niedziela, 6 sierpnia 2017

Byłam stróżem brata mego - "Beholder"

(źródło)
A dzisiaj to tak z zaskoczenia trochę. Bo właściwie rano nie miałam żadnych wielkich planów – ot, weekend jakich wiele. A potem popatrzyłam na pulpit, zajrzałam na konto na GOGu i zauważyłam, że hej, mam kupione 66 gier i w większość z nich nawet jeszcze nie próbowałam grać. No to sobie zainstalowałam Beholdera. I odpaliłam – tak na chwilę.
A potem była pierwsza w nocy.

Ta gra jest lepsza, niż się spodziewałam. Przede wszystkim, błyskawicznie wciąga i budzi emocje – czy to przez mroczną kolorystykę i minimalistyczne, kreskówkowe przedstawienie postaci (podobna stylówa jak w Limbo), czy przez nieustanną atmosferę osaczenia i kontroli. Grunt, że kiedy przybyłam do kamienicy z rodziną, by objąć stanowisko nadzorcy, byłam nastawiona dość neutralnie. A tam się natychmiast zaczęło dziać: w jednym mieszkaniu narkotyki, w drugim broń, w trzecim nielegalnie czytają, w czwartym handel kradzionymi konserwami… Z drugiej strony jednak, tu ofiara przemocy domowej, tam ktoś chce zakończyć wojnę, a w jeszcze innym mieszkaniu nie wydam przecież kogoś, kto uratował życie mojej córce, prawda? Ogółem: na bogato. A, jak wspomniałam, nasz nadzorca ma rodzinę. Syn z problemami na uniwerku, córeczka słabego zdrowia, a połowica a to chce na rachunki, a to na zakupy, a to na leczenie dzieci, a farelka, a jak się nie sprężymy, to nam wszyscy umrą.
I nie przeczę, za pierwszym razem rodzina wymarła mi dość szybko. Co też miało swoje dobre strony – poniekąd. To znaczy: pozwoliło grać trochę inaczej. I to wyszło mi właściwie całkiem naturalnie: zaczęłam od bycia nadzorcą, który chciał wszystkim pomóc. W wyniku moich usiłowań straciłam rodzinę. Chyba oczywiste, że zostałam zgorzkniałym, szpiegującym lokatorów paskudem, który jak tylko coś na kogoś znalazł, to od razu leciał pisać raport dla ministerstwa? Serio – to nie było kalkulowane. W tej grze leciałam po prostu za realnymi emocjami. I te emocje się pojawiły: „A, szuje jedne, moja żona i dzieci nie żyją? To wy też!”.
Za drugim podejściem sprawy potoczyły się inaczej, bo i grałam od początku ostrożniej. Udało mi się uratować rodzinę. A także parę osób, które pogrążyłam w poprzedniej rozgrywce. Kurde, udało mi się nawet zapobiec wieloletniej wojnie i zaprowadzić pokój na świecie!

screen z gry
Ale po kolei może…
W grze Beholder wcielamy się w nadzorcę kamienicy, który przybywa ze swoją rodziną w miejsce… cóż, innego nadzorcy, którego właśnie wynoszą w kajdankach. Do naszych obowiązków będzie należało utrzymywanie porządku w budynku, zgłaszanie władzom wszelkich dostrzeżonych naruszeń prawa, a także dbanie o rodzinę. Czasu mamy nie aż tak wiele, bo w którymś momencie dostajemy informację o tym, że zbliża się ministerialna inspekcja – rozgrywka zaś kończy się, kiedy do wspomnianej inspekcji wreszcie dojdzie.
Ale w tym czasie, który nam dano, możemy robić… cóż, właściwie wszystko. Gra ma milion wyjść z każdej sytuacji. A każda nasza decyzja będzie miała bliższe i dalsze konsekwencje, czasem nie do przewidzenia. Dlatego parę razy wczytywałam się z dość odległych zapisów, bo bywało, że akurat na jakimś lokatorze mi bardziej zależało z tych czy innych względów.
Zapisywania co prawda nie ma innego niż autosave, ale tym razem jest to autosave bardzo przyjemny, bo zapisuje stan rozgrywki za każdym razem w nowym slocie, więc jeśli chcemy wczytać, mamy do dyspozycji praktycznie całą dotychczasową historię gry.

screen z gry
Zabrałam się za to pisanie kompletnie bez przemyślenia tematu, dlatego teraz się trochę zawiesiłam, co właściwie mam jeszcze do powiedzenia…
Bo naprawdę, to co mnie urzekło, to liczba rozgałęzień fabuły i mnogość wyborów, która prowadzi do nie wiem ilu zakończeń. Rozegrałam Beholdera dwa razy, oczywiście wczytując się w każdej rozgrywce dość gęsto, i w tym czasie załapałam się na jakieś sześć zakończeń. A patrzę sobie na listę nieodkrytych osiągnięć na GOG Galaxy i jestem totalnie przerażona myślą, ile tych zakończeń jeszcze mnie czeka.
Beholder jest trochę jak pasjans: niby już znamy zasady, ale układamy raz za razem, bo przecież kart jest dużo i za każdym podejściem rozgrywka toczy się inaczej – praktycznie trudno o dwa identyczne układy. Jasne, było trochę łatwiej, skoro już wiedziałam, że ten a ten związek się nie uda, a tamten lokator to szpieg, ale wciąż pozostało mnóstwo zmiennych, dzięki którym niespodzianka goniła niespodziankę.
Tylko ten mój nieszczęsny syn… durny, durny syn, którego straciłam za pierwszym razem, a za drugim utknął w Borei Północnej, chociaż wyraźnie mu mówiłam, że skoro chce uciekać, to niech ucieka do Borei Południowej. Ale nie, on oczywiście wiedział lepiej, głupi gówniarz…

screen z gry
Cóż więcej? Spolszczenie jest wcale fajniutkie. Może narrator jakoś dupy nie urywa, ale napisy są albo pozbawione błędów, albo po prostu ja akurat niczego nie zauważyłam. A żarty naprawdę dają radę i w tej mrocznej, przygnębiającej, orwellowskiej (akcja dzieje się w roku 1984 – przypadek?) atmosferze bywały momenty, kiedy się całkiem serdecznie uśmiałam.

Beholder mnie wciągnął i zauroczył. Bardzo, bardzo wszystkim polecam. Przetestujcie swoje kręgosłupy moralne, weźcie odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Sprawdźcie się w totalitarnym systemie – będziecie marionetkami Ministerstwa Porządku, czy dołączycie do rewolucjonistów? Czyje dobro wybierzecie? Kogo skażecie na niechybną śmierć i jak będziecie to przed sobą usprawiedliwiać?
Fraa poleca. 10/10.




– Podobno są plany połączenia Ministerstwa Gospodarki Rolnej z Ministerstwem Kultury.
– Jak się będzie nazywało?

– Ministerstwo Kultury Rolnej. Będą zajmować się organizowaniem patriotycznych koncertów na polach. Podobno festiwal „Buraczana Ojczyzna” i sztuka „Patrioci jedzą rzodkiew” cieszą się ogromną popularnością.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Pocztówka z wakacji II

Stawno o poranku.
W zeszłym roku chwaliłam się na blogasie, ileż to rzeczy podczas urlopu udało mi się przeczytać i/lub obejrzeć.
W tym roku tego nie zrobię.
Przyczyna jest banalna: nie przeczytałam ani nie obejrzałam nic a nic. To znaczy dobrze, jeśli chodzi o oglądanie, to trochę kłamię, ponieważ wieczorami robiłam sobie powtórkę z Ricka i Morty’ego, a czasem oglądałam, jak magicy próbują oszukać Penna i Tellera, ale zdaje się, że nie obejrzałam ani jednego samodzielnego filmu, więc nie będę o tym pisać. To znaczy koniec końców pewnie będę, ale raczej w osobnych notkach.
A nie czytałam, bo prawdę mówiąc, większość chwil wolnych od uprawiania turystyki spędzałam na pracy twórczej.

W tym roku będzie więc bardziej turystyczno-wspominkowo. Czujcie się ostrzeżeni, Wy, którzy tu weszliście.

Po pierwsze: gospodarstwo agroturystyczne w Borzysławiu jest bardzo fajne, tylko trzeba wiedzieć, że tak naprawdę jest w Stawnie. Ale to chyba jedyne takie miejsce we wsi i okolicach, więc lokalsi w razie czego bez problemu wskażą drogę („musicie jechać aż do wsi, tam przy krzyżu w prawo i do końca drogą”). Pokoje niedrogie i można tam gościć z piesami (choć nie wiem, czy gospodarze nie zmienią zdania po tym, jak spektakularnie Vist zakłaczył pokój i korytarz…). No i najważniejsze: mieliśmy małpę w naszym ogrodzie. Serio. Tam jest duży, ładny ogród, gdzie można się wyczilować. I była też małpa. Vist za bardzo nie wiedział, co to za dziwaczny pies, więc po pierwszym szoku ją oszczekał. Małpa z kolei za bardzo nie wiedziała, czemu toto tak hałasuje. Z tego co zrozumiałam, małpa pracowała w znajdującym się w gospodarstwie salonie fryzjerskim. Podejrzewam, że iskała klientki albo coś takiego. Nie wiem, nie odważyłam się sprawdzić.

Zamek Drahim - w nadziei na obiad.
Po drugie: zwiedzanie.
Zachodniopomorskie budziło we mnie pewne obawy. Bazowały głównie na tym, że w Wolińskim Parku Narodowym jest całkowity zakaz wstępu z psami – no i jakoś ten zakaz rozciągnęłam sobie radośnie na całe województwo. Tymczasem nic bardziej mylnego, a niektóre miejsca wręcz mocno mnie zaskoczyły, kiedy w odpowiedzi na pytanie o zwierzęta słyszałam „tak, oczywiście, że można z pieskiem”.
Tak właśnie było przy okazji Podziemnego Miasta Wolin – atrakcji mieszczącej się na obrzeżach Świnoujścia. Jest to podziemna sieć schronów i korytarzy początkowo służących Kriegsmarine, po wojnie przebudowanych na potrzeby Polaków. Wnętrza są całkowicie wyposażone, a historie i plany związane z miejscem bardzo interesujące (dla mnie najlepsze było na końcu, czyli zimnowojenne opowieści) – jedyny zarzut, jaki mam, to że zwiedzanie odbywa się w ekspresowym tempie. To znaczy żeby nie było: i tak to zajmuje dwie godziny. Ale brakowało mi paru chwil postoju, żeby człowiek zdjęcia cyknął czy coś – wszystkie foty robiłam praktycznie w biegu. Odrobinę czasu dostaliśmy dopiero na samym końcu, kiedy znaleźliśmy się w głównym schronie dowództwa.
Tu taka uwaga: co prawda nie zdążyliśmy obczaić miejsca sami, ale podejrzewam, że jeśli chodzi o Fort Gerharda, to również nie byłoby problemu z psem – oba miejsca są filiami Muzeum Obrony Wybrzeża, podlegają więc pewnie tym samym regulaminom. A skoro do bunkra można wprowadzić psa, to na łażenie naziemne, pod chmurką, chyba tym bardziej.

A tu groby megalityczne,
których nie udało nam się znaleźć.
Jestem przekonana, że okoliczni chłopi
rozebrali je i przerobili na stodoły.
Jadąc do Świnoujścia, warto oczywiście zajrzeć do skansenu Słowian i Wikingów – przyjemne miejsce, można powchodzić do chałup z krowiego łajna i obmacać czaszkę konia. A także wydać mnóstwo pieniędzy na różne mediewalne gadżety, typu noże, miody, miski, czapki i tak dalej. Zwiedzając warto mieć przy sobie gotówkę i woreczki na psie odchody.
Z psem można także odwiedzić inny skansen, Sławogród w Czaplinku. Jest to obiekt sporo mniejszy od tego wolińskiego, a zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, jakkolwiek po obejściu wszystkich chałup nie ma przeciwwskazań, żeby sobie później nie połazić samemu celem obfotografowania czy lepszego przyjrzenia się czemuś. Dodatkowo na terenie skansenu od paru miesięcy znajdują się dwie repliki dłubanek, które znaleziono na dnie jeziora Drawsko, kiedy próbowano znaleźć ponoć tam zatopionego U-boota.
Nieopodal Sławogrodu (kwestia pięciu kilometrów) mamy zamek Drahim. Ludzie trochę na niego narzekają, że niszczeje, że kicz, że cośtam – ja bez skrępowania się przyznaję: niesamowicie mi się ten zamek podobał. Tak, rzeczywiście mógłby być bardziej odpicowany. Co, przypuszczam, wiązałoby się z poniesieniem kosztów, na co zwyczajnie może nie być stać właściciela. Oczywiście, to moja teoria – kto wie, może inni  mają rację i właściciel ma zwyczajnie wywalone. Nie wiem. Ale nie lubię rzucać oskarżeń, kiedy nie wiem. Tak czy owak: zamek nieduży, ale bardzo… interaktywny. Wszystko można pomacać, poruszyć, przymierzyć i dostać zawału przy otwieraniu skrzyni. Jeśli Wasz wewnętrzny siedmiolatek jara się takimi rzeczami, Drahim będzie rajem. Rajem, do którego można wejść z psem.
Króliś rusza na podbój
"Jeziora Tajemnic" - Drawska.
Jeśli niestraszne Wam komary, które mają fetysz OFF-a i innych repelentów, można zawsze iść na spacer z psem do lasu. Na przykład takiego w Nowym Czarnowie, gdzie mieści się też dość słynny Krzywy Las. Muszę tylko lojalnie uprzedzić: „Krzywy Las” to w istocie dość szumna nazwa. Użyłabym tu raczej określenia „Krzywy Zagajnik” albo „Tuzin Krzywych Drzew”. Niemniej, choć jest to raczej niewielki obszar, i tak wygląda interesująco i budzi ciekawość, po jaką cholerę te drzewa są takie jakie są.

Uprzedzić natomiast muszę przed pochopnym wykorzystywaniem tego, że gdzieś można wejść z psem. My w ten sposób radośnie wbiliśmy z Vistem do Muzeum Kamieni w Kamieniu Pomorskim. Nie pomyśleliśmy jakoś o tym, że muzeum będzie w istocie sześciopiętrową klatką schodową ze schodami na tyle wąskimi i stromymi, że pies o gabarytach i proporcjach mniej-więcej corgi (ok, kapkę większy) sobie na nich po prostu nie poradzi i będzie trzeba go wnieść i znieść, stresując zarówno siebie, jak i jego. Muzeum jako takie jest ciekawe i w ogóle to fajnie, że jest przyjazne zwierzakom. Jakby mieć malutkiego pieska, którego bez problemu można wziąć pod pachę, to w porządku. Jakby mieć na tyle dużego, że sam sobie poradzi na schodach, to też super. U nas po prostu padło na opcję pośrednią i wyszło na to, że Ulv przez prawie całe oglądanie kamieni trzymał w ramionach piętnaście kilo włochatej miłości.

To taki pakiet najfajniejszych, moim zdaniem, rzeczy, które Vist odwiedził w tym roku. Jak coś: Fraa poleca.
Vist też poleci, jeśli dostanie za to ciasteczko.




Ruiny w Trzęsaczu. Z niektórych stron
bardzo malowniczo się prezentują.

niedziela, 23 lipca 2017

Nikt nie wie, gdzie jest Alezja!, czyli "Wercyngetoryks"

zamiast okładki (źródło)
Autor: Jean Markale
Tytuł: Wercyngetoryks
Tytuł oryginału: Vercingétorix
Tłumaczenie: Hanna Olędzka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1988
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Dziś będzie może trochę inaczej – bo ani to związane z fantastyką czy czymkolwiek w tych okolicach, ani to w ogóle beletrystyka. Ale sięgnęłam po tę książkę z dwóch powodów: po pierwsze, odkąd pamiętam, miałam ogromny sentyment do Wercyngetoryksa (pewnie niezbyt oryginalne wyznanie osoby wychowanej na Asteriksie). Po drugie, w sumie chodziło mi głównie o risercz.
Przyznam, że od pierwszych stron byłam ogromnie ciekawa tego, jak autor zrealizuje wstępne deklaracje – te bowiem brzmiały mniej-więcej tak: „odmitologizuję postać Wecyngetoryksa. Przyjrzymy się postaci historycznej, a nie francuskiej legendzie”. No i świetnie – mi w najwyższym stopniu o to właśnie chodziło.

W sumie sama nie wiem, czego oczekiwałam: ponieważ o Wercyngetoryksie wiadomo głównie tyle, ile napisał o nim Cezar, większość książki była bardzo obszernym wglądem w historię i kulturę Celtów od początków po pierwszy wiek przed naszą erą. Rozdziały nazwane hucznie „Młodość Wercyngetoryksa” czy „Edukacja Wercyngetoryksa” w istocie były po prostu opisem tego, jak wychowywano i kształcono młodych Galów z wysoko postawionych rodzin. Autor zakłada, że w przypadku naszego głównego bohatera jakoś tak z grubsza to musiało wyglądać.
Takie ujęcie tematu dla mnie – randomowej czytelniczki – ma swoje lepsze i gorsze strony. Z lepszych oczywiście mamy to, że dowiaduję się naprawdę dużo o Celtach, a w szczególności o Galach. Autor opisuje ich mentalność, obyczaje, sporo miejsca poświęca druidom czy strukturze społecznej (podziałowi na fine, tuath, klientów i tak dalej). Są to te elementy, które Cezar w swoich pamiętnikach albo pomijał, albo potraktował nieco po macoszemu, bo ich kompletnie nie rozumiał ze swojej rzymskiej perspektywy.
Wadą jest to, że – jak wspomniałam – ja chciałam właściwie tylko drobnego riserczu o Wercyngetoryksie. Tymczasem przez większą część książki informacji o przyszłym zwycięzcy spod Gergowii musiałam szukać w natłoku innych treści, wyławiać tu i ówdzie zupełnie hipotetyczne scenki i budować na ich podstawie portret bohatera. Tak naprawdę dopiero pod koniec autor rzuca w czytelnika faktami z życia galijskiego wodza.

Ach właśnie, skoro już wspominam o tych hipotetycznych scenkach: miejscami nie ukrywam, że one mnie po prostu bawiły. Autorowi zdarzało się dość srodze popłynąć i w dość rozpoetyzowanym natchnieniu odmalowuje przed czytelnikami scenkę na przykład, jak to młody Wercyngetoryks siedzi przy ognisku po biesiadzie, patrzy w ogień, myśli o tym, jak to chciałby być królem, a w tle podnosi się bard i zaczyna nucić pieśń – i znów lecimy z domysłami, czyli autor bierze faktycznie znaną z irlandzkich dokumentów pieśń, podmienia imiona na pasujące do historii Galów i cytuje. W całości. Zajmuje to półtorej strony, kompletnie nic nie wnosi i jest w sumie ostro zmyślone, no ale mamy ten obrazek złotowłosego galijskiego prawie-wodza, który snuje swoje wielkie marzenia. Teraz pojawia się taka drobna wątpliwość: czy tego typu sceny mają nam naprawdę odmitologizować tę postać?

No i tu docieram do tego, nad czym się tak naprawdę zastanawiam, odkąd skończyłam tę książkę: czy faktycznie Jean Markale pokazał historię, a nie legendę?
Na pewno się starał. Każda hipoteza, nawet te malownicze scenki, wszystko każdorazowo stara się podeprzeć źródłami, sięga do – lepiej udokumentowanej – historii Irlandii i wyszukuje analogie, korzysta oczywiście z relacji Cezara, Strabona i innych historyków rzymskich, a także z dokonań nowożytnych badaczy. Może to kwestia mojego małego oblatania w temacie, ale historia Galów zaprezentowana w Wercyngetoryksie najzwyczajniej w świecie przekonała mnie (kupuję nawet stanowisko autora w kwestii położenia Alezji, choć wiadomo, że nikt nie wie, gdzie jest Alezja, nie ma Alezji i w ogóle co to takiego Alezja?).
Co do samego bohatera, to sytuacja ma się podobnie: każda wzmianka o galijskim wodzu jest osadzona w źródłach. I ja te rzeczy kupuję, nawet jeśli czasem bawi mnie sposób, w jaki Markale o tym pisze (z drugiej strony – może i cośtam mnie rozbawiło, ale grunt, że to zapamiętałam, no nie?).
Wątpliwości obudziły się we mnie tak naprawdę dopiero pod koniec, kiedy złapałam się na tym, że lektura, która przez długi czas była czysto naukowym riserczem, zaczęła jakoś tak budzić emocje i ani się obejrzałam, a czytałam to jak dramatyczne zakończenie wciągającej powieści. A sam koniec, rozdział poświęcony Alezji i zakończenie z triumfem Cezara – to już pozostawiło we mnie ogromną gorycz i smutek. I ze względu na te emocje ciągle usiłuję sama ze sobą ustalić, czy to dlatego, że jednak autor popłynął z legendą, czy też możliwe jest to, że to sama historia tak właśnie wyglądała i tutaj nie trzeba niczego mitologizować, bo to w istocie jest dramat i w istocie budzi się współczucie dla Wercyngetoryksa i żal do innych wodzów galijskich, którzy – jakkolwiek działali w dobrej wierze – doprowadzili do takiego a nie innego zakończenia wojny z Rzymem.

Markale pokazuje Wercyngetoryksa jako świetnego stratega, króla wojowników, szlachetnego, religijnego i honorowego Gala. W bohaterze nie ma miejsca na wady. Jest mocno osadzony w historii, jego życiowe wybory są obudowane kontekstem kultury celtyckiej, ale wciąż pozostaje herosem bez skazy, francuskim mitem (całkowicie absurdalnym, bo wszyscy wiedzą, że współcześni Francuzi nie mają nic wspólnego z Galami). Myślę, że wyszło tu raczej nie tyle odmitologizowanie postaci, ile raczej ten mit został ujęty w racjonalne ramy.
Prawdę mówiąc, jest mi to całkowicie na rękę – gdyby pokazano mi jakieś wady Wercyngetoryksa, byłoby mi chyba jeszcze bardziej smutno, bo on gdzieś już wrósł w moją wyobraźnię jako taki barbarzyński superbohater. Teraz mogę się cieszyć, że to moje wyobrażenie było uzasadnione.

Wercyngetoryks to w sumie szalenie ciekawa i wartościowa lektura – im dalej w las, tym ciekawsza. Może na początku trochę zniechęcają obszerne omówienia poszczególnych celtyckich plemion i ich wzajemnych relacji, ale to wszystko później okazuje się przydatne, kiedy one wchodzą ze sobą w sojusze i konflikty, a między to wszystko uwikłany jest Cezar. Myślę, że rozumiem teraz sporo więcej z tego wycinka historii i z tym nowym spojrzeniem wrócę do spisanej przez Cezara historii wojny galijskiej. Koniec końców, mam parę stron bardzo konkretnego riserczu, z którego zamierzam zrobić użytek.
No i to zakończenie. Zakończenie, które pozostawia we mnie refleksję „Julek, ty penisie”.





Dla Cezara to klęska. Gergowia się nie poddała. Cezar z ciężkimi stratami wycofuje się na północ, w nadziei połączenia się z Labienusem. Jest to więc zwycięstwo Galów, a szczególnie Arwernów. Tryumf Wercyngetoryksa, jedyny, jaki pozna. Ale to tryumf prawdziwy i Rzymianie są w bardzo złym położeniu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...