niedziela, 18 marca 2018

Intertekstualność, biczyz! - "Noc kota, dzień sowy"

(źródło)

Autor: Marta Kładź-Kocot
Tytuł: Noc kota, dzień sowy: Zamek Cieni
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017
Wydawca: Genius Creations

Okej, przyznać muszę, że w zasadzie nie planowałam czytać tej książki. Ale jakoś tak się stało, że mignęła mi krótka opinia na jej temat na portalu Esensja, a potem jeszcze zajrzałam w komentarze i… no i zaczęłam się zastanawiać, o co tyle szumu? Cóż to za genialny tekst, którego nie rozumieją ludzie siedzący od lat w literaturze? Z czego to wynika, że autorka uznała za konieczne bronić własną piersią dobrego imienia powieści? Czy starczy mi kompetencji do przeczytania tej historii?
No i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom Nocy kota, dnia sowy.

Prawda jest taka, że muszę się zgodzić z Beatrycze Nowicką, która napisała: „przeważnie styl jest poprawny”. Nie żeby powieść była zupełnie wolna od błędów językowych, bo na przykład autorka zdaje się być fanką wszelakiego „podnoszenia do góry”, a od czasu do czasu lubi sobie coś „opuścić w dół”, ale generalnie nie jest źle.
Dużo gorzej natomiast przedstawia się sytuacja z… no, właściwie ze wszystkim innym.

To, co mnie chyba najszybciej i najmocniej uderzyło, to kompletna nieporadność, jeśli chodzi o wplatanie ekspozycji. Autorka zazwyczaj wciska ją w dialogi bohaterów i tym sposobem czytelnik dostaje wręcz podręcznikowego babola z cyklu „czego unikać w pisaniu”: bohaterowie w najbardziej absurdalnych momentach zaczynają strzelać do siebie rozbudowanymi opisami otaczającego ich świata, jego historią, a także historią ich samych – słowem, gadają do siebie rzeczy, którymi w rzeczywistości nikt nikomu by zadka nie zawracał. Ta nieudolna ekspozycja w dialogach zarżnęła niejedną scenę w powieści. Bo nagle z jakiegoś powodu bohaterowie postanawiają sobie ze szczegółami opowiedzieć o ich pierwszym spotkaniu, co najmniej jakby jedno z nich cierpiało na dotkliwe zaniki pamięci. Albo bohaterka opowiada współtowarzyszom, czym wali miasto, do którego wjechali – kij tam, że właśnie pędzą ratować jej ukochanego. Wymienienie wszystkich możliwych swądów na dzielni jest w tym momencie priorytetem, prawda?

Innym mankamentem Nocy kota… są bohaterowie. Po części to się łączy z wcześniejszym zarzutem. Bo w wielu momentach miałam wrażenie, że postaci tak naprawdę nie mają znaczenia, a są jedynie nośnikiem ekspozycji. Ich okropnie sztuczne, nadmiernie rozbudowane dialogi budowały coraz większy mur niewiary między nimi a mną. Co prawda muszę tutaj oddać sprawiedliwość, że przy niektórych postaciach widać jakiś zamysł, da się je określić jednym czy dwoma sformułowaniami: Grandini jest błyskotliwy, ale dobrze to ukrywa pod pozorem rubasznego, gadatliwego grubaska. Fionka to rezolutna, żądna przygód mieszczanka. I tak dalej. Nie żeby to byli bohaterowie super ciekawi albo oryginalni, niemniej cośtam można o nich powiedzieć. Tyle tylko, że jest spory bałagan w prezentowaniu postaci: bo na przykład o głównych bohaterach, magu Jardalu i czarodziejce Mitrii, po lekturze całego tomu jestem w stanie powiedzieć chyba mniej niż o bibliotekarzu Torem, któremu poświęcono w cholerę dużo przestrzeni na kartach powieści, mimo że całą jego rolą było… no, zginięcie. To postać, która pojawia się i znika, a wydaje się jedną z najlepiej opisanych. Taki chaos rozprasza, bo czytelnik koncentruje się na zupełnie pobocznych sprawach, w gruncie rzeczy zapominając, co tam było w ogóle głównym wątkiem.
No bo główny wątek jest nudny. Po prostu. Mamy wspomnianych już Jardala i Mitrię i oni się tak bardzo kochają, ale są obłożeni klątwą i nie mogą ze sobą żyć. Hura, tego jeszcze nie grali. Nie widziałam podczas lektury, dlaczego ja w ogóle powinnam tym postaciom kibicować. Są nieciekawi. Jeśli już mają możliwość spędzenia ze sobą czasu, to… cóż, są nadal nieciekawi. Nie mają sobie niczego interesującego do powiedzenia. W sumie nawet nie bardzo wiem, na czym opiera się ich związek. Na tym, że oboje są równie nijacy? Niestety, autorka nie ma do dyspozycji Rutgera Hauera i Michelle Pfeiffer, żeby wybronić swoich bohaterów. Ich wzajemna relacja jest po prostu pusta. Narrator powiedział, że oni się tak bardzo kochają i w gruncie rzeczy mam wyłącznie to słowo narratora.

I tu muszę płynnie przejść do kolejnego gigantycznego problemu powieści: nawiązań. Wspomniałam już o Zaklętej w sokoła. Ale to nie jest jedyne zaczerpnięcie z innych tekstów kultury. Mamy tego w Nocy kota… tak naprawdę mnóstwo. Do tego stopnia, że w którymś momencie odniosłam wrażenie, że wszystkie pomysły, które pojawiły się w powieści, są zaczerpnięte od innych, sama autorka zaś w sumie niewiele od siebie dała – poza dość chaotycznym sklejeniem tych cudzych pomysłów w niezbyt udaną całość. I ja rozumiem, że można się inspirować, że są retellingi, reinterpretacje i w ogóle że teksty kultury żyją i wchodzą ze sobą w rozmaite interakcje. Kurde, jedna z moich ulubionych powieści od Genius Creations, Pokój światów Pawła Majki, przecież właśnie na tym się zasadza: na wykorzystywaniu powszechnie znanych motywów – legend, powieści, toposów i tak dalej. Tylko o ile Paweł Majka wykorzystał te elementy cholernie twórczo, o tyle u Marty Kładź-Kocot ja miałam wrażenie, że to wszystko po prostu jest bo jest. Bo autorka się jarała, że może pokazać szerokiemu światu, ile rzeczy przeczytała. Najmocniej mnie to uderzyło chyba w przypadku durnego wspomnienia o Cutty Sark – no bo fajnie, mamy odniesienie do naszej rzeczywistości i słynnego klipra. Ale abstrahując od tego: czy cała wypowiedź tamtego randomowego człowieczka miała jakiekolwiek znaczenie dla czegokolwiek? Nie. Było wręcz dziwnie, że w całym tym tłumie gapiów akurat te dwa czy trzy zdania zostały wyeksponowane czytelnikowi. Podobnie jak nie ma znaczenia, że dwie kompletnie nieistotne dziewuszki nazywają się Perdita i Agnes – wymienienie ich z imion jest w powieści absolutnie zbędne. A już zupełnie opadły mi witki przy panu Machiavello Niccolim (och tak, och tak, wink wink, jakże pomysłowe przetworzenie historycznej postaci…! Lol nope. Ale nazywa się, wiecie, prawie jak Machiavelli, więc to się już liczy jako nawiązanie! Plus jeden punkt do intertekstualności i mądrości!), który okazał się Grimą Smoczym Językiem. Ja jeszcze raz wrócę do retellingów: fajnie, że są. Twórcy biorą różne znane opowieści i postacie i pokazują je w nowy sposób. Tym samym je pogłębiają, skłaniają odbiorcę do myślenia, prezentują inny punkt widzenia. Super. Ale Marta Kładź-Kocot po prostu bezrefleksyjnie kopiuje. Jej kopia Grimy nie wnosi nic nowego do tematu. To najbardziej oczywisty i banalny Grima ze wszystkich możliwych wersji Grimy. Zabrakło własnego pomysłu na postać czy ki czort?
I tak jest z niemal wszystkim. Podczas lektury czułam, jakby ta powieść w ogóle nie istniała jako samodzielna, spójna całość, a tylko jako jakaś dziwaczna gra w „złap je wszystkie – odniesienia do innych tekstów kultury”.

Być może autorce wydawało się, że skonstruowała zawiłą fabułę z mnóstwem intrygujących bohaterów – takie odniosłam wrażenie, bo na końcu książki znajduje się spis postaci. Z tego miejsca muszę zaznaczyć, że nie: bez specjalnego spocenia się można za wszystkim nadążyć, jeśli tylko człowiek zechce przebić się przez zbędną ekspozycję oraz nic niewnoszące, odtwórcze i toporne nawiązania.
W dodatku świat sprawia okropnie niespójne wrażenie, bo częściowo jest fikcyjny, a częściowo to kopia naszej rzeczywistości – co znajduje odbicie w nazwach geograficznych i niektórych bohaterach. Po lekturze miałam wrażenie, że to wszystko jest po prostu chaotyczne i niedopracowane. No bo skąd oni tam znają Cuchulainna? Na litość Jeżusia, skąd tam Gilgamesz? A nade wszystko: mam rozumieć, że bohaterowie w tym świecie wpierniczają na święta indyka? To zabawne, bo całość jest stylizowana raczej na Włochy, a nie na Anglię czy USA. Czy mam rozumieć, że bohaterowie poruszają się po chrześcijańsko-anglosaskim świecie?
Jasne, zawsze można powiedzieć, że to tak specjalnie, bo to jeden ze światów w całym multiwersum i jest trochę do naszego podobny, a trochę niepodobny. Ale ja tego tłumaczenia nie kupuję. Bo jako coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości to się też zupełnie nie broni: jest skonstruowana chaotycznie i niespójnie, a nazbyt często miałam wrażenie, że coś się pojawia tylko dlatego, że akurat pasowało do jednego z wielu wrzuconych na siłę żarcików.

Nikomu tej powieści nie polecę. Jest po prostu słaba. Ma nieprzemyślany świat, nudnych, wtórnych bohaterów i okropnie nachalne nawiązania, które są tylko po to, żeby być, bo czytelnik niczego z nich nie wyniesie. A to wszystko skłania mnie jedynie do refleksji, że doktorat i zawodowe zajmowanie się literaturą absolutnie nie gwarantuje tego, że człowiek będzie umiał sam stworzyć fajną literaturę.
Aha, muszę jeszcze wspomnieć o jednym: jeśli barman Bert cały czas trzyma pod szynkwasem dwie gotowe do strzału kusze, to życzę mu powodzenia. W razie czego zawsze może spróbować rzucić tymi kuszami w przeciwnika, bo o strzelaniu to raczej może zapomnieć.
Plus Nocy kota, dnia sowy…? Cóż, z prawdziwą ulgą i radością zauważyłam, że „strużka” jest napisana przez „u”. Odzyskuję wiarę w ludzkość.




– Nie o to – szepnęła czarodziejka. – Ty… znasz moje myśli, prawda?
Skinął głową. Profil drgnął na tle ciemnego lasu.
– Więc wiesz…
– Wiem. Ale nie lękaj się. Twoje myśli są we mnie bezpieczne. Widzę je i czuję, ale nie mają kształtu słów.
– Ale…
– Rozumiem, że ich wszystkich okłamałaś. Że bardzo dobrze wiesz, co dolega Jardalowi.

[F.: jak na myśli, które nie mają kształtu słów, bohater całkiem nieźle poradził sobie z ubraniem ich w dwa krótkie zdania, czyż nie?]

piątek, 23 lutego 2018

Trekkies' Log: gadamy o Discovery

Oszukam system i nabiję sobie dwie notki w cenie jednej. To znaczy: zostawiam tu namiar na małe posezonowe rozkminy z udziałem Siem, Ulva i moim, poświęcone najnowszej serialowej odsłonie Star Treka: Discovery.

Zapraszam do endżojowania czy coś. O TUTAJ.

niedziela, 18 lutego 2018

Tam i z powrotem: "Na południe od Brazos"

Autor: Larry McMurtry
Tytuł: Na południe od Brazos
Tytuł oryginału: Lonesome Dove
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1991
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Moja przygoda z Lonesome Dove zaczęła się dawno, dawno temu, bo chyba na studiach, kiedy to obejrzałam rewelacyjny miniserial z 1989 roku, z Robertem Duvallem i Tommym Lee Jonesem (i Dannym Gloverem, choć jego akurat nie zapamiętałam za bardzo) w rolach głównych. I wprawdzie kiedy Ulv przyniósł mi książkę w dwóch tomach i zaczęłam ja czytać, w ogóle nie załapałam, że to właśnie na jej podstawie powstał serial – no bo w jaki niby sposób „Lonesome Dove” przypomina „Na południe od Brazos”? Znów te cholerne tłumaczenia, no… Ale później zauważyłam, że w tekście pojawia się właśnie nazwa Lonesome Dove. I gdzieś zaczęło dzwonić. Aż w końcu zerknęłam w stopkę redakcyjną na tytuł oryginału – i wtedy już doskonale zidentyfikowałam, który to był kościół.
To skojarzenie książki z miniserialem niosło za sobą pewną konsekwencję: bo przez te lata właściwie nie pamiętałam nic z fabuły – oprócz bardzo istotnego elementu dotyczącego jednego z głównych bohaterów. I, żeby było zabawniej, koniec końców bardzo się cieszyłam, że ten właśnie element miałam zaspoilowany. Dzięki temu oszczędziłam sobie wielu złych emocji, które pewnie by się pojawiły, gdybym została przez powieść zaskoczona. A jednocześnie całą resztę zapomniałam do tego stopnia, że i tak miałam mnóstwo satysfakcji z lektury, bo w zasadzie wszystko odkrywałam na nowo.
Inna sprawa, że absolutnie nie do pokonania było dla mnie wyobrażanie sobie bohaterów, Gusa i Calla, jako Roberta Duvalla i Tommy’ego Lee Jonesa. Co w sumie w żadnym razie mi nie przeszkadzało. Sama bym nie umiała zwizualizować sobie ich lepiej.

Tu jeszcze muszę nadmienić, że Larry McMurtry otrzymał za Lonesome Dove nagrodę Pulitzera, dzięki czemu znalazł się w jednym rzędzie z takimi arcydziełami literatury jak Przeminęło z wiatrem czy Stary człowiek i morze (oraz wieloma innymi, ale te dwa akurat szczególnie do mnie trafiają).

Powieść czytałam dość długo, to prawda. I sama nie wiem czemu, bo w żadnym razie nie jest nudna. Choć fakt, początkowo akcja toczy się powoli. Tak naprawdę – bardzo, bardzo powoli. Mieszkańcy Emporium nad Kapeluszem żyją dość spokojnie, od czasu do czasu przekraczają granicę z Meksykiem i kradną jakieś konie czy bydło, czasem konkurencyjna firma z Meksyku odwiedza ich – i tak to się turla. Kapelusznicy odwiedzają czasami tytułowe miasteczko, w którym jest saloon z bardzo atrakcyjną dziwką, Loreną, a czasem po prostu siedzą u siebie, chroniąc się przed ostrym, teksańskim słońcem. A później pojawia się dawno niewidziany przyjaciel, Jake Spoon, i wywraca wszystko do góry nogami – Kapelusznicy zbierają ekipę, kradną w cholerę dużo bydła i ruszają ze stadem do Montany.

Ta opowieść ma dwa niesamowicie mocne punkty: bohaterów i klimat.
Oczywiście, zacząć należałoby od wspomnianych już Gusa i Calla – dwóch podstarzałych pograniczników, którzy w przeszłości wsławili się w walkach z Indianami. Lubię w nich wszystko: to, że są starzy i lata ich chwały dawno przeminęły. To, że praktycznie wszystko ich dzieli – jeden jest gadatliwym leniem, który lubi wypić i zabawić się z kobietą, drugi zaś to introwertyk-pracoholik bez życia osobistego. Uwielbiam to, że tych dwóch łączy dość niepojęta, ale przecież wieloletnia przyjaźń. Lubię też to, że w gruncie rzeczy, choć starzy, obaj jednak wciąż pozostają wcale zajebistymi rewolwerowcami i jeśli trzeba coś zrobić porządnie, to nie bawią się w wysyłanie młodych kowbojów, tylko robią to sami.
Historia Gusa i Calla, ich wzajemne relacje i to, co są w stanie dla siebie uczynić, porusza i sprawia, że ci dwaj zostają w głowie na bardzo długo. Szczególnie w mojej głowie, bo ja mam w ogóle słabość do tych motywów. Wiecie, łatwo napisać opowieść o herosach, którzy zabijają wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Ale trudniej napisać o tym, co się z takimi herosami dzieje później, po latach, kiedy większość świata zapomni już o ich istnieniu.

Pozostałe postaci nie są wcale gorsze czy mniej wyraziste – Jake Spoon, Lorena Wood, Deets, no i oczywiście Newt: oni wszyscy przykuwają uwagę, mają za sobą mniej lub bardziej złożone historie, przed sobą zaś – marzenia i cele. Tak różne, jak różni są oni sami. Nawet kucharz Po Campo, który pojawia się stosunkowo późno i w zasadzie mało o nim wiemy, jest interesującą postacią. Pod tym względem powieść nie ma słabych punktów – od głównych bohaterów, aż po postaci zupełnie epizodyczne, oni wszyscy są bezapelacyjnie świetni, a ich losy momentalnie angażują czytelnika.

Podobnie ma się sprawa z klimatem: tu nie ma słabszych momentów. Niby opisy są dość surowe i minimalistyczne, ale przecież podczas lektury czuje się ten nieograniczony przestwór prerii, a widok śniegu cieszy i zaskakuje w równym stopniu, co męczy ostre, południowe słońce. Autor nie poświęcił opisom wielu słów, ale te, których użył, zdają się być dokładnie tymi, które są niezbędne dla zbudowania obrazu ogromnego, samotnego Dzikiego Zachodu – miejsca, w którym właśnie kończy się jakaś era. Dużo w tym wszystkim nostalgii: Indianie na ten przykład kiedyś stanowili zagrożenie, z którymi regularnie walczyli strażnicy Teksasu, ale teraz to już tylko jakieś rozrzucone tu i ówdzie bandy. Siny Kaczor to relikt przeszłości taki sam jak Gus i Call.
To ogromny, niesamowity świat, który wciąga bez reszty i pozostawia jakąś taką pustkę po lekturze.

Oraz mała uwaga tytułem ostrzeżenia: popełniłam na początku błąd i zaraz po przeczytaniu Na południe od Brazos sięgnęłam po Rącze konie Cormaca McCarthy’ego. Ale to tak nie działa. Te książki mają tak bardzo różny styl, że koniec końców porzuciłam ten drugi tytuł na rzecz Lovecrafta. Chwalę sobie tę decyzję. Nie czytajcie McCarthy’ego w ramach przedłużenia relacji z McMurtrym. Są zbyt różni i w efekcie dostaje się tylko żal.


A cytat tym razem ściągam sobie bezczelnie z internetów, bo nie jestem pewna, ale Ulv mógł już oddać książki do biblioteki… A zresztą, to była jedna z lepszych scen, więc czemu by nie.



Augustus rzucił na bufet złotą dziesięciodolarówkę, a gdy młodzie­niec po nią sięgnął, znienacka wyciągnął rękę, złapał go za włosy i trzasnął twarzą o blat, nim tamten zdążył zareagować. Następnie szybkim ruchem wyciągnął swego ogromnego colta. Kiedy barman podniósł głowę, ukazując złamany nos, z którego krew tryskała mu strumieniem na biały gors, znalazł się oko w oko z lufą rewolweru bardzo dużego kalibru.

— Prócz napitków poprosimy chyba jeszcze o odrobinę szacunku — powiedział Augustus. — Nazywam się kapitan McCrae, a to jest kapitan Call. Jeśli będzie pan łaskaw obejrzeć się za siebie, zobaczy pan nasze zdjęcia z czasów młodości. Jedną z rzeczy, których nie tolerujemy, jest opieszała obsługa.

sobota, 17 lutego 2018

Well done, "Altered Carbon". Well done.

(źródło)
Tym razem muszę się pochwalić, że to nie Ulv mi podpowiedział serial. Tak naprawdę chyba w ogóle nikt mi go nie podpowiedział, ot – podobał mi się tytuł, a tu i ówdzie widywałam jakieś zajawki. I tak w końcu się zainteresowałam. Co więcej! To ja podsunęłam w końcu ten temat Ulvowi! A to się rzadko zdarza!

Początkowe relacje moje i Altered Carbon nie były aż tak epickie. Niby fajnie, niby miło, ale miałam wrażenie, że może nieco za dużo ekspozycji, może bohater niezbyt przekonujący, trochę nie czaiłam, kto jest kim… A potem pojawił się hotel „Kruk” i Poe. I byłam absolutnie pozamiatana. Bo parszywy Netflix powiedział „hej, zróbmy jakiegoś bohatera dla Fryy” – i skompilował lojalnego sojusznika ze Sztuczną Inteligencją i z cholernym Edgarem Allanem Poe! Takiemu połączeniu przecież żadna Fraa się nie oprze. No więc z zacieszem na mordce wsysnęłam cały sezon w trzy dni (z czego dwa pracujące, więc miałam dla siebie wyrwane tylko nazbyt krótkie wieczory).

Najogólniej rzecz ujmując: to po prostu fajna opowieść. Od razu mówię, że książki nie czytałam, więc nie mam absolutnie żadnego porównania. Niemniej świat był ciekawy i dość pomysłowy, nawet jeśli – tradycyjnie – było ciągle ciemno. To już taka cecha naszej przyszłości, że promienie słoneczne nie docierają do plebsu. Jest noc albo chmury, a najlepiej, żeby do tego lał deszcz. Wiedział to Blade Runner trzydzieści pięć lat temu, wie to także Altered Carbon. Na pierwszy rzut oka zresztą scenerie wyglądały nieco jak wyjęte ze wspomnianego Łowcy Androidów czy innego Fifth Element, ale to właściwie wcale nie przeszkadzało. A może wręcz przeciwnie, bo w ten sposób widz dostawał świat już nieco oswojony, znany – całą uwagę więc mógł skierować na właściwy temat serialu.
A tematów tak naprawdę jest kilka. To, co ogromnie mi się podoba w Altered Carbon, to właśnie stawianie przed widzem problemów i pytań. Przede wszystkim, mamy oczywiście zagadnienie nieśmiertelności i konfrontację dwóch stanowisk: tego przemawiającego za używaniem stosów i sprowadzeniem ciała do roli tymczasowej powłoki, z tym opowiadającym się za jednym życiem w jednym ciele. Co mnie zaskoczyło, to że tak naprawdę pod koniec sezonu nie mamy do końca jednoznacznie rzuconej odpowiedzi. To znaczy owszem, neokatolicy i inni, widzący w potencjalnej nieśmiertelności zło, są generalnie przedstawieni jako postaci pozytywne. Ale nie wolno zapominać, że gdyby nie możliwość przerzucania stosów do innych ciał, nie byłoby możliwe chociażby zaproponowane przez serial zakończenie wątku Ortegi i Rykera. Pozytywny też wydźwięk ma przecież uchwała 653.
Tego pana nie trzeba przedstawiać.
PISK! (źródło)
To znaczy tu od razu mówię, że gdyby przechowywanie – nazwijmy to – „duszy” w takim małym fizdrygałku, który można wszczepić do dowolnego ciała, było możliwe w naszym świecie, to jestem wszystkimi kończynami za. Jakkolwiek rzeczywiście większość zagrożeń z tym związanych pokazanych w filmie jest mocno przekonująca, to jednak mając wybór: żyć albo nie żyć, popieram opcję życia.
Tu jednak nie sposób nie zapytać, dlaczego przez te wszystkie lata, kiedy ludzkość używa stosów, ta technologia trochę się nie rozwinęła? Dlaczego stosy są takie filigranowe? Nie byłoby lepiej, gdyby pokryć je jakąś solidną osłoną? W ogóle nawet jeśli z jakiegoś powodu one muszą takie być, to dlaczego ludzie nie ochraniają sobie szyi i karku w tym najbardziej newralgicznym miejscu? Od tego zależy nie tylko ich życie, ale też ich nieśmiertelność. Wyobrażam sobie, że popularne mogłoby być coś w rodzaju obroży czy kołnierza, który chroniłby stos. Wiecie: taki odpowiednik kamizelki kuloodpornej.
Ale nieśmiertelność to nie jest wszystko. Bo przecież będzie też nieco o całkiem zwyczajnych, dzisiejszych problemach: o prostytucji, niewolnictwie czy rozwarstwieniu społecznym. W wielu punktach serial zadaje pytanie, czy człowiek, który generalnie jest złoczyńcą w tej historii, jest naprawdę do szpiku zły? Oczywiście, istotne miejsce w całej opowieści zajmuje miłość w totalnie różnych odsłonach i konfiguracjach – czym jest i jak się przejawia w obliczu potencjalnej nieśmiertelności i możliwości zmieniania ciała? Jak wygląda związek małżeński z kilkusetletnim stażem? Co jeśli żona po śmierci wróci w ciele mężczyzny? Jest też miłość rodzicielska i między rodzeństwem. Jest dużo.
Altered Carbon to historia napakowana tematami, a jednocześnie umie jakoś ładnie, ciekawie je zaprezentować, bez zbędnej łopatologii. Nawet te cycki, które się pojawiają (a pojawia się ich dość dużo) są świetnie dopasowane do całości – chyba ani razu nie odniosłam wrażenia, że stanowią zbędny ozdobnik. Prawdę mówiąc, rzadko kiedy można je w ogóle uznać za jakikolwiek ozdobnik, bo najczęściej to są w jakiś kuriozalny sposób bardzo aseksualne cycki – ze względu na kontekst, w jakim się pojawiają.

Cieszmy się nielicznymi scenami w słońcu.
Tak szybko odchodzą. (źródło)
Dla mnie, ma się rozumieć, najciekawszy był temat sztucznych inteligencji. Poe to jeden z najlepszych filmowych bohaterów ever i tego będę się trzymać. W ogóle ogromnie podoba mi się ta koncepcja, że on tak naprawdę jest hotelem – w sensie to nie jest AI wrzucone w hotel, tylko niejako z niego wyrasta. I tak naprawdę to nie jest nic super świeżego (rzuca mi się tu na pamięć pilot Moyi z Farscape, choć to nie jest idealny przykład), ale i tak bardzo mi się podoba. Fajne było też to, że AI różniły się między sobą, miały swoje osobowości i, jak się zdaje, były w pełni zdolne do odczuwania i okazywania emocji – złości, nienawiści, satysfakcji i innych. Różne też mają podejścia do ludzi. W ogóle zastanawiam się, ile zasługi, jeśli chodzi o Poego, leży po stronie Richarda Morgana, ile po stronie Laety Kalogridis, a ile zawdzięczamy odtwórcy roli – Chrisowi Connerowi.
A, może jeszcze wspomnę, że był główny bohater… no, bo był. Takeshi Kovacs (Joel Kinnaman/Will Yun Lee) – całkiem w porządku, choć oczywiście absolutnie pozostał dla mnie w cieniu Poego. Niemniej gdzieś tam widziałam w nim echa Millera z The Expanse, więc nawet polubiłam gościa (bo wiecie, ja cały czas czekam na jakiś comeback Millera).

W ogóle cały czas waham się, czy sięgać po książkę czy nie. Ufam, że może być całkiem niezła – z drugiej strony, to nie do końca jest mój typ literatury: nie jestem ani szczególną fanką detektywistycznych kryminałów, ani cyberpunku (ten ostatni lubię w filmie głównie dlatego, że jest atrakcyjny od strony wizualnej). Ale jeszcze zobaczymy. Póki co, spokojnie wystarczy mi serial, który bardzo, bardzo mogę polecić. W dodatku to tylko dziesięć odcinków, więc szybko idzie.
Aha – nudna czołówka. Nudna ogromnie. Ale to jakaś taka cecha seriali ostatnio, że mają powolne, nudne czołówki.




And neither the angels in Heaven above
Nor the demons down under the sea
Can ever dissever my soul from the soul

Of the beautiful-

sobota, 3 lutego 2018

Mordercze banany na Marsie: Pierwsi Marsjanie

(źródło)
Dawno, dawno temu zobaczyłam zapowiedź planszówki Pierwsi Marsjanie Ignacego Trzewiczka. I w tym samym momencie wiedziałam, że ta gra kiedyś wyląduje pod naszym dachem. Później, oczywiście, tytuł gdzieś zaginął w niepamięci, aż któregoś dnia zupełnie przypadkiem wstąpiliśmy popatrzeć sobie na rzeczy w Rebelu – a tam, obok dodatków do Terraformacji Marsa, tkwili sobie Pierwsi Marsjanie właśnie. Dalszego ciągu łatwo się domyślić.
Z tego miejsca muszę nadmienić, że ogromnie mnie ubawił pan z Rebela, który popatrzył na zakupy, które mu wyłożyłam na ladę (Pierwsi Marsjanie i dodatek do Terraformacji MarsaWenus), po czym całkiem na poważnie zapytał: „Ale pani wie, że to są dwie różne gry?” – ale ubawił w bardzo pozytywnym sensie i tak naprawdę całkiem doceniam takie pilnowanie, bo przypuszczam, że rzeczywiście komuś mogłoby się walnąć: wszak tu i tu kolonizuje się Marsa, więc gdybym na przykład nie ogarniała tych gier, tylko szukała dla kogoś na prezent, mogłabym uznać, że to jakiś komplet.

Ale przechodząc do rzeczy:
Ponieważ mieliśmy już jako-takie doświadczenie z Robinsonem Crusoe Ignacego Trzewiczka, wiedzieliśmy, czego można się spodziewać: świat będzie nas chciał zabić na wszelkie możliwe sposoby. W Robinsonie… ginięcie było jednym z zabawniejszych elementów, bo naprawdę zabijało nas wszystko: śnieg, deszcz, głód, dzikie zwierzęta, spadające drzewa i co tylko jeszcze dało się wymyślić. Oczekiwaliśmy więc czegoś podobnego, tylko na Czerwonej Planecie.
Przede wszystkim, od samego początku moim problemem z Pierwszymi Marsjanami była cała ta idea używania podczas rozgrywki aplikacji w komórce (tablecie, kompie, łotewer). Dla mnie jednak planszówka to wciąż i nieustająco – w dużym uproszczeniu – „gra bez prądu”. No i to się trochę sypie, skoro potrzebujemy jakiejś aplikacji. Produkt kupiony za niemałe pieniądze w sklepie okazuje się niekompletny, mimo że wytrząsnęliśmy wszystko z pudełka. Teraz, po wypróbowaniu tego systemu, nadal nie mam do końca sprecyzowanego zdania.
(źródło)
W ogóle bardzo polecam
recenzję gry na portalu Crazy Nauka.
Chodzi o to, że widzę plusy użycia aplikacji: rzeczywiście, dużo skuteczniej niż za pomocą kart można na przykład ukryć późniejsze konsekwencje pewnych wydarzeń, dzięki czemu przychodziły rzeczywiście nieoczekiwanie. Kolejną sprawą jest to, że taka aplikacja jest tak naprawdę nieograniczoną bazą kolejnych i kolejnych wydarzeń, bo mogą do niej dorzucać swoje treści zarówno oficjalni twórcy jak i gracze. Trafiło nam się parę takich fanowskich zdarzeń i muszę przyznać, że były naprawdę urokliwe – w klimacie i z humorem jednocześnie. Gdyby używać tutaj kart, trzeba by po prostu kupować kolejne talie. Aplikacja wydaje się więc praktyczniejsza.
Z drugiej strony – poza tym, że to zupełnie pozaplanszowy i nieanalogowy element gry – jest pewne niebezpieczeństwo: jedno złe kliknięcie i mamy grę w plecy. I owszem, tak właśnie nam się zdarzyło: byliśmy na najlepszej drodze do wykonania zadania i postawienia pierwszych kroków w procesie kolonizacji Marsa, aż nagle coś kliknęłam, Kruffa o tym nie wiedziała i kliknęła to co miała kliknąć i nagle się okazało, że zginęliśmy. I nie dało się tego nijak cofnąć, anulować, nic. Jedno nieuważne maźnięcie palcem po ekranie i kilka godzin rozgrywki idzie się kochać. To nie jest fajne.

Ale tak poza aplikacją:
Pierwsi Marsjanie to w dużej mierze Robinson Crusoe, tylko bardziej skomplikowany. Serio, odniosłam wrażenie, że dużo bardziej. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, jak banalna jest Terraformacja Marsa. Gdyby nie doświadczenie z Robinsonem…, nie jestem pewna, czy w ogóle bym ogarnęła, z czym się je Pierwszych Marsjan. Ale jednak podobieństwa w mechanice są na tyle silne, że człowiek może się poczuć niemal swojsko siadając po raz pierwszy do nowego dzieła Ignacego Trzewiczka. Jest nieco innowacji, ale gdzieś tam mamy tę samą podstawę.
Zasadnicza różnica polega na tym, że – o ile dobrze zauważyłam – jeśli tylko nie kliknie się niczego głupiego w aplikacji – wcale nie jest tak łatwo zginąć. Owszem, podczas naszych rozgrywek ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, ale generalnie żyliśmy – a dopóki żyjemy, dopóty jest nadzieja. Co zabawne, w zasadzie nie dotknęła nas kwestia jedzenia. To znaczy po pierwszej turze nasze uprawy się skończyły, ale zanim to miałoby jakieś odczuwalne negatywne skutki, i tak kończył się czas dany nam w danej misji. Więc tak naprawdę mogliśmy zupełnie zignorować tę kwestię, co wydaje mi się nieco dziwne. Acz nie wykluczam, że to tylko takie ułatwienie dla początkujących scenariuszy.

(źródło)
Ale tak zupełnie abstrahując od podobieństw z Robinsonem…, to muszę przyznać Pierwszym Marsjanom tyle: to gra niesamowicie klimatyczna i ładnie wykonana. Mamy HUBa, łaziki, stopniowo odkrywaną powierzchnię Marsa, mamy mnóstwo technicznych niuansów, które musimy ogarnąć, żeby to wszystko miało szansę zadziałać. Bardzo mocno nasuwa się tu Marsjanin Andy’ego Weira, bo to trochę podobny sposób zaprezentowania tematu kolonizacji Marsa, tylko w powieści mieliśmy jednego bohatera, a tutaj jednak jesteśmy całą ekipą i teoretycznie realizujemy jakiś plan. Nie ukrywam, że ogromnie mnie ciekawią kampanie w zamkniętych kopertach, ale jeszcze nie było okazji ich wypróbować. Choć w ogóle sam motyw, żeby je tak pozamykać, podkręca klimat o milijon procent.

Spotkałam się w internetach na jakieś narzekania na Pierwszych Marsjan, że niejasne zasady i badziewna instrukcja – i cóż, tu muszę przyznać, że nie natknęliśmy się raczej na tego typu problemy. Ewentualne wątpliwości udawało się rozwiać po dłuższej chwili pochylenia nad problemem, chyba nawet bez sięgania po FAQ.


Ogólnie jestem Pierwszymi Marsjanami zachwycona i nie żałuję ani grosza. Nie testowałam jeszcze rozgrywki jednoosobowej, która jest możliwa, ale na pewno to zrobię. Zresztą, ta opcja to w ogóle dla mnie ogromny plus całej gry – wbrew pozorom, człowiek czasem chce się sam wyczilować nad planszą bez konieczności spędzania grona znajomych do rozgrywki. A poza tym? Jest pięknie, klimatycznie, no i autentycznie. W czasie rozgrywki czuję, że naprawdę sięgam może kilkanaście-kilkadziesiąt lat naprzód i że takie przygody może naprawdę wkrótce spotkają ludzi. I to jest piękne. Kolonizowanie Marsa jest piękne. Okropne i fascynujące zarazem – i gra to świetnie oddaje.

piątek, 2 lutego 2018

Dinozaury z klocków: "LEGO Jurassic World"

(źródło)
No dobra, jeśli chodzi o styczeń, to było oficjalnie moje najgorsze otwarcie roku w dziejach tego blogasa. Gorzej było tylko w 2010, co może wynikać z faktu, że blog powstał w lutym.
I właśnie w lutym postanowiłam się zrehabilitować – czyli zacząć pisać ten milion zaległych notek, na które ciągle nie starczało mi czasu.


Nie mam pojęcia, czym się obecnie jarają dzieci. Bah, nie wiem nawet zbyt dokładnie, czym się jarali moi rówieśnicy, kiedy byliśmy dziećmi. Natomiast mam całkowitą pewność, że u mnie były to dinozaury i klocki Lego (a także konie i piraci, ale to nie jest moment na pisanie o tym). Zresztą, ogromna sympatia do jednego i drugiego (a także do koni i piratów) została mi do dziś i myślę sobie, że jeśli jest cokolwiek fajnego w byciu dzieckiem, to zdecydowanie będzie to prawo do bawienia się zabawkami bez konieczności udawania, że to przecież dla siostrzeńca czy coś.
Tak czy owak, połączenie tych dwóch tematów brzmi jak coś, co zasadniczo nie może się nie udać. Choć nie przeczę, że do gier z serii Lego staram się podchodzić ostrożnie. Co prawda przy Władcy Pierścieni bawiłam się doskonale, ale Piraci z Karaibów jakoś nie chwycili, a przy Star Warsach miałam okropny kłopot z przyzwyczajeniem się do pracy kamery. Hobbit pewnie byłby fajny, ale cóż z tego, skoro – o ile dobrze kojarzę – Warner Bros. nigdy nie skończyło serii i nasi bohaterowie utknęliby gdzieś w Esgaroth?
No ale, jak wspomniałam, dinozaury!

Na grę składają się tak naprawdę cztery tytuły – odpowiadające wszystkim czterem filmom spod znaku Jurassic Park. Każdą z części tworzą liczne etapy, podczas których graczom przyjdzie skakać, rzucać lassem, strzelać, rozcinać dzikie pnącza, a nawet… no, bardzo irytująco krzyczeć. Co więcej, będziemy także przejmować kontrolę nad dinozaurami – i co jeszcze więcej: tak, również nad T-rexem!
(źródło)
Jedną z rzeczy, która mnie ogromnie ucieszyła, była obecność dialogów. Bo Piraci z Karaibów w wersji Lego między innymi dlatego do mnie nie trafili, że zamiast normalnej ścieżki dialogowej mieliśmy tylko jakieś chrząknięcia jak, nie przymierzając, w Simsach Średniowiecze (w normalne Simsy nigdy nie grałam, stąd nie chcę ryzykować porównania bez doprecyzowania). Z drugiej strony, były… nie no, trafiło się sporo zabawnych momentów, niemniej pamiętam, że przy Władcy Pierścieni bawiłam się lepiej, jeśli chodzi o humor. Być może po prostu Parki Jurajskie mają mniejszy komediowy potencjał. A może zwyczajnie słabiej wyszło, trudno mi powiedzieć. Niemniej miło było sterować dobrze znanymi bohaterami, takimi jak dr Alan, aaa-Malcolm-aaa czy nawet sam Hammond. Gra nieźle uchwyciła sedno każdej postaci, a najlepiej chyba to wyszło z Amandą Kirby z trzeciej części. Jeśli to możliwe, w swojej Lego-wersji była równie irytująca jak w filmie – majstersztyk! Choć w ogóle rozczuliło mnie, że jedną z unikalnych mocy postaci (dziwnym trafem: wyłącznie kobiet) był krzyk. Ale cóż - gra oferuje też unikalną moc grzebania w kupie...
Wszystko byłoby więc cacy, gdyby nie jedno „ale”: nie jestem pewna, czy we Władcy Pierścieni było tego mniej, czy po prostu nie zwracałam takiej uwagi, ale w Parku Jurajskim jest masa, masa, mnóstwo dużo miejsc i obiektów, z którymi można coś zrobić dopiero po przejściu głównej kampanii, w swobodnej grze. Nie ukrywam, że nieco mnie to irytowało. Co krok natykałam się na przeszkody, których nie mogłam pokonać – i nie wynikało to z faktu, że za słabo graliśmy, tylko z tego, że nie przeszliśmy gry dostatecznie wiele razy. Trochę to zalatuje nachalnym wciskaniem mi „zagraj jeszcze raz!”. I od razu powiadam: nie chcę grać jeszcze raz. No i cóż – licznik punktów po każdym etapie zawsze był nisko bądź bardzo nisko. Z jednej strony to frustrujące, z drugiej jednak w którymś momencie człowiek zaczyna mieć na to wywalone, skoro wie, że generalnie nie mógł zrobić nic, żeby zmienić ten wynik.
(źródło)
A problem z grami Lego polega na tym (przynajmniej dla mnie), że ta późniejsza swobodna rozgrywka to właściwie w ogóle mnie nie nęci. Próbowaliśmy trochę dziabnąć Władcę Pierścieni po przejściu kampanii i było nudno. Może to kwestia tego, że jednak gram przede wszystkim dla fabuły. Jak będę chciała tak po prostu kopnąć kilka klocków Lego, to wyciągnę własne z pudełka. Dla mnie siła gier z tej serii polega na tym, że łączą jedną z najlepszych zabawek ever z narracją, przygodą i znanymi, lubianymi historiami. Pozbawione historii są… no, po prostu klockami. Więc nie, nie zamierzam grać w Park Jurajski w trybie swobodnej rozgrywki. Nie widzę w tym celu. Tylko po to, żeby podbić sobie liczniki? Odkryć więcej postaci? Naah, takie zbieractwo w ogóle mnie nie bawi.
No i mocno działały mi na nerwy etapy pościgowe. Same w sobie pościgi nie są niczym złym, ale tutaj w czasie tych epizodów zbieramy dodatkowe fanty. A nie bardzo wiem, jak można zbierać jakiekolwiek fanty, znajdujące się przed nami, kiedy kamera nam się obraca i widzimy jedynie to co za nami. I nie, w czasie pościgów nie możemy sami obracać sobie widoku. Ot, po prostu czasem widzimy scenę z boku, czasem z przodu, czasem z tyłu. A fanty zawsze są z przodu. Prawdę mówiąc, to był chyba najbardziej wkurzający element całej gry.

(źródło)
To fajna gra, sympatyczna i jakaś taka relaksująca – chciałoby się po prostu rzec: familijna. Na pewno szczególnie atrakcyjna dla fanów Parku Jurajskiego, no i budząca lekką nostalgię ze względu na klocki. Ale tak naprawdę w żadną stronę się nie wybija – jest po prostu jedną z całej długiej serii przyzwoitych gier Lego: zabawnych, niezbyt wymagających, w dodatku z trybem kooperacji (do dziwnej kamery i spontanicznie dzielącego się ekranu z czasem można przywyknąć), więc można sobie z nią spędzić ze dwa wspólne wieczory. Ale ma też wszystkie standardowe mankamenty gier Lego. I, tak jak w inne tytuły z tej serii, absolutnie nie mam parcia na jej powtarzanie.
Tak naprawdę i tak czuję się moralnym zwycięzcą, odkąd uratowaliśmy T-rexa. Więcej mi nie trzeba.

sobota, 6 stycznia 2018

Człowiek, ork i elf wchodzą do baru: "Bright"

(źródło)
Netflix dość długo bombardował mnie reklamami Bright – i przyznam, że nawet podziałało. Zapowiadało się, że film będzie całkiem przyjemnym przeniesieniem filmów akcji o policjantach na grunt urban fantasy. Tym bardziej, że przecież obsadzili tam Willa Smitha – czyli niezapomnianego Mike’a Lowreya. Wszystko wskazywało na to, że Bright po prostu nie może się nie udać.
A jednak Netflix pokazał, że może.

Z samego pomysłu na świat pewnie dałoby się coś wykrzesać, gdyby tylko komuś się chciało: pokazane w filmie Los Angeles to coś w rodzaju historii alternatywnej. Właściwie przypomina nasze realia (no, nie tyle nasze, co amerykańskie, ale wiadomo, o co chodzi… wiadomo, prawda?), tylko dyskryminowaną mniejszością nie są czarnoskórzy, a orkowie – tak naprawdę stylizowani właśnie na typowych (stereotypowych?) czarnych gangsta. Fajnym, wyrazistym akcentem są elfickie elity: elfy, choć piękne, są zimne i niezbyt przyjemne w kontaktach z innymi rasami, które wyraźnie uważają za podrzędne. Nawet ich dzielnica jest w miarę możliwości strzeżona, żeby nie właził tam byle kto.
Łatwo się domyślić, że taki kocioł będzie idealnym tłem do mówienia o tolerancji i rasizmie.
Ma się rozumieć, jest też główna intryga – choć przyznam, że słabo ją pamiętam. Coś o jakiejś różdżce, Infernich i ponownym przybyciu jakiegoś Dark Lorda. Cały ten wątek jest na tyle generyczny, że właściwie nie zostaje w głowie na dłużej. Ot, żeby nie szukać szczególnie daleko – ostatnio miałam okazję obejrzeć Dra Strange’a. Potężny artefakt? Checked. Wielki zły rozpierdalator, co to chce zjeść świat? Checked. Jego kultyści? Checked. Z tą różnicą, że Dr Strange oferuje przynajmniej całkiem spektakularne efekciarstwo i fajnych bohaterów, podczas gdy tutaj postaci są… no cóż, są. Po prostu. Will Smith gra tak typowego, willsmithowego bohatera, że w gruncie rzeczy trudno mi było wykrzesać z siebie jakąś doń sympatię, bo widziałam to już za wiele razy. Z tą różnicą, że zazwyczaj przynajmniej bywał zabawny, podczas gdy Daryl Ward jest głównie meh. Nick Jakoby (Joel Edgerton) został zdefiniowany właściwie wyłącznie przez fakt bycia dyskryminowanym orkiem. Ma pakiet tradycyjnych problemów każdej postaci, która nie jest „czystej krwi”, za to zabrakło mi Nicka-osoby. To dziwne, biorąc pod uwagę, że w filmie jest tak dużo gadania. W tym czasie spokojnie można było naprawdę porządnie zarysować charaktery postaci.

Siedzenie w obcisłych ciuchach na murku
w deszczu - tego totalnie jeszcze nie grali!
(źródło)
W ogóle Bright ma kłopot z sensownym zarysowaniem czegokolwiek. Gdybym miała doszukiwać się przyczyny, powiedziałabym, że – choć scenariusz nie olśniewa – głównym problemem jest jednak słaba reżyseria. Bo nie mam aż takiego bólu o to, co zostało pokazane, jak o to, w jaki sposób to zrobiono. Niedbale, bałaganiarsko, a sceny są dziwnie poszatkowane. Momenty, które mają wzbudzić duże emocje, momenty – zdawałoby się – ważne albo i nawet podniosłe, są dziwacznie wciśnięte, po czym przytłoczone kolejną sceną, która kompletnie nie czeka, aż tamta poprzednia dostatecznie wybrzmi. Szczególnie mnie to uderzyło pod sam koniec, kiedy [spoiler alert] orczy klan oddaje hołd Nickowi i, jeśli dobrze rozumiem, przyjmuje go w swoje szeregi, uznaje jako pełnokrwistego orka. Damn, to powinna być niesamowita kulminacja, biorąc pod uwagę, że wokół tego tematu kręciła się większa część filmu! A co dostaliśmy? Podnoszą pięści, jest chwila podniosłej muzyki, a nagle ciach! Przechodzimy dalej. A ja sobie wyobrażam, jak tamci orkowie przez moment jeszcze stoją z tymi podniesionymi rękami, aż w końcu stwierdzają, że czują się jak głupki, więc zaczynają na siebie zerkać, kamera się nimi nie interesuje, Nick już zajęty rozmową z Darylem, no to idą na piwo czy coś, bo co tak będą sterczeć. To było słabe i koszmarnie okaleczyło cały moment. [koniec spoilera]
Zresztą, parę chwil wcześniej też było dziwnie, kiedy była wielka scena ratowania człowieka z płonącego budynku, bohater wbiega, chcemy iść za nim w tej niebezpiecznej akcji, a tymczasem… Bright funduje nam szerokie ujęcie stojących wokół karetek i wozów strażackich. Serio, filmie? Serio uznałeś, że to najciekawszy widok, który chciałoby się oglądać w takim momencie? Jedyne, co mi się w tym momencie kojarzy, to końcówka skeczu Monty Pythona o wycieczce rowerowej.

(źródło)
Mam wrażenie, jakby Bright szło na łatwiznę. Twórcy wzięli pakiet sprawdzonych elementów i sklecili z nich nową-starą historię, która nie ma do zaoferowania niczego naprawdę interesującego. Problemy rasizmu i społeczeństwa nieomal podzielonego na kasty są tknięte bardzo powierzchownie i banalnie, przez co w ogóle nie wywołują refleksji. Z kolei intryga z wielkim złym zagrożeniem spływa, bo jest banalna. Nawet świat, choć mógłby być ciekawy, w praktyce blednie i sprawia, że nagle super oryginalny i pomysłowy wydaje mi się Wolsung, przy którym zawsze miałam wrażenia pójścia na łatwiznę, bo wszak to wszystko jest nasz świat tylko z prostą, fantastyczną nakładką. Tutaj nakładka jest jeszcze prostsza, bo jest mniejszy kawałek świata i mniej gatunków. Czy z faktu, że zamiast czarnoskórych mamy orków, wynika coś nowego dla świata? W sumie nie. Czy obecność wróżek wniosła cokolwiek poza jedną, maleńką sceną na samym początku? Dlatego podobały mi się nawet te elfy, bo nie widzę dla nich aż tak oczywistego zamiennika w naszym świecie. Zresztą, w ogóle moim ulubionym bohaterem był chyba Kandomere (Edgar Ramirez) – elficki agent pracujący dla Departamentu Magii (czy czegoś w ten deseń). Nie był może super ciekawy, ale inni byli tak nudni, że w końcu zaczęłam mu kibicować.

Ponoć Bright okazał się wielkim sukcesem i Netflix już pracuje nad sequelem. Osobiście jestem zdania, że jedyny sukces, jaki tutaj można odhaczyć, to sukces marketingowy. Zapowiedzi na pewno zachęcały. Wierzę, że faktycznie ludzie rzucili się na ten tytuł, co zaowocowało jedenastoma milionami wyświetleń w ciągu pierwszych trzech dni. Dla mnie jednak miarą sukcesu jest bardziej to, ilu z tych jedenastu milionów widzów było usatysfakcjonowanych seansem. I jakoś nie sądzę, że liczby były w tym przypadku tak spektakularne.




– I think we might be in a Prophecy.
– We're not in a Prophecy, all right?
– How do you know?

– We're in a stolen Toyota Corolla.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...