niedziela, 10 grudnia 2017

De Nordconi Natura, czyli Fraa i Siem w Jastrzębiej Górze

Nowiutki kubek. Bo kto by nie chciał
kolejnego kubka, jeśli tylko można
mieć kolejny kubek?
(Nie będzie zdjęć, bo nie zrobiłam ani jednego i już, o.)
Kiedy na początku roku dowiedziałam się, że tegoroczny Nordcon będzie miał za temat przewodni starożytny Rzym, właściwie nie miałam chwili wahania: wiedziałam, że się tam zjawię i już. No bo kto jak nie ja? Bah, po doświadczeniach z zeszłoroczną imprezą w Jastrzębiej Górze, plan obejmował wykupienie noclegów, bo dojeżdżanie okazało się jednak trochę uciążliwe – w szczególności konieczność urywania się na ostatni PKS, które choć jeżdżą często, to jednak dość wcześnie kończą kursowanie.
Jakoś w marcu ruszyły zapisy, no więc od razu wykupiłam akredytację (obowiązkowo z kubkiem i koszulką) – peszek chciał, że nie bardzo byłam wówczas wypłacalna, żeby dokupić też nocleg. Kiedy zaś zrobiłam się wypłacalna, przerósł mnie formularz i nie umiałam dokonać rezerwacji pokoju bez powtórnego wykupienia akredytacji. Po jakimś czasie byłam już naprawdę zdeterminowana, toteż uznałam, że kij tam, najwyżej będę miała dwie akredytacje – kupuję ten nocleg i już. No, ale wtedy nie było już pokojów. Toteż ogólnie poległam tutaj po całości i okazało się, że w tym roku także czeka mnie dojeżdżanie.
Z czasem nawet mnie ucieszyło, że nie utopiłam tej kasy, bo trochę się moje podejście do całej imprezy (nie tylko do niej, to nic osobistego) zmieniło i chciałam w ogóle nie jechać.
Aż kilka tygodni temu tak w sumie trochę z nudów, trochę z ciekawości zajrzałam w informator z programem.
A tam była lista gości.
A na liście pierwsze nazwisko: Bogdan Burliga. I jeśli jest ktoś, komu miałam okazję opowiadać o moich studiach, z całą pewnością pojawiła się w tych opowieściach postać Wybitnego Autora. A tu Wybitny we własnej osobie miał przybyć na Nordcon!
No i znów musiałam zrewidować swoje poglądy, by dojść do wniosku, że hej, ja jednak chcę do Jastrzębiej.

W związku z tymi dojazdami, dość długo wahałam się w temacie czwartku: czwartkowy program tak naprawdę nie był dla mnie w żadnym razie interesujący, więc jechałabym tak naprawdę wyłącznie towarzysko. A że w ogóle nie czułam się towarzysko zdatna do użytku, to koniec końców uznałam, że wolę ten dzień spędzić w domu.
Co innego w piątek: przypomniałam sobie jakoś w ostatniej chwili, że przecież – dźgnięta zawczasu przez przytomną Siem – zapisałam się na zwiedzanie Portu Wojennego w Gdyni, zbiórka o 10:00. Czyli nie zostawało mi nic innego, jak zerwać się z rana i dziarsko ruszyć w drogę.

Okazało się, że autobus linii 150 to świetne połączenie między Gdynią Główną a portem – przystanek na Rondzie Bitwy pod Oliwą jest dosłownie parędziesiąt metrów od bramy, toteż wysiadłszy, mogłam radośnie obserwować innych uczestników wycieczki, którzy robili kolejne kółka na rondzie i wjeżdżali w kolejne uliczki w desperackich poszukiwaniach miejsca parkingowego.
Zwiedziliśmy trzy okręty: mały okręt rakietowy ORP Grom, korwetę ORP Kaszub oraz rakietową fregatę ORP Kościuszko. Wycieczka była tak miła, że kiedy na Kaszubie poszłam skorzystać z toalety, zostawili mnie i poleźli w swoją stronę, więc wyszedłszy z kabiny byłam tylko ja i puste korytarze. Jakoś udało mi się jednak znaleźć grupę – potem już tylko trzeba było znaleźć osobę, która poszła mnie szukać i można było kontynuować wycieczkę.
Moim jedynym problemem przy całym tym zwiedzaniu był fakt, że nie ogarniam tak bardzo, że nawet nie wiedziałam, o co miałabym pytać. A przewodnicy głównie nastawieni byli na odpowiadanie na pytania zwiedzających, czuję więc, że zupełnie nie wykorzystałam potencjału całej tej wyprawy. Niemniej podobało mi się i siedziałam na fotelu Kirka. Okrutnie wysokim, obrotowym fotelu Kirka. Człowiek od razu czuje się bardziej jak Kirk na takim fotelu.

Wycieczka w gruncie rzeczy trwała dość długo. Większość grupy pojechała potem do Gdańska, a my z Siem postanowiłyśmy dotrzeć na 16:00 do Jastrzębiej Góry na pierwszą z prelekcji Wybitnego: „Rzymskie spectacula – rzecz o wyobraźni, fantazjach i kulturze oglądania w starożytnym Rzymie”. Tego dnia jednak musiał być zły układ planet. Najpierw autobus do Gdyni Głównej utknął w okropnym korku, więc zanim wsiadłyśmy w PKS, minęło nieco czasu. Ale to i tak nic w porównaniu z korkiem, w jakim w Redzie utknął rzeczony PKS. Ruszyłyśmy z Gdyni o 14:35 – godzinę później byłyśmy wciąż przed Wejherowem. O 16:00 ledwo doczłapałyśmy w okolice Pucka. W Jastrzębiej koniec końców byłyśmy jakoś tuż przed 17., ja bardzo zła i rozgoryczona, właściwie chciałam odebrać akredytację i zawijać się do domu, fochnięta na cały świat – ale tak jeszcze ostatnim rzutem wlazłyśmy do sali prelekcyjnej, gdzie siedział Wybitny. I okazało się, że jego wystąpienie nieco się przedłużyło, bo prelegentów o 17:00 wciąż nie było – gdyż utknęli w korku po tym, jak wystartowali z Gdańska. Załapałyśmy się więc na jakieś ostatnie dwadzieścia minut wystąpienia. I już byłam tylko troszeczkę zła, ale przynajmniej wiedziałam, że jednak nie odpuszczę następnego dnia.
Kolejnymi prelegentami byli Michał i Piotr Cholewa, a ich wystąpienie nosiło tytuł „Nie takie groźne potwory”. Wysłuchanie prelekcji było dla mnie dość oczywistą oczywistością, bo niezmiennie świetnie się bawię, kiedy ci dwaj panowie zaczynają opowiadać. Tak też było tym razem: dowiedzieliśmy się o słabościach rozmaitych rodzajów stworów, od Obcego począwszy, przez Predatora, Terminatora, Screamersów, na tryfidach kończąc (oczywiście, pewnie w innej kolejności). Zapisałam sobie milion tytułów do przeczytania i/lub obejrzenia. Jeśli miałabym narzekać, to oczywiście zabrakło mi Borg w tym zestawieniu.
Zresztą, muszę przyznać, że jakoś w ogóle spodziewałam się czegoś innego: wiecie, jesteśmy na imprezie utrzymanej w tematyce okołorzymskiej. Jest prelekcja o potworach. W mojej głowie od razu pojawia się Echidna z całą jej potworną czeredą. Kiedy jednak przeszłam przez początkowy moment „aaaa, to o takie potwory nam chodzi…?”, zaraz sobie uświadomiłam, że kamaan, przecież to Michał i Piotr Cholewa – jak ja się mogłam właściwie spodziewać czegoś innego?

I niedługo potem pojechałam do domu – byłam dość zmęczona i niezbyt zadowolona, ale miałam świadomość, że mogło być gorzej.

Zupełnie inaczej ułożyły się sprawy dnia następnego: wsiadłszy do PKSu o 9:45, już o 11:05 byłam pod hotelem Primavera, w którym odbywa się Nordcon. Odebrana z przystanku przez Siem, zrzuciłam rzeczy u niej w pokoju, po czym poszłyśmy w okolice sali prelekcyjnej, koczować sobie spokojnie na 13:00, kiedy to Wybitny miał wystąpienie „Sztuka zamiany słów na obraz. O niezwykłej właściwości literatury grecko-rzymskiej” (hehe, przypomniało mi się drwiące pytanie Ulva o poranku: „Przecież nie jedziesz tylko na prelekcję Wybitnego”? – i konsternacja po chwili ciszy: „Ty jedziesz tylko na prelekcję Wybitnego!”). Zresztą przyznam, że początkowo było to dość zabawne doświadczenie, ponieważ kiedy już zajęłyśmy miejsca na widowni, okazało się, że w ogóle większość przybyłych to dawne studentki prelegenta. Później ta proporcja się nieco zmieniła, bo z czasem doszło trochę ludzi, niemniej na początku to wywołało mój ogromny rechot. Prelekcja była – co ani trochę mnie nie zaskoczyło – ogromnie ciekawa i pełna dygresji, a szczególnie cenne chyba okazało się zwrócenie uwagi na to, co sprawia, że tekst jest ciekawy i sugestywny. Taki moment, w którym uświadomiłam sobie, że chyba jednak bestseller nie jest mi pisany.
Zaraz po Wybitnym, wystąpił Rafał Nawrocki z prelekcją pod tytułem „Demony Mickiewicza i Słowackiego”. I znów: spodziewałam się czegoś innego. To znaczy opowieść o naszych rodzimych diabłach była bardzo interesująca, po prostu przyznać muszę, że spodziewałam się chyba więcej Mickiewicza i Słowackiego w wystąpieniu, które ma Mickiewicza i Słowackiego w tytule…? Ale to tak naprawdę żaden zarzut. Bardzo, bardzo dobrze się tego słuchało.
A potem – i próbuję to pisać bez radosnego machania rękami – poszłyśmy z Wybitnym na piwo. HA! To było prawie jak powrót na studia, tylko, no… z piwem. Czegóż Fryy mogłyby chcieć więcej (żeby było jakieś inne piwo oprócz Specjala, ale podłe Nordconowicze już wszystko wychlali)? Zanotowałam kolejny milion tytułów do obejrzenia i/lub przeczytania i ogólnie spędziłam przefajne, szalenie inspirujące półtorej godziny. I chyba Siem też. A Wybitny… cóż, przecież w każdej chwili mógł sobie pójść, prawda?
O 17:00 miał zresztą kolejną prelekcję: „Starożytni replikanci, czyli Blade Runner 73–71 p.n.e.: jak (i czy w ogóle) można zrozumieć antyczną instytucję niewolnictwa?”. Tradycyjnie, była ogromnie ciekawa, a w połowie przerodziła się w całkiem fajny dialog z widownią i, jak to bywa, pojawiło się mnóstwo porównań antyku ze współczesnością, a Rzym nie po raz pierwszy tu i ówdzie skojarzył się z Ameryką (piję tutaj do moich czasów studenckich i wykładów profesora McQueena, który – oprócz tego, że mówił niemożliwie ciekawie – bardzo często wykazywał podobieństwa między tymi dwoma imperiami). I wprawdzie później miał być panel „Wędrówka ludów AD 2015, czyli kto steruje nachodźcami?”, ale w sumie wystąpienie Wybitnego jakoś tak zaczęło się z tym tematem zazębiać, że koniec końców, kiedy wychodziłam (okrutnie smutna, że muszę uciekać, bo zaraz mi uciekał ostatni PKS), ustalono, iż w sumie to niech po prostu Wybitny kontynuuje.

I to jest właśnie tak: jechałam na Nordcon z fochem, wkurwem na ludzkość i postanowieniem, że ostatni raz dałam się wpuścić w całą tę głupotę. Wyjeżdżałam drugiego dnia z ogromnym żalem, że to już koniec (nie koniec całej imprezy, ale koniec dla mnie), że jednak za rok koniecznie chcę z noclegami, że było tak strasznie fajnie. I sama nie wiem: może to cały klimat imprezy, który sprawia, że nawet jeśli na początku czułam się trochę obco, to wrażenie minęło po jakichś dziesięciu minutach przebywania w hotelu. Może fakt, że wreszcie udało się spotkać z Siem po dość długiej przerwie. Może to, że po raz pierwszy od sześciu lat mogłam porozmawiać z Wybitnym. A może dostatecznie dużo piwa. Naprawdę trudno mi rzucić jakąś sensowną diagnozą. Widocznie taka już natura tego całego Nordconu. Cóż, w każdym razie zaczynam radośnie knuć, co zrobić z przyszłorocznym grudniem.
W dodatku tym razem już przytomnie zerkałam na drzwi w poszukiwaniu spontanicznych zmian w programie, ale w zasadzie ich nie było (poza jedną, która akurat i tak mnie nie interesowała).

I w ogóle, to niesamowicie mnie cieszy, że właśnie starożytny Rzym został w tym roku wzięty na tapetę, bo myślę sobie, że mało co tak jak tego typu wydarzenia może rozpromować antyk wśród ludzi. Wiadomo, że było w tym wszystkim sporo umowności, ale jednak zawsze to coś.

środa, 6 grudnia 2017

Najwyższy czas na notkę powitalną, czyli "Justice League"

(źródło)
Na początek nie na temat – szybka relacja z listopada: tegoroczne NaNo wygrałam z wynikiem 52145 słowa osiągniętym dwudziestego czwartego dnia listopada. Mimo rozmaitych intensywnych momentów i dni, kiedy w ogóle nic nie pisałam, właściwie ten miesiąc minął mi spokojnie. Od samego początku byłam sporo nad kreską i po prostu starałam się utrzymać ten poziom, żeby w razie czego dzień czy dwa dni przerwy mnie nie pogrążyły. W dodatku pisałam tekst w kompletnie obcym, nowym settingu, no i – chyba po raz pierwszy w życiu – spróbowałam napisać totalnie nie fantastykę. Było dziwnie. Spróbowałam też napisać romans, ale na tym polu akurat dramatycznie poległam. No, właściwie to poległ oblubieniec bohaterki, co wykluczyło możliwość zawarcia długotrwałego związku… Enyłej: wiem, że napisałam mnóstwo kupy, ale cośtam jednak pisałam, no i bawiłam się lepiej niż w ciągu NaNo z ostatnich lat. Uważam listopad za dość udany. Także z innych powodów, ale o nich pewnie napiszę nieco później.

A teraz do rzeczy.
Okej. To jest tak: mimo że nie jestem jakąś zagorzałą fanką komiksów, czasem coś mnie zaciekawi. I czasem będzie to coś od DC (i to takiego zupełnie oficjalnego DC, a nie Vertigo). Plus nie można zapominać o tym, że DC ma Batmana, czyli najbardziej osom superbohatera ever. Toteż nie jest niczym dziwnym, że kiedy pojawiło się filmowe uniwersum DC, zaczęłam je śledzić z pewnym zainteresowaniem, szczególnie że powoli byłam już zmęczona filmowym Marvelem, z którego obecnie można by sklecić bez mała telenowelę. I, choć filmy DC początkowo borykały się z pewnymi problemami, mam wrażenie, że z czasem było coraz lepiej, co szczególnie dało się dostrzec w genialnej Wonder Woman. Nie należy się więc dziwić, że kiedy zobaczyłam zwiastun Justice League, jarałam się jak debil i miałam ślinotok na myśl o tym filmie: kamaaan, przede wszystkim trailer sam w sobie jest przeepicki. Poza tym, zawierał w sobie Batmana! I Wonder Woman! Bohaterów, których ostatnie filmowe wizje już poznałam i które bardzo przypadły mi do gustu (ach, gdyby ktoś mi parę lat temu powiedział, że tak będę się jarać postacią graną przez Bena „Pearl Harbor” Afflecka – zabiłabym śmiechem!). Z pozostałymi herosami nie byłam jeszcze zaprzyjaźniona, ale zrobili na mnie od razu bardzo pozytywne wrażenie.
No i OMG TA MUZYKA Z TRAILERA!!!
A potem zostało już tylko podreptanie do kina.

Szczęśliwie w Gotham zawsze jest jakiś drapacz
chmur w budowie, więc są malownicze
rusztowania, żeby sobie na nich malowniczo
przycupnąć nocą. (źródło)
Okej, okeeej, widziałam zwiastun zbyt wiele razy, bo wszystkie najfajniejsze sceny i żarciki miałam już tak wprasowane w mózg, że kiedy pojawiały się w filmie, miałam takie niezręczne wrażenie, że tak, to już słyszałam, rzućcie mi czymś, czego nie znam. Ale to w sumie wyłącznie moja wina.
Nie zmienia to faktu, że film naprawdę mi się podobał: był dynamiczny, miejscami zabawny, w wielu punktach jednak dość poważny, by nie wyjść z kina z wrażeniem obejrzenia głupkowatej sieczki. Była rozwałka, a główny antagonista nie miał takiego przekomicznego wąsa jak Ares z Wonder Woman. Nadzwyczaj podobały mi się motywy muzyczne poszczególnych bohaterów – i oczywiście mam tu na myśli głównie Batmana i Wonder Woman. Fabuła była interesująca, Aquaman i Flash super fajni, Cyborg – nawet jeśli nie wzbudził mojej ogromnej sympatii – był w świetle całej historii bardzo dobrze umiejscowioną postacią, no i ogólnie po prostu wszystko grało.
Tyle tylko, że o ile całą zajebistość Justice League mogę zamknąć w jednym akapicie, o tyle oczywiście jakieś pojedyncze czepy muszą zająć dużo więcej miejsca, prawda? Bo zawsze łatwiej jest narzekać niż chwalić. Toteż teraz przechodzę do mankamentów i naprawdę chciałabym, żeby nikt za bardzo się nimi nie sugerował.

Flash. Flash był zaskakująco świetny,
a się go nieco obawiałam. (źródło)
Przede wszystkim, początek filmu nie był zbyt idealny: jak nietrudno się domyślić, Justice League zaczyna się od zebrania drużyny. Czyli poznajemy poszczególnych kandydatów do Ligi i ich oddzielne wątki, które ostatecznie mają nam się spleść w większą całość. I wszystko idzie niby ładnie tym schematem, ale miałam wrażenie jakiegoś poszarpania i bałaganu tej pierwszej części filmu. Jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy poświęcają każdemu z bohaterów dużo czasu i każą widzowi zagłębić się w te poszczególne historie, traumy i dramaty, czy może jednak tylko krótko i zwięźle przedstawią postać i srut, jedziemy dalej, Liga musi robić rozwałkę. Z dość wiarygodnego źródła wywiedziałam się, że film jest mocno pocięty i ma mnóstwo usuniętych scen, które – być może – zobaczymy w wersji reżyserskiej. I myślę sobie, że taka wersja mogłaby być o niebo lepsza, bo film w końcu zdecydowałby się na jedną z dwóch opcji: czyli faktycznie poświęcił bohaterom nieco więcej czasu. Tymczasem miałam wrażenie bałaganu i niełączenia się wątków. Prawdziwa zajebistość zaczęła się dopiero w momencie, w którym Liga tyle o ile się ukształtowała.
Co jeszcze? Chyba trochę przepakowanie Supermana. Oczywiście, wiadomo, że to Superman, ta nazwa nie wzięła się znikąd. Ale miałam jakieś takie nieprzyjemne wrażenie, że to tak naprawdę on jest jedynym bohaterem tego filmu, a reszta to co najwyżej jego sidekicki. A nie robi się sidekicka z Batmana, moi państwo, oj nie.
Tu mi się przypomina któryś komiks, którego tytułu oczywiście nie pamiętam, ale chodziło o to, że w Lidze Sprawiedliwości Batman miał na każdego członka Ligi teczkę z instrukcją, co robić, jeśli okazałoby się, że delikwent stoi po złej stronie barykady. A kiedy padło pytanie: co jeśli okaże się, że to sam Batman stoi po złej stronie barykady? – odpowiedź była prosta: uciekać.
No i Alfred. Alfred zawsze na propsie.
A jeśli ktoś miałby wątpliwości, to kaman,
Jeremy Irons zawsze na propsie! (źródło)
I to mi nijak nie przystawało do bohaterów z filmu.
Plus – aż głupio mi przyznać – nieco brakowało mi słodkopierdzących, troskliwomisiowych gadek Wonder Woman. Rozmył się nieco jej, bardzo przecież wyrazisty, charakter zarysowany w samodzielnym filmie o niej. Szkoda, bo to bardzo fajna paladynka na miarę naszych czasów i nie chciałabym, żeby to się gdzieś zagubiło. Brakuje w popkulturze tak zwyczajnie i poczciwie dobrych bohaterów.

Czy coś jeszcze…? Lois Lane. Niech ją ktoś zastrzeli. Okropnie nijaka, nieużyta postać, której nie cierpię z całego serca. No, ale tak poza tym - to chyba tyle. Gdybym miała możliwość, zdecydowałabym się na powtórny seans Justice League. Fajni, nowi bohaterowie, świetna muzyka, ciekawa historia, urocze nawiązania do poprzednich produkcji spod znaku DC. Pozostaje niedosyt, który każe czekać na samodzielne filmy – jak chociażby nadchodzący Aquaman.
Na pewno będę śledzić kinowe uniwersum DC. Co tu kryć? Marvel po prostu mi się już chyba przejadł. Miał przebłysk w postaci Logana, ale kolejne Thory, Iron Many i Avengersi po prostu jakoś tak stopniowo zaczęli mnie nudzić. Mogą więc ludzie gadać co chcą, że DC zupełnie nie daje rady w tym, w czym Marvel jest taki zajebisty i tak bardzo wykosił konkurencję – ale pozwolę sobie mieć inne zdanie.
BATMAN, BICZYZ.



– You really are out of your mind.

– I'm not the one who brought a pitchfork.

wtorek, 31 października 2017

To nie jest notka pożegnalna, czyli "Borderlands: The Pre-Sequel"

(źródło)
No bo tak. Właściwie jest 31 października, więc powinnam była napisać tylko jakieś pożegnanie i ewentualnie rzucić zajawką mojej tegorocznej NaNoPowieści, po czym zamilknąć na miesiąc. Tyle tylko, że w tym roku nie dam rady. Może zamilknę na miesiąc, a może nie. Może coś napiszę, a może nie. Za trzy godziny zaczyna się NaNoWriMo, a ja jedyne co mam, to potencjalny tytuł. Słabo to wróży.
Ale, oczywiście – nigdy nic nie wiadomo.

Niemniej pomyślałam, że byłoby fajnie, gdybym jednak jakiś wpis zdołała tu zostawić.
Akurat tak się złożyło, że ostatnio skończyliśmy z Ulvem Pre-Sequela do Borderlandsów. Uznałam więc, że to chyba odpowiedni moment, żeby o tym wspomnieć, czyż nie?

Być może gdzieś już o tym wspomniałam, ale jeśli nie, to wspomnę teraz: okrutnie się Pre-Sequelem jarałam. Oczywiście, wszystkiemu winien trailer – jak wszystkie trailery Borderlandsów, wywoływał we mnie natychmiastowe „OMGCHCĘGRAĆ”. Żeby nie było niejasności, mówię o tym:


Tymczasem z kilku źródeł słyszałam, że w gruncie rzeczy gra, mimo świetnego trailera, jest nudna. No ale z drugiej strony jakoś tak wyszło, że to była jedyna odsłona tej serii, której jeszcze nie tykałam. Dopiero co skończyliśmy pierwszą część Borderlandsów, wciąż w pamięci mam świetne Tales from the Borderlands – no to jakoś korcił jednak ten Pre-Sequel. I tak wyszło, od słowa do słowa, że zaczęliśmy rozgrywkę.

Domyślam się, że ludzie, którzy zarzucają tej grze nudę, mają w pamięci wyłącznie bardzo fajną dwójkę. Może rzeczywiście w takiej sytuacji Pre-Sequel nie wytrzymuje porównania. Acz jak dla mnie? Super. Ot, po prostu świetnie się bawiłam podczas rozgrywki.

Takie tam, bo nie mam własnych screenów
(źródło)
Po pierwsze, świat: dostajemy coś innego niż oferowały nam wszystkie Borderlandsy do tej pory. Nie biegamy po Pandorze, tylko po księżycu – Elpis. To oznacza, że po pierwsze: będziemy mieć bardzo malownicze, księżycowe scenerie, przyjemnie inne od pustkowi Pandory, po drugie zaś: zmniejszoną grawitację! Ej, mówcie co chcecie – zmniejszona grawitacja była kozacka. Przyznam, że początkowo się jej okropnie bałam, bo pod względem growo-motorycznym jestem strasznie niegramotna (z tego względu odpadają u mnie wszystkie gry zręcznościowe), niemniej okazało się, że nawet ja jestem w stanie to ogarnąć i skakać dalej, wyżej, fajniej. I to naprawdę daje mnóstwo frajdy. A zabijanie w powietrzu może nie ma wielkiego sensu praktycznego, ale o ileż bardziej jest kozackie, niż takie po prostu zabijanie z poziomu gruntu!
No i w tych warunkach pojawia się też fajny pojazd do dyspozycji, czyli poduszkowiec stingray, którym można skakać nad przepaściami i w ogóle człowiek czuje się jak w Star Warsach. Znów: myślałam, że stingray będzie moją bolączką, bo jest pojazdem jednoosobowym, a to oznacza, że musiałam sama stanąć za kierownicą – a tego zawsze, ale to zawsze unikam, bo zdecydowanie bliższa memu sercu jest wieżyczka strzelnicza. A tymczasem okazało się, że prowadzenie stingraya jest bardzo satysfakcjonujące. Jedyny problem tkwił w tym, że o ile poruszając się na piechotę, skakało się spacją, o tyle na stingrayu skakało się klawiszem „F”. Dla mnie to było mocno mylące i notorycznie próbowałam poderwać mojego poduszkowca za pomocą spacji.

Dalej: bohaterowie. Kurde, no – oni naprawdę są świetni. I okropnie mi smutno, jak sobie teraz pomyślę, że w Borderlands 2 część z nich się zabija. Do naszej rozgrywki przytuliliśmy akurat Nishę i Wilhelma. I oboje byli fantastyczni. Ja akurat mogę się wypowiedzieć tylko o tym ostatnim, bo to nim grałam. I muszę powiedzieć, że prawie-prawie korci mnie przejść Pre-Sequela jeszcze raz, tylko tym razem z innym drzewkiem talentów. Bo absolutnie wszystkie specjalizacje Wilhelma są przefajne. Uderzyłam akurat w – tak mi się zdaje – najprostszą, stawiającą głównie na rozwój Wolfa. Ale nie mogłam zrobić inaczej, skoro mój dron nazywał się Wolf! Natomiast cały czas korciło mnie – i korci nadal – pobawienie się w Wilhelma-cyborga i zaaplikowanie mu paru fajnych modyfikacji jego własnego ciała.

(źródło)
W przeciwieństwie do pierwszej odsłony Borderlandsów, tym razem loot był całkiem przyzwoity i nosiło się sprzęt na poziomie zbliżonym do tego, jaki akurat mieliśmy. To była całkiem miła odmiana po jedynce. Choć opcja przerabiania trzech giwer na jedną lepszą okazała się dość nieużyta, bo wypadał mi z tego niezmiennie badziew, więc w końcu zdecydowałam się sprzedawać zbędną broń, a nie chomikować jej na grindera.
Fajniej niż w pierwszej części Borderlands wypadały też walki: nie miałam wrażenia, że zwykłe popychla sprawiają mi więcej kłopotu niż bossowie. Owszem, we dwoje większość bossów rozjeżdżaliśmy, ale przynajmniej była przy tym zabawa i chyba nikogo nie zabiłam niechcący. Fajna była też finałowa rozwałka z Sentinelem (zwanym dalej Świętowitem), bo coś się działo, następowały po sobie wyraźne fazy i z czasem można było się połapać, na czym ta zabawa polega – w przeciwieństwie do finału w Borderlands, gdzie do tej pory nie do końca kumam, co miałam robić tamtym mackom.

No i historia: co tu gadać, gdyby nie historia, pewnie oceniałabym tę grę bez porównania niżej. Ale Pre-Sequel to w istocie historia Handsome Jacka. A ja jestem fanką Handsome Jacka, więc chłonęłam tę opowieść jak wysuszona gąbka. Uwielbiam to, że wreszcie poznaliśmy drugi punkt widzenia – perspektywę kogoś, kto w swoim mniemaniu przecież nie był nigdy złoczyńcą, tylko ratował Elpis. Ratował wszystko. Oczywiście, w swój specyficzny sposób, niemniej postępował w swoim mniemaniu dobrze, a potem został zdradzony. I ja autentycznie byłam nieomal dumna, że kiedy wszyscy się odwrócili, my z Nishą zostaliśmy po stronie Jacka.

Jeśli więc o mnie chodzi, Borderlands: The Pre-Sequel totalnie spełnia moje oczekiwania. Teraz z pewną obawą będę wracać do Borderlands 2, bo przecież wiem, czym to się kończy zarówno dla Handsome Jacka jak i dla innych postaci, które tak polubiłam. Z obawą też patrzę na nadchodzące Borderlands 3, bo nie umiem sobie już wyobrazić tego settingu bez Jacka (mimo że nie było go w pierwszej części).

No i tak to jest.
A za dwie godziny listopad.



– What's the point of you, Wilhelm? What do you even want out of life?
– I'm really good at killing people. I wanna be a robot.

– That's pretty weird.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...