niedziela, 10 czerwca 2018

Bo w grupie weselej niż Solo, czyli kolejne Star Wars Story


(źródło)
Tak się złożyło, że miałam okazję obejrzeć wreszcie kolejny z pozasagowych filmów spod znaku Gwiezdnych Wojen. Trudno mi określić, jakie miałam oczekiwania: z jednej strony, tak na wszelki wypadek nie liczyłam na wiele. Z drugiej jednak – trudno było zachować obojętność, skoro mieliśmy zobaczyć młodość tak legendarnych postaci jak Han Solo (Alden Ehrenreich) czy Lando Calrissian. Bo to zupełnie inny film niż Huncwot 1 – w tamtym bowiem dostaliśmy pakiet zupełnie nowych, budowanych od zera postaci. Mogły wypalić, mogły nie – ale człowiek nie miał podstaw, żeby się jakoś szczególnie nastawiać. Tutaj wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że połowa zainteresowania filmem wynikała właśnie z faktu, że kamaaaan, HAN SOLO! Skoro o młodości Vadera zrobili całą trylogię, Han Solo zasługiwał przynajmniej na jeden film, no nie?
…i teraz tak sobie myślę, że może zredukowanie historii Hana do tego jednego filmu było zasadniczym błędem?

Nie chodzi o to, że Solo to zła rzecz. Ma sporo plusów, o których później wspomnę. Ale kiedy myślę o Hanie Solo, widzę jego życie jako cykl przygód łotrzyka-przemytnika, co tak prawdę mówiąc najlepiej chyba sprawdziłoby się w serialu. Na spokojnie można by wtedy pokazać relacje Hana i Lando, a także to, jak z poczciwego chłopca o złotym serduszku nasz bohater stał się cynicznym cwaniaczkiem. Bo po filmie dość trudno mi połączyć młodego Solo z tym znanym z oryginalnej trylogii. Oczywiście, twórcy postarali się o to, żeby wyeksponować te powiązania: a więc milion razy słyszałam o byciu najlepszym pilotem w galaktyce, podkreślono pokonanie trasy na Kessel w dwanaście parseków (śmiesznostka taka, bo parseki to jednostki odległości, jak nie przymierzając lata świetlne), byliśmy też świadkami gry o Sokoła Millennium. I niby fajnie, ale dla mnie to było za dużo grzybków w barszcz. Jakby wszystkie dokonania Hana Solo – te, o których będzie się mówić po latach – miały miejsce w ciągu kilku dni jego życia, a potem…? Cóż, potem już najwyraźniej nic ciekawego nie zrobił. Wpakowanie wszystkiego do jednego, dwugodzinnego worka sprawiło, że te nawiązania stały się nachalne i pospieszne, trochę na odwal się.

(źródło)
Ten pośpiech szczególnie mnie zabolał w przypadku Lando (fantastyczny Donald Glover). Bo to świetna postać. Był rewelacyjny w oryginalnej trylogii, a jego nowe wcielenie nie jest ani na jotę gorsze. Donald Glover totalnie dał radę i każda scena z Lando była sceną przefajną. Niestety, było go w filmie zdecydowanie za mało. Relacja Lando z Hanem wypadła przez to skrótowo i powierzchownie, podczas gdy tutaj akurat liczyłabym na bardzo wiele, bo wszak tych dwóch łączyła długoletnia i, jak mniemam, niełatwa przyjaźń. Tymczasem trudno mi było jakoś to wszystko kupić. Prawdę mówiąc, totalnie poszłabym na spinoff o Lando. Do dzieła, Disneyu!

Więcej uwagi poświęcono Qi’rze (Emilia Clarke) – dzięki temu zresztą ten wątek, choć pierwotnie mało mnie interesował, okazał się koniec końców jednym z lepszych, jako że był wyraźnie bardziej dopracowany. Zresztą, Qi’ra zaserwowała mi jedno z największych zaskoczeń tego filmu – i to bardzo, bardzo na plus.
Innym zaskoczeniem był Beckett (Woody Harrelson). Jak się zastanowić, pewnie było to do przewidzenia, bo wynikało bardzo mocno z tego, co przez większość filmu ta postać podkreślała, niemniej spodziewałam się raczej kogoś w typie Yondu ze Strażników Galaktyki, a film zaoferował mi coś zupełnie innego.
Aha, film oczywiście ma też kolejnego droida – to już chyba taka zasada, że w drużynie musi być droid. Jakieś zastępstwo dla C3PO i R2D2. No i po raz kolejny jest to całkiem udana postać – L3 (Phoebe Waller-Bridge). Zupełnie inna niż K-2SO z Hultaja 1, ale też interesująca z tą swoją obsesją na punkcie wielkiej rewolucji i wyzwalania pobratymców z białkowej niewoli. W sumie to nawet coś nowego: droid z niesamowicie wyrazistą osobowością, który postępuje tak jak postępuje nie ze względu na program, tylko tak po prostu, bo taki jest.
Na tle tych wszystkich postaci – które były świetne, choć nie wykorzystano ich potencjału – Han wypada po prostu blado.

(źródło)
Jeśli zaś chodzi o samą historię, to mam mieszane uczucia. Mamy w Solo chyba przede wszystkim poruszoną problematykę wyzysku i niewolnictwa – i to w wieloraki sposób, bo każdy z bohaterów w jakiś sposób się z tym zmaga. Począwszy od L3, a na Hanie kończąc, że nie wspomnę o Qi’rze, która przecież też jest czyjąś własnością, nawet jeśli traktuje się ją dość dobrze. Wciąż jednak mam wrażenie, że film serwuje nam ciężki temat, ale w dziwnie lekki, czasem nawet zabawny sposób. No bo całą tę droidową rewolucję trudno traktować poważnie – a szkoda, bo ja bym chciała się na tym trochę skupić i jednak móc zgłębić istotę dramatu, z jakim na co dzień zmagają się starwarsowe roboty. Ten dysonans mnie trochę boli, bo przez tę pobieżność i humor trudno mi było wykrzesać z siebie emocje, kiedy następowały jakieś dramatyczne wydarzenia. A z kolei ze względu na tę trudność z emocjonalnym zaangażowaniem – historia tu i ówdzie nieco mi się ciągnęła. A to bardzo niedobrze, jeśli najsłynniejsza kinowa space opera… nudzi.
Na szczęście im dalej tym lepiej – końcowe rozwałki i twisty naprawdę dawały radę i oglądanie tego zapewniło bardzo dużo frajdy.

Cały czas nie umiem powiedzieć, jak oceniam ten film. Ma sporo fajnych elementów: ciekawe postaci, nieoczekiwane zwroty akcji, dużo dynamicznych piu-piu w kosmosach i całkiem poważną, trudną problematykę gdzieś w tle. Jednocześnie główny bohater jest mocno nijaki, a większość tematów i wątków upchnięta ciasno w zbyt krótkim czasie antenowym jest siłą rzeczy potraktowana rozczarowująco pobieżnie.
Niemniej oglądało się przyjemnie i będę teraz trzymać kciuki za dalsze pojawienia Lando w tym uniwersum.



– I heard a story about you. I was wondering if it's true.
– Everything you've heard about me is true.

wtorek, 29 maja 2018

Pogłoski o śmierci mojego bloga są mocno przesadzone


No, ten… wnikliwi czytelnicy mogli zauważyć, że nie było mnie tu od przeszło dwóch miesięcy. To nie tak, że zapomniałam czy mi się nie chciało – po prostu to był dziwny, czasem trudny, a z całą pewnością intensywny czas, kiedy blog musiał zostać zepchnięty gdzieś na koniec listy priorytetów. Bywa. Myślę jednak, że pora tu zdmuchnąć kurz i wziąć się do roboty. W moim wordowskim pliku widzę, że miałam rozgrzebaną notkę – ale ponieważ minęły wspomniane dwa miesiące, wyparowało mi z głowy wszystko, co chciałam wówczas napisać. Zresztą, myślę, że w ogóle nie warto sobie tym tematem zawracać głowy. Zacytuję więc tylko to, co mam napisane do tej pory, a później przejdę do innych rzeczy:

Kiedy „Die Hard” spotyka „American Pie”: „Game Over, Man!”


No cóż. Obejrzałam kolejny z pełnometrażowych filmów Netflixa. I coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Netflixowi zdarza się zrobić naprawdę super fajne seriale (śmiesznostka taka: te, z którymi miewałam do czynienia, najczęściej okazywały się ekranizacjami książek), natomiast samodzielne filmy wychodzą im co najmniej średnio.

I to właściwie tyle, ten wniosek towarzyszy mi cały czas. Film miał irytujących bohaterów, przewidywalną przemianę protagonisty, nędzny humor i w ogóle jakiś był bałaganiarski. Jedno, co zasługuje na pochwałę: fajna, krwawa finałowa rozwałka. Naprawdę to im wyszło. No, tyle o Game Over….

A blogasową reanimację spróbuję zacząć od jednej z fajniejszych książek, jakie ostatnio czytałam.

(źródło)
Autor: H.P. Lovecraft
Tytuł: Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2016
Wydawca: Vesper

Podskórnie zawsze lubiłam twórczość Lovecrafta. Mój jedyny problem polegał na tym, że tak naprawdę nigdy jej nie czytałam – raczej znałam ogólne założenia, gdzieś może jakieś opowiadanie zdarzyło mi się przeczytać, ale bardziej grałam w gry osadzone w Lovecraftowskim świecie. Szczęśliwy traf chciał, że – trochę przypadkowo – weszłam w posiadanie Przyszła na Sarnath zagłada (zresztą, jest to – obok Terroru – druga czytana przeze mnie książka z wydawnictwa Vesper i na razie wydawnictwo ma stuprocentową skuteczność pod względem fajnych rzeczy).

Od pierwszego spojrzenia widać, że książka jest… no cóż, po prostu dobrze wykonana. Solidna, szyta cegłówka, która nie rozleciała się mimo miesiąca rozpłaszczania jej w najrozmaitszych czytelniczych pozycjach. Z niesamowitymi ilustracjami Krzysztofa Wrońskiego. Ładnie, starannie zaprojektowana. Dodatkowo przyjemnie zaskoczyło mnie przygotowanie samych tekstów – zazwyczaj w grubszych tomiszczach łatwo zauważyć, że z arkusza na arkusz mamy coraz więcej korektorskich przeoczeń. Ale w Przyszła na Sarnath… to zjawisko występuje w minimalnym stopniu. Czyta się przyjemnie, a babole nie odciągają uwagi od sedna sprawy.

Sedno zaś to w najwyższym stopniu miodność (przy czym przyznam, że nie spodziewałam się niczego innego). Zbiór opowiadań przeciąga czytelnika zarówno po świecie jawy, jak i snu. Oba te światy są przepełnione magią, tajemnicami i dziwacznymi kultami, a prawdę mówiąc, to w ogóle trudno je od siebie odróżnić, tak mocno są ze sobą spięte. To światy, gdzie armia kotów skacze nocą z dachu na Księżyc, by tam walczyć z potworami – w dodatku ma kosę z kotami z Saturna! Jeśli zbyt długo wpatrujesz się w Otchłań, ona nie tylko odwzajemni spojrzenie, ale wciągnie cię w objęcia i kto wie, jeśli ci się poszczęści, zostaniesz ghulem. Jeśli nie, słuch po tobie zaginie, bo Inni bogowie nie zniosą, by podglądać, jak bogowie Ziemi tańczą na szczycie Hatheg-Kla.
Wbrew pozorom (i doświadczeniom z rozgrywek Horroru w Arkham), w zbiorze nie uświadczy się raczej wielu straszliwych Przedwiecznych. Jeśli już dostajemy różnego rodzaju potworności (a dostajemy ich wcale niemało!), są to raczej różnego rodzaju kultyści – z rodzaju takich, których można też spotkać w niektórych opowiadaniach Roberta E. Howarda. Złożeni z nie do końca kompatybilnych części ciała (raczej: ciał), a to wszystko okraszone sześcioma epitetami podkreślającymi, że był to widok bluźnierczy, odrażający, urągający naturze i obmierzły.
Och, serio – to jeden z moich ulubionych elementów pisania Lovecrafta: każde zdanie ocieka informacjami, jakie emocje aktualnie powinnam odczuwać. I nie wiem naprawdę, na czym polega ta magia, ale gdyby mi ktoś dzisiaj tak pisał, jestem całkowicie przekonana, że bym wrzeszczała „show, don’t tell”. Tymczasem u Lovecrafta to po prostu gra. Może chodzi o dobór słów? Ładnie brzmią i są bardzo mocne. To znaczy, ma się rozumieć, mogę mówić jedynie na podstawie przekładu. W każdym razie ten przekład jest bardzo przyjemny do czytania. W opisach jest coś, co – gdy próbuję określić – przywodzi mi na myśl jedynie słowo „mięso”.

Dodatkowo bardzo podoba mi się sam wybór tekstów. Jest spore urozmaicenie w historiach, ale jednocześnie one się pięknie spinają w jednym z ostatnich utworów: Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka. Wracają do nas Kuranes, towarzyszący Barzaiowi Mądremu Atal, Pickman, no i przede wszystkim: Randolph Carter. Wszystkie te opowieści spinają się w tym wielkim finale, który niesie ze sobą tyleż grozy, co zaskoczeń. Jest podróż, bitwy, sojusze, przyjaźnie, no i bogowie. I pełzający chaos Nyarloathotep. I to wszystko jest takie, że trudno się oderwać.

To cudna książka. I ja wiem, że Lovecraft bywa ostro krytykowany ze względu na swoje – nazwijmy to delikatnie – mocno konserwatywne poglądy, ale w najmniejszym stopniu mnie to nie rusza. Pewnie gdybym zaczęła liczyć, wyszłoby mi, że ciemnoskórzy w tych tekstach częściej są przedstawiani jako złoczyńcy i/lub potwory niż biali. No i cóż? To taki świat. Wspominałam już o Howardzie, wspomnę o nim jeszcze raz: u obu panów mniej znane grupy etniczne i kontynenty są pretekstem do snucia niesamowitych, nasyconych grozą i tajemnicą opowieści. Myślę, że jestem dostatecznie rozgarnięta, żeby czytać dziś te teksty i nie wysnuwać na ich podstawie wniosków, że no tak, pewnie czarnoskórzy są zniewolonymi potworami z obcej planety. Toteż czytam i po prostu cieszę się obrazami, które dostaję.



Gdy król i jego dostojnicy biesiadowali w pałacu i podziwiali główne danie czekające przed nimi na złotych półmiskach, reszta ucztowała w innych miejscach. W wieży wielkiej świątyni swawolili kapłani, w pawilonach za murami bawili się książęta z sąsiednich krain. I to arcykapłan Gnai-Kah pierwszy ujrzał, jak cienie zstępują w jezioro z garbatego księżyca, a przeklęte zielone mgły unoszą się z wody na jego spotkanie i spowijają złowróżbnym całunem wieże i kopuły skazanego Sarnath.

niedziela, 18 marca 2018

Intertekstualność, biczyz! - "Noc kota, dzień sowy"

(źródło)

Autor: Marta Kładź-Kocot
Tytuł: Noc kota, dzień sowy: Zamek Cieni
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017
Wydawca: Genius Creations

Okej, przyznać muszę, że w zasadzie nie planowałam czytać tej książki. Ale jakoś tak się stało, że mignęła mi krótka opinia na jej temat na portalu Esensja, a potem jeszcze zajrzałam w komentarze i… no i zaczęłam się zastanawiać, o co tyle szumu? Cóż to za genialny tekst, którego nie rozumieją ludzie siedzący od lat w literaturze? Z czego to wynika, że autorka uznała za konieczne bronić własną piersią dobrego imienia powieści? Czy starczy mi kompetencji do przeczytania tej historii?
No i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom Nocy kota, dnia sowy.

Prawda jest taka, że muszę się zgodzić z Beatrycze Nowicką, która napisała: „przeważnie styl jest poprawny”. Nie żeby powieść była zupełnie wolna od błędów językowych, bo na przykład autorka zdaje się być fanką wszelakiego „podnoszenia do góry”, a od czasu do czasu lubi sobie coś „opuścić w dół”, ale generalnie nie jest źle.
Dużo gorzej natomiast przedstawia się sytuacja z… no, właściwie ze wszystkim innym.

To, co mnie chyba najszybciej i najmocniej uderzyło, to kompletna nieporadność, jeśli chodzi o wplatanie ekspozycji. Autorka zazwyczaj wciska ją w dialogi bohaterów i tym sposobem czytelnik dostaje wręcz podręcznikowego babola z cyklu „czego unikać w pisaniu”: bohaterowie w najbardziej absurdalnych momentach zaczynają strzelać do siebie rozbudowanymi opisami otaczającego ich świata, jego historią, a także historią ich samych – słowem, gadają do siebie rzeczy, którymi w rzeczywistości nikt nikomu by zadka nie zawracał. Ta nieudolna ekspozycja w dialogach zarżnęła niejedną scenę w powieści. Bo nagle z jakiegoś powodu bohaterowie postanawiają sobie ze szczegółami opowiedzieć o ich pierwszym spotkaniu, co najmniej jakby jedno z nich cierpiało na dotkliwe zaniki pamięci. Albo bohaterka opowiada współtowarzyszom, czym wali miasto, do którego wjechali – kij tam, że właśnie pędzą ratować jej ukochanego. Wymienienie wszystkich możliwych swądów na dzielni jest w tym momencie priorytetem, prawda?

Innym mankamentem Nocy kota… są bohaterowie. Po części to się łączy z wcześniejszym zarzutem. Bo w wielu momentach miałam wrażenie, że postaci tak naprawdę nie mają znaczenia, a są jedynie nośnikiem ekspozycji. Ich okropnie sztuczne, nadmiernie rozbudowane dialogi budowały coraz większy mur niewiary między nimi a mną. Co prawda muszę tutaj oddać sprawiedliwość, że przy niektórych postaciach widać jakiś zamysł, da się je określić jednym czy dwoma sformułowaniami: Grandini jest błyskotliwy, ale dobrze to ukrywa pod pozorem rubasznego, gadatliwego grubaska. Fionka to rezolutna, żądna przygód mieszczanka. I tak dalej. Nie żeby to byli bohaterowie super ciekawi albo oryginalni, niemniej cośtam można o nich powiedzieć. Tyle tylko, że jest spory bałagan w prezentowaniu postaci: bo na przykład o głównych bohaterach, magu Jardalu i czarodziejce Mitrii, po lekturze całego tomu jestem w stanie powiedzieć chyba mniej niż o bibliotekarzu Torem, któremu poświęcono w cholerę dużo przestrzeni na kartach powieści, mimo że całą jego rolą było… no, zginięcie. To postać, która pojawia się i znika, a wydaje się jedną z najlepiej opisanych. Taki chaos rozprasza, bo czytelnik koncentruje się na zupełnie pobocznych sprawach, w gruncie rzeczy zapominając, co tam było w ogóle głównym wątkiem.
No bo główny wątek jest nudny. Po prostu. Mamy wspomnianych już Jardala i Mitrię i oni się tak bardzo kochają, ale są obłożeni klątwą i nie mogą ze sobą żyć. Hura, tego jeszcze nie grali. Nie widziałam podczas lektury, dlaczego ja w ogóle powinnam tym postaciom kibicować. Są nieciekawi. Jeśli już mają możliwość spędzenia ze sobą czasu, to… cóż, są nadal nieciekawi. Nie mają sobie niczego interesującego do powiedzenia. W sumie nawet nie bardzo wiem, na czym opiera się ich związek. Na tym, że oboje są równie nijacy? Niestety, autorka nie ma do dyspozycji Rutgera Hauera i Michelle Pfeiffer, żeby wybronić swoich bohaterów. Ich wzajemna relacja jest po prostu pusta. Narrator powiedział, że oni się tak bardzo kochają i w gruncie rzeczy mam wyłącznie to słowo narratora.

I tu muszę płynnie przejść do kolejnego gigantycznego problemu powieści: nawiązań. Wspomniałam już o Zaklętej w sokoła. Ale to nie jest jedyne zaczerpnięcie z innych tekstów kultury. Mamy tego w Nocy kota… tak naprawdę mnóstwo. Do tego stopnia, że w którymś momencie odniosłam wrażenie, że wszystkie pomysły, które pojawiły się w powieści, są zaczerpnięte od innych, sama autorka zaś w sumie niewiele od siebie dała – poza dość chaotycznym sklejeniem tych cudzych pomysłów w niezbyt udaną całość. I ja rozumiem, że można się inspirować, że są retellingi, reinterpretacje i w ogóle że teksty kultury żyją i wchodzą ze sobą w rozmaite interakcje. Kurde, jedna z moich ulubionych powieści od Genius Creations, Pokój światów Pawła Majki, przecież właśnie na tym się zasadza: na wykorzystywaniu powszechnie znanych motywów – legend, powieści, toposów i tak dalej. Tylko o ile Paweł Majka wykorzystał te elementy cholernie twórczo, o tyle u Marty Kładź-Kocot ja miałam wrażenie, że to wszystko po prostu jest bo jest. Bo autorka się jarała, że może pokazać szerokiemu światu, ile rzeczy przeczytała. Najmocniej mnie to uderzyło chyba w przypadku durnego wspomnienia o Cutty Sark – no bo fajnie, mamy odniesienie do naszej rzeczywistości i słynnego klipra. Ale abstrahując od tego: czy cała wypowiedź tamtego randomowego człowieczka miała jakiekolwiek znaczenie dla czegokolwiek? Nie. Było wręcz dziwnie, że w całym tym tłumie gapiów akurat te dwa czy trzy zdania zostały wyeksponowane czytelnikowi. Podobnie jak nie ma znaczenia, że dwie kompletnie nieistotne dziewuszki nazywają się Perdita i Agnes – wymienienie ich z imion jest w powieści absolutnie zbędne. A już zupełnie opadły mi witki przy panu Machiavello Niccolim (och tak, och tak, wink wink, jakże pomysłowe przetworzenie historycznej postaci…! Lol nope. Ale nazywa się, wiecie, prawie jak Machiavelli, więc to się już liczy jako nawiązanie! Plus jeden punkt do intertekstualności i mądrości!), który okazał się Grimą Smoczym Językiem. Ja jeszcze raz wrócę do retellingów: fajnie, że są. Twórcy biorą różne znane opowieści i postacie i pokazują je w nowy sposób. Tym samym je pogłębiają, skłaniają odbiorcę do myślenia, prezentują inny punkt widzenia. Super. Ale Marta Kładź-Kocot po prostu bezrefleksyjnie kopiuje. Jej kopia Grimy nie wnosi nic nowego do tematu. To najbardziej oczywisty i banalny Grima ze wszystkich możliwych wersji Grimy. Zabrakło własnego pomysłu na postać czy ki czort?
I tak jest z niemal wszystkim. Podczas lektury czułam, jakby ta powieść w ogóle nie istniała jako samodzielna, spójna całość, a tylko jako jakaś dziwaczna gra w „złap je wszystkie – odniesienia do innych tekstów kultury”.

Być może autorce wydawało się, że skonstruowała zawiłą fabułę z mnóstwem intrygujących bohaterów – takie odniosłam wrażenie, bo na końcu książki znajduje się spis postaci. Z tego miejsca muszę zaznaczyć, że nie: bez specjalnego spocenia się można za wszystkim nadążyć, jeśli tylko człowiek zechce przebić się przez zbędną ekspozycję oraz nic niewnoszące, odtwórcze i toporne nawiązania.
W dodatku świat sprawia okropnie niespójne wrażenie, bo częściowo jest fikcyjny, a częściowo to kopia naszej rzeczywistości – co znajduje odbicie w nazwach geograficznych i niektórych bohaterach. Po lekturze miałam wrażenie, że to wszystko jest po prostu chaotyczne i niedopracowane. No bo skąd oni tam znają Cuchulainna? Na litość Jeżusia, skąd tam Gilgamesz? A nade wszystko: mam rozumieć, że bohaterowie w tym świecie wpierniczają na święta indyka? To zabawne, bo całość jest stylizowana raczej na Włochy, a nie na Anglię czy USA. Czy mam rozumieć, że bohaterowie poruszają się po chrześcijańsko-anglosaskim świecie?
Jasne, zawsze można powiedzieć, że to tak specjalnie, bo to jeden ze światów w całym multiwersum i jest trochę do naszego podobny, a trochę niepodobny. Ale ja tego tłumaczenia nie kupuję. Bo jako coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości to się też zupełnie nie broni: jest skonstruowana chaotycznie i niespójnie, a nazbyt często miałam wrażenie, że coś się pojawia tylko dlatego, że akurat pasowało do jednego z wielu wrzuconych na siłę żarcików.

Nikomu tej powieści nie polecę. Jest po prostu słaba. Ma nieprzemyślany świat, nudnych, wtórnych bohaterów i okropnie nachalne nawiązania, które są tylko po to, żeby być, bo czytelnik niczego z nich nie wyniesie. A to wszystko skłania mnie jedynie do refleksji, że doktorat i zawodowe zajmowanie się literaturą absolutnie nie gwarantuje tego, że człowiek będzie umiał sam stworzyć fajną literaturę.
Aha, muszę jeszcze wspomnieć o jednym: jeśli barman Bert cały czas trzyma pod szynkwasem dwie gotowe do strzału kusze, to życzę mu powodzenia. W razie czego zawsze może spróbować rzucić tymi kuszami w przeciwnika, bo o strzelaniu to raczej może zapomnieć.
Plus Nocy kota, dnia sowy…? Cóż, z prawdziwą ulgą i radością zauważyłam, że „strużka” jest napisana przez „u”. Odzyskuję wiarę w ludzkość.




– Nie o to – szepnęła czarodziejka. – Ty… znasz moje myśli, prawda?
Skinął głową. Profil drgnął na tle ciemnego lasu.
– Więc wiesz…
– Wiem. Ale nie lękaj się. Twoje myśli są we mnie bezpieczne. Widzę je i czuję, ale nie mają kształtu słów.
– Ale…
– Rozumiem, że ich wszystkich okłamałaś. Że bardzo dobrze wiesz, co dolega Jardalowi.

[F.: jak na myśli, które nie mają kształtu słów, bohater całkiem nieźle poradził sobie z ubraniem ich w dwa krótkie zdania, czyż nie?]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...