niedziela, 9 lipca 2017

Fraa’s Never Played: Baldur’s Gate II

(źródło)
(gdyby ktoś miał wątpliwości, tytuł notki jest parafrazą tytułu cyklu Tamara’s Never Seen z Channel Awesome)

Historia mojej relacji z Baldur’s Gate jest długa. Mam na myśli: naprawdę długa. Przeogromnie jarałam się pierwszą odsłoną tej gry w 1999 r. – a raczej jej zapowiedzą w jakimś komputerowo-growym czasopiśmie (Komputer Świat, jak mniemam, choć głowy nie dam). I tak sobie marzyłam, że łooooo, no to niebawem sobie pogram! Oczywiście, nie pograłam sobie, bo nie miałam na tyle wypasionego kombajnu, który by tę grę uciągnął. I tak pociąg „Wrota Baldura” na długie lata odjechał.
Z czasem, oczywiście, zupełnie zapomniałam o tej grze. Wróciła do mnie chyba na studiach – i to nawet nie BG, tylko BG II. Zaczęłam grać. Było fajnie. Dziecię Bhaala się przebudziło. Ale z przyczyn, których już nie pamiętam, jakoś przerwałam grę i długo do niej nie wracałam. Potem grałam z Ulvem (a może na odwrót? A może obie próby były z Ulvem? A może w ogóle wszystko mieszam? Nie wiem już sama, tyle było tych podejść…). Ale jakoś się rozmyło i przerwaliśmy. Potem grałam z Ulvem i z Oposem. Ale przerwaliśmy jeszcze szybciej. I tak dalej. Przez kilka lat jedyne, co z tej gry kojarzyłam, to że cholerne dziecię Bhaala się przebudziło. A raczej: „aa, dzieecię Bhaaala się przebudziiiiło”. Serio – nie potrafię o tym fakcie przebudzenia myśleć inaczej, niż z intonacją zastosowaną przez Krzysztofa Kolbergera. Tak, tyle razy zaczynałam tę grę! Jej początek wrył mi się w mózg!
A w ostatnią majówkę z Ulvem spróbowaliśmy po raz kolejny. I tym razem przyświecało nam mocne postanowienie, że uda nam się to przejść.
No i się udało.

Nie ma chyba sensu pisać ani o fabule (na litość Jeżusia, przecież po niemal dwudziestu latach wszyscy możliwi gracze, którzy mogliby być tym tytułem zainteresowani, znają tę fabułę lepiej ode mnie!), ani o tym, że to po prostu świetna gra. Niesamowicie klimatyczna, z rozbudowaną historią, świetnymi postaciami, ciekawymi wątkami pobocznymi, no po prostu wciąga i każe grać dalej. Kurde, wystarczy, że podsunę fragment wpisu na Wikipedii – o tutaj. Serio, to nie jest gra, która wymaga mojego mówienia, że jest fajna.
Ale jednak spędziłam z nią ostatnie dwa miesiące, więc mam potrzebę podzielenia się… cóż, wrażeniami po prostu.

Czyli: Twój mroczny przydomek nie ma szans
w starciu z Janem Jansenem i maścią z rzepy.
Przede wszystkim: członkowie drużyny. Cała ta przygoda byłaby niczym, gdyby nie oni. Ogromne ukłony dla ekipy tworzącej polską wersję językową. Jan Jansen Jana Kobuszewskiego, Korgan Jarosława Boberka (szacun ogromny, bo w życiu bym nie powiedziała, że to Boberek!), Keldorn Marka Perepeczko, Minsc Janusza Marcinowicza i wreszcie narrator Piotra Fronczewskiego (och, któż nie wie, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę?) – to po prostu majstersztyk. Nawet do Aerie Jolanty Wilk nie mogę się przyczepić, mimo że ogólnie to strasznie jęcząca postać (wiecie, bolą nóżki, nie podoba się pod ziemią, takie tam…). Bardziej jęcząca jest chyba tylko Imoen Iwony Rulewicz, ale co zrobić – taka postać, akceptuję to. Może nie budzić mojej ogromnej sympatii, ale z całą pewnością trudno byłoby czepiać się tego, jak jest zagrana. Ot, po prostu taki ma charakter. W tym momencie trochę żałuję, że nigdy nie przyłączyliśmy do drużyny Haer’dalisa, bo bardzo chciałabym posłuchać nieodżałowanego Andrzeja Butruka.
Miałam zresztą ogromny dylemat związany z doborem członków drużyny, bo o ile Minsc i Jan Jansen byli pewniakami (hej, podobno gracze narzekają na Minsca – czego w ogóle nie ogarniam – fantastyczna postać, a raczej dwie fantastyczne postacie w cenie jednej, no bo wszak Minsc i Boo!), o tyle na przykład wahałam się, co uczynić z Korganem. Zdecydowanie odpowiadał mojemu stylowi gry (czyli miecz w dłoń i szarża na wroga) i upodobaniom (krasnolud!), natomiast niestety nasze podejścia do świata się nieco rozjeżdżały i w końcu zaczął trochę marudzić, kiedy dobiliśmy do heroicznej reputacji. Z pewnym żalem ostatecznie wymieniłam go na Keldorna, ale paladyn koniec końców okazał się zupełnie satysfakcjonujący, w dodatku fajnie się dogadywał z Minskiem.
Pomarudzę natomiast na moją własną postać: wybrałam sobie bowiem zabójcę magów. Po przejściu całych Cieni Amn muszę powiedzieć, że jedyna wyraźnie widoczna cecha tej klasy to niemożność noszenia magicznych przedmiotów. Teoretycznie powinnam mieć jakieś zwiększone odporności na magię i bonusy do walki z magami, ale doświadczenie pokazało, że rzucali na mnie swoje zaklęcia jak chcieli i jakoś w ogóle nie odczułam plusów płynących z mojego wyboru drogi życiowej.
Boo taksuje badawczym spojrzeniem Desharika.
Boo zna się na ludziach. Osądom Boo można ufać.
Zresztą, podejrzewam, że moje życiowe wybory w ogóle nie ułatwiały nam rozgrywki. Mogłoby być łatwiej, gdybym na przykład przez większość gry nie trzymała się kurczowo biegłości w toporach (bo krasnolud! Krasnoludy walczą toporami!), bo kiedy wreszcie zdobyliśmy Crom Faeyr, mogłam co najwyżej używać go jako przycisku do papieru. Pewnie też nie trzeba było do niemal końca gry kazać Minscowi walczyć Lilarcorem, ale kamaaan, to był gadający miecz! Był uroczy! Tym sposobem Minsc był nawet nie dwiema, a trzema postaciami w cenie jednej! No i od Lilarcora po raz pierwszy usłyszałam o Księżycowym Ostrzu, którego wszak później szukaliśmy.
Ale myślę, że jednak pod wieloma względami świetnie rozumieliśmy się z grą. Ot, na przykład kiedy drowy opowiedziały nam smutną, smutną historię o tym, jak to ustawili tron na dachu Pałacu i skończyło się to tragicznie dla Matriarchy, a potem zapytały, czy wiem, jaki z tego morał – ja, w sumie w żartach, powiedziałam, że morał brzmi „nie ustawiać tronu na dachu z trawy”. I jakież było moje zdumienie, kiedy właśnie to powiedział Jan, a co więcej – drowy to potwierdziły! Tak, z tej przykrej historii właśnie taki płynie morał: nie ustawiać tronu na dachu z trawy. To takie proste i takie piękne. I ta gra w wielu punktach właśnie tak zaskakuje rozsądkiem. Tam, gdzie człowiek spodziewa się jakiegoś wzniosłego badziewia, nagle dostajemy coś totalnie życiowego, aż zabawnie niepasującego do całej otoczki.
Ale humor przejawia się zresztą nie tylko w tych zaskoczeniach. Baldur’s Gate II obfituje po prostu w taką mniej i bardziej prostą radość, czy to kiedy spotykamy drużynę Drizzta, która szuka różowego młota (którego kolor stanowi podstawę do płomiennego sporu), czy kiedy Jan mówi… no, cokolwiek o rzepie. A Jan ma naprawdę dużo do powiedzenia o rzepie. Wiedzieliście, że rzepa, prócz świetnego smaku, posiada także cudowne właściwości lecznicze?
Naprawdę chciałam wrzucić jakieś poważne screeny,
ale chęci chęciami, a wyszło jak zwykle.
Poza tym, miałam swoją twierdzę. I to też było szalenie fajne. Rozwiązywałam lokalne spory i zbierałam podatki. Choć jak teraz o tym myślę, to pod koniec jakiś lord mi fikał, że te ziemie należą do niego i że następnym razem przyjdzie ze swoją armią – i jakoś chyba nigdy nie wrócił… Cóż, tak czy owak ja się zastanawiam, co on chce z tą armią osiągnąć. Kaman, zabijaliśmy smoki, demony, wybiliśmy co najmniej dwie cywilizacje (drowy i rybo-ludzi) i kilka sekt. Serio, ale ten lord to może nam naskoczyć.

Jeśli miałabym się naprawdę czepiać, to powiedziałabym, że pod koniec chyba twórcy już trochę mieli wywalone. Takie wrażenie tknęło nas po raz pierwszy, kiedy spojrzeliśmy na nazwy lokacji na mapie. Bo wiecie, dawniej to były miejsca typu „Dom Jansenów”, „Tawerna pod Miedzianym Diademem” i tak dalej. A pod koniec lokacja potrafiła nazywać się „Tak, przyłącz się do mnie” albo „To nie ze mną powinieneś podróżować, Haer’dalisie”. Mam też wrażenie, że w końcówce interpunkcja dialogów czegoś się nawdychała i stała się już totalnie nieprzewidywalna. Przecinki atakowały w najdziwniejszych miejscach, za to nie było ich w miejscach – zdawałoby się – oczywistych. Trochę jakby twórcy uznali „oj dooobra, po tylu godzinach gry i tak żaden gracz już nie będzie na to zwracał uwagi”.

Co ja jeszcze mogę mówić? To świetna gra, z którą każdy, kto w ogóle lubi tego typu rozrywkę, powinien się zaznajomić. Nie zostawiła po sobie kaca i jednak wciąż w moim prywatnym rankingu Syberia zajmuje pierwsze miejsce, niemniej człowiek się niesamowicie przywiązuje do tych postaci i wciąga w historię, nawet jeśli jej część to dramat krasnoludów pod tytułem "kopaliśmy sobie i dokopaliśmy się zbyt głęboko, a z tej głębi wyskoczył potwór" (OMG TEGO JESZCZE NIE GRALI!). I już się nie mogę doczekać Tronu Bhaala, bo jakoś tak nawet nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, że nie mam w perspektywie żadnego Baldura do pogrania. Na dwa miesiące stał się dość często pojawiającym się elementem naszego życia i jest trochę jak… no dobra, może nie członek rodziny, ale w każdym razie bardzo fajny współlokator.





Jan: Ach, intryga się zagęszcza. Podobnie jak spora miska zupy z rzepy, jeśli pozwoli się jej stać przez odpowiedni czas. Zwykle trwa to tydzień, chociaż papa zawsze narzekał na smród, więc skróciliśmy to do półtora dnia. Nie smakuje jednak tak samo, co oznacza, że nie można po prostu olewać tradycji. Kiedyś zrobię jej trochę dla ciebie i Imoen, jeśli pozwoli na to czas. Nie pożałujesz tego!

sobota, 8 lipca 2017

Śpiewające zwierzaki albo "Księga dżungli"

(źródło)
No co no? Księgą dżungli z 2016 r. w reżyserii Jona Favreau byłam zainteresowana od samego początku. To film z naprawdę fajną obsadą przecież! A ja ten tytuł zawsze lubiłam i za dzieciaka robiłam dżunglę plastikowym zwierzątkom na zielonym dywanie, i w ogóle. Teraz jak o tym myślę, to nie wiem, czego ja się spodziewałam – przecież Favreau to gościu odpowiedzialny między innymi za Kowbojów i obcych. I przyznam, że się trochę zaczynam obawiać The Orville, ale to nie zmienia faktu, że na pewno dam serialowi szansę.
Enyłej.

O czym jest Księga dżungli, każdy chyba wie, nie ma więc za bardzo sensu się zastanawiać nad tym, dlaczego u licha pantera podrzuciła małego człowieczka wilkom. Jak wspomniałam, film miał naprawdę świetną obsadę i to od niej zacznę: Bill Murray (!) jako Baloo, Ben Kingsley jako Bagheera, Idris Elba (!!) jako Shere Khan i Christopher Walken (!!!!!!!!) w roli króla Louie – serio: czego, kurde, chcieć więcej? W dodatku bardzo mi się podobało, jak twarze zwierząt są podobne do twarzy aktorów. Jeśli ktoś nawet nie rozpoznałby po głosie (co byłoby dość trudne, szczególnie w przypadku Murraya i Walkena), to w pyszczkach odbijała się cała fizjonomia człowieka podkładającego głos. Myślę, że w tym punkcie film musi niesamowicie tracić przy dubbingu.
Te postacie są fajne – dokładnie takie, jakie być powinny, jak się je pamięta z kreskówek. Za wyjątkiem Kaa (Scarlett Johansson), bo jestem całkowicie przekonana, że zarówno w filmie animowanym Disneya jak i w japońskim serialu (a wychowałam się nawet bardziej na tym animcu niż na klasycznej pełnometrażówce) wąż był samcem.
To, co w jakiś sposób mnie uderzyło, to że ta dżungla jest mocno kameralna: tak, są stada antylop, słoni czy małp (choć nie wiem, przykładowo antylopy kojarzą mi się mało dżunglowo… ale powiedzmy, że chodzi nam tu o dżunglę i okalające ją sawanny), jest stado wilków… całe jedno. A także: jeden misiek, jeden tygrys, jedna pantera. Serio: czy w scenie przy wodopoju są na ten przykład inne pantery? Jeśli chodzi o tygrysy, to przynajmniej w jednym momencie wspomina się, że Mowgli (Neel Sethi) jest ścigany nie przez jakiegoś tam tygrysa, tylko przez samego Shere Khana. Okej, czyli możemy zakładać, że w ogóle istnieją jakieś inne, nawet jeśli nigdy ich nie widzimy. A taki Bagheera to sprawia wrażenie ostatniego przedstawiciela gatunku.

(źródło)
No i najgorsza sprawa: śpiewanie. Z jakiegoś powodu twórcy uznali, że będzie dobrze, jak zwierzaki będą śpiewać. Spoko – w kreskówce to się sprawdza. Ale problemem najnowszej Księgi dżungli jest to, że nie jest kreskówką. Jest realistyczny. Zwierzęta wyglądają dokładnie tak, jak powinny wyglądać w naturze. Już dostatecznie dziwne było to, że gadały, no ale trudno byłoby to zrobić inaczej, więc dobra. Natomiast Bill Murray śpiewający jako Baloo był już rażąco słaby. I nie zrozumcie mnie źle, zawsze chętnie usłyszę, jak Christopher Walken robi u-u-u!, ale pod maską wielkiego orangutana – to było po prostu okropne. Do tej realistycznej oprawy wizualnej te głupoty kompletnie nie pasowały. Postaci rysowanej wybacza się jednak dużo więcej niż takiej, która chce uchodzić za realistyczną. Stąd też myślę sobie, że w ogóle robienie aktorskiej wersji Księgi dżungli to z gruntu fatalny pomysł.

Kolejnym problemem filmu jest sam Mowgli. Dobra, kompletnie go nie pamiętam z kreskówek (kamaaaaan, kto by się przejmował dzieciakiem – wiadomo, że to się oglądało dla zwierzątek!), ale tutaj mnie jednak mocno drażnił. Właściwie trudno mi mieć pretensje do młodego aktora, chyba robił dość nieźle to, co kazali mu robić. Ale ta postać to bardzo oczywista dama w opresji. Równie dobrze mogłaby go zagrać Mila Kunis. Jest po prostu przerzucany z kąta w kąt i co chwilę ratuje go inny mieszkaniec dżungli. Trochę jak Artema w Metrze 2033. Sam dzieciak właściwie nic takiego nie robi i trudno mi stwierdzić, dlaczego w ogóle wszyscy tak się wokół niego uwijają. Kurde, to tylko jeden dzieciak. Rozumiem jeszcze wilki, no bo dla nich to był syn (który tak na marginesie nie sprawiał wrażenia, jakby szczególnie tęsknił za rodziną po tym, jak ją opuścił). Baloo go wykorzystywał do zdobywania jedzenia, więc to w ogóle dość patologiczna relacja była jak dla mnie i nie bardzo kumam, czemu Baloo ostatecznie tak strasznie zaczął się dla dzieciaka poświęcić. Za ten miód? Serio? Bo przecież oprócz tego, to ja nie wiem, co niedźwiedź zobaczył w tym dzieciaku. A Bagheera? Czego chciał od niego Bagheera? Nie rozumiem tej postaci. Lubię, ale nie rozumiem.
(źródło)
Mowgli przez długi czas nic nie robi. Potem buduje parę rzeczy i to ma nam chyba powiedzieć, że jest sprytny. No… no dobra, jak na wilka to jest. Tyle tylko, że jest człowiekiem, więc w sumie trudno tu mówić o jakimś szczególnym sprycie. Robi to samo, co robili jaskiniowcy: zaczyna budować rzeczy.
A potem dostajemy rozwałkę. I to był chyba najgorszy moment. Bo film każe mi uwierzyć, że wszyscy nagle pokochają Mowgliego za uśmiercenie Shere Khana. Shere Khana, który tak naprawdę jedyne, czego chciał, to zabić Mowgliego. To nie był problem antylop, niedźwiedzi ani pancerników. W razie czego widziałam w tym filmie sporo zwierzaków, które spokojnie pozbyłyby się tygryska, gdyby za bardzo brykał (Ha! Widzieliście, co tu zrobiłam?). A więc tak: mamy niezależnych świadków, którzy nagle uwielbiają jakąś postać tylko dlatego, że ta postać wygrała w konfrontacji ze swoim – i tylko swoim – wrogiem. Jakby tego było mało, Mowgli przy tej okazji podpala dżunglę. Ale jakoś nikomu to nie przeszkadza. Bo co? Bo później pomoże ją ugasić? Kaman, nie byłoby potrzeby gaszenia, gdyby nie zaprószył ognia! To wszystko przypomina mi trochę Fantastyczną Czwórkę z 2005 r.: bohaterowie właściwie nic nie robią, a pod koniec zażegnują zagrożenie, które dotyczyło tak naprawdę tylko ich i które tak po prawdzie sami spowodowali. Ale hej, to superbohaterowie, z jakiegoś powodu tłum ich uwielbia.

Wychodzi mi, że może jestem za stara na ten film. Obejrzałam ze względu na kilku aktorów i pod tym względem się nie zawiodłam. Jeśli chodzi o całą resztę – uważam, że ten film jest głupkowatym niewypałem i szkoda na niego czasu. No, chyba że ktoś bardzo chce usłyszeć Walkenowo-małpie u-u-u!




– You're the man-cub who wants to stay in the jungle.
– How do you know that?

– Kid, I got ears. My ears got ears. Only I can protect you.

czwartek, 29 czerwca 2017

Podaruj Mężu łom, czyli znów słowo o prezentach

skrzynia z rozbebeszoną zawartością
Swego czasu wrzuciłam na blogasa parę moich prezentowych dzieł: purity seal czy robokrowę. Dziś idę za ciosem. Dziś będzie o Falloucie.
Wiecie, tak naprawdę jakoś nigdy nie grałam w Fallouta. Znaczy zaczęłam kiedyś, tylko jakoś mi się to rozmyło, jak niemal każda moja przygoda z jakąkolwiek grą. Zresztą, pamiętam, że wybiłam jakąś wioskę, a potem zobaczyłam, że hej, te trupy mają imiona… a skoro mają imiona to pewnie byli ważni. I jakoś straciłam impet, bo mi było szkoda, że tych matołków wymordowałam. A wymordowałam ich tylko dlatego, że nie umiałam zdjąć broni…
No mniejsza.
W każdym razie, mimo że nie grałam, zawsze ogromnie podziwiałam Fallouta za klimat i tę przecudną mieszankę postapo i atomic punku. No i rozmach fabularny. I inne rzeczy, które już poznawałam na wyrywki i stopniowo, zaglądając przez ramię Ulvowi, który jest jak najbardziej graczem.
No więc postanowiłam zrobić falloutowy prezent.
Nie ukrywam: pierwotnie to miała być mała skrzynka z paroma gadżetami (kapsle!) i takim jeszcze mniejszym kuferkiem z dozymetrami. Ale cyferki trudne, ja jestem jemiołem i koniec końców okazało się, że chyba pomerdałam wymiary zewnętrzne i wewnętrzne, a kuferek z dozymetrami za diabła nie właził w tę mniejszą skrzynkę. Cóż mi pozostało?
Kupić większą skrzynkę, oczywiście.
Pech chciał, że nie bardzo były jakieś pośrednie – i moja skrzynka okazała się być taką do przechowywania trupów (tak myślę). Przez moment straciłam pewność siebie, no bo w sumie tego nie przewidziałam i się bałam, że będzie pusto. No ale to był tylko moment. Potem już było wyzwanie.

Bez dalszego przedłużania – oto Dirty Crate made by Fraa.


puszki z wodą - przed i po

Napoje

Postawiłam na różnorodność. Do skrzyni trafiła więc puszkowana woda z Instytutu, piwo, rum i Nuka Cola. Tu od razu muszę nadmienić, że miałam pewien dylemat: wygląd czy funkcjonalność. Na przykład taka puszkowana woda – wiecie, twórcy Fallouta w wielu punktach przenosili do gry bardzo realnie istniejące przedmioty, tak jak właśnie wodę pitną w puszkach, która rzeczywiście była produkowana w Bostonie i którą można nabyć na Ebayu. Tyle tylko, że gdybym ją nabyła, byłby to wyłącznie rekwizyt – nie do spożycia. A co za pożytek z czystej wody, skoro nie można jej wypić? Podobnie z rumem: ten w grze jest w innych butelkach. U nas w czymś takim można kupić raczej whisky. Ale co – przelewać? Zależało mi, żeby wszystko było możliwe do wypicia, w oryginalnych opakowaniach. Stąd pozwoliłam sobie na pewne odstępstwa. Aha, oczywiście nie uchowała się też Nuka Cola. Bo oczywiście, najprościej byłoby przerobić na nią butelki z Coca Colą, tyle tylko, że Ulv nie przepada za Coca Colą – jest w Pepsi-team. Więc przerabiałam butelki z Pepsi, które mają nieco inny kształt. Ale co tam.
piwo i rum - rum ma tłoczoną butelkę, dziad jeden!
Ogólnie przerobienie napojów nie było bardzo trudne: wystarczyło okleić kapsle (za wyjątkiem piwa – piwo ma po prostu czarne kapsle i nie przeczę, że specjalnie pod tym kątem szukałam w sklepie), zerwać oryginalne etykiety i nakleić własne. Jeśli coś sprawiło trudność, to że w pewnej mierze te etykiety musiałam rekonstruować z maleńkich obrazków o słabiutkiej rozdzielczości, gdzie ledwo coś widziałam. Najprościej było z etykietą do Nuka Coli – te są dostępne do wyboru do koloru w internetach. Jedyne, co musiałam zrobić, to przystosować projekt kształtem do butelki Pepsi.

Gadżety niespożywcze

Oczywiście, oprócz napojów, w skrzyni musiały się znaleźć i inne rzeczy: niektóre z nich to tylko małe ozdobniki, kupione bądź wyprodukowane bardzo małym nakładem sił – sznurek, bandaże, mapa, tematyczny kubek, piersiówka, ołówki (trochę tylko oszlifowane i zaostrzone nożem, no bo przecież nie temperówką! – a dlaczego pojawienie się ołówków było uzasadnione, o tym za chwilę), skrzynka z dozymetrami, jakieś plakaty i całkiem małe afisze.
No i był też łom. Musiał być łom.
Osobną podkategorią są tutaj jednak pieniądze.
woreczek z kasą - sześć lat zbierania
ze wszystkich zakątków postapokaliptycznego świata!

Pieniądze

Zanim przejdę do kapsli (oczywiście!), wspomnę o paru innych walutach. W ogóle nawet nie wiedziałam, że w uniwersum tyle tego jest. Pomijając trochę niekanoniczne bankoty i kluczyki od puszek Bractwa Stali (które i tak się znalazły w prezencie), mamy walutę kopalni Kokoweef i Morningstar, złote i srebrne monety Legionu Cezara (z czego zrobiłam tylko aureusa, bo denar na rewersie miał za trudny obrazek…) czy dolary Republiki Nowej Kalifornii.
Kokoweef było absurdalnie łatwe: oni mieli pieniądze dość improwizowane, po prostu wartość napisana na kawałku papieru. Z żetonami z Morningstar było więcej zabawy, bo to drewniane krążki z malunkiem. Zostało mi na szczęście nieco sklejki po robieniu zakładki swego czasu – starczyło akurat na trzy żetony. Potem wystarczyło wyciąć szablon z gwiazdką, szablon z wartością i namalować najpierw jedno, potem drugie. Ach, sklejka miała jakieś wypalone wzorki (robienie zakładki było moją pierwszą zabawą z pirografem), więc na początek poszło też trochę szpachlówki.
aureus - nic nie widać, bo ziemniak
nie radzi sobie ze zbliżeniami
Z aureusem trochę się pobawiłam, nie przeczę. Zależało mi, żeby to miało stosowną wagę, więc nie bardzo ufałam modelinie, masie modelarskiej czy czemuś w ten deseń. Całość oparłam więc na blasze. Wycięłam z blachy kilka krążków i skleiłam je do kupy. Na to nakleiłam własnoręcznie ulepiony ryjek Cezara z jednej i wyciętego byka z drugiej strony. Reszta to zasługa pereł w płynie – swego czasu Ridka zostawiła u nas napoczętą tubkę. Nadało się w sam raz, bo przyznam, że zachodziłam w głowę, jak zrobić napisy. Dalej poszło malowanie i jest jak jest. Nie jestem w pełni zadowolona, bo w dotyku czuć, że to nie metal. Z drugiej strony, jak wspomniałam: przynajmniej jest dość sensowny ciężar, więc nie narzekam. Aż tak.
Z banknotami bywało różnie: dolary RNK są o tyle proste, że grafiki dobrej jakości można znaleźć w internetach. Wystarczy wydrukować, postarzyć i gotowe. Waluta Bractwa Stali ma w internetach tylko szkic koncepcyjny. Sporo więc musiałam nazmyślać i trochę improwizować, niemniej jestem dość zadowolona z efektu. To jak z etykietami: właściwie nic wielkiego, po prostu trzeba zrobić projekt w oparciu o to, co daje nam gra. A resztę robi za nas drukarka.
No i najważniejsze, czyli kapsle.

kapsle podczas malowania - naprawdę,
jeśli macie wybór, nie wybierajcie Perły,
Carlsberga, Heinekena i tego typu rzeczy.
Są smaczne, ale utrudniają życie.
Po pierwsze, musimy zebrać kapsle. Najlepiej oryginalne, mające 21 ząbków. Co tak naprawdę oznacza: jakiekolwiek, bo nie spotkałam się chyba z innymi.
Po drugie, nie popełniajcie mojego błędu – zbierajcie kapsle złote, białe, czerwone, ale na litość, powstrzymajcie się od pstrokatych ciemnozielonych. Nie żeby coś – po prostu trudno się to potem zamalowuje, bo farba lubi prześwitywać.
Enyłej – kiedy mamy kapsle, malujemy je na czerwono. Chyba że już są czerwone – to wtedy świetnie i wystarczy, że przejedziemy je papierem ściernym celem pozbawienia oryginalnego nadruku.
Tu wrócę jeszcze do butelek Nuka Coli: kapsle od Pepsi do pewnego stopnia podlegają tym samym regułom, co kapsle w ogóle. Tylko można sobie darować malowanie na czerwono. Tak naprawdę wygląd kapsli był różny w różnych Falloutach i nie musimy się stresować. Czasem to były całe czerwone kapsle z białym logo, a czasem boki miały złote (czy w ogóle jasne), a tylko na górze białe logo na czerwonym tle z czarną obwódką. No więc na kapsle od Pepsi ta ostatnia opcja jest idealna. Zdzieramy z wierzchu logo Pepsi i jesteśmy w domu.
te jaśniejsze naklejki to takie, które testowo
wcisnęłam w kapsle bez kleju - po prostu
przyklepałam do mokrej farby.
W sumie też się trzymają.
Następnie musimy mieć wycięte odpowiedniej wielkości papierowe kółka z logotypem Nuka Coli. I przyznaję, że długo się głowiłam, jak to wszystko rozegrać, bo opcja naklejanych papierków w ogóle mi nie pasowała. Przeglądałam tutoriale w internetach i tam prawie wszędzie było chamsko widać, ze to po prostu no… papierek naklejony na kapsel. Znalazłam jedną stronę, gdzie koleś robił pieczątki z logo, ale to z kolei wiązałoby się z dodatkowymi kosztami, a zresztą ja miałam kapsle używane, pogięte, na których stempelek mógłby się w ogóle beznadziejnie odbić. Odrzuciłam więc tę metodę. Tak jak odrzuciłam malowanie ręcznie, bo wiedziałam, że to by wyglądało po prostu szpetnie. Wróciłam więc do tych nieszczęsnych papierków.
...i po oszlifowaniu. Na większości kapsli tym sposobem
znów wylazła zielona, oryginalna farba.
Kiedy już mamy wycięte czerwone kółka z logo, po prostu naklejamy je na kapsle – ja to zrobiłam za pomocą jakiegoś kropelkopodobnego kleju. Naklejamy i na kapsle na butelkach, i na te pomalowane na czerwono. Jeśli będziecie mieć całe palce w Kropelce, nie bójcie się: to się z czasem wykrusza. Nie mam tylko pojęcia, co z czym wchodzi w jaką reakcję, bo podczas tej roboty czułam wyraźnie, że papierki na tych kapslach stają się gorące. Oj dobra, BHP jest dla słabych.
Kiedy moje kapsle wyschły, oskrobałam je na brzegach papierem ściernym, żeby trochę ugłaskać papierowe krawędzie. I tutaj już podzieliłam sobie kapsle na mniejsze pakiety: niektóre zostawiłam po tym oskrobaniu, bo podobał mi się efekt. Zostawiłam też te na butelkach. Inne kapsle zaś maznęłam po bokach ponownie czerwoną farbą, żeby jeszcze bardziej zamaskować biel papieru. A potem wszystkie kapsle chlasnęłam Wikolem. Serio. Ja pokochałam Wikol ostatnio. Po wyschnięciu tworzy przezroczystą, błyszczącą powłokę i jest świetny.
A tu schną po wyjęciu z soli. Rdza taka śliczna.
Tę ponownie podmalowaną grupę później znów rozdzieliłam na dwie: jedną zostawiłam taką czerwoną, drugą zaś ponownie oskrobałam, tym razem już tak do gołej blachy i nie przejmując się niczym. A następnie tę garść ponownie oszlifowanych kapsli wrzuciłam na talerz, zalałam wodą utlenioną i zasypałam solą. I zostawiłam na dobę albo i więcej. I dostałam piękną, piękną rdzę.
Aha, część kapsli dostało logo Sunset Sarsaparilli. Bo tak. Bo postawiłam na różnorodność. A część kapsli po Sunset Sarsaparilli ma na odwrocie niebieskie gwiazdki.
I tak to było.

Wszystkie razem pieniądze wrzuciłam do woreczka, woreczek do skrzyni.

mała skrzynka z dziennikiem. I kubkiem.
Pamiętajcie: jeśli można kupić coś innego albo kubek -
zawsze wybierzcie kubek!

Dziennik

I tu wracamy do kwestii ołówków i łomu.
Otóż im dłużej robiłam te rzeczy, tym bardziej odczuwałam chęć wpięcia tego wszystkiego w jakąś historię. Tak też zrobiłam – obok innych gadżetów, w skrzynce znalazł się więc fragment dziennika pisanego przez gościa, który ocalał z Krypty 74, która w 2178 została przejęta przez bandytów. Mój ocalały od sześciu lat wędrował przez Stany, spotykał ludzi i wymieniał towary. Swoje rzeczy trzymał w skrzyni. Czasem przywalił komuś łomem. I pisał dziennik – najpierw na maszynie (och, swobodnie zmieściłaby się w tej skrzyni!), potem ołówkiem (otóż to!).

Łom. Mieć łom albo nie mieć łomu
to jak mieć dwa łomy!

Skrzynie

No i jeszcze otoczka, czyli same pudełka. Przez pewien czas byłam trochę w kropce, kiedy myślałam o tej dużej, drewnianej skrzyni. Bo internety podpowiadały mi, że w Falloucie są różne takie pojemniki, ale dość często metalowe. Ku mojej radości jednak, udało mi się znaleźć coś takiego jak dirty crate – i te były drewniane. Właściwie były całkiem doskonałe i natychmiast się na to zdecydowałam. Co do mniejszego pudełka, to już odpuściłam bycie aż tak tró. Po prostu chlapnęłam falloutowe logo i zostawiłam jak jest. Kaman, to tylko pudło po amunicji – mam uwierzyć, że w uniwersum Fallouta coś takiego byłoby jakieś super nierealne?
Finałem było, oczywiście, ochlapanie wszystkiego sztuczną krwią. Przyznaję, że bardzo lubię to robić, a po wszystkim ręce wyglądają, jakby się właśnie wyrwało komuś wątrobę. To źle, że mi się to podoba…? Zresztą, krew totalnie przeszła test jakości, gdyż albowiem zaraz po odsłonięciu całego prezentu, w czasie kiedy Ulv zaczynał oglądanie zawartości, nasz kudłaty Ochłap bez żenady podszedł do skrzyni i zaczął ją - tę krew - zlizywać.
Łom nie tyle ochlapałam, ile raczej zanurzyłam w miseczce z krwią raz, drugi, czwarty – z fabularnych powodów zależało mi, żeby na nim znalazła się nieco grubsza warstwa.


I to właściwie tyle. Efekt pewnie mógł być lepszy, ale też ośmielę się stwierdzić, że mógł być gorszy. Jestem dość zadowolona ze skrzyni i jej zawartości, pisanie dziennika troszeczkę zdjęło ze mnie dwuletnią pisarską blokadę, no i ogólnie świetnie się bawiłam. I wiem o Falloucie więcej niż kiedykolwiek. I w ogóle, to ten:


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, ULVIE!!!


A tu nasz Ochłap.Bo tak.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...