ludźmi proroka? Przecież chyba wciąż mieli świadomość tego, że Enterprise jest porwany i takie tam.

(powiedzmy) kadry
z filmu (a tak na serio,
Sybok nie miał dużych
wymagań do tego Edenu -
wystarczyło, że będzie
niebo i ziemia. No i czaicie
ten uber rajski pejzaż?)
Skoro już mówię o bohaterach, z radością obwieszczam, że wreszcie rozkminiłam, co mi od początku nie grało w pełnometrażówkach. Bo coś nie grało, ale nie potrafiłam dotąd zlokalizować źródła problemu. Dopiero przy drugim oglądaniu The Final Frontier (tak! Obejrzałam ten szajs dwa razy! Oto jest skala mego poświęcenia!) dotarło to do mnie, kiedy przyglądałam się McCoyowi. Otóż w serialu zawsze uwielbiałam te momenty, kiedy członkowie załogi Enterprise sobie przygadywali. Zazwyczaj to byli Scotty i Spock albo McCoy i Spock, ale zdarzały się i inne konfiguracje. W moich wypiskach cytatów z całego TOSa właśnie te wymiany ciętych uwag stanowią większość. Tymczasem w filmach pełnometrażowych, choć cały czas mamy zachowany ten farbowany „konflikt” doktora i Spocka, ta relacja jest w zasadzie pozbawiona humoru. McCoy przestał być zabawny i jest już tylko zrzędliwy. Filmy sporo na tym tracą, bo humor trzeba wciskać w innej formie, co często przybiera postać dość prostego slapsticku. Ot, że tak wspomnę Scotty’ego, który przedzwonił w jakiś występ głową i stracił przytomność. Śmieszne, ale na bardzo krótką metę. Tym bardziej, że c’mon: szedł powolnym spacerkiem. Jak to możliwe, że aż stracił przytomność od tego uderzenia? I żeby nie było: zdarzało mi się przywalić głową w znaki drogowe czy sklepienie jaskini – wiem, że boli, ale never ever z tego powodu nie zemdlałam. Co innego, gdyby był chociaż rozpędzony. Ale nie był!

No dobrze, to były te takie największe czepy. Parę mniejszych? Po kolei więc: Gwiezdna Flota miała do dyspozycji sprawny statek z zieloną załogą i niesprawny statek z doświadczoną załogą. Co stało na przeszkodzie, żeby zrobić podmiankę i wysłać na misję sprawny statek z doświadczoną załogą? Znaczy to taka rozkmina czysto dla samej rozkminy, bo przecież znam odpowiedź: Enterprise, biczyz! Wiadomka, że mając do dyspozycji Enterprise i nie-Enterprise, każdy wybrałby Enterprise. Choć przypuszczam, że dowództwo Floty powinno mieć trochę inne priorytety…
Uhura. O. Mój. Jeżu. Nie wierzyłam, że to widzę, ale jednak – zobaczyłam. Kazali tej nieszczęsnej niemal sześćdziesięciolatce gibać się nago w świetle księżyca! Nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę uwielbiam Uhurę. Świetnie się trzyma jak na swój wiek. Zawsze uważałam ją za najlepszą laskę na Enterprise – bah!, oglądam teraz The Next Generation i Uhura wciąż prowadzi w moim prywatnym rankingu lachonów Star Treka. Ale czas na gibanie się nago w świetle księżyca był w serialu. Pełnometrażówki… cóż, to już po prostu nie przystoi. To po prostu złe. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to złe. Wyobrażacie sobie swoje babcie gibiące się nago w świetle księżyca?! No właśnie.
kadr z filmu (still majestic)
Dalej: sztuka kamuflażu. Ekspedycja ratunkowa podszywa się pod zwiadowców Syboka, tak? No więc wszyscy mają jakieś maseczki, kaptury i taki tam badziew – za wyjątkiem, ma się rozumieć, Kirka, który pędzi w awangardzie z odsłoniętym ryjkiem. On chyba po prostu sabotował całą tę misję, innego wyjaśnienia nie widzę…
Z Uhurą to w ogóle nie do końca ogarnęłam wątek – najpierw gibie się nago w świetle księżyca, a zaraz potem pilotuje wahadłowiec. WTF? Przecież wahadłowiec pilotował chyba ktoś inny, wahadłowiec w ogóle był gdzie indziej… Ale to chyba po prostu akcja mnie trochę przerosła, no trudno. Ponieważ miałam mózg wypalony właśnie przez gibiącą się nago w świetle księżyca Uhurę, uznaję, że miałam prawo nie nadążyć za akcją.
I czy wpadnięcie do koryta z wodą zabiło tę kobietę-kota? Serio? Chlupnięcie w wodę…? Mam wrażenie, że postacie w tym filmie są jakieś okrutnie podatne na urazy – jak nie Scotty to jakaś statystka z futrem…
Jeśli zaś chodzi o szukanie Edenu… jakby to… wiecie, już tacy byli, co go szukali. Przypomnę, żeby Wam też się to śniło po nocach:


Skąd Spock wziął rakietowe buty na pokładzie Enterprise? Miał je w kieszeniach czy ki czort? Nagle po prostu się w nich pojawił – w dodatku nadleciał do Kirka od góry – czyli Kirk i McCoy musieli nie zauważyć, jak ich przedtem wyprzedził. Co jest właściwie dość dziwne, bo te buty dość hałasują.
Czary goryczy dopełnił morał na końcu, który nie dość, że jest banalny, bo to akurat nie byłoby szczególną nowością, ale jest podany w niemożliwie fatalny sposób. Serio – czekałam, aż Kirkowi wystrzeli tęcza z brzuszka. W sumie dziwne, że w tle żadne białe gołąbki nie przeleciały. No po prostu to było złe.

Podsumowując więc, muszę powiedzieć tyle: usiłuję wyprzeć ten film. Jak uwielbiam całą serię, uniwersum, obsadę TOSa i tak dalej, to po prostu The Final Frontier był żenująco zły. Pełen dziur, z okropnie wkurzającym Kirkiem, nielogiczny i miejscami niesmaczny. Po prostu nie. Nie chcę tego więcej widzieć. I jest to do tej pory jedyna produkcja spod znaku Star Treka, z którą nie chcę mieć więcej do czynienia. Williamie Shatnerze: jak uwielbiam cię jako Jamesa T. Kirka, tak będę cię hejtować jako reżysera. Bądź zdrów, lecz nie reżyseruj, graj, lecz nie pisz scenariuszy, bij się, lecz nie tańcz, podkładaj głos, lecz nie wymyślaj historii, tego ci życzy i tę ostatnią przyjacielską radę posyła ci Fraa fangirlantae.





– “All I ask is a tall ship, and a star to steer by.”
– Melville.
– John Masefield.
– Are you sure about that?
– I am well-versed in the classics, Doctor.
– Then how come you don't know “Row, Row, Row Your Boat”?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...