piątek, 13 lipca 2018

"Skafander i melonik": więcej niż steampunk


Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Skafander i melonik
Miejsce i rok wydania: Katowice 2018
Wydawca: Śląski Klub Fantastyki

Nie ukrywam, że do antologii ŚKF-u miałam ambiwalentny stosunek: z jednej strony wiem, że przynajmniej część autorów pisze fajnie – no bo ich czytałam w innych miejscach i mniej-więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Z drugiej strony, to antologia. A antologie to zawsze śliskie sprawy, no bo wielu autorów, wiele wątków, różne klimaty i zawsze istnieje ryzyko, że po prostu nie dam rady się wkręcić w żadną opowieść.
Tutaj dodatkowego niebezpieczeństwa upatrywałam w tytule, a zarazem motywie przewodnim książki: ów skafander i melonik. Najzwyczajniej w świecie bałam się, że dostanę zalew wtórnego steampunku, gdzie oczywiście któryś z bohaterów będzie musiał nosić melonik bo tak, i nic ciekawego z tego nie wyniknie.
Na szczęście pomyliłam się wszędzie, gdzie tylko mogłam.

Przede wszystkim, antologia zaskakuje wysokim poziomem i niebanalnymi pomysłami. Okazało się, że narzucony motyw przewodni w żadnym razie nie ograniczył autorów, a wręcz przeciwnie: sprowokował powstanie niesamowitych historii, ogromnie różnorodnych i w większości wciągających. Po drugie, teksty są po prostu dobrze, sprawnie napisane.
Tak naprawdę mam wątpliwości tylko odnośnie do jednego tekstu: La Estrella Aleksandry Sokólskiej. Wciąż nie do końca umiem powiedzieć, o co chodziło autorce. Czy to tekst o upadłej gwieździe, która dostała ostatnią szansę, żeby jeszcze błysnąć? Czy może o trudnych relacjach walczącej matki z córką? Bo ten motyw się pojawia, ale został zarysowany jakoś tak blado i do niczego nie prowadzi, że właściwie nie wiem, czy nie jest wrzucony w tekst zupełnie niepotrzebnie. I tak nic z niego nie wynika. Nie zdołałam zaangażować się w tę relację, ani w ogóle poczuć sympatii do któregokolwiek z bohaterów, łącznie z tytułową zapaśniczką. Na szczęście opowiadanie było dość krótkie, wiec bez bólu się przez nie prześlizgnęłam.
W ogóle skoro już o tym mówię, to wspomnę o pozostałych pojawieniach się cholitas w antologii: bo najwyraźniej te kobiety skradły serca autorek. I wcale się nie dziwię – kiedy swego czasu trafiłam w internetach na filmik z walecznymi Boliwijkami, też od razu pojawiła mi się myśl, że to cholernie inspirujące i na pewno ma ogromny potencjał na tekst. Jak widać, nie ja jedna tak poczułam: kobieta w meloniku i falbaniastych spódnicach pojawia się także u Anny Łagan w tekście Ekonomia to dolina niesamowitości – choć w zupełnie innym kontekście i bez walk. Zresztą, jest to bardzo interesujące opowiadanie ze względu na głównego bohatera, Manu. Po pierwsze, podoba mi się motyw androida, który jest zaprogramowany na konkretne zadanie i zrobi wszystko, żeby to zadanie realizować – i mam tu na myśli: naprawdę wszystko. Po drugie, w ogóle lubię nawiązania do hinduizmu i takie a nie inne przedstawienie Manu.
(źródło)
Trzecim tekstem z udziałem Boliwijki w meloniku jest Matki płaczą solą Alicji Tempłowicz. I tu przyznam, że nie miałam zaskoczenia: spodziewałam się najwyższej półki i właśnie ją dostałam. To świetny, przejmujący tekst, łączący współczesność z pradawnymi zaklęciami, zanurzony zarówno w boliwijskiej geografii i religii, jak i w historii rozwoju języka, w dodatku z miejsca czuje się sympatię do bohaterów. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, a koniec końców intryga przypominała mi Wrath of the Lich King, czyli jeden z dodatków do WoWa, tylko rozegrany dużo bardziej gorzko. A jeśli dla kogoś to nieszczególna pochwała, to tylko napomknę, że to wciąż jest mój ulubiony dodatek do WoWa, a WoW sam w sobie zarobił już około 10 miliardów dolarów, więc cóż… można gadać, ale dobry produkt jest po prostu dobrym produktem. I kiedy zaczęłam kolejne opowiadanie, miałam myśl, że to trochę nieuczciwe, bo kilka pierwszych akapitów czytałam wciąż pod wpływem Matek… i zupełnie nie potrafiłam się skupić.
W opowiadaniu Alicji Tempłowicz miałam nieodparte wrażenie, że autorka doskonale wie, o czym pisze – nie epatowała riserczem, ale czułam, że wszystko, co czytam, jest gruntownie sprawdzone i wiarygodne. Podobne wrażenie miałam przy tekście Jeden spalony rzut Krystyny Chodorowskiej: czytając czułam, że mogę wierzyć narratorowi. Wierzyłam zarówno w towarzyszące bohaterom emocje podczas skoku i prób ugaszenia pożaru, jak i w techniczne detale opisujące całą procedurę. Dodatkowo pomysł widzenia syntetycznego był po prostu świetny. Nasuwa się myśl, że to świetny komentarz do współczesności i nie mogę się opędzić od porównania ze Star Trekiem, który robił to w bardzo podobny sposób: uwydatniał aktualne bzduryzmy przenosząc je w obce, futurystyczne scenerie. Bardzo fajnie rozegrane.
Z obcością wyraźnie mierzą się trzy inne opowiadania ze zbioru: przede wszystkim muszę tu wymienić Zwierciadło w dziurce od klucza Marty Magdaleny Lasik, które jest przesycone obcością zarówno w fabule jak i w warstwie językowej. Bardzo pomysłowe i sprawnie, kompetentnie napisane, zostaje w pamięci. Nawet jeśli sama intryga i wiszące nad Ziemią zagrożenie średnio mnie ruszyły, to z całą pewnością odczułam potężną barierę, jaka wyrastała między Kornelem a ludźmi, którzy – nawet choćby chcieli – nie byli w stanie go zrozumieć. A on nie do końca potrafił zrozumieć ich, choć przecież dysponował aparatem poznawczym, o którym ludziom się nie śniło. No i język przenosi czytelnika od razu do tego dziwnego świata, w którym obcy żyją wśród nas.
(źródło)
Mamy też Flaun Marty Potockiej – początkowo czytałam je bez zbytniego zaangażowania, ale z czasem dość skutecznie mnie wciągnęło i ani się obejrzałam, jak z przejęciem śledziłam losy nieco psychopatycznego Fina i jego załogi. Pavel mnie niepokoił, a do Vogela czułam podskórną niechęć. Dziwi mnie tylko, że załoga, choć niby kompetentna, tak lekceważąco podchodziła do buzującego na planecie życia: ostateczne rozwiązanie intrygi było czymś, na co w sumie bez większych rozkmin wpadłam jeszcze kiedy Sofia biegła się ogrzać. Dlaczego im, fachowcom, tak długo to zajęło?
Trzeci tekst naznaczony obcością, który akurat z tych trzech najmniej do mnie trafił, to Ślady w popiele Karoliny Fedyk. Nie jest zły, ale jakoś bohaterami się nie przejęłam, a na rozwiązanie intrygi znów wpadłam o wiele za wcześnie, żeby później to zrobiło na mnie wrażenie. Losy krajów, o których w sumie nic nie wiedziałam, nie zdołały mnie zaangażować. To, co polubiłam, to aurę towarzyszącą Sandro. Budził niepokój i współczucie jednocześnie. Dziwną litość, choć raczej to on mógłby się litować nad ludźmi.
Do wspomnienia zostały mi jeszcze dwa opowiadania i nieprzypadkowo właśnie one: Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra Anny Hrycyszyn to najdłuższy z tekstów w antologii i był dokładnie tym, czego się spodziewałam: przemyślany steampunk, sympatyczni bohaterowie, unoszący się gdzieś nad wszystkim wątek romantyczny, który jednak nie zdominował przygodowego charakteru całości. Z jednej strony, chciałabym poznać więcej losów Fiksa i Jaśminy, bo nie mam ochoty się z nimi rozstawać. Z drugiej, zastanawiam się, czy to by miało sens: czy teraz, kiedy czytelnik zna świat, nie byłoby to wtórne, jak steampunkowa imitacja Sherlocka Holmesa czy innych tego typu detektywistycznych opowieści? Cóż, wszystko w rękach autorki, niemniej była to przyjemna lektura, która – mimo długości ­ nie zdążyła się znudzić.
(źródło)
Jeśli zaś chodzi o Pościg Michała Cholewy, to obok opowiadania Alicji Tempłowicz jest to chyba mój ulubiony tekst. I znów – nie miałam tu zaskoczenia. To nie mój pierwszy kontakt z twórczością tego autora i nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Wyraziści bohaterowie, do których z miejsca czuje się sympatię, mimo że nie są jakoś szeroko opisani. Przemyślany, interesujący świat. A do tego ciekawa historia i zaskakująca intryga. Przy czym w przypadku tego akurat tekstu nie mogłam się opędzić od skojarzeń z Zatopić „Niezatapialną” wspomnianej wcześniej Anny Hrycyszyn, ale to nie jest skojarzenie na zasadzie „zgapione”, tylko raczej… cóż, posłużę się filmową analogią. O ile Zatopić… jest takimi Piratami z Karaibów, o tyle Pościg to Pan i Władca: na krańcu świata. Niby podobny świat, niby gdzieś w tle są pewne inne podobieństwa, ale jednak całość ujęta zupełnie inaczej. Oba teksty są świetne w swoich kategoriach. Pościg sprawił, że zdecydowanie chciałabym więcej opowieści z tego świata, więcej o Wilsonie Bennecie, O’Malley, Huxleyu i lady Morwood. Bwah, a także o Trevelyanie. Boli mnie, że praktycznie nie wiem nic o kapitan Caravaggio, choć z drugiej strony, to fantastyczne zagranie, które po raz kolejny każe mi wrócić do Pana i Władcy…, gdzie także nie jest nam dane na własne oczy poznać francuskiego kapitana. Tak tylko podpowiadam, w razie gdyby autorowi znudził się Algorytm wojny

Antologia Skafander i melonik zdecydowanie zaskakuje. Opowiadania są sprawnie napisane, autorzy sprawiają wrażenie, że doskonale wiedzą, o czym piszą. Umiejętnie operują słowem i doskonale wiedzą, o co im chodzi. Chyba tylko raz się skrzywiłam, bo przy fragmencie o biotechnolożce z Polski i jej koleżance, która chciała hodować owce w Bieszczadach aż nadto silne miałam wrażenie, że to jakieś hermetyczne, koleżeńskie cameo, które – moim zdaniem ­ zdecydowanie powinno wylecieć, bo i tak nie wnosi niczego do historii. Ale tak poza tym: rzecz zdecydowanie warta przeczytania.



Wystartowali tuż przed świtem, biorąc kurs na północ, w stronę gdzie wczoraj wyruszył „Szkarłatny Świt”. Szybko zostawili za sobą złoty blask słońca na powierzchni jeziora i wysokie mury fortu Diamond Rock i zanurzyli się w wiszące nad wąwozami Mistmarsh mgły. „Lewiatan” szedł dwiema trzecimi mocy maszyn, rozcinając strzępy szarego oparu, nisko nad pędzącymi tuż nad kadłubem –a czasem nawet wystającymi ponad relingi – wierzchołkami ukrytych w szarości drzew.
– Michał Cholewa, Pościg

sobota, 7 lipca 2018

Najdłuższa deska IN SPACE, czyli "Chłopiec i jego czołg"


Autor: Leo Frankowski
Tytuł: Chłopiec i jego czołg
Tytuł oryginału: A Boy and His Tank
Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2002
Wydawca: ISA

Och, żarcik z najdłuższą deską jest dość czerstwy, ale nie mogłam się powstrzymać. Bo wiecie, taka najdłuższa deska jest w chyba sztandarowej kaszubskiej atrakcji turystycznej: w Szymbarku. I wciąż zachodzę w głowę, dlaczego ludzie zjeżdżają się, żeby obejrzeć deskę. Nawet jeśli to długa deska. Ale łotewer. Tak naprawdę chodzi mi tu tylko o powiązanie deski, Szymbarku i Kaszubów z książką.
Bo Chłopiec i jego czołg to właśnie to: Kaszubi w kosmosach. I muszę tu zacząć od tego, że pomysł uważam za fenomenalny. W ogóle branie na tapetę ciekawych mniejszości to niezła myśl, bo kryje się w nich niesamowity potencjał na oryginalną opowieść. Tak też jest w przypadku Kaszubów. W ogóle myślę, że ludzie w Polsce i na świecie niewiele wiedzą o Kaszubach. Bah, od paru lat jestem dumną trójmiejszczanką (trójmieszczką...?), a też nie mam o nich większego pojęcia. To ludzie, którzy kojarzą się głównie z kwiecistym haftem, tabaką i truskawkami. I tu druga rzecz: wrzucenie ich w realia science-fiction, tak kontrastujące ze stereotypowym wyobrażeniem Kaszuba, to po prostu genialna idea. Aż trochę boli, że zrodziła się za oceanem. Nasi rodzimi twórcy fantastyki powinni się wstydzić, że przepuścili taki potencjał.
Boli tym bardziej, że nie wątpię, iż nasi rodzimi twórcy zrealizowaliby ten pomysł bez porównania lepiej.
Leo Frankowski miał polskie korzenie i, jak się zdaje, bez skrępowania wykorzystywał to w swojej twórczości. Jego najsłynniejszy cykl sci-fi traktuje o polskim inżynierze, który przenosi się w czasie do trzynastowiecznej Polski i miesza w historii. W Chłopcu… tej polskości jest nieco mniej, ale też się przewija. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to jednak pisanina kogoś, kto w sumie sam nigdy w Polsce nie był i nie jestem przekonana, czy spotkał w życiu jakiegokolwiek Kaszuba. A już zupełnie jestem pewna, że nie widział nigdy deski z Szymbarku.
Jego Kaszubi robią fajne wrażenie na pierwszy rzut oka: historia tego, jak dostali się w kosmosy i jak wylądowali na swojej planecie, a także jak sobie na tej planecie poradzili, jest fajna i pomysłowa. Opisywana mniejszość ma charakterek i łatwo się nie poddaje, całkiem zgrabnie łącząc w sobie kaszubskość z polskością. Schody zaczynają się, kiedy czytelnik pozna już to tło historyczne (a to następuje dość prędko, no bo cóż – taka natura wszelkiego rodzaju teł, no nie? To tylko wstępy do właściwej opowieści) i czas poznać naszego głównego bohatera, Mikołaja.
Mikołaj jest kompletnie bez wyrazu. Ot, bohaterski bohater, którego chcą przelecieć wszystkie cytate panienki w okolicy, potrafi przechytrzyć najcwańsze komputery, ma oczywiście talent do dyplomacji, wojaczki i czego tylko dusza zapragnie. A jeśli zdarzą mu się jakieś chwile słabości, to tylko go uczłowiecza i sprawia, że cycate panienki z okolicy chcą go przelecieć jeszcze bardziej. To takie „męskie pisanie” w najgorszym tego sformułowania znaczeniu. Kiedy narrator skupia się na akcji, rozwałkach czołgów i wybuchach, jest nieźle. Bez jakiegoś szczególnego kunsztu, ale nieźle i przyjemnie się czyta. A kiedy mamy budowanie bohaterów i relacji między nimi – mam ochotę płakać. Wszelkiego rodzaju emocje – i to mam na myśli naprawdę wszelkiego, zarówno te towarzyszące życiu w związku, jak i te wynikające z otaczającej bohaterów wojny – są podane w sposób maksymalnie lakoniczny, przez co kompletnie nie działają. Niby żołnierze serbscy gwałcą chorwackich jeńców, a jakoś wywołuje to tyle uczuć, co gdyby nie powiedzieli „na zdrowie”, kiedy bohater kichnął. Podobnie wygląda sprawa z rozterkami miłosnymi.
A gdybym miała być czepialska, to bym powiedziała, że autor zdecydowanie pisze „po męsku”, bo żadna rozsądna kobieta nie napisałaby bzdury o tym, jak to Mikołaj w ramach ćwiczeń biegnie przez jakieś łąki, a obok niego biegnie topless jego wielkocyca trenerka. Bo kobieta by wiedziała, że dla wielkocycej trenerki bieganie bez żadnego podtrzymania tych cycków byłoby mega niekomfortowe.
No ale okej, piersi się bimbają na boki, więc jest dobrze, prawda. Mi jest nieprzyjemnie na samą myśl o tym.

Acz, żeby było zabawniej, tak naprawdę w powieści nie ma żadnej zdrożnej sceny – ogólnie całość, mimo że mogłaby uderzyć zarówno w całkiem rozbuchaną erotykę jak i pełnokrwistą jatkę, trzyma się na poziomie PEGI 13. Kurtyna zapada za każdym razem, kiedy między postaciami ma do czegoś dojść, a jeśli chodzi o bitwy… cóż, sporo się o nich gada, a podczas ich trwania dużo jest dronów, laserów i programowania, ale rzeczywistych zgonów i tragedii jakby mniej. Prawdę mówiąc, to wszystko wygląda trochę jak pisane przez albo dla trzynastolatków. To ciekawe, bo przecież w momencie premiery powieści autor miał pięćdziesiąt sześć lat.

Ale, żeby nie było: powieść bardzo szybko, lekko się czyta. To po prostu typowe, wakacyjne czytadło: człowiek niezbyt się w to wszystko angażuje, ale jednak zawsze to jakieś umilenie sobie czasu. Pod słabymi bohaterami i niegramotnymi emocjami jest całkiem spora dawka fajnej akcji i świetnych pomysłów. Zresztą, dzięki takiemu rozkładowi akcentów, jedne z najlepszych jak dla mnie fragmentów to były te, gdzie… autor wpakował w usta bohaterów ewidentną ekspozycję! Hah! Bo ta ekspozycja była mega ciekawa. To w ekspozycji „ukrytej” w dialogach przeczytałam o przekręcie starego Kaszuba i o układzie z Japończykami. Do tej pory nie mogę przestać rechotać z tego motywu. I pal sześć, że to było tak źle napisane – pomysł naprawdę świetny.

Przyznam, że chętnie bym sięgnęła po dalsze tomy Chłopca…, bo Wikipedia mówi mi, że powstały jeszcze dwa. Tyle tylko, że, jak się zdaje, nie zostały przełożone na język polski. Z drugiej strony, patrząc na językowy kunszt Chłopca…, być może bym sobie poradziła z oryginałami. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że to tłumacz aż tak uprościł, podczas gdy w rzeczywistości Leo Frankowski napisał powieść subtelną i pełną językowych zawijasów.
Warto. Naprawdę myślę, że warto czasem poczytać sobie coś takiego i nie żałuję ani chwili spędzonej nad lekturą. Nie liczę tego nawet jako guilty pleasure, bo ani trochę nie czuję się guilty.



– Numer 04056239, niniejszym zostajesz włączony do Kaszubskich Sił Ekspedycyjnych po stronie chorwackiej, wobec których będziesz całkowicie lojalny. Twój bojowy kod danych to 58294. Trwale usuń z pamięci wszystkie inne kody. Czy przysięgasz lojalność Kaszubskim Siłom Zbrojnym? – sierżant wyrecytował to wszystko jak oklepaną formułkę.
– PRZYSIĘGAM – odparł czołg cienkim, blaszanym głosem.

niedziela, 10 czerwca 2018

Bo w grupie weselej niż Solo, czyli kolejne Star Wars Story


(źródło)
Tak się złożyło, że miałam okazję obejrzeć wreszcie kolejny z pozasagowych filmów spod znaku Gwiezdnych Wojen. Trudno mi określić, jakie miałam oczekiwania: z jednej strony, tak na wszelki wypadek nie liczyłam na wiele. Z drugiej jednak – trudno było zachować obojętność, skoro mieliśmy zobaczyć młodość tak legendarnych postaci jak Han Solo (Alden Ehrenreich) czy Lando Calrissian. Bo to zupełnie inny film niż Huncwot 1 – w tamtym bowiem dostaliśmy pakiet zupełnie nowych, budowanych od zera postaci. Mogły wypalić, mogły nie – ale człowiek nie miał podstaw, żeby się jakoś szczególnie nastawiać. Tutaj wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że połowa zainteresowania filmem wynikała właśnie z faktu, że kamaaaan, HAN SOLO! Skoro o młodości Vadera zrobili całą trylogię, Han Solo zasługiwał przynajmniej na jeden film, no nie?
…i teraz tak sobie myślę, że może zredukowanie historii Hana do tego jednego filmu było zasadniczym błędem?

Nie chodzi o to, że Solo to zła rzecz. Ma sporo plusów, o których później wspomnę. Ale kiedy myślę o Hanie Solo, widzę jego życie jako cykl przygód łotrzyka-przemytnika, co tak prawdę mówiąc najlepiej chyba sprawdziłoby się w serialu. Na spokojnie można by wtedy pokazać relacje Hana i Lando, a także to, jak z poczciwego chłopca o złotym serduszku nasz bohater stał się cynicznym cwaniaczkiem. Bo po filmie dość trudno mi połączyć młodego Solo z tym znanym z oryginalnej trylogii. Oczywiście, twórcy postarali się o to, żeby wyeksponować te powiązania: a więc milion razy słyszałam o byciu najlepszym pilotem w galaktyce, podkreślono pokonanie trasy na Kessel w dwanaście parseków (śmiesznostka taka, bo parseki to jednostki odległości, jak nie przymierzając lata świetlne), byliśmy też świadkami gry o Sokoła Millennium. I niby fajnie, ale dla mnie to było za dużo grzybków w barszcz. Jakby wszystkie dokonania Hana Solo – te, o których będzie się mówić po latach – miały miejsce w ciągu kilku dni jego życia, a potem…? Cóż, potem już najwyraźniej nic ciekawego nie zrobił. Wpakowanie wszystkiego do jednego, dwugodzinnego worka sprawiło, że te nawiązania stały się nachalne i pospieszne, trochę na odwal się.

(źródło)
Ten pośpiech szczególnie mnie zabolał w przypadku Lando (fantastyczny Donald Glover). Bo to świetna postać. Był rewelacyjny w oryginalnej trylogii, a jego nowe wcielenie nie jest ani na jotę gorsze. Donald Glover totalnie dał radę i każda scena z Lando była sceną przefajną. Niestety, było go w filmie zdecydowanie za mało. Relacja Lando z Hanem wypadła przez to skrótowo i powierzchownie, podczas gdy tutaj akurat liczyłabym na bardzo wiele, bo wszak tych dwóch łączyła długoletnia i, jak mniemam, niełatwa przyjaźń. Tymczasem trudno mi było jakoś to wszystko kupić. Prawdę mówiąc, totalnie poszłabym na spinoff o Lando. Do dzieła, Disneyu!

Więcej uwagi poświęcono Qi’rze (Emilia Clarke) – dzięki temu zresztą ten wątek, choć pierwotnie mało mnie interesował, okazał się koniec końców jednym z lepszych, jako że był wyraźnie bardziej dopracowany. Zresztą, Qi’ra zaserwowała mi jedno z największych zaskoczeń tego filmu – i to bardzo, bardzo na plus.
Innym zaskoczeniem był Beckett (Woody Harrelson). Jak się zastanowić, pewnie było to do przewidzenia, bo wynikało bardzo mocno z tego, co przez większość filmu ta postać podkreślała, niemniej spodziewałam się raczej kogoś w typie Yondu ze Strażników Galaktyki, a film zaoferował mi coś zupełnie innego.
Aha, film oczywiście ma też kolejnego droida – to już chyba taka zasada, że w drużynie musi być droid. Jakieś zastępstwo dla C3PO i R2D2. No i po raz kolejny jest to całkiem udana postać – L3 (Phoebe Waller-Bridge). Zupełnie inna niż K-2SO z Hultaja 1, ale też interesująca z tą swoją obsesją na punkcie wielkiej rewolucji i wyzwalania pobratymców z białkowej niewoli. W sumie to nawet coś nowego: droid z niesamowicie wyrazistą osobowością, który postępuje tak jak postępuje nie ze względu na program, tylko tak po prostu, bo taki jest.
Na tle tych wszystkich postaci – które były świetne, choć nie wykorzystano ich potencjału – Han wypada po prostu blado.

(źródło)
Jeśli zaś chodzi o samą historię, to mam mieszane uczucia. Mamy w Solo chyba przede wszystkim poruszoną problematykę wyzysku i niewolnictwa – i to w wieloraki sposób, bo każdy z bohaterów w jakiś sposób się z tym zmaga. Począwszy od L3, a na Hanie kończąc, że nie wspomnę o Qi’rze, która przecież też jest czyjąś własnością, nawet jeśli traktuje się ją dość dobrze. Wciąż jednak mam wrażenie, że film serwuje nam ciężki temat, ale w dziwnie lekki, czasem nawet zabawny sposób. No bo całą tę droidową rewolucję trudno traktować poważnie – a szkoda, bo ja bym chciała się na tym trochę skupić i jednak móc zgłębić istotę dramatu, z jakim na co dzień zmagają się starwarsowe roboty. Ten dysonans mnie trochę boli, bo przez tę pobieżność i humor trudno mi było wykrzesać z siebie emocje, kiedy następowały jakieś dramatyczne wydarzenia. A z kolei ze względu na tę trudność z emocjonalnym zaangażowaniem – historia tu i ówdzie nieco mi się ciągnęła. A to bardzo niedobrze, jeśli najsłynniejsza kinowa space opera… nudzi.
Na szczęście im dalej tym lepiej – końcowe rozwałki i twisty naprawdę dawały radę i oglądanie tego zapewniło bardzo dużo frajdy.

Cały czas nie umiem powiedzieć, jak oceniam ten film. Ma sporo fajnych elementów: ciekawe postaci, nieoczekiwane zwroty akcji, dużo dynamicznych piu-piu w kosmosach i całkiem poważną, trudną problematykę gdzieś w tle. Jednocześnie główny bohater jest mocno nijaki, a większość tematów i wątków upchnięta ciasno w zbyt krótkim czasie antenowym jest siłą rzeczy potraktowana rozczarowująco pobieżnie.
Niemniej oglądało się przyjemnie i będę teraz trzymać kciuki za dalsze pojawienia Lando w tym uniwersum.



– I heard a story about you. I was wondering if it's true.
– Everything you've heard about me is true.

wtorek, 29 maja 2018

Pogłoski o śmierci mojego bloga są mocno przesadzone


No, ten… wnikliwi czytelnicy mogli zauważyć, że nie było mnie tu od przeszło dwóch miesięcy. To nie tak, że zapomniałam czy mi się nie chciało – po prostu to był dziwny, czasem trudny, a z całą pewnością intensywny czas, kiedy blog musiał zostać zepchnięty gdzieś na koniec listy priorytetów. Bywa. Myślę jednak, że pora tu zdmuchnąć kurz i wziąć się do roboty. W moim wordowskim pliku widzę, że miałam rozgrzebaną notkę – ale ponieważ minęły wspomniane dwa miesiące, wyparowało mi z głowy wszystko, co chciałam wówczas napisać. Zresztą, myślę, że w ogóle nie warto sobie tym tematem zawracać głowy. Zacytuję więc tylko to, co mam napisane do tej pory, a później przejdę do innych rzeczy:

Kiedy „Die Hard” spotyka „American Pie”: „Game Over, Man!”


No cóż. Obejrzałam kolejny z pełnometrażowych filmów Netflixa. I coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Netflixowi zdarza się zrobić naprawdę super fajne seriale (śmiesznostka taka: te, z którymi miewałam do czynienia, najczęściej okazywały się ekranizacjami książek), natomiast samodzielne filmy wychodzą im co najmniej średnio.

I to właściwie tyle, ten wniosek towarzyszy mi cały czas. Film miał irytujących bohaterów, przewidywalną przemianę protagonisty, nędzny humor i w ogóle jakiś był bałaganiarski. Jedno, co zasługuje na pochwałę: fajna, krwawa finałowa rozwałka. Naprawdę to im wyszło. No, tyle o Game Over….

A blogasową reanimację spróbuję zacząć od jednej z fajniejszych książek, jakie ostatnio czytałam.

(źródło)
Autor: H.P. Lovecraft
Tytuł: Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2016
Wydawca: Vesper

Podskórnie zawsze lubiłam twórczość Lovecrafta. Mój jedyny problem polegał na tym, że tak naprawdę nigdy jej nie czytałam – raczej znałam ogólne założenia, gdzieś może jakieś opowiadanie zdarzyło mi się przeczytać, ale bardziej grałam w gry osadzone w Lovecraftowskim świecie. Szczęśliwy traf chciał, że – trochę przypadkowo – weszłam w posiadanie Przyszła na Sarnath zagłada (zresztą, jest to – obok Terroru – druga czytana przeze mnie książka z wydawnictwa Vesper i na razie wydawnictwo ma stuprocentową skuteczność pod względem fajnych rzeczy).

Od pierwszego spojrzenia widać, że książka jest… no cóż, po prostu dobrze wykonana. Solidna, szyta cegłówka, która nie rozleciała się mimo miesiąca rozpłaszczania jej w najrozmaitszych czytelniczych pozycjach. Z niesamowitymi ilustracjami Krzysztofa Wrońskiego. Ładnie, starannie zaprojektowana. Dodatkowo przyjemnie zaskoczyło mnie przygotowanie samych tekstów – zazwyczaj w grubszych tomiszczach łatwo zauważyć, że z arkusza na arkusz mamy coraz więcej korektorskich przeoczeń. Ale w Przyszła na Sarnath… to zjawisko występuje w minimalnym stopniu. Czyta się przyjemnie, a babole nie odciągają uwagi od sedna sprawy.

Sedno zaś to w najwyższym stopniu miodność (przy czym przyznam, że nie spodziewałam się niczego innego). Zbiór opowiadań przeciąga czytelnika zarówno po świecie jawy, jak i snu. Oba te światy są przepełnione magią, tajemnicami i dziwacznymi kultami, a prawdę mówiąc, to w ogóle trudno je od siebie odróżnić, tak mocno są ze sobą spięte. To światy, gdzie armia kotów skacze nocą z dachu na Księżyc, by tam walczyć z potworami – w dodatku ma kosę z kotami z Saturna! Jeśli zbyt długo wpatrujesz się w Otchłań, ona nie tylko odwzajemni spojrzenie, ale wciągnie cię w objęcia i kto wie, jeśli ci się poszczęści, zostaniesz ghulem. Jeśli nie, słuch po tobie zaginie, bo Inni bogowie nie zniosą, by podglądać, jak bogowie Ziemi tańczą na szczycie Hatheg-Kla.
Wbrew pozorom (i doświadczeniom z rozgrywek Horroru w Arkham), w zbiorze nie uświadczy się raczej wielu straszliwych Przedwiecznych. Jeśli już dostajemy różnego rodzaju potworności (a dostajemy ich wcale niemało!), są to raczej różnego rodzaju kultyści – z rodzaju takich, których można też spotkać w niektórych opowiadaniach Roberta E. Howarda. Złożeni z nie do końca kompatybilnych części ciała (raczej: ciał), a to wszystko okraszone sześcioma epitetami podkreślającymi, że był to widok bluźnierczy, odrażający, urągający naturze i obmierzły.
Och, serio – to jeden z moich ulubionych elementów pisania Lovecrafta: każde zdanie ocieka informacjami, jakie emocje aktualnie powinnam odczuwać. I nie wiem naprawdę, na czym polega ta magia, ale gdyby mi ktoś dzisiaj tak pisał, jestem całkowicie przekonana, że bym wrzeszczała „show, don’t tell”. Tymczasem u Lovecrafta to po prostu gra. Może chodzi o dobór słów? Ładnie brzmią i są bardzo mocne. To znaczy, ma się rozumieć, mogę mówić jedynie na podstawie przekładu. W każdym razie ten przekład jest bardzo przyjemny do czytania. W opisach jest coś, co – gdy próbuję określić – przywodzi mi na myśl jedynie słowo „mięso”.

Dodatkowo bardzo podoba mi się sam wybór tekstów. Jest spore urozmaicenie w historiach, ale jednocześnie one się pięknie spinają w jednym z ostatnich utworów: Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka. Wracają do nas Kuranes, towarzyszący Barzaiowi Mądremu Atal, Pickman, no i przede wszystkim: Randolph Carter. Wszystkie te opowieści spinają się w tym wielkim finale, który niesie ze sobą tyleż grozy, co zaskoczeń. Jest podróż, bitwy, sojusze, przyjaźnie, no i bogowie. I pełzający chaos Nyarloathotep. I to wszystko jest takie, że trudno się oderwać.

To cudna książka. I ja wiem, że Lovecraft bywa ostro krytykowany ze względu na swoje – nazwijmy to delikatnie – mocno konserwatywne poglądy, ale w najmniejszym stopniu mnie to nie rusza. Pewnie gdybym zaczęła liczyć, wyszłoby mi, że ciemnoskórzy w tych tekstach częściej są przedstawiani jako złoczyńcy i/lub potwory niż biali. No i cóż? To taki świat. Wspominałam już o Howardzie, wspomnę o nim jeszcze raz: u obu panów mniej znane grupy etniczne i kontynenty są pretekstem do snucia niesamowitych, nasyconych grozą i tajemnicą opowieści. Myślę, że jestem dostatecznie rozgarnięta, żeby czytać dziś te teksty i nie wysnuwać na ich podstawie wniosków, że no tak, pewnie czarnoskórzy są zniewolonymi potworami z obcej planety. Toteż czytam i po prostu cieszę się obrazami, które dostaję.



Gdy król i jego dostojnicy biesiadowali w pałacu i podziwiali główne danie czekające przed nimi na złotych półmiskach, reszta ucztowała w innych miejscach. W wieży wielkiej świątyni swawolili kapłani, w pawilonach za murami bawili się książęta z sąsiednich krain. I to arcykapłan Gnai-Kah pierwszy ujrzał, jak cienie zstępują w jezioro z garbatego księżyca, a przeklęte zielone mgły unoszą się z wody na jego spotkanie i spowijają złowróżbnym całunem wieże i kopuły skazanego Sarnath.

niedziela, 18 marca 2018

Intertekstualność, biczyz! - "Noc kota, dzień sowy"

(źródło)

Autor: Marta Kładź-Kocot
Tytuł: Noc kota, dzień sowy: Zamek Cieni
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017
Wydawca: Genius Creations

Okej, przyznać muszę, że w zasadzie nie planowałam czytać tej książki. Ale jakoś tak się stało, że mignęła mi krótka opinia na jej temat na portalu Esensja, a potem jeszcze zajrzałam w komentarze i… no i zaczęłam się zastanawiać, o co tyle szumu? Cóż to za genialny tekst, którego nie rozumieją ludzie siedzący od lat w literaturze? Z czego to wynika, że autorka uznała za konieczne bronić własną piersią dobrego imienia powieści? Czy starczy mi kompetencji do przeczytania tej historii?
No i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom Nocy kota, dnia sowy.

Prawda jest taka, że muszę się zgodzić z Beatrycze Nowicką, która napisała: „przeważnie styl jest poprawny”. Nie żeby powieść była zupełnie wolna od błędów językowych, bo na przykład autorka zdaje się być fanką wszelakiego „podnoszenia do góry”, a od czasu do czasu lubi sobie coś „opuścić w dół”, ale generalnie nie jest źle.
Dużo gorzej natomiast przedstawia się sytuacja z… no, właściwie ze wszystkim innym.

To, co mnie chyba najszybciej i najmocniej uderzyło, to kompletna nieporadność, jeśli chodzi o wplatanie ekspozycji. Autorka zazwyczaj wciska ją w dialogi bohaterów i tym sposobem czytelnik dostaje wręcz podręcznikowego babola z cyklu „czego unikać w pisaniu”: bohaterowie w najbardziej absurdalnych momentach zaczynają strzelać do siebie rozbudowanymi opisami otaczającego ich świata, jego historią, a także historią ich samych – słowem, gadają do siebie rzeczy, którymi w rzeczywistości nikt nikomu by zadka nie zawracał. Ta nieudolna ekspozycja w dialogach zarżnęła niejedną scenę w powieści. Bo nagle z jakiegoś powodu bohaterowie postanawiają sobie ze szczegółami opowiedzieć o ich pierwszym spotkaniu, co najmniej jakby jedno z nich cierpiało na dotkliwe zaniki pamięci. Albo bohaterka opowiada współtowarzyszom, czym wali miasto, do którego wjechali – kij tam, że właśnie pędzą ratować jej ukochanego. Wymienienie wszystkich możliwych swądów na dzielni jest w tym momencie priorytetem, prawda?

Innym mankamentem Nocy kota… są bohaterowie. Po części to się łączy z wcześniejszym zarzutem. Bo w wielu momentach miałam wrażenie, że postaci tak naprawdę nie mają znaczenia, a są jedynie nośnikiem ekspozycji. Ich okropnie sztuczne, nadmiernie rozbudowane dialogi budowały coraz większy mur niewiary między nimi a mną. Co prawda muszę tutaj oddać sprawiedliwość, że przy niektórych postaciach widać jakiś zamysł, da się je określić jednym czy dwoma sformułowaniami: Grandini jest błyskotliwy, ale dobrze to ukrywa pod pozorem rubasznego, gadatliwego grubaska. Fionka to rezolutna, żądna przygód mieszczanka. I tak dalej. Nie żeby to byli bohaterowie super ciekawi albo oryginalni, niemniej cośtam można o nich powiedzieć. Tyle tylko, że jest spory bałagan w prezentowaniu postaci: bo na przykład o głównych bohaterach, magu Jardalu i czarodziejce Mitrii, po lekturze całego tomu jestem w stanie powiedzieć chyba mniej niż o bibliotekarzu Torem, któremu poświęcono w cholerę dużo przestrzeni na kartach powieści, mimo że całą jego rolą było… no, zginięcie. To postać, która pojawia się i znika, a wydaje się jedną z najlepiej opisanych. Taki chaos rozprasza, bo czytelnik koncentruje się na zupełnie pobocznych sprawach, w gruncie rzeczy zapominając, co tam było w ogóle głównym wątkiem.
No bo główny wątek jest nudny. Po prostu. Mamy wspomnianych już Jardala i Mitrię i oni się tak bardzo kochają, ale są obłożeni klątwą i nie mogą ze sobą żyć. Hura, tego jeszcze nie grali. Nie widziałam podczas lektury, dlaczego ja w ogóle powinnam tym postaciom kibicować. Są nieciekawi. Jeśli już mają możliwość spędzenia ze sobą czasu, to… cóż, są nadal nieciekawi. Nie mają sobie niczego interesującego do powiedzenia. W sumie nawet nie bardzo wiem, na czym opiera się ich związek. Na tym, że oboje są równie nijacy? Niestety, autorka nie ma do dyspozycji Rutgera Hauera i Michelle Pfeiffer, żeby wybronić swoich bohaterów. Ich wzajemna relacja jest po prostu pusta. Narrator powiedział, że oni się tak bardzo kochają i w gruncie rzeczy mam wyłącznie to słowo narratora.

I tu muszę płynnie przejść do kolejnego gigantycznego problemu powieści: nawiązań. Wspomniałam już o Zaklętej w sokoła. Ale to nie jest jedyne zaczerpnięcie z innych tekstów kultury. Mamy tego w Nocy kota… tak naprawdę mnóstwo. Do tego stopnia, że w którymś momencie odniosłam wrażenie, że wszystkie pomysły, które pojawiły się w powieści, są zaczerpnięte od innych, sama autorka zaś w sumie niewiele od siebie dała – poza dość chaotycznym sklejeniem tych cudzych pomysłów w niezbyt udaną całość. I ja rozumiem, że można się inspirować, że są retellingi, reinterpretacje i w ogóle że teksty kultury żyją i wchodzą ze sobą w rozmaite interakcje. Kurde, jedna z moich ulubionych powieści od Genius Creations, Pokój światów Pawła Majki, przecież właśnie na tym się zasadza: na wykorzystywaniu powszechnie znanych motywów – legend, powieści, toposów i tak dalej. Tylko o ile Paweł Majka wykorzystał te elementy cholernie twórczo, o tyle u Marty Kładź-Kocot ja miałam wrażenie, że to wszystko po prostu jest bo jest. Bo autorka się jarała, że może pokazać szerokiemu światu, ile rzeczy przeczytała. Najmocniej mnie to uderzyło chyba w przypadku durnego wspomnienia o Cutty Sark – no bo fajnie, mamy odniesienie do naszej rzeczywistości i słynnego klipra. Ale abstrahując od tego: czy cała wypowiedź tamtego randomowego człowieczka miała jakiekolwiek znaczenie dla czegokolwiek? Nie. Było wręcz dziwnie, że w całym tym tłumie gapiów akurat te dwa czy trzy zdania zostały wyeksponowane czytelnikowi. Podobnie jak nie ma znaczenia, że dwie kompletnie nieistotne dziewuszki nazywają się Perdita i Agnes – wymienienie ich z imion jest w powieści absolutnie zbędne. A już zupełnie opadły mi witki przy panu Machiavello Niccolim (och tak, och tak, wink wink, jakże pomysłowe przetworzenie historycznej postaci…! Lol nope. Ale nazywa się, wiecie, prawie jak Machiavelli, więc to się już liczy jako nawiązanie! Plus jeden punkt do intertekstualności i mądrości!), który okazał się Grimą Smoczym Językiem. Ja jeszcze raz wrócę do retellingów: fajnie, że są. Twórcy biorą różne znane opowieści i postacie i pokazują je w nowy sposób. Tym samym je pogłębiają, skłaniają odbiorcę do myślenia, prezentują inny punkt widzenia. Super. Ale Marta Kładź-Kocot po prostu bezrefleksyjnie kopiuje. Jej kopia Grimy nie wnosi nic nowego do tematu. To najbardziej oczywisty i banalny Grima ze wszystkich możliwych wersji Grimy. Zabrakło własnego pomysłu na postać czy ki czort?
I tak jest z niemal wszystkim. Podczas lektury czułam, jakby ta powieść w ogóle nie istniała jako samodzielna, spójna całość, a tylko jako jakaś dziwaczna gra w „złap je wszystkie – odniesienia do innych tekstów kultury”.

Być może autorce wydawało się, że skonstruowała zawiłą fabułę z mnóstwem intrygujących bohaterów – takie odniosłam wrażenie, bo na końcu książki znajduje się spis postaci. Z tego miejsca muszę zaznaczyć, że nie: bez specjalnego spocenia się można za wszystkim nadążyć, jeśli tylko człowiek zechce przebić się przez zbędną ekspozycję oraz nic niewnoszące, odtwórcze i toporne nawiązania.
W dodatku świat sprawia okropnie niespójne wrażenie, bo częściowo jest fikcyjny, a częściowo to kopia naszej rzeczywistości – co znajduje odbicie w nazwach geograficznych i niektórych bohaterach. Po lekturze miałam wrażenie, że to wszystko jest po prostu chaotyczne i niedopracowane. No bo skąd oni tam znają Cuchulainna? Na litość Jeżusia, skąd tam Gilgamesz? A nade wszystko: mam rozumieć, że bohaterowie w tym świecie wpierniczają na święta indyka? To zabawne, bo całość jest stylizowana raczej na Włochy, a nie na Anglię czy USA. Czy mam rozumieć, że bohaterowie poruszają się po chrześcijańsko-anglosaskim świecie?
Jasne, zawsze można powiedzieć, że to tak specjalnie, bo to jeden ze światów w całym multiwersum i jest trochę do naszego podobny, a trochę niepodobny. Ale ja tego tłumaczenia nie kupuję. Bo jako coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości to się też zupełnie nie broni: jest skonstruowana chaotycznie i niespójnie, a nazbyt często miałam wrażenie, że coś się pojawia tylko dlatego, że akurat pasowało do jednego z wielu wrzuconych na siłę żarcików.

Nikomu tej powieści nie polecę. Jest po prostu słaba. Ma nieprzemyślany świat, nudnych, wtórnych bohaterów i okropnie nachalne nawiązania, które są tylko po to, żeby być, bo czytelnik niczego z nich nie wyniesie. A to wszystko skłania mnie jedynie do refleksji, że doktorat i zawodowe zajmowanie się literaturą absolutnie nie gwarantuje tego, że człowiek będzie umiał sam stworzyć fajną literaturę.
Aha, muszę jeszcze wspomnieć o jednym: jeśli barman Bert cały czas trzyma pod szynkwasem dwie gotowe do strzału kusze, to życzę mu powodzenia. W razie czego zawsze może spróbować rzucić tymi kuszami w przeciwnika, bo o strzelaniu to raczej może zapomnieć.
Plus Nocy kota, dnia sowy…? Cóż, z prawdziwą ulgą i radością zauważyłam, że „strużka” jest napisana przez „u”. Odzyskuję wiarę w ludzkość.




– Nie o to – szepnęła czarodziejka. – Ty… znasz moje myśli, prawda?
Skinął głową. Profil drgnął na tle ciemnego lasu.
– Więc wiesz…
– Wiem. Ale nie lękaj się. Twoje myśli są we mnie bezpieczne. Widzę je i czuję, ale nie mają kształtu słów.
– Ale…
– Rozumiem, że ich wszystkich okłamałaś. Że bardzo dobrze wiesz, co dolega Jardalowi.

[F.: jak na myśli, które nie mają kształtu słów, bohater całkiem nieźle poradził sobie z ubraniem ich w dwa krótkie zdania, czyż nie?]

piątek, 23 lutego 2018

Trekkies' Log: gadamy o Discovery

Oszukam system i nabiję sobie dwie notki w cenie jednej. To znaczy: zostawiam tu namiar na małe posezonowe rozkminy z udziałem Siem, Ulva i moim, poświęcone najnowszej serialowej odsłonie Star Treka: Discovery.

Zapraszam do endżojowania czy coś. O TUTAJ.

niedziela, 18 lutego 2018

Tam i z powrotem: "Na południe od Brazos"

Autor: Larry McMurtry
Tytuł: Na południe od Brazos
Tytuł oryginału: Lonesome Dove
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1991
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Moja przygoda z Lonesome Dove zaczęła się dawno, dawno temu, bo chyba na studiach, kiedy to obejrzałam rewelacyjny miniserial z 1989 roku, z Robertem Duvallem i Tommym Lee Jonesem (i Dannym Gloverem, choć jego akurat nie zapamiętałam za bardzo) w rolach głównych. I wprawdzie kiedy Ulv przyniósł mi książkę w dwóch tomach i zaczęłam ja czytać, w ogóle nie załapałam, że to właśnie na jej podstawie powstał serial – no bo w jaki niby sposób „Lonesome Dove” przypomina „Na południe od Brazos”? Znów te cholerne tłumaczenia, no… Ale później zauważyłam, że w tekście pojawia się właśnie nazwa Lonesome Dove. I gdzieś zaczęło dzwonić. Aż w końcu zerknęłam w stopkę redakcyjną na tytuł oryginału – i wtedy już doskonale zidentyfikowałam, który to był kościół.
To skojarzenie książki z miniserialem niosło za sobą pewną konsekwencję: bo przez te lata właściwie nie pamiętałam nic z fabuły – oprócz bardzo istotnego elementu dotyczącego jednego z głównych bohaterów. I, żeby było zabawniej, koniec końców bardzo się cieszyłam, że ten właśnie element miałam zaspoilowany. Dzięki temu oszczędziłam sobie wielu złych emocji, które pewnie by się pojawiły, gdybym została przez powieść zaskoczona. A jednocześnie całą resztę zapomniałam do tego stopnia, że i tak miałam mnóstwo satysfakcji z lektury, bo w zasadzie wszystko odkrywałam na nowo.
Inna sprawa, że absolutnie nie do pokonania było dla mnie wyobrażanie sobie bohaterów, Gusa i Calla, jako Roberta Duvalla i Tommy’ego Lee Jonesa. Co w sumie w żadnym razie mi nie przeszkadzało. Sama bym nie umiała zwizualizować sobie ich lepiej.

Tu jeszcze muszę nadmienić, że Larry McMurtry otrzymał za Lonesome Dove nagrodę Pulitzera, dzięki czemu znalazł się w jednym rzędzie z takimi arcydziełami literatury jak Przeminęło z wiatrem czy Stary człowiek i morze (oraz wieloma innymi, ale te dwa akurat szczególnie do mnie trafiają).

Powieść czytałam dość długo, to prawda. I sama nie wiem czemu, bo w żadnym razie nie jest nudna. Choć fakt, początkowo akcja toczy się powoli. Tak naprawdę – bardzo, bardzo powoli. Mieszkańcy Emporium nad Kapeluszem żyją dość spokojnie, od czasu do czasu przekraczają granicę z Meksykiem i kradną jakieś konie czy bydło, czasem konkurencyjna firma z Meksyku odwiedza ich – i tak to się turla. Kapelusznicy odwiedzają czasami tytułowe miasteczko, w którym jest saloon z bardzo atrakcyjną dziwką, Loreną, a czasem po prostu siedzą u siebie, chroniąc się przed ostrym, teksańskim słońcem. A później pojawia się dawno niewidziany przyjaciel, Jake Spoon, i wywraca wszystko do góry nogami – Kapelusznicy zbierają ekipę, kradną w cholerę dużo bydła i ruszają ze stadem do Montany.

Ta opowieść ma dwa niesamowicie mocne punkty: bohaterów i klimat.
Oczywiście, zacząć należałoby od wspomnianych już Gusa i Calla – dwóch podstarzałych pograniczników, którzy w przeszłości wsławili się w walkach z Indianami. Lubię w nich wszystko: to, że są starzy i lata ich chwały dawno przeminęły. To, że praktycznie wszystko ich dzieli – jeden jest gadatliwym leniem, który lubi wypić i zabawić się z kobietą, drugi zaś to introwertyk-pracoholik bez życia osobistego. Uwielbiam to, że tych dwóch łączy dość niepojęta, ale przecież wieloletnia przyjaźń. Lubię też to, że w gruncie rzeczy, choć starzy, obaj jednak wciąż pozostają wcale zajebistymi rewolwerowcami i jeśli trzeba coś zrobić porządnie, to nie bawią się w wysyłanie młodych kowbojów, tylko robią to sami.
Historia Gusa i Calla, ich wzajemne relacje i to, co są w stanie dla siebie uczynić, porusza i sprawia, że ci dwaj zostają w głowie na bardzo długo. Szczególnie w mojej głowie, bo ja mam w ogóle słabość do tych motywów. Wiecie, łatwo napisać opowieść o herosach, którzy zabijają wszystko, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Ale trudniej napisać o tym, co się z takimi herosami dzieje później, po latach, kiedy większość świata zapomni już o ich istnieniu.

Pozostałe postaci nie są wcale gorsze czy mniej wyraziste – Jake Spoon, Lorena Wood, Deets, no i oczywiście Newt: oni wszyscy przykuwają uwagę, mają za sobą mniej lub bardziej złożone historie, przed sobą zaś – marzenia i cele. Tak różne, jak różni są oni sami. Nawet kucharz Po Campo, który pojawia się stosunkowo późno i w zasadzie mało o nim wiemy, jest interesującą postacią. Pod tym względem powieść nie ma słabych punktów – od głównych bohaterów, aż po postaci zupełnie epizodyczne, oni wszyscy są bezapelacyjnie świetni, a ich losy momentalnie angażują czytelnika.

Podobnie ma się sprawa z klimatem: tu nie ma słabszych momentów. Niby opisy są dość surowe i minimalistyczne, ale przecież podczas lektury czuje się ten nieograniczony przestwór prerii, a widok śniegu cieszy i zaskakuje w równym stopniu, co męczy ostre, południowe słońce. Autor nie poświęcił opisom wielu słów, ale te, których użył, zdają się być dokładnie tymi, które są niezbędne dla zbudowania obrazu ogromnego, samotnego Dzikiego Zachodu – miejsca, w którym właśnie kończy się jakaś era. Dużo w tym wszystkim nostalgii: Indianie na ten przykład kiedyś stanowili zagrożenie, z którymi regularnie walczyli strażnicy Teksasu, ale teraz to już tylko jakieś rozrzucone tu i ówdzie bandy. Siny Kaczor to relikt przeszłości taki sam jak Gus i Call.
To ogromny, niesamowity świat, który wciąga bez reszty i pozostawia jakąś taką pustkę po lekturze.

Oraz mała uwaga tytułem ostrzeżenia: popełniłam na początku błąd i zaraz po przeczytaniu Na południe od Brazos sięgnęłam po Rącze konie Cormaca McCarthy’ego. Ale to tak nie działa. Te książki mają tak bardzo różny styl, że koniec końców porzuciłam ten drugi tytuł na rzecz Lovecrafta. Chwalę sobie tę decyzję. Nie czytajcie McCarthy’ego w ramach przedłużenia relacji z McMurtrym. Są zbyt różni i w efekcie dostaje się tylko żal.


A cytat tym razem ściągam sobie bezczelnie z internetów, bo nie jestem pewna, ale Ulv mógł już oddać książki do biblioteki… A zresztą, to była jedna z lepszych scen, więc czemu by nie.



Augustus rzucił na bufet złotą dziesięciodolarówkę, a gdy młodzie­niec po nią sięgnął, znienacka wyciągnął rękę, złapał go za włosy i trzasnął twarzą o blat, nim tamten zdążył zareagować. Następnie szybkim ruchem wyciągnął swego ogromnego colta. Kiedy barman podniósł głowę, ukazując złamany nos, z którego krew tryskała mu strumieniem na biały gors, znalazł się oko w oko z lufą rewolweru bardzo dużego kalibru.

— Prócz napitków poprosimy chyba jeszcze o odrobinę szacunku — powiedział Augustus. — Nazywam się kapitan McCrae, a to jest kapitan Call. Jeśli będzie pan łaskaw obejrzeć się za siebie, zobaczy pan nasze zdjęcia z czasów młodości. Jedną z rzeczy, których nie tolerujemy, jest opieszała obsługa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...