poniedziałek, 30 lipca 2018

Smoki, literatura i umieranie: "Fantazmaty. Tom I"

(źródło)
Autor: praca zbiorowa, pod red. Dawida Wiktorskego
Tytuł: Fantazmaty. Tom I
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Fantazmaty to pierwsza odsłona nowego cyklu na fantastycznym poletku ebooków, ale nie pierwszy tego typu zbiór, który dostajemy w ostatnim czasie. Przede wszystkim - niejako prekursorką tej antologii była inna pozycja: Geniusze fantastyki, firmowana jeszcze przez Genius Creations – w przeciwieństwie do Fantazmatów, które z tym wydawnictwem nie mają już nic wspólnego, za wyjątkiem częściowego zaangażowania tych samych osób – tyle że tym razem już czysto hobbystycznie i pod własną marką.

I muszę przyznać, że w porównaniu z Geniuszami… nowa antologia wypada po prostu lepiej. Być może częściowo przez to, że jest krótsza: nie mam wrażenia, że to zbiór wszystkich możliwych opowiadań, które autorzy powykopywali ze swoich szuflad, tylko rzeczywiście teksty przeszły jakąś selekcję, co znacząco odbiło się na ich jakości. Mniej, ale lepiej. I ja to bardzo popieram.
Wciąż jednak mam wrażenie, że czegoś w tym wszystkim zabrakło. Skłaniam się ku myśli, że bardziej doświadczonej redakcji. Większość opowiadań jest w porządku, jest kilka tytułów naprawdę dobrych. Zazwyczaj jednak miałam irytujące wrażenie, że pomysł jest fajny, ale gdzieś po drodze zabrakło solidnej redakcji, która wymusiłaby na autorze przerobienie tekstu z „w porządku” na świetny, w którym ten fajny pomysł mógłby naprawdę rozbłysnąć.

Zacznę może od tych tekstów, które zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie – choć muszę tu podkreślić, że nie były złe. Ot, najwyraźniej nie jestem targetem. Przede wszystkim Pod skórą Agnieszki Hałas: nie wątpię, że to sprawnie napisana rzecz. Niemniej nie potrafiłam wykrzesać z siebie emocji podczas lektury. Tekst porusza problemy – i chwali mu się. Tyle że nie robi z tymi problemami właściwie niczego odkrywczego, co by sprawiło, że zapamiętam ten tytuł na dłużej. Mam świadomość istnienia tych problemów i czułam się trochę tak, jakby mi ktoś powtarzał w kółko, że wojna jest zła. Trudno zaprzeczyć, ale też to nic nowego. Plus miałam moment niepoprawnego rechotu przy zdaniu „Ciekawi was, jak to właściwie jest z moim wykształceniem?” – bo jedyna odpowiedź, jaka mi się nasunęła, to „Nie. Mam to w nosie”. I aż mnie korciło, żeby kontynuować dyskusję z narratorką.
W zbliżonym klimacie utrzymany jest Dzień Walpurgii Ahsana Ridha… Ridhy? Hassana (dobrze odmieniłam…?): mimo odmiennej fabuły, w obu przypadkach czytelnik dostaje osadzoną we współczesności historię młodego człowieka, który pod płaszczykiem urban fantasy sprzedaje nam problem: u Agnieszki Hałas była to, żeby nie wchodzić w detale, patologia w rodzinie, tutaj mamy chorobę psychiczną. Przy czym Dzień Walpurgii przypadł mi do gustu nieco bardziej, bo uświadomił mi istnienie czegoś, czego wcześniej nie znałam – wrażenie popsuł jedynie przypis na samym końcu. Powiadam: pozwólcie czytelnikowi dociekać samodzielnie. Nie wyręczajcie go w myśleniu.
Te dwa teksty chyba są najmniej „fantastyczne” ze wszystkich (na upartego można by uznać, że Dzień Walpurgii to w ogóle nie jest fantastyka). W pozostałych nadprzyrodzone akcenty są już nie tylko kostiumem, ale mocną bazą dla całej opowieści. Co w żadnym razie nie oznacza monotonii: dostajemy zarówno dość typowe (może czasem aż nazbyt typowe, wliczając w to mało twórcze nawiązania do klasyki) fantasy pełną gębą (Na podobieństwo Alicji Janusz, Dwie głowy węża Magdaleny Kucenty czy Księga Daat Anny Szumacher – wszystkie te teksty są bardzo zgrabnie napisane, tylko może dostały nieco za mało przestrzeni, żebym dała radę naprawdę przywiązać się do bohaterów. W efekcie dostałam postacie, których nie znam, w światach, o których nic nie wiem. Ich losy wywoływały we mnie głównie wzruszenie ramion), jak i różnorodne sci-fi (nasuwa się tu głównie Na obraz i podobieństwo Krzysztofa Rewiuka – dobre, tylko kompletnie nieprzekonujące relacje między bohaterami, jakby autor chciał wrzucić za dużo na za krótkiej przestrzeni, przez co te stosunki tak naprawdę nie zdążyły się sensownie nawiązać; no i oczywiście Trupy Pawła Majki – ciekawe i z fajnym zakończeniem, ale będące chyba głównie pokazaniem świata, niż historią o konkretnych bohaterach, bo ci w sumie pozostali mi dość obojętni. Wspomnieć też muszę o Ego te absolvo Agnieszki Sudomir – to ubrana w fantastycznonaukowy płaszczyk opowieść, która w nieoczywisty stawia dużo pytań natury etyczej).
W jeszcze innych klimatach są osadzone takie opowiadania jak Wieczne życie Tomasza Przyłuckiego – zabawne, lekkie, choć dość szybko wylatujące z pamięci – czy Następna stacja: Katastrofa Piotra Gruchalskiego. Miłośnicy słowiańskich klimatów znajdą dla siebie bardzo przyjemne Babie lato Piotra Borlika, fani humorystycznych miniaturek sprowadzających się do szeregu słownych gierek – Gang Higiena Kazimierza Kyrcza Jr. I Michała Walczaka. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest inna miniaturka: Pan Kukiełka Dawida Kaina – gęsty od niepokoju obrazek dla miłośników grozy. Wymienię tu jeszcze Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym Istvana Vizvary’ego: historię pewnego emeryta, który umarł. Na uwagę zasługuje fajne przenikanie się zmysłów, a także intryga, która z czasem wciągnęła.
I to jest ta najliczniejsza grupa tekstów: są fajne, sprawnie napisane, pozbawione większych baboli – po prostu z tych lub innych przyczyn do mnie nie przemówiły. Czegoś im zabrakło: przekonujących relacji między postaciami, interesujących bohaterów – ot, po prostu czegoś, co by mi na dłużej zostało w pamięci. Czytało się dobrze, ale muszę wracać do spisu treści, żeby przypomnieć sobie, o czym to właściwie było.

Fantazmaty mają jednak również teksty, które dużo mocniej wbiły mi się w mózg. W większości – pozytywnie. Ale zacząć muszę od dwóch niechlubnych wyjątków.
Przede wszystkim więc, wkurzyło mnie Śnienie Marcina Rusnaka. Sam pomysł na przedstawienie superbohaterskiej historii z punktu widzenia zupełnie niesuperbohaterskiego męża jest bardzo wporzo. Przypadłość dziecka interesująca (nawet jeśli kino słyszało już o takich pomysłach). Szkoda tylko, że ten mąż to całkowicie nieciekawy, antypatyczny koleżka, któremu z czasem życzyłam coraz gorzej i gorzej. Miałam ochotę obić mu ryj za każdym razem, jak wydzwaniał do swojej żony z jakimiś pierdołami, podczas gdy ona ratowała świat przed apokalipsą. Nie poprawiła sytuacji wstawka o Bulim, ale to już moje zupełnie prywatne spaczenie. Po prostu zupełnie się nie dogadaliśmy. A nawiązania do popkultury wyszły po raz kolejny nieciekawie.
Poważny problem widzę też w przypadku tekstu AJAS 22.9.5.12.11.9 Jacka Łukawskiego: to znaczy samo opowiadanie odebrałam nawet pozytywnie, ale potem dostałam w twarz… przypisem…? Epilogiem? Odautorską notatką pod tytułem „co autor miał na myśli”. I to było autentycznie straszne – nie wierzyłam, że na serio widzę coś takiego w książce. Jeśli przypis kończący Dzień Walpurgii wzbudził mój niesmak, to tutaj miałam ochotę naprawdę gryźć i drapać. Uważam, że to po prostu uwłaczające dla czytelnika, żeby tego typu notatki wrzucać do jakiejkolwiek publikacji.

A teraz już z czystym sumieniem mogę przejść do mojego TOP 4 pierwszego tomu Fantazmatów.

Na czwartym miejscu: Błędny rycerz Andrzeja W. Sawickiego – bo mechy, bo klimat i interesujący setting. Ciekawi bohaterowie. Historia, która wciąga i każe zastanawiać się, co było wcześniej i co wydarzy się później. Czuję się zachęcona do zaprzyjaźnienia się z twórczością tego autora – jedyny zgrzyt miałam przy przypisie poświęconym Inkluzji: za dużo, za niepotrzebnie. Wystarczyło krótkie „po więcej – patrz powieść: Inkluzja” czy coś w tym stylu. Nie rozpraszałoby niepotrzebnie. Na dodatkową uwagę zasługuje tu świetna ilustracja Tomasza Ściolnego.
Miejsce trzecie należy do Drakodoncji stosowanej Kamili Dankowskiej. To tekst, który zajął pierwsze miejsce w konkursie i jakoś mnie to nie dziwi. Opowiadanie jest wciągające i zabawne, w dodatku ma tę cechę, którą podkreślałam w tekstach ze Skafandra i melonika: wierzę narratorowi. Mam wrażenie, że autor wiedział, o czym pisze – zarówno pod względem emocji jak i przedstawionej technologii. Fakt, że całość opiera się na legendzie o Szewczyku Dratewce to tylko taka wisienka na torcie. Po prostu świetnie się bawiłam od początku do końca tego tekstu.
Mocne drugie miejsce zajmuje I moją głowę też Alicji Tempłowicz: z jednej strony, znane i lubiane postapo z ludźmi, którzy szlajają się po zgliszczach znanego im świata. Z drugiej, Alicja Tempłowicz nie byłaby sobą, gdyby u podstaw tego – na pozór typowego – settingu nie leżał jakiś wypasiony, niebanalny pomysł. Dodatkowo dostajemy sporo ciężkich emocji i bohaterów, którzy z miejsca zaczynają „działać” na czytelnika, tak że nie mogłam się nie zaangażować w ich losy.
O włos, niemniej zwycięża w moim prywatnym rankingu Zachwyt Wojciecha Guni: niesamowicie pomysłowy tekst o… cóż, o wielu rzeczach, ale nie sposób je wyliczać nie spoilując, więc jestem zmuszona pominąć fabularne podsumowanie. Dość, że tekst ogromnie kojarzy mi się z Bibliotekarzem Jelizarowa, a to powieść, która od lat jest jedną z moich ulubionych lektur ever. W Zachwycie znalazłam podobnie ciężki, nostalgiczny klimat i opowieść o smutnych, samotnych ludziach, którzy znaleźli swój sposób na życie. Czytelnik zanurza się w ten ich świat i odkrywa tam magię, której się nie spodziewał, która nie pasuje do tych okoliczności – odstaje i wciąga jednocześnie. Plus jest piękna zagadka z pięknym finałem. Jestem przekonana, że to opowiadanie zostanie ze mną na dłużej.

Nie powiem, że to zaskakująco dobra antologia – bo Skafander i melonik mnie trochę rozbestwił. Natomiast z całą pewnością jest to dobra antologia, pełna fajnych tekstów, wśród których można znaleźć prawdziwe perełki. Nawet opowiadania, które negatywnie zapisały mi się w pamięci, w gruncie rzeczy mają w sobie sporo dobrego, tylko po prostu w ten czy inny sposób nadepnęły mi na odcisk. To byłby dobry zbiór, choćbym musiała za niego zapłacić w księgarni – a biorąc pod uwagę, że można się nim cieszyć za darmo, to w ogóle nie ma o czym gadać: pozostaje tylko pobrać i cieszyć się lekturą.


Książkę można pobrać tutaj - formaty do wyboru, do koloru.




Rzuciłem się w prawo, byle uniknąć bezpośredniego plunięcia, zdolnego zeszklić piasek. Ścigany rykiem płomieni, skoczyłem za kontener. Zapikał SHEEP.
– Żryj owcę! – Z okrzykiem bojowym wychyliłem się zza osłony i odpaliłem wyrzutnię.

[Kamila Dankowska, Drakodoncja stosowana]

piątek, 13 lipca 2018

"Skafander i melonik": więcej niż steampunk


Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Skafander i melonik
Miejsce i rok wydania: Katowice 2018
Wydawca: Śląski Klub Fantastyki

Nie ukrywam, że do antologii ŚKF-u miałam ambiwalentny stosunek: z jednej strony wiem, że przynajmniej część autorów pisze fajnie – no bo ich czytałam w innych miejscach i mniej-więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Z drugiej strony, to antologia. A antologie to zawsze śliskie sprawy, no bo wielu autorów, wiele wątków, różne klimaty i zawsze istnieje ryzyko, że po prostu nie dam rady się wkręcić w żadną opowieść.
Tutaj dodatkowego niebezpieczeństwa upatrywałam w tytule, a zarazem motywie przewodnim książki: ów skafander i melonik. Najzwyczajniej w świecie bałam się, że dostanę zalew wtórnego steampunku, gdzie oczywiście któryś z bohaterów będzie musiał nosić melonik bo tak, i nic ciekawego z tego nie wyniknie.
Na szczęście pomyliłam się wszędzie, gdzie tylko mogłam.

Przede wszystkim, antologia zaskakuje wysokim poziomem i niebanalnymi pomysłami. Okazało się, że narzucony motyw przewodni w żadnym razie nie ograniczył autorów, a wręcz przeciwnie: sprowokował powstanie niesamowitych historii, ogromnie różnorodnych i w większości wciągających. Po drugie, teksty są po prostu dobrze, sprawnie napisane.
Tak naprawdę mam wątpliwości tylko odnośnie do jednego tekstu: La Estrella Aleksandry Sokólskiej. Wciąż nie do końca umiem powiedzieć, o co chodziło autorce. Czy to tekst o upadłej gwieździe, która dostała ostatnią szansę, żeby jeszcze błysnąć? Czy może o trudnych relacjach walczącej matki z córką? Bo ten motyw się pojawia, ale został zarysowany jakoś tak blado i do niczego nie prowadzi, że właściwie nie wiem, czy nie jest wrzucony w tekst zupełnie niepotrzebnie. I tak nic z niego nie wynika. Nie zdołałam zaangażować się w tę relację, ani w ogóle poczuć sympatii do któregokolwiek z bohaterów, łącznie z tytułową zapaśniczką. Na szczęście opowiadanie było dość krótkie, wiec bez bólu się przez nie prześlizgnęłam.
W ogóle skoro już o tym mówię, to wspomnę o pozostałych pojawieniach się cholitas w antologii: bo najwyraźniej te kobiety skradły serca autorek. I wcale się nie dziwię – kiedy swego czasu trafiłam w internetach na filmik z walecznymi Boliwijkami, też od razu pojawiła mi się myśl, że to cholernie inspirujące i na pewno ma ogromny potencjał na tekst. Jak widać, nie ja jedna tak poczułam: kobieta w meloniku i falbaniastych spódnicach pojawia się także u Anny Łagan w tekście Ekonomia to dolina niesamowitości – choć w zupełnie innym kontekście i bez walk. Zresztą, jest to bardzo interesujące opowiadanie ze względu na głównego bohatera, Manu. Po pierwsze, podoba mi się motyw androida, który jest zaprogramowany na konkretne zadanie i zrobi wszystko, żeby to zadanie realizować – i mam tu na myśli: naprawdę wszystko. Po drugie, w ogóle lubię nawiązania do hinduizmu i takie a nie inne przedstawienie Manu.
(źródło)
Trzecim tekstem z udziałem Boliwijki w meloniku jest Matki płaczą solą Alicji Tempłowicz. I tu przyznam, że nie miałam zaskoczenia: spodziewałam się najwyższej półki i właśnie ją dostałam. To świetny, przejmujący tekst, łączący współczesność z pradawnymi zaklęciami, zanurzony zarówno w boliwijskiej geografii i religii, jak i w historii rozwoju języka, w dodatku z miejsca czuje się sympatię do bohaterów. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, a koniec końców intryga przypominała mi Wrath of the Lich King, czyli jeden z dodatków do WoWa, tylko rozegrany dużo bardziej gorzko. A jeśli dla kogoś to nieszczególna pochwała, to tylko napomknę, że to wciąż jest mój ulubiony dodatek do WoWa, a WoW sam w sobie zarobił już około 10 miliardów dolarów, więc cóż… można gadać, ale dobry produkt jest po prostu dobrym produktem. I kiedy zaczęłam kolejne opowiadanie, miałam myśl, że to trochę nieuczciwe, bo kilka pierwszych akapitów czytałam wciąż pod wpływem Matek… i zupełnie nie potrafiłam się skupić.
W opowiadaniu Alicji Tempłowicz miałam nieodparte wrażenie, że autorka doskonale wie, o czym pisze – nie epatowała riserczem, ale czułam, że wszystko, co czytam, jest gruntownie sprawdzone i wiarygodne. Podobne wrażenie miałam przy tekście Jeden spalony rzut Krystyny Chodorowskiej: czytając czułam, że mogę wierzyć narratorowi. Wierzyłam zarówno w towarzyszące bohaterom emocje podczas skoku i prób ugaszenia pożaru, jak i w techniczne detale opisujące całą procedurę. Dodatkowo pomysł widzenia syntetycznego był po prostu świetny. Nasuwa się myśl, że to świetny komentarz do współczesności i nie mogę się opędzić od porównania ze Star Trekiem, który robił to w bardzo podobny sposób: uwydatniał aktualne bzduryzmy przenosząc je w obce, futurystyczne scenerie. Bardzo fajnie rozegrane.
Z obcością wyraźnie mierzą się trzy inne opowiadania ze zbioru: przede wszystkim muszę tu wymienić Zwierciadło w dziurce od klucza Marty Magdaleny Lasik, które jest przesycone obcością zarówno w fabule jak i w warstwie językowej. Bardzo pomysłowe i sprawnie, kompetentnie napisane, zostaje w pamięci. Nawet jeśli sama intryga i wiszące nad Ziemią zagrożenie średnio mnie ruszyły, to z całą pewnością odczułam potężną barierę, jaka wyrastała między Kornelem a ludźmi, którzy – nawet choćby chcieli – nie byli w stanie go zrozumieć. A on nie do końca potrafił zrozumieć ich, choć przecież dysponował aparatem poznawczym, o którym ludziom się nie śniło. No i język przenosi czytelnika od razu do tego dziwnego świata, w którym obcy żyją wśród nas.
(źródło)
Mamy też Flaun Marty Potockiej – początkowo czytałam je bez zbytniego zaangażowania, ale z czasem dość skutecznie mnie wciągnęło i ani się obejrzałam, jak z przejęciem śledziłam losy nieco psychopatycznego Fina i jego załogi. Pavel mnie niepokoił, a do Vogela czułam podskórną niechęć. Dziwi mnie tylko, że załoga, choć niby kompetentna, tak lekceważąco podchodziła do buzującego na planecie życia: ostateczne rozwiązanie intrygi było czymś, na co w sumie bez większych rozkmin wpadłam jeszcze kiedy Sofia biegła się ogrzać. Dlaczego im, fachowcom, tak długo to zajęło?
Trzeci tekst naznaczony obcością, który akurat z tych trzech najmniej do mnie trafił, to Ślady w popiele Karoliny Fedyk. Nie jest zły, ale jakoś bohaterami się nie przejęłam, a na rozwiązanie intrygi znów wpadłam o wiele za wcześnie, żeby później to zrobiło na mnie wrażenie. Losy krajów, o których w sumie nic nie wiedziałam, nie zdołały mnie zaangażować. To, co polubiłam, to aurę towarzyszącą Sandro. Budził niepokój i współczucie jednocześnie. Dziwną litość, choć raczej to on mógłby się litować nad ludźmi.
Do wspomnienia zostały mi jeszcze dwa opowiadania i nieprzypadkowo właśnie one: Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra Anny Hrycyszyn to najdłuższy z tekstów w antologii i był dokładnie tym, czego się spodziewałam: przemyślany steampunk, sympatyczni bohaterowie, unoszący się gdzieś nad wszystkim wątek romantyczny, który jednak nie zdominował przygodowego charakteru całości. Z jednej strony, chciałabym poznać więcej losów Fiksa i Jaśminy, bo nie mam ochoty się z nimi rozstawać. Z drugiej, zastanawiam się, czy to by miało sens: czy teraz, kiedy czytelnik zna świat, nie byłoby to wtórne, jak steampunkowa imitacja Sherlocka Holmesa czy innych tego typu detektywistycznych opowieści? Cóż, wszystko w rękach autorki, niemniej była to przyjemna lektura, która – mimo długości ­ nie zdążyła się znudzić.
(źródło)
Jeśli zaś chodzi o Pościg Michała Cholewy, to obok opowiadania Alicji Tempłowicz jest to chyba mój ulubiony tekst. I znów – nie miałam tu zaskoczenia. To nie mój pierwszy kontakt z twórczością tego autora i nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Wyraziści bohaterowie, do których z miejsca czuje się sympatię, mimo że nie są jakoś szeroko opisani. Przemyślany, interesujący świat. A do tego ciekawa historia i zaskakująca intryga. Przy czym w przypadku tego akurat tekstu nie mogłam się opędzić od skojarzeń z Zatopić „Niezatapialną” wspomnianej wcześniej Anny Hrycyszyn, ale to nie jest skojarzenie na zasadzie „zgapione”, tylko raczej… cóż, posłużę się filmową analogią. O ile Zatopić… jest takimi Piratami z Karaibów, o tyle Pościg to Pan i Władca: na krańcu świata. Niby podobny świat, niby gdzieś w tle są pewne inne podobieństwa, ale jednak całość ujęta zupełnie inaczej. Oba teksty są świetne w swoich kategoriach. Pościg sprawił, że zdecydowanie chciałabym więcej opowieści z tego świata, więcej o Wilsonie Bennecie, O’Malley, Huxleyu i lady Morwood. Bwah, a także o Trevelyanie. Boli mnie, że praktycznie nie wiem nic o kapitan Caravaggio, choć z drugiej strony, to fantastyczne zagranie, które po raz kolejny każe mi wrócić do Pana i Władcy…, gdzie także nie jest nam dane na własne oczy poznać francuskiego kapitana. Tak tylko podpowiadam, w razie gdyby autorowi znudził się Algorytm wojny

Antologia Skafander i melonik zdecydowanie zaskakuje. Opowiadania są sprawnie napisane, autorzy sprawiają wrażenie, że doskonale wiedzą, o czym piszą. Umiejętnie operują słowem i doskonale wiedzą, o co im chodzi. Chyba tylko raz się skrzywiłam, bo przy fragmencie o biotechnolożce z Polski i jej koleżance, która chciała hodować owce w Bieszczadach aż nadto silne miałam wrażenie, że to jakieś hermetyczne, koleżeńskie cameo, które – moim zdaniem ­ zdecydowanie powinno wylecieć, bo i tak nie wnosi niczego do historii. Ale tak poza tym: rzecz zdecydowanie warta przeczytania.



Wystartowali tuż przed świtem, biorąc kurs na północ, w stronę gdzie wczoraj wyruszył „Szkarłatny Świt”. Szybko zostawili za sobą złoty blask słońca na powierzchni jeziora i wysokie mury fortu Diamond Rock i zanurzyli się w wiszące nad wąwozami Mistmarsh mgły. „Lewiatan” szedł dwiema trzecimi mocy maszyn, rozcinając strzępy szarego oparu, nisko nad pędzącymi tuż nad kadłubem –a czasem nawet wystającymi ponad relingi – wierzchołkami ukrytych w szarości drzew.
– Michał Cholewa, Pościg

sobota, 7 lipca 2018

Najdłuższa deska IN SPACE, czyli "Chłopiec i jego czołg"


Autor: Leo Frankowski
Tytuł: Chłopiec i jego czołg
Tytuł oryginału: A Boy and His Tank
Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2002
Wydawca: ISA

Och, żarcik z najdłuższą deską jest dość czerstwy, ale nie mogłam się powstrzymać. Bo wiecie, taka najdłuższa deska jest w chyba sztandarowej kaszubskiej atrakcji turystycznej: w Szymbarku. I wciąż zachodzę w głowę, dlaczego ludzie zjeżdżają się, żeby obejrzeć deskę. Nawet jeśli to długa deska. Ale łotewer. Tak naprawdę chodzi mi tu tylko o powiązanie deski, Szymbarku i Kaszubów z książką.
Bo Chłopiec i jego czołg to właśnie to: Kaszubi w kosmosach. I muszę tu zacząć od tego, że pomysł uważam za fenomenalny. W ogóle branie na tapetę ciekawych mniejszości to niezła myśl, bo kryje się w nich niesamowity potencjał na oryginalną opowieść. Tak też jest w przypadku Kaszubów. W ogóle myślę, że ludzie w Polsce i na świecie niewiele wiedzą o Kaszubach. Bah, od paru lat jestem dumną trójmiejszczanką (trójmieszczką...?), a też nie mam o nich większego pojęcia. To ludzie, którzy kojarzą się głównie z kwiecistym haftem, tabaką i truskawkami. I tu druga rzecz: wrzucenie ich w realia science-fiction, tak kontrastujące ze stereotypowym wyobrażeniem Kaszuba, to po prostu genialna idea. Aż trochę boli, że zrodziła się za oceanem. Nasi rodzimi twórcy fantastyki powinni się wstydzić, że przepuścili taki potencjał.
Boli tym bardziej, że nie wątpię, iż nasi rodzimi twórcy zrealizowaliby ten pomysł bez porównania lepiej.
Leo Frankowski miał polskie korzenie i, jak się zdaje, bez skrępowania wykorzystywał to w swojej twórczości. Jego najsłynniejszy cykl sci-fi traktuje o polskim inżynierze, który przenosi się w czasie do trzynastowiecznej Polski i miesza w historii. W Chłopcu… tej polskości jest nieco mniej, ale też się przewija. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to jednak pisanina kogoś, kto w sumie sam nigdy w Polsce nie był i nie jestem przekonana, czy spotkał w życiu jakiegokolwiek Kaszuba. A już zupełnie jestem pewna, że nie widział nigdy deski z Szymbarku.
Jego Kaszubi robią fajne wrażenie na pierwszy rzut oka: historia tego, jak dostali się w kosmosy i jak wylądowali na swojej planecie, a także jak sobie na tej planecie poradzili, jest fajna i pomysłowa. Opisywana mniejszość ma charakterek i łatwo się nie poddaje, całkiem zgrabnie łącząc w sobie kaszubskość z polskością. Schody zaczynają się, kiedy czytelnik pozna już to tło historyczne (a to następuje dość prędko, no bo cóż – taka natura wszelkiego rodzaju teł, no nie? To tylko wstępy do właściwej opowieści) i czas poznać naszego głównego bohatera, Mikołaja.
Mikołaj jest kompletnie bez wyrazu. Ot, bohaterski bohater, którego chcą przelecieć wszystkie cytate panienki w okolicy, potrafi przechytrzyć najcwańsze komputery, ma oczywiście talent do dyplomacji, wojaczki i czego tylko dusza zapragnie. A jeśli zdarzą mu się jakieś chwile słabości, to tylko go uczłowiecza i sprawia, że cycate panienki z okolicy chcą go przelecieć jeszcze bardziej. To takie „męskie pisanie” w najgorszym tego sformułowania znaczeniu. Kiedy narrator skupia się na akcji, rozwałkach czołgów i wybuchach, jest nieźle. Bez jakiegoś szczególnego kunsztu, ale nieźle i przyjemnie się czyta. A kiedy mamy budowanie bohaterów i relacji między nimi – mam ochotę płakać. Wszelkiego rodzaju emocje – i to mam na myśli naprawdę wszelkiego, zarówno te towarzyszące życiu w związku, jak i te wynikające z otaczającej bohaterów wojny – są podane w sposób maksymalnie lakoniczny, przez co kompletnie nie działają. Niby żołnierze serbscy gwałcą chorwackich jeńców, a jakoś wywołuje to tyle uczuć, co gdyby nie powiedzieli „na zdrowie”, kiedy bohater kichnął. Podobnie wygląda sprawa z rozterkami miłosnymi.
A gdybym miała być czepialska, to bym powiedziała, że autor zdecydowanie pisze „po męsku”, bo żadna rozsądna kobieta nie napisałaby bzdury o tym, jak to Mikołaj w ramach ćwiczeń biegnie przez jakieś łąki, a obok niego biegnie topless jego wielkocyca trenerka. Bo kobieta by wiedziała, że dla wielkocycej trenerki bieganie bez żadnego podtrzymania tych cycków byłoby mega niekomfortowe.
No ale okej, piersi się bimbają na boki, więc jest dobrze, prawda. Mi jest nieprzyjemnie na samą myśl o tym.

Acz, żeby było zabawniej, tak naprawdę w powieści nie ma żadnej zdrożnej sceny – ogólnie całość, mimo że mogłaby uderzyć zarówno w całkiem rozbuchaną erotykę jak i pełnokrwistą jatkę, trzyma się na poziomie PEGI 13. Kurtyna zapada za każdym razem, kiedy między postaciami ma do czegoś dojść, a jeśli chodzi o bitwy… cóż, sporo się o nich gada, a podczas ich trwania dużo jest dronów, laserów i programowania, ale rzeczywistych zgonów i tragedii jakby mniej. Prawdę mówiąc, to wszystko wygląda trochę jak pisane przez albo dla trzynastolatków. To ciekawe, bo przecież w momencie premiery powieści autor miał pięćdziesiąt sześć lat.

Ale, żeby nie było: powieść bardzo szybko, lekko się czyta. To po prostu typowe, wakacyjne czytadło: człowiek niezbyt się w to wszystko angażuje, ale jednak zawsze to jakieś umilenie sobie czasu. Pod słabymi bohaterami i niegramotnymi emocjami jest całkiem spora dawka fajnej akcji i świetnych pomysłów. Zresztą, dzięki takiemu rozkładowi akcentów, jedne z najlepszych jak dla mnie fragmentów to były te, gdzie… autor wpakował w usta bohaterów ewidentną ekspozycję! Hah! Bo ta ekspozycja była mega ciekawa. To w ekspozycji „ukrytej” w dialogach przeczytałam o przekręcie starego Kaszuba i o układzie z Japończykami. Do tej pory nie mogę przestać rechotać z tego motywu. I pal sześć, że to było tak źle napisane – pomysł naprawdę świetny.

Przyznam, że chętnie bym sięgnęła po dalsze tomy Chłopca…, bo Wikipedia mówi mi, że powstały jeszcze dwa. Tyle tylko, że, jak się zdaje, nie zostały przełożone na język polski. Z drugiej strony, patrząc na językowy kunszt Chłopca…, być może bym sobie poradziła z oryginałami. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że to tłumacz aż tak uprościł, podczas gdy w rzeczywistości Leo Frankowski napisał powieść subtelną i pełną językowych zawijasów.
Warto. Naprawdę myślę, że warto czasem poczytać sobie coś takiego i nie żałuję ani chwili spędzonej nad lekturą. Nie liczę tego nawet jako guilty pleasure, bo ani trochę nie czuję się guilty.



– Numer 04056239, niniejszym zostajesz włączony do Kaszubskich Sił Ekspedycyjnych po stronie chorwackiej, wobec których będziesz całkowicie lojalny. Twój bojowy kod danych to 58294. Trwale usuń z pamięci wszystkie inne kody. Czy przysięgasz lojalność Kaszubskim Siłom Zbrojnym? – sierżant wyrecytował to wszystko jak oklepaną formułkę.
– PRZYSIĘGAM – odparł czołg cienkim, blaszanym głosem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...