poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Trzy oblicza Marcina Rusnaka, czyli "Opowieści niesamowite"

(źródło)

Autor: Marcin Rusnak
Tytuł: Opowieści niesamowite
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Jak widać, Fantazmaty nie zwalniają: dopiero co czytelnicy dostali wcale zacną antologię, a już za chwilę (dokładnie od 28 sierpnia, czyli od jutra) będzie można pobrać – po raz kolejny za darmo – zbiór opowiadań, tym razem jednego autora: Marcina Rusnaka. Nazwisko to większość czytelników orbitujących wokół fantastyki pewnie w mniejszym lub większym stopniu zna. Ja przyznaję, że znam raczej w mniejszym, a konkretnie z trzech antologii: pierwszego tomu Wolsunga, drugiego tomu Ostatniego dnia pary oraz wspomnianego już pierwszego tomu Fantazmatów. I cóż tu dużo mówić: we wszystkich przypadkach opowiadania tego autora odebrałam negatywnie. Dlatego też z pewną obawą sięgałam po Opowieści niesamowite i zdecydowałam się na to koniec końców chyba tylko z ciekawości, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: na czym polega fenomen Rusnaka? Dlaczego ludzie go wydają i czytają, kiedy jeśli tylko dorwę coś jego autorstwa, tekst okazuje się słaby?

I jak Jeżusia kocham, początek nie napawał mnie optymizmem. Pierwsze opowiadanie ze zbioru, Zaginięcie Benedicta Constantine’a, to tekst napisany przy okazji konkursu na opowiadanie w świecie Wolsunga, który miał miejsce w 2015 roku (choć w sumie nigdzie nie jest to napisane wprost, ale zgadza się uniwersum i czas powstania). I, tak jak zresztą opowiadanie konkursowe, które koniec końców trafiło do wolsungowej antologii, absolutnie nie przypadło mi do gustu. Niby wszystko dość sprawnie napisane, ale naprawdę steampunkowa wersja Sherlocka to niezbyt oryginalny pomysł, a jeśli idzie o taki detektywistyczny klasyk, to w wolsungowej antologii Paweł Majka zrobił to o wiele lepiej. Rusnakowi bohaterowie sprawiali nieprzyjemne wrażenie wydmuszek, przez co cała intryga kompletnie mnie nie wciągnęła. W dodatku zupełnie mi nie po drodze z humorem autora, o czym przekonałam się już przy okazji poprzedniej antologii z jego udziałem, a teraz to odczucie tylko się utrwaliło.
Kolejne problemy dostrzegłam z czasem, kiedy zagłębiłam się w pierwszą część zbioru, czyli Księgę Końca. Składają się na nią opowiadania akcji i/lub postapokaliptyczne. Nie wykluczam, że komuś mogą przypaść do gustu: jak wspomniałam wyżej, są napisane w zasadzie sprawnie. Widać, że odpowiada za to ktoś, kto trochę słów wbił już w klawiaturę i wie, jak się to robi. Niemniej drażniła mnie powtarzalność fabularnego schematu (mamy zagadkę, bohatera zaczynają śledzić jakieś typy, bohater łomocze się z typami, następuje plot twist i zakończenie). Pewnie sprawdziłoby się jako kino rozrywkowe, ale nie jest to coś, co koniecznie chciałabym czytać.
No i jeszcze ten humor towarzyszący powtarzalnym, generycznym postaciom: humor nazbyt często sprowadzony do „wezmę coś z rzeczywistości i pozmieniam pierwsze literki – będzie *mrug mrug* nawiązanie”. No nie. Drażniło mnie w Śnieniu i drażniło tutaj.
Kołysanki dla umarłych przeniosły mnie do innej rzeczywistości, ponurej i dość typowo postapokaliptycznej… trochę zbyt typowo. Pomysł dwóch narratorów jest interesujący, ale byłoby lepiej, gdyby każdy z tych narratorów też był w jakiś sposób interesujący – a tymczasem skończyłam czytać w zasadzie niewiele wiedząc o nich czy o tym świecie. Oprócz tego, że no – postapo. I to z tym najbardziej trywialnym z postapokaliptycznych przesłań, podanym na tacy i powtórzonym na wszelki wypadek: że prawdziwymi potworami są ludzie. Serio, myślałam, że czegoś takiego już nie uświadczę. Jakkolwiek całość skojarzyła mi się trochę z Jestem legendą, tylko że tam – co brzmi totalnie głupio, bo nawet nie czytałam książki i znam tylko filmową wersję z Willem Smithem! – był bardziej wyrazisty bohater, którego emocje widz w końcu zaczynał dzielić i którego samotność robiła wrażenie.
Dalej mamy Zły szeląg, który ruszył mnie chyba jeszcze mniej niż dwa poprzednie opowiadania, Jedyne, co z niego pamiętam bez ponownego zerkania w tekst, to że powtórzył się motyw z numeracją domów, który dostaliśmy już w Zaginięciu… – nie drażniłoby to, gdyby opowiadania istniały w jakiejś odległości od siebie, ale w obrębie jednego zbiorku to się paskudnie rzuca w oczy. Wiecie: nie przychodzi się na dwie kolejne imprezy z tymi samymi ludźmi w tej samej sukience. A jednak technicznie opowiadanie całkiem zgrabnie operuje retrospekcjami i całość tworzy interesujący obrazek. Dalej nie był to tekst, przy którym mogłabym powiedzieć „ahaaa, to dlatego ludzie czytują Marcina Rusnaka!”, powtórzył się schemat, ale bohater wzbudził cień zainteresowania. Choć w scenie odkopywania lecącego granatu popłakałam się ze śmiechu.
Potem zaś przeczytałam Pielgrzymkę i poczułam się autentycznie zaintrygowana. Opowiadanie miało w sobie coś innego, coś ciekawego. Ładnie i niezbyt nachalnie pokazany świat – inny a jednak znajomy. Fajną perspektywę. Trochę moralizatorstwa, ale w porównaniu z Kołysankami… w zasadzie tego nie zauważyłam. No i, co chyba ucieszyło mnie najbardziej, odeszliśmy od ulubionego fabularnego modelu. Było bardziej refleksyjnie i większy nacisk położony na setting.
Pojedynek uważam za ciekawe ćwiczenie literackie, ale nic takiego, co warto by było upubliczniać, szczególnie że nie wnosi w sumie nic nowego w relacje (skądinąd dobrze czytelnikowi znanych) bohaterów: kanoniczne historie dość wyraźnie podkreślają tę zależność między nimi. Niemniej tekst jest miniaturką, więc można się przez niego szybko prześlizgnąć, by dotrzeć do drugiej części zbioru: Księgi Magii.

W Księdze Magii zobaczyłam to, czego zalążek mogłam dostrzec we wspomnianej Pielgrzymce. Dużą swobodę autora w budowaniu światów, umiejętność tworzenia adekwatnego klimatu dla opowieści. Nawet jeśli bohaterowie nie są jego mocną stroną, w tej części zbioru pokazał, co nią jest.
Choć, ma się rozumieć, Bociani zagon musiał sporo popsuć wprowadzeniem do fabuły doktora House’a Hausa. Ale wyjąwszy tę postać i finałowy żarcik z tym, że wszyscy kłamią, całość była wciągająca, a odizolowanie dziwnego, podupadającego zajazdu dawało się mocno odczuć. Fajne wrażenie też robiła przewijająca się gdzieś w tle opozycja magii i Kościoła, a także fakt, że coś, co na pierwszy rzut oka mogło sprawiać wrażenie typowego fantasy, w istocie było osadzone w „naszych” realiach. To w fajny sposób uwiarygodniło całą opowieść. Przyjemna lektura (choć zauważyłam, że ostatnio autorzy uwielbiają drgające medaliony).
Opowieść, którą znam tylko ja to znów miniaturka, ale zrobiła całkiem fajne wrażenie, kiedy po wstępie wróżącym raczej coś w rodzaju banalnej, gorzkiej historii o niespełnionej miłości, całość skręciła nam w fantastykę. Z tej króciutkiej opowieści wyłoniło się coś, co mogłoby być całkiem interesujące, gdyby autor poświęcił temu więcej uwagi i, oczywiście, jeśli nie popadłby w banał, o co przy tego typu połączeniach nietrudno.
Farid Tkacz i latający dywan jest z kolei opowiadaniem, które pamiętam z całości chyba najlepiej. Nie wiem, może jest najdłuższy? Przyznam, że nie sprawdzałam. W każdym razie to po prostu ciekawa opowieść, w której kompletnie nie przeszkadzało nawet to, że bohaterowie są tak typowi – bo ta ich typowość świetnie grała z całą przyjęta konwencją. To była baśń, a w baśni nikt się nie obraża, że psychologia Królewny Śnieżki nie jest dostatecznie wyraźnie przeanalizowana. Natomiast w tym tekście autor zdecydowanie pokazał, że umie w klimat i odmalowywanie świata. Wróciła też podwójna narracja, ale nie stanowiła kalki zabiegu z Kołysanek…, toteż czytało się przyjemnie. Opowiadanie pozwala przenieść się do świata rodem z baśni z „Tysiąca i jednej nocy”, poczuć tę egzotykę i uwierzyć, że narrator wie, o czym mówi. Dodatkowo uśmiechnęłam się, kiedy wyszło na jaw, kto jest tym wielkim, potężnym królem. Sprawnie skonstruowana opowieść w sprawnie zaprezentowanych realiach.
Kolejny tekst, Zabijając ptaki, nie zrobił na mnie może aż takiego wrażenia, niemniej i tak był dobry: zainteresował mnie świat i historia Kredziarzy, choć jeśli chodzi o relacje między bohaterami, na tym etapie dość wyraźnie widać już kolejny schemat, na którym autor osnuwa swoje historie prawie-miłosne. Ale na szczęście setting skutecznie odciąga uwagę od tej powtarzalności, a sam motyw tytułowych ptaków ogromnie mi się podoba.

Trzecia część, Księga strachu, budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jeśli opowiadania w niej zawarte miałyby być istotnie budzącymi grozę horrorami, no to chyba znów nie jestem targetem. Z drugiej strony, te teksty mają sporo fajności: ot, choćby tak bardzo wyraźne naleciałości z Lovecrafta. Nie są tak mocne jak Lovecraft, ale duch Samotnika z Providence gdzieś się nad niektórymi historiami unosi – przede wszystkim chyba nad Koszmarem z Yelland, w którym to opowiadaniu chyba jedyny zgrzyt miałam w momencie objaśniania, na czym polega szyfr Cezara – chyba najbanalniejszy ze wszystkich szyfrów ever. Dla równowagi niezmiennie podoba mi się, że nazwisko przeora to Godwill. Ogólnie uważam to opowiadanie za bardzo zgrabny fanfik osadzony w Lovecraftowskim uniwersum. Jeden z dwóch.
Zanim jednak czytelnik pozna drugi, dostanie przerywnik w postaci Białego Piekła – jest to miniaturka, o której w sumie mogę powiedzieć głównie tyle, że była: ciekawe spojrzenie z dwóch stron na tę samą sytuację, ale raczej mnie nie podbiło.
A potem Lovecraft wraca w opowiadaniu Pudełko pełne cudów. Teoretycznie znów nie dostajemy nic szalenie oryginalnego. Znamy już opowieści o takich artefaktach i w ogóle znamy ten mechanizm „cudów”. Dlatego też czytelnik zna rozwiązanie pierwszej warstwy zagadki niemal od razu, a bohater buja się z tak zwaną intrygą przez długie strony. Ale to nie szkodzi. W gruncie rzeczy z dość sporym zainteresowaniem śledziłam, co bohater jeszcze spieprzy. A zakończenie i odkrycie kolejnej warstwy tajemnicy jest wcale dobre – myślę, że autor wykrzesał tyle, ile się dało z tego typu opowieści, ładnie wplatając w to elementy zaczerpnięte od klasyka horroru. Aha, ze śmiesznostek: porównanie ciszy w pokoju do dyskrecji jak „nastolatka przekradająca się do swojej sypialni po popijawie tak, by nie zbudzić rodziców” – bo oczyma duszy widzę tę cichą, dyskretną nastolatkę: najpierw upuści klucze. Potem znowu. Kiedy wreszcie wceluje w zamek, potknie się o wycieraczkę i z łoskotem pierdyknie na podłogę. Potem się już pozbiera, ale potknie się o czyjeś buty w przedpokoju. Przez cały czas będzie teatralnym szeptem robić sama do siebie „ćśśśśś!”, bo przecież wiadomo, że to pomaga w utrzymaniu ciszy. A kiedy szczęśliwie już zalegnie w swoim pokoju, będzie chrapać jak traktor. Ale okej, okej – co człowiek, to skojarzenie.
Ostatni śnieg w roku to w moim odbiorze dość ciekawy eksperyment, ale przyznam, że mam do niego dość mieszany stosunek i nie jestem do końca pewna, czy w ogóle pasuje do tego zestawu tekstów.

Nie jest tak, że po przeczytaniu Opowieści niesamowitych z miejsca stałam się fanką Marcina Rusnaka. Niewątpliwie jednak wiele się o twórczości tego autora nauczyłam. Wiem, że nie zawsze jestem targetem – to nie szkodzi, nie każdy musi być. Myślę, że jeśli ktoś lubi literaturę sensacyjną, znajdzie w tym zbiorze o wiele więcej dla siebie. To, co zrobiło na mnie wrażenie, to wszechstronność, o którą Marcina Rusnaka nie podejrzewałam na podstawie tych trzech tekstów, z którymi miałam do czynienia przedtem. Sięga po rozmaite gatunki i – o ile mogę wyciągać daleko idące wnioski na podstawie tych konwencji, z którymi mi bardziej po drodze – dobrze sobie w nich radzi. I nawet jeśli nie do końca lubi tworzyć ciekawych, pogłębionych bohaterów, których losy by mnie wciągnęły, to zdecydowanie potrafi nadrobić ten brak ciekawym światem, plastycznymi opisami, mocną atmosferą i po prostu sprawnym opowiedzeniem pewnej historii.
Lektura Opowieści niesamowitych, mimo niefortunnego startu, koniec końców okazała się przyjemnie i pożytecznie spędzonym czasem.

Aha: o co chodzi z tymi psami? Prawie wszystkie fragmenty, w których padają komentarze na temat psów, mają wydźwięk negatywny albo psy pojawiają się jako antagoniści. Zresztą, w Śnieniu też było negatywnie o psie. Absolutnie protestuję.





Pamiętałem tęczowe rozbłyski zaklęć ochronnych, eksplozje w miejscach, gdzie magia ścierała się z zabójczą techniką. I przerażający ryk syren informujących, że gdzieś tam bomby przedarły się przez osłonę i znowu umierali niewinni ludzie.
– Marcin Rusnak, Zaginięcie Benedicta Constatntine’a

poniedziałek, 30 lipca 2018

Smoki, literatura i umieranie: "Fantazmaty. Tom I"

(źródło)
Autor: praca zbiorowa, pod red. Dawida Wiktorskego
Tytuł: Fantazmaty. Tom I
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Fantazmaty to pierwsza odsłona nowego cyklu na fantastycznym poletku ebooków, ale nie pierwszy tego typu zbiór, który dostajemy w ostatnim czasie. Przede wszystkim - niejako prekursorką tej antologii była inna pozycja: Geniusze fantastyki, firmowana jeszcze przez Genius Creations – w przeciwieństwie do Fantazmatów, które z tym wydawnictwem nie mają już nic wspólnego, za wyjątkiem częściowego zaangażowania tych samych osób – tyle że tym razem już czysto hobbystycznie i pod własną marką.

I muszę przyznać, że w porównaniu z Geniuszami… nowa antologia wypada po prostu lepiej. Być może częściowo przez to, że jest krótsza: nie mam wrażenia, że to zbiór wszystkich możliwych opowiadań, które autorzy powykopywali ze swoich szuflad, tylko rzeczywiście teksty przeszły jakąś selekcję, co znacząco odbiło się na ich jakości. Mniej, ale lepiej. I ja to bardzo popieram.
Wciąż jednak mam wrażenie, że czegoś w tym wszystkim zabrakło. Skłaniam się ku myśli, że bardziej doświadczonej redakcji. Większość opowiadań jest w porządku, jest kilka tytułów naprawdę dobrych. Zazwyczaj jednak miałam irytujące wrażenie, że pomysł jest fajny, ale gdzieś po drodze zabrakło solidnej redakcji, która wymusiłaby na autorze przerobienie tekstu z „w porządku” na świetny, w którym ten fajny pomysł mógłby naprawdę rozbłysnąć.

Zacznę może od tych tekstów, które zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie – choć muszę tu podkreślić, że nie były złe. Ot, najwyraźniej nie jestem targetem. Przede wszystkim Pod skórą Agnieszki Hałas: nie wątpię, że to sprawnie napisana rzecz. Niemniej nie potrafiłam wykrzesać z siebie emocji podczas lektury. Tekst porusza problemy – i chwali mu się. Tyle że nie robi z tymi problemami właściwie niczego odkrywczego, co by sprawiło, że zapamiętam ten tytuł na dłużej. Mam świadomość istnienia tych problemów i czułam się trochę tak, jakby mi ktoś powtarzał w kółko, że wojna jest zła. Trudno zaprzeczyć, ale też to nic nowego. Plus miałam moment niepoprawnego rechotu przy zdaniu „Ciekawi was, jak to właściwie jest z moim wykształceniem?” – bo jedyna odpowiedź, jaka mi się nasunęła, to „Nie. Mam to w nosie”. I aż mnie korciło, żeby kontynuować dyskusję z narratorką.
W zbliżonym klimacie utrzymany jest Dzień Walpurgii Ahsana Ridha… Ridhy? Hassana (dobrze odmieniłam…?): mimo odmiennej fabuły, w obu przypadkach czytelnik dostaje osadzoną we współczesności historię młodego człowieka, który pod płaszczykiem urban fantasy sprzedaje nam problem: u Agnieszki Hałas była to, żeby nie wchodzić w detale, patologia w rodzinie, tutaj mamy chorobę psychiczną. Przy czym Dzień Walpurgii przypadł mi do gustu nieco bardziej, bo uświadomił mi istnienie czegoś, czego wcześniej nie znałam – wrażenie popsuł jedynie przypis na samym końcu. Powiadam: pozwólcie czytelnikowi dociekać samodzielnie. Nie wyręczajcie go w myśleniu.
Te dwa teksty chyba są najmniej „fantastyczne” ze wszystkich (na upartego można by uznać, że Dzień Walpurgii to w ogóle nie jest fantastyka). W pozostałych nadprzyrodzone akcenty są już nie tylko kostiumem, ale mocną bazą dla całej opowieści. Co w żadnym razie nie oznacza monotonii: dostajemy zarówno dość typowe (może czasem aż nazbyt typowe, wliczając w to mało twórcze nawiązania do klasyki) fantasy pełną gębą (Na podobieństwo Alicji Janusz, Dwie głowy węża Magdaleny Kucenty czy Księga Daat Anny Szumacher – wszystkie te teksty są bardzo zgrabnie napisane, tylko może dostały nieco za mało przestrzeni, żebym dała radę naprawdę przywiązać się do bohaterów. W efekcie dostałam postacie, których nie znam, w światach, o których nic nie wiem. Ich losy wywoływały we mnie głównie wzruszenie ramion), jak i różnorodne sci-fi (nasuwa się tu głównie Na obraz i podobieństwo Krzysztofa Rewiuka – dobre, tylko kompletnie nieprzekonujące relacje między bohaterami, jakby autor chciał wrzucić za dużo na za krótkiej przestrzeni, przez co te stosunki tak naprawdę nie zdążyły się sensownie nawiązać; no i oczywiście Trupy Pawła Majki – ciekawe i z fajnym zakończeniem, ale będące chyba głównie pokazaniem świata, niż historią o konkretnych bohaterach, bo ci w sumie pozostali mi dość obojętni. Wspomnieć też muszę o Ego te absolvo Agnieszki Sudomir – to ubrana w fantastycznonaukowy płaszczyk opowieść, która w nieoczywisty stawia dużo pytań natury etyczej).
W jeszcze innych klimatach są osadzone takie opowiadania jak Wieczne życie Tomasza Przyłuckiego – zabawne, lekkie, choć dość szybko wylatujące z pamięci – czy Następna stacja: Katastrofa Piotra Gruchalskiego. Miłośnicy słowiańskich klimatów znajdą dla siebie bardzo przyjemne Babie lato Piotra Borlika, fani humorystycznych miniaturek sprowadzających się do szeregu słownych gierek – Gang Higiena Kazimierza Kyrcza Jr. I Michała Walczaka. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest inna miniaturka: Pan Kukiełka Dawida Kaina – gęsty od niepokoju obrazek dla miłośników grozy. Wymienię tu jeszcze Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym Istvana Vizvary’ego: historię pewnego emeryta, który umarł. Na uwagę zasługuje fajne przenikanie się zmysłów, a także intryga, która z czasem wciągnęła.
I to jest ta najliczniejsza grupa tekstów: są fajne, sprawnie napisane, pozbawione większych baboli – po prostu z tych lub innych przyczyn do mnie nie przemówiły. Czegoś im zabrakło: przekonujących relacji między postaciami, interesujących bohaterów – ot, po prostu czegoś, co by mi na dłużej zostało w pamięci. Czytało się dobrze, ale muszę wracać do spisu treści, żeby przypomnieć sobie, o czym to właściwie było.

Fantazmaty mają jednak również teksty, które dużo mocniej wbiły mi się w mózg. W większości – pozytywnie. Ale zacząć muszę od dwóch niechlubnych wyjątków.
Przede wszystkim więc, wkurzyło mnie Śnienie Marcina Rusnaka. Sam pomysł na przedstawienie superbohaterskiej historii z punktu widzenia zupełnie niesuperbohaterskiego męża jest bardzo wporzo. Przypadłość dziecka interesująca (nawet jeśli kino słyszało już o takich pomysłach). Szkoda tylko, że ten mąż to całkowicie nieciekawy, antypatyczny koleżka, któremu z czasem życzyłam coraz gorzej i gorzej. Miałam ochotę obić mu ryj za każdym razem, jak wydzwaniał do swojej żony z jakimiś pierdołami, podczas gdy ona ratowała świat przed apokalipsą. Nie poprawiła sytuacji wstawka o Bulim, ale to już moje zupełnie prywatne spaczenie. Po prostu zupełnie się nie dogadaliśmy. A nawiązania do popkultury wyszły po raz kolejny nieciekawie.
Poważny problem widzę też w przypadku tekstu AJAS 22.9.5.12.11.9 Jacka Łukawskiego: to znaczy samo opowiadanie odebrałam nawet pozytywnie, ale potem dostałam w twarz… przypisem…? Epilogiem? Odautorską notatką pod tytułem „co autor miał na myśli”. I to było autentycznie straszne – nie wierzyłam, że na serio widzę coś takiego w książce. Jeśli przypis kończący Dzień Walpurgii wzbudził mój niesmak, to tutaj miałam ochotę naprawdę gryźć i drapać. Uważam, że to po prostu uwłaczające dla czytelnika, żeby tego typu notatki wrzucać do jakiejkolwiek publikacji.

A teraz już z czystym sumieniem mogę przejść do mojego TOP 4 pierwszego tomu Fantazmatów.

Na czwartym miejscu: Błędny rycerz Andrzeja W. Sawickiego – bo mechy, bo klimat i interesujący setting. Ciekawi bohaterowie. Historia, która wciąga i każe zastanawiać się, co było wcześniej i co wydarzy się później. Czuję się zachęcona do zaprzyjaźnienia się z twórczością tego autora – jedyny zgrzyt miałam przy przypisie poświęconym Inkluzji: za dużo, za niepotrzebnie. Wystarczyło krótkie „po więcej – patrz powieść: Inkluzja” czy coś w tym stylu. Nie rozpraszałoby niepotrzebnie. Na dodatkową uwagę zasługuje tu świetna ilustracja Tomasza Ściolnego.
Miejsce trzecie należy do Drakodoncji stosowanej Kamili Dankowskiej. To tekst, który zajął pierwsze miejsce w konkursie i jakoś mnie to nie dziwi. Opowiadanie jest wciągające i zabawne, w dodatku ma tę cechę, którą podkreślałam w tekstach ze Skafandra i melonika: wierzę narratorowi. Mam wrażenie, że autor wiedział, o czym pisze – zarówno pod względem emocji jak i przedstawionej technologii. Fakt, że całość opiera się na legendzie o Szewczyku Dratewce to tylko taka wisienka na torcie. Po prostu świetnie się bawiłam od początku do końca tego tekstu.
Mocne drugie miejsce zajmuje I moją głowę też Alicji Tempłowicz: z jednej strony, znane i lubiane postapo z ludźmi, którzy szlajają się po zgliszczach znanego im świata. Z drugiej, Alicja Tempłowicz nie byłaby sobą, gdyby u podstaw tego – na pozór typowego – settingu nie leżał jakiś wypasiony, niebanalny pomysł. Dodatkowo dostajemy sporo ciężkich emocji i bohaterów, którzy z miejsca zaczynają „działać” na czytelnika, tak że nie mogłam się nie zaangażować w ich losy.
O włos, niemniej zwycięża w moim prywatnym rankingu Zachwyt Wojciecha Guni: niesamowicie pomysłowy tekst o… cóż, o wielu rzeczach, ale nie sposób je wyliczać nie spoilując, więc jestem zmuszona pominąć fabularne podsumowanie. Dość, że tekst ogromnie kojarzy mi się z Bibliotekarzem Jelizarowa, a to powieść, która od lat jest jedną z moich ulubionych lektur ever. W Zachwycie znalazłam podobnie ciężki, nostalgiczny klimat i opowieść o smutnych, samotnych ludziach, którzy znaleźli swój sposób na życie. Czytelnik zanurza się w ten ich świat i odkrywa tam magię, której się nie spodziewał, która nie pasuje do tych okoliczności – odstaje i wciąga jednocześnie. Plus jest piękna zagadka z pięknym finałem. Jestem przekonana, że to opowiadanie zostanie ze mną na dłużej.

Nie powiem, że to zaskakująco dobra antologia – bo Skafander i melonik mnie trochę rozbestwił. Natomiast z całą pewnością jest to dobra antologia, pełna fajnych tekstów, wśród których można znaleźć prawdziwe perełki. Nawet opowiadania, które negatywnie zapisały mi się w pamięci, w gruncie rzeczy mają w sobie sporo dobrego, tylko po prostu w ten czy inny sposób nadepnęły mi na odcisk. To byłby dobry zbiór, choćbym musiała za niego zapłacić w księgarni – a biorąc pod uwagę, że można się nim cieszyć za darmo, to w ogóle nie ma o czym gadać: pozostaje tylko pobrać i cieszyć się lekturą.


Książkę można pobrać tutaj - formaty do wyboru, do koloru.




Rzuciłem się w prawo, byle uniknąć bezpośredniego plunięcia, zdolnego zeszklić piasek. Ścigany rykiem płomieni, skoczyłem za kontener. Zapikał SHEEP.
– Żryj owcę! – Z okrzykiem bojowym wychyliłem się zza osłony i odpaliłem wyrzutnię.

[Kamila Dankowska, Drakodoncja stosowana]

piątek, 13 lipca 2018

"Skafander i melonik": więcej niż steampunk


Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Skafander i melonik
Miejsce i rok wydania: Katowice 2018
Wydawca: Śląski Klub Fantastyki

Nie ukrywam, że do antologii ŚKF-u miałam ambiwalentny stosunek: z jednej strony wiem, że przynajmniej część autorów pisze fajnie – no bo ich czytałam w innych miejscach i mniej-więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Z drugiej strony, to antologia. A antologie to zawsze śliskie sprawy, no bo wielu autorów, wiele wątków, różne klimaty i zawsze istnieje ryzyko, że po prostu nie dam rady się wkręcić w żadną opowieść.
Tutaj dodatkowego niebezpieczeństwa upatrywałam w tytule, a zarazem motywie przewodnim książki: ów skafander i melonik. Najzwyczajniej w świecie bałam się, że dostanę zalew wtórnego steampunku, gdzie oczywiście któryś z bohaterów będzie musiał nosić melonik bo tak, i nic ciekawego z tego nie wyniknie.
Na szczęście pomyliłam się wszędzie, gdzie tylko mogłam.

Przede wszystkim, antologia zaskakuje wysokim poziomem i niebanalnymi pomysłami. Okazało się, że narzucony motyw przewodni w żadnym razie nie ograniczył autorów, a wręcz przeciwnie: sprowokował powstanie niesamowitych historii, ogromnie różnorodnych i w większości wciągających. Po drugie, teksty są po prostu dobrze, sprawnie napisane.
Tak naprawdę mam wątpliwości tylko odnośnie do jednego tekstu: La Estrella Aleksandry Sokólskiej. Wciąż nie do końca umiem powiedzieć, o co chodziło autorce. Czy to tekst o upadłej gwieździe, która dostała ostatnią szansę, żeby jeszcze błysnąć? Czy może o trudnych relacjach walczącej matki z córką? Bo ten motyw się pojawia, ale został zarysowany jakoś tak blado i do niczego nie prowadzi, że właściwie nie wiem, czy nie jest wrzucony w tekst zupełnie niepotrzebnie. I tak nic z niego nie wynika. Nie zdołałam zaangażować się w tę relację, ani w ogóle poczuć sympatii do któregokolwiek z bohaterów, łącznie z tytułową zapaśniczką. Na szczęście opowiadanie było dość krótkie, wiec bez bólu się przez nie prześlizgnęłam.
W ogóle skoro już o tym mówię, to wspomnę o pozostałych pojawieniach się cholitas w antologii: bo najwyraźniej te kobiety skradły serca autorek. I wcale się nie dziwię – kiedy swego czasu trafiłam w internetach na filmik z walecznymi Boliwijkami, też od razu pojawiła mi się myśl, że to cholernie inspirujące i na pewno ma ogromny potencjał na tekst. Jak widać, nie ja jedna tak poczułam: kobieta w meloniku i falbaniastych spódnicach pojawia się także u Anny Łagan w tekście Ekonomia to dolina niesamowitości – choć w zupełnie innym kontekście i bez walk. Zresztą, jest to bardzo interesujące opowiadanie ze względu na głównego bohatera, Manu. Po pierwsze, podoba mi się motyw androida, który jest zaprogramowany na konkretne zadanie i zrobi wszystko, żeby to zadanie realizować – i mam tu na myśli: naprawdę wszystko. Po drugie, w ogóle lubię nawiązania do hinduizmu i takie a nie inne przedstawienie Manu.
(źródło)
Trzecim tekstem z udziałem Boliwijki w meloniku jest Matki płaczą solą Alicji Tempłowicz. I tu przyznam, że nie miałam zaskoczenia: spodziewałam się najwyższej półki i właśnie ją dostałam. To świetny, przejmujący tekst, łączący współczesność z pradawnymi zaklęciami, zanurzony zarówno w boliwijskiej geografii i religii, jak i w historii rozwoju języka, w dodatku z miejsca czuje się sympatię do bohaterów. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, a koniec końców intryga przypominała mi Wrath of the Lich King, czyli jeden z dodatków do WoWa, tylko rozegrany dużo bardziej gorzko. A jeśli dla kogoś to nieszczególna pochwała, to tylko napomknę, że to wciąż jest mój ulubiony dodatek do WoWa, a WoW sam w sobie zarobił już około 10 miliardów dolarów, więc cóż… można gadać, ale dobry produkt jest po prostu dobrym produktem. I kiedy zaczęłam kolejne opowiadanie, miałam myśl, że to trochę nieuczciwe, bo kilka pierwszych akapitów czytałam wciąż pod wpływem Matek… i zupełnie nie potrafiłam się skupić.
W opowiadaniu Alicji Tempłowicz miałam nieodparte wrażenie, że autorka doskonale wie, o czym pisze – nie epatowała riserczem, ale czułam, że wszystko, co czytam, jest gruntownie sprawdzone i wiarygodne. Podobne wrażenie miałam przy tekście Jeden spalony rzut Krystyny Chodorowskiej: czytając czułam, że mogę wierzyć narratorowi. Wierzyłam zarówno w towarzyszące bohaterom emocje podczas skoku i prób ugaszenia pożaru, jak i w techniczne detale opisujące całą procedurę. Dodatkowo pomysł widzenia syntetycznego był po prostu świetny. Nasuwa się myśl, że to świetny komentarz do współczesności i nie mogę się opędzić od porównania ze Star Trekiem, który robił to w bardzo podobny sposób: uwydatniał aktualne bzduryzmy przenosząc je w obce, futurystyczne scenerie. Bardzo fajnie rozegrane.
Z obcością wyraźnie mierzą się trzy inne opowiadania ze zbioru: przede wszystkim muszę tu wymienić Zwierciadło w dziurce od klucza Marty Magdaleny Lasik, które jest przesycone obcością zarówno w fabule jak i w warstwie językowej. Bardzo pomysłowe i sprawnie, kompetentnie napisane, zostaje w pamięci. Nawet jeśli sama intryga i wiszące nad Ziemią zagrożenie średnio mnie ruszyły, to z całą pewnością odczułam potężną barierę, jaka wyrastała między Kornelem a ludźmi, którzy – nawet choćby chcieli – nie byli w stanie go zrozumieć. A on nie do końca potrafił zrozumieć ich, choć przecież dysponował aparatem poznawczym, o którym ludziom się nie śniło. No i język przenosi czytelnika od razu do tego dziwnego świata, w którym obcy żyją wśród nas.
(źródło)
Mamy też Flaun Marty Potockiej – początkowo czytałam je bez zbytniego zaangażowania, ale z czasem dość skutecznie mnie wciągnęło i ani się obejrzałam, jak z przejęciem śledziłam losy nieco psychopatycznego Fina i jego załogi. Pavel mnie niepokoił, a do Vogela czułam podskórną niechęć. Dziwi mnie tylko, że załoga, choć niby kompetentna, tak lekceważąco podchodziła do buzującego na planecie życia: ostateczne rozwiązanie intrygi było czymś, na co w sumie bez większych rozkmin wpadłam jeszcze kiedy Sofia biegła się ogrzać. Dlaczego im, fachowcom, tak długo to zajęło?
Trzeci tekst naznaczony obcością, który akurat z tych trzech najmniej do mnie trafił, to Ślady w popiele Karoliny Fedyk. Nie jest zły, ale jakoś bohaterami się nie przejęłam, a na rozwiązanie intrygi znów wpadłam o wiele za wcześnie, żeby później to zrobiło na mnie wrażenie. Losy krajów, o których w sumie nic nie wiedziałam, nie zdołały mnie zaangażować. To, co polubiłam, to aurę towarzyszącą Sandro. Budził niepokój i współczucie jednocześnie. Dziwną litość, choć raczej to on mógłby się litować nad ludźmi.
Do wspomnienia zostały mi jeszcze dwa opowiadania i nieprzypadkowo właśnie one: Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra Anny Hrycyszyn to najdłuższy z tekstów w antologii i był dokładnie tym, czego się spodziewałam: przemyślany steampunk, sympatyczni bohaterowie, unoszący się gdzieś nad wszystkim wątek romantyczny, który jednak nie zdominował przygodowego charakteru całości. Z jednej strony, chciałabym poznać więcej losów Fiksa i Jaśminy, bo nie mam ochoty się z nimi rozstawać. Z drugiej, zastanawiam się, czy to by miało sens: czy teraz, kiedy czytelnik zna świat, nie byłoby to wtórne, jak steampunkowa imitacja Sherlocka Holmesa czy innych tego typu detektywistycznych opowieści? Cóż, wszystko w rękach autorki, niemniej była to przyjemna lektura, która – mimo długości ­ nie zdążyła się znudzić.
(źródło)
Jeśli zaś chodzi o Pościg Michała Cholewy, to obok opowiadania Alicji Tempłowicz jest to chyba mój ulubiony tekst. I znów – nie miałam tu zaskoczenia. To nie mój pierwszy kontakt z twórczością tego autora i nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Wyraziści bohaterowie, do których z miejsca czuje się sympatię, mimo że nie są jakoś szeroko opisani. Przemyślany, interesujący świat. A do tego ciekawa historia i zaskakująca intryga. Przy czym w przypadku tego akurat tekstu nie mogłam się opędzić od skojarzeń z Zatopić „Niezatapialną” wspomnianej wcześniej Anny Hrycyszyn, ale to nie jest skojarzenie na zasadzie „zgapione”, tylko raczej… cóż, posłużę się filmową analogią. O ile Zatopić… jest takimi Piratami z Karaibów, o tyle Pościg to Pan i Władca: na krańcu świata. Niby podobny świat, niby gdzieś w tle są pewne inne podobieństwa, ale jednak całość ujęta zupełnie inaczej. Oba teksty są świetne w swoich kategoriach. Pościg sprawił, że zdecydowanie chciałabym więcej opowieści z tego świata, więcej o Wilsonie Bennecie, O’Malley, Huxleyu i lady Morwood. Bwah, a także o Trevelyanie. Boli mnie, że praktycznie nie wiem nic o kapitan Caravaggio, choć z drugiej strony, to fantastyczne zagranie, które po raz kolejny każe mi wrócić do Pana i Władcy…, gdzie także nie jest nam dane na własne oczy poznać francuskiego kapitana. Tak tylko podpowiadam, w razie gdyby autorowi znudził się Algorytm wojny

Antologia Skafander i melonik zdecydowanie zaskakuje. Opowiadania są sprawnie napisane, autorzy sprawiają wrażenie, że doskonale wiedzą, o czym piszą. Umiejętnie operują słowem i doskonale wiedzą, o co im chodzi. Chyba tylko raz się skrzywiłam, bo przy fragmencie o biotechnolożce z Polski i jej koleżance, która chciała hodować owce w Bieszczadach aż nadto silne miałam wrażenie, że to jakieś hermetyczne, koleżeńskie cameo, które – moim zdaniem ­ zdecydowanie powinno wylecieć, bo i tak nie wnosi niczego do historii. Ale tak poza tym: rzecz zdecydowanie warta przeczytania.



Wystartowali tuż przed świtem, biorąc kurs na północ, w stronę gdzie wczoraj wyruszył „Szkarłatny Świt”. Szybko zostawili za sobą złoty blask słońca na powierzchni jeziora i wysokie mury fortu Diamond Rock i zanurzyli się w wiszące nad wąwozami Mistmarsh mgły. „Lewiatan” szedł dwiema trzecimi mocy maszyn, rozcinając strzępy szarego oparu, nisko nad pędzącymi tuż nad kadłubem –a czasem nawet wystającymi ponad relingi – wierzchołkami ukrytych w szarości drzew.
– Michał Cholewa, Pościg

sobota, 7 lipca 2018

Najdłuższa deska IN SPACE, czyli "Chłopiec i jego czołg"


Autor: Leo Frankowski
Tytuł: Chłopiec i jego czołg
Tytuł oryginału: A Boy and His Tank
Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2002
Wydawca: ISA

Och, żarcik z najdłuższą deską jest dość czerstwy, ale nie mogłam się powstrzymać. Bo wiecie, taka najdłuższa deska jest w chyba sztandarowej kaszubskiej atrakcji turystycznej: w Szymbarku. I wciąż zachodzę w głowę, dlaczego ludzie zjeżdżają się, żeby obejrzeć deskę. Nawet jeśli to długa deska. Ale łotewer. Tak naprawdę chodzi mi tu tylko o powiązanie deski, Szymbarku i Kaszubów z książką.
Bo Chłopiec i jego czołg to właśnie to: Kaszubi w kosmosach. I muszę tu zacząć od tego, że pomysł uważam za fenomenalny. W ogóle branie na tapetę ciekawych mniejszości to niezła myśl, bo kryje się w nich niesamowity potencjał na oryginalną opowieść. Tak też jest w przypadku Kaszubów. W ogóle myślę, że ludzie w Polsce i na świecie niewiele wiedzą o Kaszubach. Bah, od paru lat jestem dumną trójmiejszczanką (trójmieszczką...?), a też nie mam o nich większego pojęcia. To ludzie, którzy kojarzą się głównie z kwiecistym haftem, tabaką i truskawkami. I tu druga rzecz: wrzucenie ich w realia science-fiction, tak kontrastujące ze stereotypowym wyobrażeniem Kaszuba, to po prostu genialna idea. Aż trochę boli, że zrodziła się za oceanem. Nasi rodzimi twórcy fantastyki powinni się wstydzić, że przepuścili taki potencjał.
Boli tym bardziej, że nie wątpię, iż nasi rodzimi twórcy zrealizowaliby ten pomysł bez porównania lepiej.
Leo Frankowski miał polskie korzenie i, jak się zdaje, bez skrępowania wykorzystywał to w swojej twórczości. Jego najsłynniejszy cykl sci-fi traktuje o polskim inżynierze, który przenosi się w czasie do trzynastowiecznej Polski i miesza w historii. W Chłopcu… tej polskości jest nieco mniej, ale też się przewija. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to jednak pisanina kogoś, kto w sumie sam nigdy w Polsce nie był i nie jestem przekonana, czy spotkał w życiu jakiegokolwiek Kaszuba. A już zupełnie jestem pewna, że nie widział nigdy deski z Szymbarku.
Jego Kaszubi robią fajne wrażenie na pierwszy rzut oka: historia tego, jak dostali się w kosmosy i jak wylądowali na swojej planecie, a także jak sobie na tej planecie poradzili, jest fajna i pomysłowa. Opisywana mniejszość ma charakterek i łatwo się nie poddaje, całkiem zgrabnie łącząc w sobie kaszubskość z polskością. Schody zaczynają się, kiedy czytelnik pozna już to tło historyczne (a to następuje dość prędko, no bo cóż – taka natura wszelkiego rodzaju teł, no nie? To tylko wstępy do właściwej opowieści) i czas poznać naszego głównego bohatera, Mikołaja.
Mikołaj jest kompletnie bez wyrazu. Ot, bohaterski bohater, którego chcą przelecieć wszystkie cytate panienki w okolicy, potrafi przechytrzyć najcwańsze komputery, ma oczywiście talent do dyplomacji, wojaczki i czego tylko dusza zapragnie. A jeśli zdarzą mu się jakieś chwile słabości, to tylko go uczłowiecza i sprawia, że cycate panienki z okolicy chcą go przelecieć jeszcze bardziej. To takie „męskie pisanie” w najgorszym tego sformułowania znaczeniu. Kiedy narrator skupia się na akcji, rozwałkach czołgów i wybuchach, jest nieźle. Bez jakiegoś szczególnego kunsztu, ale nieźle i przyjemnie się czyta. A kiedy mamy budowanie bohaterów i relacji między nimi – mam ochotę płakać. Wszelkiego rodzaju emocje – i to mam na myśli naprawdę wszelkiego, zarówno te towarzyszące życiu w związku, jak i te wynikające z otaczającej bohaterów wojny – są podane w sposób maksymalnie lakoniczny, przez co kompletnie nie działają. Niby żołnierze serbscy gwałcą chorwackich jeńców, a jakoś wywołuje to tyle uczuć, co gdyby nie powiedzieli „na zdrowie”, kiedy bohater kichnął. Podobnie wygląda sprawa z rozterkami miłosnymi.
A gdybym miała być czepialska, to bym powiedziała, że autor zdecydowanie pisze „po męsku”, bo żadna rozsądna kobieta nie napisałaby bzdury o tym, jak to Mikołaj w ramach ćwiczeń biegnie przez jakieś łąki, a obok niego biegnie topless jego wielkocyca trenerka. Bo kobieta by wiedziała, że dla wielkocycej trenerki bieganie bez żadnego podtrzymania tych cycków byłoby mega niekomfortowe.
No ale okej, piersi się bimbają na boki, więc jest dobrze, prawda. Mi jest nieprzyjemnie na samą myśl o tym.

Acz, żeby było zabawniej, tak naprawdę w powieści nie ma żadnej zdrożnej sceny – ogólnie całość, mimo że mogłaby uderzyć zarówno w całkiem rozbuchaną erotykę jak i pełnokrwistą jatkę, trzyma się na poziomie PEGI 13. Kurtyna zapada za każdym razem, kiedy między postaciami ma do czegoś dojść, a jeśli chodzi o bitwy… cóż, sporo się o nich gada, a podczas ich trwania dużo jest dronów, laserów i programowania, ale rzeczywistych zgonów i tragedii jakby mniej. Prawdę mówiąc, to wszystko wygląda trochę jak pisane przez albo dla trzynastolatków. To ciekawe, bo przecież w momencie premiery powieści autor miał pięćdziesiąt sześć lat.

Ale, żeby nie było: powieść bardzo szybko, lekko się czyta. To po prostu typowe, wakacyjne czytadło: człowiek niezbyt się w to wszystko angażuje, ale jednak zawsze to jakieś umilenie sobie czasu. Pod słabymi bohaterami i niegramotnymi emocjami jest całkiem spora dawka fajnej akcji i świetnych pomysłów. Zresztą, dzięki takiemu rozkładowi akcentów, jedne z najlepszych jak dla mnie fragmentów to były te, gdzie… autor wpakował w usta bohaterów ewidentną ekspozycję! Hah! Bo ta ekspozycja była mega ciekawa. To w ekspozycji „ukrytej” w dialogach przeczytałam o przekręcie starego Kaszuba i o układzie z Japończykami. Do tej pory nie mogę przestać rechotać z tego motywu. I pal sześć, że to było tak źle napisane – pomysł naprawdę świetny.

Przyznam, że chętnie bym sięgnęła po dalsze tomy Chłopca…, bo Wikipedia mówi mi, że powstały jeszcze dwa. Tyle tylko, że, jak się zdaje, nie zostały przełożone na język polski. Z drugiej strony, patrząc na językowy kunszt Chłopca…, być może bym sobie poradziła z oryginałami. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że to tłumacz aż tak uprościł, podczas gdy w rzeczywistości Leo Frankowski napisał powieść subtelną i pełną językowych zawijasów.
Warto. Naprawdę myślę, że warto czasem poczytać sobie coś takiego i nie żałuję ani chwili spędzonej nad lekturą. Nie liczę tego nawet jako guilty pleasure, bo ani trochę nie czuję się guilty.



– Numer 04056239, niniejszym zostajesz włączony do Kaszubskich Sił Ekspedycyjnych po stronie chorwackiej, wobec których będziesz całkowicie lojalny. Twój bojowy kod danych to 58294. Trwale usuń z pamięci wszystkie inne kody. Czy przysięgasz lojalność Kaszubskim Siłom Zbrojnym? – sierżant wyrecytował to wszystko jak oklepaną formułkę.
– PRZYSIĘGAM – odparł czołg cienkim, blaszanym głosem.

niedziela, 10 czerwca 2018

Bo w grupie weselej niż Solo, czyli kolejne Star Wars Story


(źródło)
Tak się złożyło, że miałam okazję obejrzeć wreszcie kolejny z pozasagowych filmów spod znaku Gwiezdnych Wojen. Trudno mi określić, jakie miałam oczekiwania: z jednej strony, tak na wszelki wypadek nie liczyłam na wiele. Z drugiej jednak – trudno było zachować obojętność, skoro mieliśmy zobaczyć młodość tak legendarnych postaci jak Han Solo (Alden Ehrenreich) czy Lando Calrissian. Bo to zupełnie inny film niż Huncwot 1 – w tamtym bowiem dostaliśmy pakiet zupełnie nowych, budowanych od zera postaci. Mogły wypalić, mogły nie – ale człowiek nie miał podstaw, żeby się jakoś szczególnie nastawiać. Tutaj wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że połowa zainteresowania filmem wynikała właśnie z faktu, że kamaaaan, HAN SOLO! Skoro o młodości Vadera zrobili całą trylogię, Han Solo zasługiwał przynajmniej na jeden film, no nie?
…i teraz tak sobie myślę, że może zredukowanie historii Hana do tego jednego filmu było zasadniczym błędem?

Nie chodzi o to, że Solo to zła rzecz. Ma sporo plusów, o których później wspomnę. Ale kiedy myślę o Hanie Solo, widzę jego życie jako cykl przygód łotrzyka-przemytnika, co tak prawdę mówiąc najlepiej chyba sprawdziłoby się w serialu. Na spokojnie można by wtedy pokazać relacje Hana i Lando, a także to, jak z poczciwego chłopca o złotym serduszku nasz bohater stał się cynicznym cwaniaczkiem. Bo po filmie dość trudno mi połączyć młodego Solo z tym znanym z oryginalnej trylogii. Oczywiście, twórcy postarali się o to, żeby wyeksponować te powiązania: a więc milion razy słyszałam o byciu najlepszym pilotem w galaktyce, podkreślono pokonanie trasy na Kessel w dwanaście parseków (śmiesznostka taka, bo parseki to jednostki odległości, jak nie przymierzając lata świetlne), byliśmy też świadkami gry o Sokoła Millennium. I niby fajnie, ale dla mnie to było za dużo grzybków w barszcz. Jakby wszystkie dokonania Hana Solo – te, o których będzie się mówić po latach – miały miejsce w ciągu kilku dni jego życia, a potem…? Cóż, potem już najwyraźniej nic ciekawego nie zrobił. Wpakowanie wszystkiego do jednego, dwugodzinnego worka sprawiło, że te nawiązania stały się nachalne i pospieszne, trochę na odwal się.

(źródło)
Ten pośpiech szczególnie mnie zabolał w przypadku Lando (fantastyczny Donald Glover). Bo to świetna postać. Był rewelacyjny w oryginalnej trylogii, a jego nowe wcielenie nie jest ani na jotę gorsze. Donald Glover totalnie dał radę i każda scena z Lando była sceną przefajną. Niestety, było go w filmie zdecydowanie za mało. Relacja Lando z Hanem wypadła przez to skrótowo i powierzchownie, podczas gdy tutaj akurat liczyłabym na bardzo wiele, bo wszak tych dwóch łączyła długoletnia i, jak mniemam, niełatwa przyjaźń. Tymczasem trudno mi było jakoś to wszystko kupić. Prawdę mówiąc, totalnie poszłabym na spinoff o Lando. Do dzieła, Disneyu!

Więcej uwagi poświęcono Qi’rze (Emilia Clarke) – dzięki temu zresztą ten wątek, choć pierwotnie mało mnie interesował, okazał się koniec końców jednym z lepszych, jako że był wyraźnie bardziej dopracowany. Zresztą, Qi’ra zaserwowała mi jedno z największych zaskoczeń tego filmu – i to bardzo, bardzo na plus.
Innym zaskoczeniem był Beckett (Woody Harrelson). Jak się zastanowić, pewnie było to do przewidzenia, bo wynikało bardzo mocno z tego, co przez większość filmu ta postać podkreślała, niemniej spodziewałam się raczej kogoś w typie Yondu ze Strażników Galaktyki, a film zaoferował mi coś zupełnie innego.
Aha, film oczywiście ma też kolejnego droida – to już chyba taka zasada, że w drużynie musi być droid. Jakieś zastępstwo dla C3PO i R2D2. No i po raz kolejny jest to całkiem udana postać – L3 (Phoebe Waller-Bridge). Zupełnie inna niż K-2SO z Hultaja 1, ale też interesująca z tą swoją obsesją na punkcie wielkiej rewolucji i wyzwalania pobratymców z białkowej niewoli. W sumie to nawet coś nowego: droid z niesamowicie wyrazistą osobowością, który postępuje tak jak postępuje nie ze względu na program, tylko tak po prostu, bo taki jest.
Na tle tych wszystkich postaci – które były świetne, choć nie wykorzystano ich potencjału – Han wypada po prostu blado.

(źródło)
Jeśli zaś chodzi o samą historię, to mam mieszane uczucia. Mamy w Solo chyba przede wszystkim poruszoną problematykę wyzysku i niewolnictwa – i to w wieloraki sposób, bo każdy z bohaterów w jakiś sposób się z tym zmaga. Począwszy od L3, a na Hanie kończąc, że nie wspomnę o Qi’rze, która przecież też jest czyjąś własnością, nawet jeśli traktuje się ją dość dobrze. Wciąż jednak mam wrażenie, że film serwuje nam ciężki temat, ale w dziwnie lekki, czasem nawet zabawny sposób. No bo całą tę droidową rewolucję trudno traktować poważnie – a szkoda, bo ja bym chciała się na tym trochę skupić i jednak móc zgłębić istotę dramatu, z jakim na co dzień zmagają się starwarsowe roboty. Ten dysonans mnie trochę boli, bo przez tę pobieżność i humor trudno mi było wykrzesać z siebie emocje, kiedy następowały jakieś dramatyczne wydarzenia. A z kolei ze względu na tę trudność z emocjonalnym zaangażowaniem – historia tu i ówdzie nieco mi się ciągnęła. A to bardzo niedobrze, jeśli najsłynniejsza kinowa space opera… nudzi.
Na szczęście im dalej tym lepiej – końcowe rozwałki i twisty naprawdę dawały radę i oglądanie tego zapewniło bardzo dużo frajdy.

Cały czas nie umiem powiedzieć, jak oceniam ten film. Ma sporo fajnych elementów: ciekawe postaci, nieoczekiwane zwroty akcji, dużo dynamicznych piu-piu w kosmosach i całkiem poważną, trudną problematykę gdzieś w tle. Jednocześnie główny bohater jest mocno nijaki, a większość tematów i wątków upchnięta ciasno w zbyt krótkim czasie antenowym jest siłą rzeczy potraktowana rozczarowująco pobieżnie.
Niemniej oglądało się przyjemnie i będę teraz trzymać kciuki za dalsze pojawienia Lando w tym uniwersum.



– I heard a story about you. I was wondering if it's true.
– Everything you've heard about me is true.

wtorek, 29 maja 2018

Pogłoski o śmierci mojego bloga są mocno przesadzone


No, ten… wnikliwi czytelnicy mogli zauważyć, że nie było mnie tu od przeszło dwóch miesięcy. To nie tak, że zapomniałam czy mi się nie chciało – po prostu to był dziwny, czasem trudny, a z całą pewnością intensywny czas, kiedy blog musiał zostać zepchnięty gdzieś na koniec listy priorytetów. Bywa. Myślę jednak, że pora tu zdmuchnąć kurz i wziąć się do roboty. W moim wordowskim pliku widzę, że miałam rozgrzebaną notkę – ale ponieważ minęły wspomniane dwa miesiące, wyparowało mi z głowy wszystko, co chciałam wówczas napisać. Zresztą, myślę, że w ogóle nie warto sobie tym tematem zawracać głowy. Zacytuję więc tylko to, co mam napisane do tej pory, a później przejdę do innych rzeczy:

Kiedy „Die Hard” spotyka „American Pie”: „Game Over, Man!”


No cóż. Obejrzałam kolejny z pełnometrażowych filmów Netflixa. I coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Netflixowi zdarza się zrobić naprawdę super fajne seriale (śmiesznostka taka: te, z którymi miewałam do czynienia, najczęściej okazywały się ekranizacjami książek), natomiast samodzielne filmy wychodzą im co najmniej średnio.

I to właściwie tyle, ten wniosek towarzyszy mi cały czas. Film miał irytujących bohaterów, przewidywalną przemianę protagonisty, nędzny humor i w ogóle jakiś był bałaganiarski. Jedno, co zasługuje na pochwałę: fajna, krwawa finałowa rozwałka. Naprawdę to im wyszło. No, tyle o Game Over….

A blogasową reanimację spróbuję zacząć od jednej z fajniejszych książek, jakie ostatnio czytałam.

(źródło)
Autor: H.P. Lovecraft
Tytuł: Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2016
Wydawca: Vesper

Podskórnie zawsze lubiłam twórczość Lovecrafta. Mój jedyny problem polegał na tym, że tak naprawdę nigdy jej nie czytałam – raczej znałam ogólne założenia, gdzieś może jakieś opowiadanie zdarzyło mi się przeczytać, ale bardziej grałam w gry osadzone w Lovecraftowskim świecie. Szczęśliwy traf chciał, że – trochę przypadkowo – weszłam w posiadanie Przyszła na Sarnath zagłada (zresztą, jest to – obok Terroru – druga czytana przeze mnie książka z wydawnictwa Vesper i na razie wydawnictwo ma stuprocentową skuteczność pod względem fajnych rzeczy).

Od pierwszego spojrzenia widać, że książka jest… no cóż, po prostu dobrze wykonana. Solidna, szyta cegłówka, która nie rozleciała się mimo miesiąca rozpłaszczania jej w najrozmaitszych czytelniczych pozycjach. Z niesamowitymi ilustracjami Krzysztofa Wrońskiego. Ładnie, starannie zaprojektowana. Dodatkowo przyjemnie zaskoczyło mnie przygotowanie samych tekstów – zazwyczaj w grubszych tomiszczach łatwo zauważyć, że z arkusza na arkusz mamy coraz więcej korektorskich przeoczeń. Ale w Przyszła na Sarnath… to zjawisko występuje w minimalnym stopniu. Czyta się przyjemnie, a babole nie odciągają uwagi od sedna sprawy.

Sedno zaś to w najwyższym stopniu miodność (przy czym przyznam, że nie spodziewałam się niczego innego). Zbiór opowiadań przeciąga czytelnika zarówno po świecie jawy, jak i snu. Oba te światy są przepełnione magią, tajemnicami i dziwacznymi kultami, a prawdę mówiąc, to w ogóle trudno je od siebie odróżnić, tak mocno są ze sobą spięte. To światy, gdzie armia kotów skacze nocą z dachu na Księżyc, by tam walczyć z potworami – w dodatku ma kosę z kotami z Saturna! Jeśli zbyt długo wpatrujesz się w Otchłań, ona nie tylko odwzajemni spojrzenie, ale wciągnie cię w objęcia i kto wie, jeśli ci się poszczęści, zostaniesz ghulem. Jeśli nie, słuch po tobie zaginie, bo Inni bogowie nie zniosą, by podglądać, jak bogowie Ziemi tańczą na szczycie Hatheg-Kla.
Wbrew pozorom (i doświadczeniom z rozgrywek Horroru w Arkham), w zbiorze nie uświadczy się raczej wielu straszliwych Przedwiecznych. Jeśli już dostajemy różnego rodzaju potworności (a dostajemy ich wcale niemało!), są to raczej różnego rodzaju kultyści – z rodzaju takich, których można też spotkać w niektórych opowiadaniach Roberta E. Howarda. Złożeni z nie do końca kompatybilnych części ciała (raczej: ciał), a to wszystko okraszone sześcioma epitetami podkreślającymi, że był to widok bluźnierczy, odrażający, urągający naturze i obmierzły.
Och, serio – to jeden z moich ulubionych elementów pisania Lovecrafta: każde zdanie ocieka informacjami, jakie emocje aktualnie powinnam odczuwać. I nie wiem naprawdę, na czym polega ta magia, ale gdyby mi ktoś dzisiaj tak pisał, jestem całkowicie przekonana, że bym wrzeszczała „show, don’t tell”. Tymczasem u Lovecrafta to po prostu gra. Może chodzi o dobór słów? Ładnie brzmią i są bardzo mocne. To znaczy, ma się rozumieć, mogę mówić jedynie na podstawie przekładu. W każdym razie ten przekład jest bardzo przyjemny do czytania. W opisach jest coś, co – gdy próbuję określić – przywodzi mi na myśl jedynie słowo „mięso”.

Dodatkowo bardzo podoba mi się sam wybór tekstów. Jest spore urozmaicenie w historiach, ale jednocześnie one się pięknie spinają w jednym z ostatnich utworów: Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka. Wracają do nas Kuranes, towarzyszący Barzaiowi Mądremu Atal, Pickman, no i przede wszystkim: Randolph Carter. Wszystkie te opowieści spinają się w tym wielkim finale, który niesie ze sobą tyleż grozy, co zaskoczeń. Jest podróż, bitwy, sojusze, przyjaźnie, no i bogowie. I pełzający chaos Nyarloathotep. I to wszystko jest takie, że trudno się oderwać.

To cudna książka. I ja wiem, że Lovecraft bywa ostro krytykowany ze względu na swoje – nazwijmy to delikatnie – mocno konserwatywne poglądy, ale w najmniejszym stopniu mnie to nie rusza. Pewnie gdybym zaczęła liczyć, wyszłoby mi, że ciemnoskórzy w tych tekstach częściej są przedstawiani jako złoczyńcy i/lub potwory niż biali. No i cóż? To taki świat. Wspominałam już o Howardzie, wspomnę o nim jeszcze raz: u obu panów mniej znane grupy etniczne i kontynenty są pretekstem do snucia niesamowitych, nasyconych grozą i tajemnicą opowieści. Myślę, że jestem dostatecznie rozgarnięta, żeby czytać dziś te teksty i nie wysnuwać na ich podstawie wniosków, że no tak, pewnie czarnoskórzy są zniewolonymi potworami z obcej planety. Toteż czytam i po prostu cieszę się obrazami, które dostaję.



Gdy król i jego dostojnicy biesiadowali w pałacu i podziwiali główne danie czekające przed nimi na złotych półmiskach, reszta ucztowała w innych miejscach. W wieży wielkiej świątyni swawolili kapłani, w pawilonach za murami bawili się książęta z sąsiednich krain. I to arcykapłan Gnai-Kah pierwszy ujrzał, jak cienie zstępują w jezioro z garbatego księżyca, a przeklęte zielone mgły unoszą się z wody na jego spotkanie i spowijają złowróżbnym całunem wieże i kopuły skazanego Sarnath.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...