Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nordcon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nordcon. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Opowieść o androidach, kuciu w ścianie i wymiotach, czyli: Nordcon

Łajka podczas prelekcji. Zestresowana, ale dzielna.

Oto więc mam za sobą mój czwarty Nordcon, który w tym roku miał miejsce w dniach 5-8 grudnia. Po raz drugi udaliśmy się do Jastrzębiej Góry z Ulvem i psami, po raz pierwszy zaś zabraliśmy Łajkę między ludzi, niezmiennie oczywiście obawiając się, jak bardzo będzie panikowała.
Tematem tegorocznego Nordconu był, oczywiście, Blade Runner – piszę „oczywiście”, no bo nie znam nikogo, kto by jeszcze nie wiedział, że w zeszłym miesiącu mieliśmy rocznicę wydarzeń przedstawionych w niezapomnianym Łowcy Androidów z 1982 roku. Jeśli dorzucić do tego przykre zdarzenie z lipca, po prostu nie mogło być inaczej. Ma się rozumieć, głównemu motywowi towarzyszyła szeroko pojęta tematyka AI, robotów i niedalekiej przyszłości naszego świata.

Dotarliśmy do hotelu wczesnym czwartkowym popołudniem – w sam raz, żeby rozpakowawszy się, skoczyć na piwo, a potem ruszyć na podbój konwentowego programu, co w przypadku czwartku oznaczało tak naprawdę odwiedzenie jednego wystąpienia: „Metropolis, czyli Miasto, Masa, Maszyna w rocku i el-popie” Grzegorza Szczepaniaka. Nie miałam wielkich oczekiwań względem tej prezentacji, bo muzyka elektroniczna to zasadniczo nie jest moja bajka, niemniej muszę tu oddać prowadzącemu honor, bo wybrał naprawdę fajne kawałki, które tak naprawdę świetnie wprowadziły słuchaczy w klimat całej imprezy. Jeśli czegoś zabrakło, to chyba – choć to może wydać się głupie – trochę więcej gadania. W sensie obszerniejszego zarysowania jakiegoś kontekstu dla wyselekcjonowanych utworów. Acz rozumiem, że wówczas to by solidnie wydłużyło całe wystąpienie. Niemniej słuchało się całości bardzo fajnie i wyszłam z sali zupełnie zadowolona.
No ale czwartek, jak to czwartek, stanowi raczej tylko rozgrzewkę, bo najważniejsze rzeczy dzieją się w piątek i sobotę.

O katastrofie klimatycznej opowiada
Marcin Szklarski
W piątek program dla nas zaczął się o godzinie czternastej, prelekcją Marcina Szklarskiego „Katastrofa ekologiczna – jak najbardziej rzeczywistość”. Tak jak w zeszłym roku, teraz także prelegent nas nie rozczarował. Wystąpienie było ciekawie i – co istotne – bardzo rzetelnie przygotowane, a z sali wychodziłam mądrzejsza o całe mnóstwo rzeczy. Wystarczyły dwie godziny, żebym wiedziała, jak wyhodować zielony las pośrodku pustyni, jakich ryb nie jeść i dlaczego właściwie wszystkich, a także dlaczego Gdańsk zatapia przy każdym mocniejszym deszczu. Wszystko to ogromnie pouczające i , co tu dużo gadać, otwierające oczy. Jest mi autentycznie szkoda, że na prelekcję przyszło tak mało osób, bo mowa była o ważnych rzeczach, które wszystkim ludziom ze szczątkowym instynktem samozachowawczym powinny być bliskie.
W tej samej sali zostaliśmy już właściwie do końca dnia. Po Marcinie Szklarskim wystąpił Paweł Majka z prelekcją „Miasto w fantastyce”. I znów: bardzo ciekawa prezentacja. Raz, że temat obszerny i interesujący, a dwa, że Paweł Majka po prostu ma dryg do opowiadania rzeczy, więc słuchanie go to czysta przyjemność. Szkoda, że nie była to prelekcja przewidziana na dwie godziny, bo musiała się urwać w momencie, kiedy robiło się naprawdę ciekawie, czyli kiedy już wchodziliśmy w różnego rodzaju cyberpunki i inne gatunki fantastyki, w których miasto wręcz narzuca się jako jeden z głównych bohaterów, a nie tylko jako sceneria. Cóż, może innym razem.
Tradycyjnie za to dwie godziny dostali Michał i Piotr Cholewowie, którzy opowiedzieli nieco na temat Sztucznych Inteligencji. Z prelekcjami tych panów jest właściwie za każdym razem podobnie: zaraz następnego dnia niewiele z tego całego chaosu informacyjnego pamiętam, ale za to dwie godziny spędzone na prelekcji to świetna zabawa. Nic dziwnego, że sala zawsze jest pełna. W głowie zostają ogólniki, choć nie powiem, też interesujące: była mowa o różnych typach AI i o tym, nad którą realnie się pracuje, a której w sumie nikt do niczego nie potrzebuje. No i prelegenci wspomnieli o moim najulubieńszym bohaterze literackim, czyli HALu 9000. W sumie czegóż trzeba więcej?
Panel o AI. Od lewej: prowadzący spotkanie
Grzegorz Szczepaniak oraz goście: Nie-Wiem-Kto,
Marcin Szklarski, Michał Cholewa
Piątkowy program domykał (przynajmniej w tej sali) panel dyskusyjny na temat ekonomicznych konsekwencji upowszechnienia SI. Zostaliśmy na nim trochę z ciekawości, a chyba też trochę z rozpędu, no bo skoro już i tak siedzieliśmy na miejscu… No i muszę powiedzieć, że mam pewien problem z tym punktem. Raz, że to panel, więc dla mnie bazowo jest mniej angażujący i wartościowy merytorycznie niż prelekcja. Ale dwa, że dość szybko straciłam orientacje, o czym uczestnicy właściwie mówią. A że moderator dość szybko musiał się urwać, to w końcu dostaliśmy trzech panelowiczów, którzy dryfowali od jednej dygresji do drugiej i nie umiem nawet powiedzieć, czy osiągnięto jakiś konsensus albo czy były jakiekolwiek ostateczne wnioski. No i trochę mi brakowało wymienienia uczestników panelu z nazwisk w informatorze konwentowym, bo o ile potrafię rozpoznać Marcina Szklarskiego i Michała Cholewę, o tyle za diabła nie mam pojęcia, kim był trzeci z nich.

W sobotę zaczęliśmy jeszcze wcześniej, bo już o trzynastej. Oto Wojtek Sedeńko miał powiedzieć coś na temat: „Dlaczego wolę czytać klasykę SF i przedkładam archaiczną fantastykę naukową nad współczesną fantastykę?” (porównując z innymi tytułami prelekcji, jestem totalnie przekonana, że dałoby się to ująć krócej). No i tu muszę się jednak trochę poczepiać, choć może nie wypada, no bo to nie byle jakie nazwisko i co ja tam wiem. Ale to mój blogas, więc nikt mi nie zabroni. Otóż więc spełniły się moje obawy, jeśli chodzi o tę prelekcję. Pan Sedeńko („Pan” zupełnie nieprotekcjonalnie – źle się czuję z tym „Wojtkiem”, no bo piwa żeśmy nigdy razem nie pili ani nawet ręki sobie nie uścisnęli, a z kolei „Wojciech” jest jakieś nienaturalne, bo nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam, żeby był zapisany w ten sposób) w zasadzie przez godzinę perorował o tym, że kiedyś to były wartościowe książki, a pisarze mieli coś do powiedzenia, nie to co dzisiejsi autorzy, którzy cierpią na słowotok i w ogóle piszą jakiś szit. Godzina udowadniania sobie i innym własnej wyższości. To znaczy okej, wystąpienie było nakierowane na bardzo konkretny target – dość powiedzieć, że jakieś 90% widowni było zdecydowanie, no… nie w moim wieku. Więc sobie kiwali głowami na te dyrdymały, jak to drzewiej bywało, no i w sumie niewiele więcej z tego wynikało. A dlaczego mam z tym problem? Bo to uogólniające pierdololo, które niczemu nie służy. Jeśli ktoś chce zachęcić do klasyki fantastyki naukowej, to powinien się skupić na pokazywaniu, co w niej jest fajnego, bez porównywania z jakimś urojonym współczesnym chłamem. Bo takie podejście działa wręcz odwrotnie. A byłam na tej prelekcji tylko dlatego, że pomyślałam „hej, też lubię stare sf, może autorytet podpowie mi jakichś autorów, z którymi się jeszcze nie zetknęłam!” – no i to fakt, podpowiedział. Ale w takiej otoczce, że jednocześnie mam ochotę to przeczytać i nie mam.
Radosław Rusak i Paweł Majka
perorują o III wojnie światowej, która prawie była
Na szczęście potem już było lepiej: o czternastej Radosław Rusak, podstępnie w informatorze konwentowym nazwany Pawłem Majką, wygłosił prelekcję „Fantastyka i wojna – przegląd pola walki”, czyli o różnych fantastycznych wojnach. Przy czym prelegent wyszedł naprawdę od początku, bo od Mahabharaty. Całość wypadła bardzo przyjemnie, pouczająco i jak dla mnie można to wystąpienie zamknąć wnioskiem, że hinduscy bogowie mieli zdecydowanie overpowered broń. A prelegent używa słowa „broń” w liczbie mnogiej, co zawsze pobrzmiewa mi nieco komicznie, choć wiem, że profesor Bańko mówi, że można – i ja mu w pełni ufam.
Wcześniejsze niż przewidywałam pojawienie się Radosława Rusaka zaowocowało tym, że mogłam wcześniej niż przewidywałam wcisnąć się z książką do podpisania – jestem więc teraz dumną posiadaczką pierwszego tomu Czerwonych Żniw z autografami obu autorów, ha!
A potem była mała przerwa na obiad.
Po przerwie wróciliśmy do tej samej sali na prelekcję Pawła Majki i Radosława Rusaka „Jak miała wyglądać III wojna światowa?” – i znowu poczułam się ciut mądrzejsza, i znowu prelegenci mieli super ciekawe rzeczy do powiedzenia, choć w sumie bardzo wyraźnie dało się odczuć, że po prostu po zrobieniu riserczu komuś się stwierdziło, że hej, z tego materiału to można by wykręcić prelekcję. No i słusznie. To i owo gdzieś mi się już obiło o uszy, chyba kiedy w któreś wakacje zwiedzaliśmy bunkry w Świnoujściu, ale to i tak zawsze generuje nieco ciarów, jak sobie człowiek uświadamia, jak bardzo o włos byliśmy od totalnej rozpierduchy i ile jednak mamy szczęścia, że żyjemy w dzisiejszym świecie. Inspirujące i opowiedziane ewidentnie przez ludzi zainteresowanych tematem. To zawsze cieszy.
Sobotę zamknęło wystąpienie Michała i Piotra Cholewów „Dziwna broń – literatura”. Choć w sumie dotyczyła nie tylko literatury, więc nie jestem pewna, czy w programie czegoś nie ucięło… No nieważne. Jak zawsze, prelekcja była przezabawna, pozwoliła zapisać sobie parę tytułów do zapoznania się, a całościowo w sumie człowiek wychodził z sali z poczuciem bardzo przyjemnie spędzonego czasu. Z tego miejsca jednakże pragnę zaznaczyć, że w pierwszej kategorii „dziwnej broni”, czyli wśród zwierząt, zabrakło mi zdecydowanie krowy ciskanej przez Francuzów w króla Artura. Rzekłam.

Piotr i Michał Cholewowie - nie wiem, o czym
tu dokładnie mówili, ale są wybuchy.
Tyle, jeśli chodzi o prelekcje. Poza jednym wyjątkiem, wszystkie wspominam dobrze lub bardzo dobrze, były inspirujące, fajnie przygotowane i zaprezentowane ewidentnie przez ludzi z pasjami.
Jeśli zaś chodzi o sam hotel, to przyznam, że remont na piętrze dość skutecznie motywował do prędkiego opuszczania pokoju. Momentami mam wrażenie, że wiercili nam centralnie nad sufitem. No ale w sumie to aż tak nie przeszkadzało, bo rzeczywiście w większości przebywaliśmy gdzie indziej. Co mnie ogromnie ucieszyło, Łajka zniosła cała tę imprezę bez porównania lepiej niż się baliśmy – nie tylko spokojnie leżała pod krzesłami w trakcie prelekcji, ale nawet dawała się miziać zupełnie obcym ludziom! Z obawą, ale jednak. Została więc dość bezlitośnie wymiętoszona. Odreagować mogła podczas niedzielnego spaceru po plaży – zdecydowanie nie boi się już morza tak jak rok temu. Ma też absolutnie stuprocentową skuteczność w temacie wymiotowania w samochodzie na trasie Gdańsk – Jastrzębia Góra i z powrotem (ha! Stąd tytuł notki, a nie że któreś z nas się schlało i rzygało dalej niż widziało, pfef…).

Właściwie tak jak zawsze, imprezę uważam za bardzo udaną. Był dobry temat, dobry program, ładne konwentowe gadźety (kubki i koszulki), w kawiarni budynku A działała kuchnia (więc i obiady dobre mieliśmy na miejscu), ludzie ogromnie pozytywni, a w ciągu tych kilku dni zdołaliśmy całkiem fajnie sobie wypocząć. Niezmiennie lubię ten klimat i nawet jeśli przyszłoroczny temat (Japonia, jeśli się nie mylę…?) kompletnie mnie nie jara, no to pewnie i tak się zdecyduję, no bo jakoś tak już zaczynam myśleć o Nordconie trochę jak o NaNo: nadchodzi dany okres w roku i po prostu się to robi. Po paru latach człowiek przestaje pytać po co, dlaczego, czy warto – szarżuje ku mniej lub bardziej sensownemu celowi i już.

Zmęczone psiecka żegnają się z Państwem.


poniedziałek, 10 grudnia 2018

Nordcon, Nordcon i po Nordconie

Nordcon w telegraficznym skrócie.
Myślę, że dość dawno już dla wszystkich stało się jasne, że nie jestem żadnym tam wyczynowym konwentowiczem. Nie lubię tłumów, na stoiskach zazwyczaj nie widzę niczego atrakcyjnego do nabycia, fandomowa hermetyczność mnie męczy, no ogólnie jest słabo. A jednak dzieje się jakoś tak, że na Nordconie wylądowałam już po raz trzeci. Co jest niniejszym moim konwentowym rekordem, bo nigdzie dotąd nie wizytowałam więcej niż dwukrotnie (Imladris). Co więcej, nigdzie przedtem nie ośmieliłam się zaciągnąć Ulva – a tym razem pojechaliśmy całą rodziną: my i nasze psiecka. Co więcej: wreszcie, po dwóch latach kombinowania, udało się uczestniczyć w imprezie z noclegami! Precz, codzienne dojazdy PKSem do Jastrzębiej!

Do hotelu przybiliśmy w czwartek jakoś przed południem. Akurat dość czasu, żeby się na spokojnie rozpakować w pokoju i zaaklimatyzować. Już wtedy spotkało nas małe zaskoczenie, bo z regulaminu dostępnego na nordconowej stronie zrozumieliśmy, że ogólnie za obecność zwierząt w pokoju płaci się 125 zł niezależnie od liczby tych zwierząt (wszak dezynfekcję trzeba przeprowadzić tak samo za jednego psa jak i za osiem – zresztą, cytuję informacje z oficjalnej strony wydarzenia: „Pokoje w których przebywały zwierzęta muszą po pobycie zostać odkażone. W związku z tym należy wnieść opłatę 125zł w recepcji Ośrodka.” – czy to ja coś krzywo rozumiem, czy jednak nie ma tu wskazania typu „125 zł od łebka”?), a w recepcji okazało się, że mamy bulić za każde psiecko oddzielnie – toteż na początek pozbyliśmy się 250 zł i nadal do końca nie wiem, na którym etapie nastąpiło jakieś nieporozumienie. Ale dobra, jesteśmy spokojnymi ludźmi, więc przez kolejne pół roku będziemy mamrotać pod nosem, że nas w hotelu najzwyczajniej orżnęli na 125 zł, ale nikomu nic nie powiemy.
W czwartek było dość spokojnie. Łajkę zostawiliśmy w pokoju, a w teren zabraliśmy Vista. Strategia się sprawdziła: ona była grzeczna, on próbował się rzucić tylko na jednego psa ważącego 67 kg, wspaniałego Fergusa. Brawo ty, Viście.
Pierwszego dnia nie działo się zbyt wiele, jako że to czas dojeżdżania ludzi. Toteż dopiero o 17:00 odbyła się prelekcja, która – co tu dużo mówić – niczego nie urwała. Robert Bujniewski opowiadał o mitologii wikingów. Czy też raczej: próbował opowiedzieć? Wypadło to bardzo słabo. Miałam wrażenie, że sam za bardzo nie ogarniał tych najbardziej podstawowych zarysów mitologii, że prezentację przygotował naprędce pół godziny przed wystąpieniem i ogólnie jakieś to było nudne i chaotyczne. Inna sprawa, że – jeśli mam być szczera – moim zdaniem w ogóle temat był o wiele za szeroki na godzinne wystąpienie. Należałoby się tu skupić raczej na jakimś jednym aspekcie tej mitologii, na konkretnej postaci czy coś. Chociaż biorąc pod uwagę to niezbyt solidne przygotowanie (slajd, gdzie w nawiasie widniał napis „potrzebny przypis”? Serio, dziękujemy ci, Wikipedio), ograniczenie tematu mogłoby okazać się za małym udogodnieniem.
Wystąpienie skończyło się jakiś kwadrans przed początkiem kolejnego, na którym Grzegorz Szczepaniak miał mówić o muzyce inspirowanej kulturą nordycką. A skoro mieliśmy ten moment wolnego, no to śmignęliśmy do baru. I tak się złożyło, że nigdzie dalej już się nie ruszyliśmy: ktoś pogłaskał Vista, ktoś się nim zachwycił i zaczął rozmowę, po czym ani się obejrzeliśmy, jak nadeszła późna godzina wieczorna, czas na spacer, a także absolutny koniec jakichkolwiek prelekcji.

Jest Lagerta. Co może pójść źle?
W piątek byliśmy zdeterminowani od samego początku. Udało nam się wstać na tyle idealnie, żeby się ogarnąć rano i wyjść z psieckami, a potem zdążyć na prelekcję Marcina Szklarskiego „Podbój rosyjskiego Dzikiego Wschodu”. I muszę przyznać, że było to wystąpienie bez porównania sprawniej zrealizowane od tego czwartkowego. Widać było przygotowanie prelegenta i jego znajomość tematu. Dość zadowolona więc opuściłam salę.
Jako że kolejną prelekcję, która nas interesowała, mieliśmy dopiero o 16:00, do naszej dyspozycji zostawały dwie godziny wolnego. Akurat tyle, żeby coś zjeść i dać odpocząć oczom w pokoju… Oczy odpoczywały na tyle skutecznie, że zaspaliśmy o godzinę na prelekcję o 16:00… Ale, żeby nie było, wystąpienie Grzegorza Gajka o życiu skandynawskich kobiet we wczesnym średniowieczu nieco się przeciągnęło (jako że prelegent z godziny 17:00 nie dojechał na imprezę, więc było nieco luzu), no to jeszcze nawet załapaliśmy się na kawałeczek wystąpienia. A potem miał być panel poświęcony wikingom w sztuce i popkulturze – i popełniliśmy ten sam błąd co dzień wcześniej: usiedliśmy na chwilkę w barze. I ani się obejrzeliśmy, jak jakaś kobieta obcałowywała Vista, a inna opowiadała o kosmkach jelitowych jej suczki. W tym czasie Vist usiłował zeżreć twarz a to całuśnej pani, a to Fergusa, a Fergus kroczył godnie między stolikami i, cóż, był wielki. Serio, to nie był pies – to był źrebak.
Nie zjawiliśmy się więc ani na wspomnianym panelu, ani na prelekcji Pauliny Hendel o wampirach, demonach i zabobonach. No cóż – trudno. Dowiedziałam się za to o sposobie na przyspieszenie gojenia pewnych zranień za pomocą wstrzykiwania płytek krwi. Sprawa równie inspirująca, więc specjalnie się nie smucę. Szczególnie że ani nie jestem fanką paneli (zazwyczaj goście ślizgają się po temacie i opuszczam salę z ogromnym niedosytem), ani niekoniecznie chcę słuchać o wampirach i demonach (całkiem egoistycznie: swego czasu bardzo ostro wgryzałam się w temat i tak szczerze to nie sądzę, żeby ta prelekcja wniosła w moje życie coś, czego faktycznie nie wiem).

Vist zasłuchany.
Od razu widać przyszłego doktoranta.
Jako że w piątek udało nam się bardzo skutecznie zaszyć w barze i kompletnie zaniedbać prelekcyjne powinności, w sobotę postanowiłam być twarda. Sprawę ułatwiał fakt, że tym razem między wybranymi punktami programu nie mieliśmy pauz, toteż przechodziliśmy co najwyżej z sali do sali, bez ryzyka, że w międzyczasie ktoś nas zagada i pogłaszcze Vista.
Jedynym cieniem kładącym się na tym dniu była krótka wymiana zdań z pewną, tak myślę, bardzo smutną panią, która miała problem z przebywaniem w jednym pomieszczeniu z psem. I z jednej strony, ma się rozumieć, nie kłóciliśmy się, bo w recepcji byliśmy wyraźnie (no, wyraźnie jak wyraźnie – specjalnie o to dopytywałam, żeby uniknąć odbijania się od klamki w kolejnych dniach) poinformowani, że z psami tam nie wolno. Z drugiej jednak, naprawdę nie rozumiem, co konkretnie przyświeca komuś, kto twierdzi, że nie może zjeść swojego śniadania, jeśli trzy stoliki dalej pod stołem leży pies. Pies na smyczy, zaszczepiony, odrobaczony i pewnie zdrowszy od tej pani i całej jej rodziny (oczywiście, teraz nieco płynę, ale serio nie raz już stwierdzaliśmy, że nasze psiecka żywią się lepiej od nas i są bardziej od nas zadbane, jeśli chodzi o zdrowie). Jeszcze w przypadku alergii – okej. Ale takie „nie bo nie”? Jakim konkretnie zagrożeniem był dla tej pani Vist?
W każdym razie, ponieważ jesteśmy ludźmi grzecznymi i nieawanturującymi się, wzięliśmy nasz obiad i opuściliśmy pomieszczenie, absolutnie w duchu nie życząc pani udławienia się jajecznicą ani wetknięcia sobie słomki w nozdrza. Jesteśmy ponad takie rzeczy.

Zaczęliśmy od bardzo udanej prelekcji Grzegorza Gajka o magicznych przedmiotach i magii wikingów. Po raz kolejny: widać solidny risercz i ogólne obcykanie prelegenta w temacie. Słuchało się go z prawdziwą przyjemnością, co zresztą może się jakoś wiązać z tym, że – jak Grzegorz Gajek sam zaznaczył na wstępie – jest pisarzem (głupio przyznać, dotychczas z jego twórczości znam tylko opko Wolsungowe). Więc do pewnego stopnia rozumiem, że umie w narrację i opowiada tak, żeby chciało się tego słuchać. Tu i ówdzie przewinęły się też wątki autotematyczne, czyli wzmianki o własnej powieści – co ni mniej ni więcej, doprowadziło mnie do zupełnie innej powieści, bo niewikińskiej, którą zamierzam przeczytać (Powrót królów, oczywiście – cóż innego mogłabym chcieć przeczytać?).
Po tej prelekcji miało miejsce wystąpienie Rafała Nawrockiego poświęcone fantastyce w architekturze bloku wschodniego. Znów: sprawnie opowiedziane, interesujące. Początek wzbudził we mnie mieszane emocje, bo nie do końca czułam myśl przewodnią, ale potem było już coraz lepiej, a od architektonicznych latających spodków to w ogóle zaczęło się robić świetnie (w przeciwieństwie do prelegenta, ja akurat ogromnie lubię formę schroniska na Śnieżce). Zapisałam sobie mnóstwo tytułów do nadrobienia i zobaczyłam całkiem sporo budynków, o których istnieniu nie do końca wiedziałam.
Potem przetransportowaliśmy się do drugiej sali i tam osiedliśmy na wystąpienie Karoliny Czonstke i Bartosza Świątkowskiego o relacjach słowiańsko-skandynawskich we wczesnym średniowieczu. Wystąpienie, co tu mówić, było w pełni profesjonalne, świetnie przygotowane, a prelegenci nie do zagięcia, bo po prostu znali się na temacie, który poruszali. Jeśli miałabym doszukiwać się minusów, to będą to dwa szczegóły: po pierwsze, trochę brak synchronizacji, który z prelegentów co mówi w danym momencie. Miejscami miałam wrażenie, że jedno drugiemu wchodzi w słowo i niekoniecznie mi się to podobało. Drugi szczegół to coś, co mi osobiście trochę przeszkadzało, ale z kolei Ulv bardzo tego bronił: czyli ujęcie tematu. Ja twierdzę, że – ponieważ prelegenci to archeolodzy – specyfika ich branży sprawia, iż są zapatrzeni w rekwizyty. Więc opowiadają o rekwizytach, łupinkach dzbanków, szczątkach biżuterii i przebarwieniach na glebie tam, gdzie niegdyś była ściana chałupy – i to wszystko jest super cenne, ale brakowało mi w tym ludzi. Kiedy zamiast informacji „skandynawski garncarz pracował na terenach naszego Pomorza” dostaję informację „parę skandynawskich łupinek znaleziono na terenach naszego Pomorza”, jest to dla mnie trudniejsze do zwizualizowania i do wyciagnięcia konkretnych wniosków. Zabrakło mi plastycznych opisów, o. Ulv mówi, że te opisy przecież byłyby zmyśleniem, bo fakty są takie, że znaleźli parę łupinek dzbanka, a nie że skandynawski rzemieślnik cokolwiek robił – to już by były domysły. I ja to rozumem. Naprawę, ja to rozumiem i nie twierdzę, że ta prelekcja była zła. Ale jeśli chodzi o taką konwentową prelekcję, to chyba spokojnie odpuściłabym nieco naukowości na rzecz działającej na wyobraźnię narracji. Nie bez powodu obok publikacji naukowych występują publikacje popularnonaukowe.
Następnym prelegentem miał być ten sam, który nie dotarł na imprezę dnia poprzedniego – toteż okazało się, że przez godzinę sala będzie pusta. W tym czasie zdążyliśmy kupić coś do picia i wyjść z Vistem na spacer, a potem mieliśmy przynajmniej dobre miejsca na prelekcję Michała Cholewy i Piotra Cholewy o Austerlitz.
Prelekcja była świetna – jak to prelekcja Cholewów: temat bardzo dokładnie zgłębiony, show wciągające i zabawne, a nawet prezentacja chyba bez literówek. Wrażenie psuł tylko jakiś fachowiec-napoleonista, który za punkt honoru postawił sobie wściubiać swoje o wiele za dużo groszy wszędzie tam, gdzie tylko się dało. Rozwalało to rytm całej prezentacji i pozostawiło mnie z takim wrażeniem, że ogólnie niby było miło, ale ja nadal nie wiem, jak u licha przebiegła cała ta kampania. I to jest coś, co mnie jednak niemożebnie wkurza: jeśli się na czymś, człowieku, znasz, to po prostu zrób własną prelekcję. Jeśli jej nie robisz i przychodzisz na prelekcję do kogoś, to uszanuj tego kogoś i po prostu stul dziób. Ewentualnie fajny złoty środek znalazł wspomniany już wcześniej Bartosz Świątkowski, który po prelekcji Grzegorza Gajka o kobietach powiedział, co mu leży na wątrobie i z czym się nie zgadza – ale to było już po prelekcji. Nie rozwalał swoją mądrością całego wystąpienia. Pan fachowiec-napoleonista nie miał takich skrupułów i co trzecie zdanie wchodził w słowo prelegentom. I ja nie wiem, czy chciał błysnąć czy nie, ale w każdym razie bardzo mi obniżył poziom zadowolenia z tej prelekcji. Brawo.

A w niedzielę przed południem porzuciliśmy pokój pokryty od sufitu po podłogę psią sierścią (bez wyrzutów sumienia, wszak zapłaciliśmy za to dodatkowe 250 zł) i wróciliśmy do domu.
Ulv jest zadowolony. Myślę, że na jakieś 98% odwiedzimy Nordcon w przyszłym roku, szczególnie że tematyka Blade Runnerowa zdaje się ogromnie atrakcyjna (znaczy, chyba że hotel wywiesi nasze portrety z podpisem, że tych klientów nie obsługujemy). Wbrew temu, co mówiła w piątek wieczorem spotkana w barze randomowa dziewczyna chyba z Białegostoku, nie uważam, żeby w Nordconie chodziło wyłącznie o spotkania ze znajomymi i wspólne picie. Program imprezy – czyli prelekcje i panele – są dla mnie ogromnie ważne i zapewne to się nie zmieni. Lepiej wspominam prelekcyjną sobotę niż nieco bezsensownie przepity piątek, choć nie przeczę, jedno i drugie miało swój urok. Może zresztą to jest fajne w Nordconie, że potrafi zadowolić zarówno takie osoby, jak owa wspomniana dziewczyna, która chciała po prostu pogadać przy piwie ze znajomymi, z którymi od roku nie gadała, jak i mnie, która szuka wiedzy i inspiracji na prelekcjach. To impreza, która nikomu nie mówi, jak się trzeba bawić.
Wrażenia zdecydowanie pozytywne, nawet mimo pewnych zgrzytów tu i ówdzie. Chcieliśmy zobaczyć kometę, ale były chmury. Łajka dopiero ostatniego wieczoru postanowiła wydrapać sobie w drzwiach drogę do wolności. Takie tam. Ogółem - Fraa poleca Nordcon.

niedziela, 10 grudnia 2017

De Nordconi Natura, czyli Fraa i Siem w Jastrzębiej Górze

Nowiutki kubek. Bo kto by nie chciał
kolejnego kubka, jeśli tylko można
mieć kolejny kubek?
(Nie będzie zdjęć, bo nie zrobiłam ani jednego i już, o.)
Kiedy na początku roku dowiedziałam się, że tegoroczny Nordcon będzie miał za temat przewodni starożytny Rzym, właściwie nie miałam chwili wahania: wiedziałam, że się tam zjawię i już. No bo kto jak nie ja? Bah, po doświadczeniach z zeszłoroczną imprezą w Jastrzębiej Górze, plan obejmował wykupienie noclegów, bo dojeżdżanie okazało się jednak trochę uciążliwe – w szczególności konieczność urywania się na ostatni PKS, które choć jeżdżą często, to jednak dość wcześnie kończą kursowanie.
Jakoś w marcu ruszyły zapisy, no więc od razu wykupiłam akredytację (obowiązkowo z kubkiem i koszulką) – peszek chciał, że nie bardzo byłam wówczas wypłacalna, żeby dokupić też nocleg. Kiedy zaś zrobiłam się wypłacalna, przerósł mnie formularz i nie umiałam dokonać rezerwacji pokoju bez powtórnego wykupienia akredytacji. Po jakimś czasie byłam już naprawdę zdeterminowana, toteż uznałam, że kij tam, najwyżej będę miała dwie akredytacje – kupuję ten nocleg i już. No, ale wtedy nie było już pokojów. Toteż ogólnie poległam tutaj po całości i okazało się, że w tym roku także czeka mnie dojeżdżanie.
Z czasem nawet mnie ucieszyło, że nie utopiłam tej kasy, bo trochę się moje podejście do całej imprezy (nie tylko do niej, to nic osobistego) zmieniło i chciałam w ogóle nie jechać.
Aż kilka tygodni temu tak w sumie trochę z nudów, trochę z ciekawości zajrzałam w informator z programem.
A tam była lista gości.
A na liście pierwsze nazwisko: Bogdan Burliga. I jeśli jest ktoś, komu miałam okazję opowiadać o moich studiach, z całą pewnością pojawiła się w tych opowieściach postać Wybitnego Autora. A tu Wybitny we własnej osobie miał przybyć na Nordcon!
No i znów musiałam zrewidować swoje poglądy, by dojść do wniosku, że hej, ja jednak chcę do Jastrzębiej.

W związku z tymi dojazdami, dość długo wahałam się w temacie czwartku: czwartkowy program tak naprawdę nie był dla mnie w żadnym razie interesujący, więc jechałabym tak naprawdę wyłącznie towarzysko. A że w ogóle nie czułam się towarzysko zdatna do użytku, to koniec końców uznałam, że wolę ten dzień spędzić w domu.
Co innego w piątek: przypomniałam sobie jakoś w ostatniej chwili, że przecież – dźgnięta zawczasu przez przytomną Siem – zapisałam się na zwiedzanie Portu Wojennego w Gdyni, zbiórka o 10:00. Czyli nie zostawało mi nic innego, jak zerwać się z rana i dziarsko ruszyć w drogę.

Okazało się, że autobus linii 150 to świetne połączenie między Gdynią Główną a portem – przystanek na Rondzie Bitwy pod Oliwą jest dosłownie parędziesiąt metrów od bramy, toteż wysiadłszy, mogłam radośnie obserwować innych uczestników wycieczki, którzy robili kolejne kółka na rondzie i wjeżdżali w kolejne uliczki w desperackich poszukiwaniach miejsca parkingowego.
Zwiedziliśmy trzy okręty: mały okręt rakietowy ORP Grom, korwetę ORP Kaszub oraz rakietową fregatę ORP Kościuszko. Wycieczka była tak miła, że kiedy na Kaszubie poszłam skorzystać z toalety, zostawili mnie i poleźli w swoją stronę, więc wyszedłszy z kabiny byłam tylko ja i puste korytarze. Jakoś udało mi się jednak znaleźć grupę – potem już tylko trzeba było znaleźć osobę, która poszła mnie szukać i można było kontynuować wycieczkę.
Moim jedynym problemem przy całym tym zwiedzaniu był fakt, że nie ogarniam tak bardzo, że nawet nie wiedziałam, o co miałabym pytać. A przewodnicy głównie nastawieni byli na odpowiadanie na pytania zwiedzających, czuję więc, że zupełnie nie wykorzystałam potencjału całej tej wyprawy. Niemniej podobało mi się i siedziałam na fotelu Kirka. Okrutnie wysokim, obrotowym fotelu Kirka. Człowiek od razu czuje się bardziej jak Kirk na takim fotelu.

Wycieczka w gruncie rzeczy trwała dość długo. Większość grupy pojechała potem do Gdańska, a my z Siem postanowiłyśmy dotrzeć na 16:00 do Jastrzębiej Góry na pierwszą z prelekcji Wybitnego: „Rzymskie spectacula – rzecz o wyobraźni, fantazjach i kulturze oglądania w starożytnym Rzymie”. Tego dnia jednak musiał być zły układ planet. Najpierw autobus do Gdyni Głównej utknął w okropnym korku, więc zanim wsiadłyśmy w PKS, minęło nieco czasu. Ale to i tak nic w porównaniu z korkiem, w jakim w Redzie utknął rzeczony PKS. Ruszyłyśmy z Gdyni o 14:35 – godzinę później byłyśmy wciąż przed Wejherowem. O 16:00 ledwo doczłapałyśmy w okolice Pucka. W Jastrzębiej koniec końców byłyśmy jakoś tuż przed 17., ja bardzo zła i rozgoryczona, właściwie chciałam odebrać akredytację i zawijać się do domu, fochnięta na cały świat – ale tak jeszcze ostatnim rzutem wlazłyśmy do sali prelekcyjnej, gdzie siedział Wybitny. I okazało się, że jego wystąpienie nieco się przedłużyło, bo prelegentów o 17:00 wciąż nie było – gdyż utknęli w korku po tym, jak wystartowali z Gdańska. Załapałyśmy się więc na jakieś ostatnie dwadzieścia minut wystąpienia. I już byłam tylko troszeczkę zła, ale przynajmniej wiedziałam, że jednak nie odpuszczę następnego dnia.
Kolejnymi prelegentami byli Michał i Piotr Cholewa, a ich wystąpienie nosiło tytuł „Nie takie groźne potwory”. Wysłuchanie prelekcji było dla mnie dość oczywistą oczywistością, bo niezmiennie świetnie się bawię, kiedy ci dwaj panowie zaczynają opowiadać. Tak też było tym razem: dowiedzieliśmy się o słabościach rozmaitych rodzajów stworów, od Obcego począwszy, przez Predatora, Terminatora, Screamersów, na tryfidach kończąc (oczywiście, pewnie w innej kolejności). Zapisałam sobie milion tytułów do przeczytania i/lub obejrzenia. Jeśli miałabym narzekać, to oczywiście zabrakło mi Borg w tym zestawieniu.
Zresztą, muszę przyznać, że jakoś w ogóle spodziewałam się czegoś innego: wiecie, jesteśmy na imprezie utrzymanej w tematyce okołorzymskiej. Jest prelekcja o potworach. W mojej głowie od razu pojawia się Echidna z całą jej potworną czeredą. Kiedy jednak przeszłam przez początkowy moment „aaaa, to o takie potwory nam chodzi…?”, zaraz sobie uświadomiłam, że kamaan, przecież to Michał i Piotr Cholewa – jak ja się mogłam właściwie spodziewać czegoś innego?

I niedługo potem pojechałam do domu – byłam dość zmęczona i niezbyt zadowolona, ale miałam świadomość, że mogło być gorzej.

Zupełnie inaczej ułożyły się sprawy dnia następnego: wsiadłszy do PKSu o 9:45, już o 11:05 byłam pod hotelem Primavera, w którym odbywa się Nordcon. Odebrana z przystanku przez Siem, zrzuciłam rzeczy u niej w pokoju, po czym poszłyśmy w okolice sali prelekcyjnej, koczować sobie spokojnie na 13:00, kiedy to Wybitny miał wystąpienie „Sztuka zamiany słów na obraz. O niezwykłej właściwości literatury grecko-rzymskiej” (hehe, przypomniało mi się drwiące pytanie Ulva o poranku: „Przecież nie jedziesz tylko na prelekcję Wybitnego”? – i konsternacja po chwili ciszy: „Ty jedziesz tylko na prelekcję Wybitnego!”). Zresztą przyznam, że początkowo było to dość zabawne doświadczenie, ponieważ kiedy już zajęłyśmy miejsca na widowni, okazało się, że w ogóle większość przybyłych to dawne studentki prelegenta. Później ta proporcja się nieco zmieniła, bo z czasem doszło trochę ludzi, niemniej na początku to wywołało mój ogromny rechot. Prelekcja była – co ani trochę mnie nie zaskoczyło – ogromnie ciekawa i pełna dygresji, a szczególnie cenne chyba okazało się zwrócenie uwagi na to, co sprawia, że tekst jest ciekawy i sugestywny. Taki moment, w którym uświadomiłam sobie, że chyba jednak bestseller nie jest mi pisany.
Zaraz po Wybitnym, wystąpił Rafał Nawrocki z prelekcją pod tytułem „Demony Mickiewicza i Słowackiego”. I znów: spodziewałam się czegoś innego. To znaczy opowieść o naszych rodzimych diabłach była bardzo interesująca, po prostu przyznać muszę, że spodziewałam się chyba więcej Mickiewicza i Słowackiego w wystąpieniu, które ma Mickiewicza i Słowackiego w tytule…? Ale to tak naprawdę żaden zarzut. Bardzo, bardzo dobrze się tego słuchało.
A potem – i próbuję to pisać bez radosnego machania rękami – poszłyśmy z Wybitnym na piwo. HA! To było prawie jak powrót na studia, tylko, no… z piwem. Czegóż Fryy mogłyby chcieć więcej (żeby było jakieś inne piwo oprócz Specjala, ale podłe Nordconowicze już wszystko wychlali)? Zanotowałam kolejny milion tytułów do obejrzenia i/lub przeczytania i ogólnie spędziłam przefajne, szalenie inspirujące półtorej godziny. I chyba Siem też. A Wybitny… cóż, przecież w każdej chwili mógł sobie pójść, prawda?
O 17:00 miał zresztą kolejną prelekcję: „Starożytni replikanci, czyli Blade Runner 73–71 p.n.e.: jak (i czy w ogóle) można zrozumieć antyczną instytucję niewolnictwa?”. Tradycyjnie, była ogromnie ciekawa, a w połowie przerodziła się w całkiem fajny dialog z widownią i, jak to bywa, pojawiło się mnóstwo porównań antyku ze współczesnością, a Rzym nie po raz pierwszy tu i ówdzie skojarzył się z Ameryką (piję tutaj do moich czasów studenckich i wykładów profesora McQueena, który – oprócz tego, że mówił niemożliwie ciekawie – bardzo często wykazywał podobieństwa między tymi dwoma imperiami). I wprawdzie później miał być panel „Wędrówka ludów AD 2015, czyli kto steruje nachodźcami?”, ale w sumie wystąpienie Wybitnego jakoś tak zaczęło się z tym tematem zazębiać, że koniec końców, kiedy wychodziłam (okrutnie smutna, że muszę uciekać, bo zaraz mi uciekał ostatni PKS), ustalono, iż w sumie to niech po prostu Wybitny kontynuuje.

I to jest właśnie tak: jechałam na Nordcon z fochem, wkurwem na ludzkość i postanowieniem, że ostatni raz dałam się wpuścić w całą tę głupotę. Wyjeżdżałam drugiego dnia z ogromnym żalem, że to już koniec (nie koniec całej imprezy, ale koniec dla mnie), że jednak za rok koniecznie chcę z noclegami, że było tak strasznie fajnie. I sama nie wiem: może to cały klimat imprezy, który sprawia, że nawet jeśli na początku czułam się trochę obco, to wrażenie minęło po jakichś dziesięciu minutach przebywania w hotelu. Może fakt, że wreszcie udało się spotkać z Siem po dość długiej przerwie. Może to, że po raz pierwszy od sześciu lat mogłam porozmawiać z Wybitnym. A może dostatecznie dużo piwa. Naprawdę trudno mi rzucić jakąś sensowną diagnozą. Widocznie taka już natura tego całego Nordconu. Cóż, w każdym razie zaczynam radośnie knuć, co zrobić z przyszłorocznym grudniem.
W dodatku tym razem już przytomnie zerkałam na drzwi w poszukiwaniu spontanicznych zmian w programie, ale w zasadzie ich nie było (poza jedną, która akurat i tak mnie nie interesowała).

I w ogóle, to niesamowicie mnie cieszy, że właśnie starożytny Rzym został w tym roku wzięty na tapetę, bo myślę sobie, że mało co tak jak tego typu wydarzenia może rozpromować antyk wśród ludzi. Wiadomo, że było w tym wszystkim sporo umowności, ale jednak zawsze to coś.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Nordcon 2016 - minirelacja

Byłam.
No, a przynajmniej coś w tym rodzaju. Prawie-byłam…? Nordcon trwał od środy do soboty włącznie, a mi udało się dotrzeć na kawałek czwartku i piątek. Nie jest to może spektakularne, ale  wciąż o półtora dnia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
W czwartek wyrwałam zaraz po pracy. Okazało się zresztą, że dojazd do Jastrzębiej Góry jest z Gdyni całkowicie świetny, bo PKS z Gdyni Głównej jeździ co godzinę-pół (w zależności od pory dnia), a przystanek w Jastrzębiej jest tuż obok miejsca akcji.
Na miejscu zaś była już Siem, która zjechała na północ nieco wcześniej.
W ogóle pierwsze wrażenie z imprezy było natychmiastowo pozytywne: szybka rejestracja, ładnie wydany informator, no i przypinka. Lubię przypinki. Dokupiłam sobie przy akredytacji jeszcze kubek i koszulkę – i tu także jestem zadowolona, szczególnie projekt koszulkowy jest rewelacyjny. W dodatku był bardzo fajnie, konsekwentnie roztaczany klimat związany z tematem przewodnim tegorocznej edycji Nordconu. Zresztą, ta mocna tematyczność zdecydowanie mi się spodobała, podobnie jak lokalizacja, gwarantująca przyjemne odcięcie od rzeczywistości. I już nawet chyba pojmuję trochę ten system rekomendacji i tak dalej, konieczny, żeby w ogóle się na Nordcon dostać. Przy całym swoim braku konwentowego doświadczenia, i tak czułam różnicę w ludziach.
Miałam co prawda początkowo złe przeczucia, bo mi wszyscy opowiadali, że ten cały Nordcon to tak naprawdę kilkudniowe chlanie ze znajomkami w hotelu na końcu świata (co jedni zaliczali na plus, inni zaś na fuj-fuj), a nie żaden konwent – no a ja zdecydowanie chciałam czegoś innego. Okazało się jednak, że te pogłoski to były mocno przesadzone, bo program był bardzo ciekawy, nie natknęłam się też na żadne rażące mankamenty organizacyjne (rażące mnie – randomowego słuchacza. Nie wiem, ma się rozumieć, jak to wyglądało na przykład z perspektywy prelegentów). No i, choć co prawda nie nocowałam w hotelu, to jakoś nad ranem w piątek nie natknęłam się na zarzygane korytarze i toalety. Chyba więc jednak da się żyć.
Aha, fajne było też położenie nacisku na część rozrywkową, a nie na targową: stoisko z gadżetami i koszulkami było całe jedno. Acz nie przeczę, ucieszyłabym się, gdyby było na nim coś ciekawego, bo w sumie wybór nędzny i przez to nie nabyłam żadnego suwenira dla Ulva. Optymalne byłoby jedno-dwa stoiska, ale z jakimś ciekawym, urozmaiconym wyborem towarów.

Jeśli chodzi o sam program: w czwartek udało mi się podczepić pod ludzi, którzy szli na konkurs „Rozpoznaj Obcego”, prowadzony przez Izabelę Madeję. I, prawdę mówiąc, to był chyba najsłabszy punkt z tych, na które w ogóle udało mi się załapać. Nie znaczy to, że był faktycznie zły: po prostu jak na konkurs, to jednak strasznie jakoś to bałaganiarsko wyszło, jakby prowadzącej zabrakło pomysłu na ogarnięcie ludzi (co, mam wrażenie, zaowocowało zupełnie dziwnym i niespodziewanym skarceniem jednego z uczestników za to, że cośtam pokrzykiwał). Niemniej przekonałam się, że znam zdecydowanie więcej filmowych obcych niż myślałam, a także – że absolutnie nie jestem typem zapamiętującym tekst książek do tego stopnia, by później móc wskazać tytuł po cytacie.
Nie wiem, kto wygrał konkurs, gdyż przed jego rozstrzygnięciem zmyliśmy się do sąsiedniej sali, gdzie zaczynała się prelekcja Michała i Piotra Cholewów, poświęcona sztucznym inteligencjom. Dokładnie tak jak się spodziewałam, była rewelacyjna.

Później zaś zajechałyśmy z Siemą do Gdańska na noc – ostatni PKS do Gdyni odjeżdżał o 20:18, a więc idealnie, żeby na spokojnie się wygrzebać na przystanek po prelekcji.

Następnego dnia udało nam się dotrzeć na godzinę 13:00, czyli zdążyłyśmy na warsztaty „Inżynieria genetyczna zmieni wszystko. Na zawsze” Konrada „Białego” Klepackiego. I całe szczęście, że zdążyłyśmy, bo to było ogromnie inspirujące i fajnie przeprowadzone spotkanie. Ma się rozumieć, dawało się wyczuć, że zaledwie ślizgamy się po powierzchni tematów, ale to w niczym nie przeszkadzało. Ani słuchacze nie byli (przynajmniej nie wszyscy) fachowcami w dziedzinie, ani to nie miał być wykład turbonaukowy, tylko warsztaty kreatywne. I zaiste, teraz już z Siem wiemy, jakie będzie największe osiągnięcie ludzkości w dziedzinie genetyki. I kiedy już te łyse mamuty zaczną skakać przez płonące obręcze, zaklepujemy pierwsze bilety do cyrku.
Potem było okienko, ale to tylko dlatego, że jesteśmy ślepe buły, bo tak naprawdę, na to okienko została przeniesiona prelekcja o turystyce kosmicznej, ale nie widziałyśmy wielkich ogłoszeń naklejonych na drzwiach…
Porzuciwszy resztę wycieczki, dotarłam za to na opowieść Leszka Błaszkiewicza o SETI. I znów: bardzo mi się podobało. Było fachowo, czytelnie i inspirująco i gdyby nie to, że o 18:00 miałyśmy już postanowione odwiedzenie kolejnej prelekcji Cholewów, to z całą pewnością zawitałabym na „Opowieściach o gwiazdach” wspomnianego Leszka Błaszkiewicza. Po prostu świetnie się go słuchało.
Po historii SETI miałam trafić na prelekcję o wszechświatach równoległych, ale informacja o tym, że została przeniesiona, wisiała tuż obok tej o przeniesieniu turystyki kosmicznej. Jasne więc, że tej też nie zauważyłyśmy zawczasu. Czyli po prostu czekało mnie kolejne okienko, w czasie którego zresztą Siem dobiła z powrotem do hotelu.
Potem wstąpiłam na obchody trzydziestego jubileuszu Nordconu – ale stwierdziwszy, że chyba jednak nie czuję się do końca na miejscu, zmyłam się stamtąd czym prędzej. Okazuje się, że słuchanie wspominków, które nie są moimi wspominkami i picie szampana z ludźmi, których totalnie nie znam, nie rysuje się dla mnie jako coś w jakikolwiek sposób fajnego.

Ostatnim dla nas punktem programu (no bo PKS o 20:18) była prelekcja Cholewów, tym razem o kosmicznych kryzysach – czyli przegląd mniejszych i większych katastrof, którymi najeżona jest historia podboju kosmosu. Niektóre historie trochę zabawne, niektóre straszne, galeria nietuzinkowych postaci, no i oczywiście znów tona inspiracji. Nie żałuję ani minuty.

Z pewnym żalem, ale odpuściłyśmy sobotnie nordconowanie. Najprawdopodobniej jechałybyśmy raptem na jedną-dwie prelekcje i – mimo dobrych dojazdów – uznałyśmy to za przesadę.

Choć bardzo skromne, uważam moje pierwsze spotkanie z Nordconem za zdecydowanie udane. Podoba mi się atmosfera miejsca, staranne przygotowanie, tematyczność i jakiś taki luz. Potrzebowałam tego po ostatnim Imladrisie, żeby jakoś odzyskać wiarę w organizację takich imprez. Podobał mi się też brak mangi i anime. I choć w piątek po południu złapałam, ma się rozumieć, kryzys w stylu „co ja tu robię, to nie moje miejsce, idę do domu i zagrzebię się pod kołdrą, skąd nie wyjdę przed emeryturą”, to dziś ośmielę się stwierdzić, że bardzo chcę wrócić na Nordcon w przyszłym roku – i mam nadzieję, że uda się na dłużej i może nawet z noclegami w hotelu…?

Strasznie długa mi ta relacja wyszła jak na „mini”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...