piątek, 5 października 2018

Wrześniowe podsumowanie (czyli oszukuję w 750words)

Oni już przeczytali. A Ty?

Wbrew pozorom, nadal żyję. Nawet jeśli od przeszło miesiąca nie odezwałam się słowem. A to nie tak, że zupełnie nie mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Wszak stosunkowo niedawno widzieliśmy doskonały twór Meg ze Stathamem – i jest to film, który z miejsca trafił do mojego filmowego TOP 10. Tyle tylko, że po seansie (ani zaraz po, ani kilka dni po) kompletnie nie wiedziałam, co by tu napisać: no bo to po prostu świetny produkt. Są gigantyczne, prehistoryczne rekiny, jest Jason Statham i są ludzie, którzy – bądźmy szczerzy – zasługują na to, żeby umrzeć. Wszyscy są absolutnie głupi. Po pierwszych dziesięciu minutach filmu widz w zasadzie sam życzy im śmierci, bo to dobór naturalny i Matka Natura się upominają o sprawiedliwość dziejową. A potem jest mnóstwo rozwałki, nurkowania, wielgachnych zębów i jeszcze większych harpunów. To film, w którym – wbrew moim obawom – zwiastun w najmniejszym stopniu nie wyczerpał limitu zajebistości. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że trailer był raczej powściągliwy.

No więc to było to.
Z gier wzbogaciliśmy się o wytęsknione, wyczekane (znaczy – przynajmniej z mojej strony wytęsknione, bo wszak akcja na Kickstarterze miała miejsce już dawno temu) The Masque of the Red Death – grę planszową tworzoną przez mojego chyba najulubieńszego grafika i ilustratora: Grisa Grimly (i owszem, za diabła nie umiem odmienić jego nazwiska). Początkowo myślałam, że gra będzie raczej takim zakupem do głaskania od czasu do czasu, ale że nigdy w to nie zagram. Moje obawy okazały się bezpodstawne, bo udało się zmierzyć z Czerwoną Śmiercią. I oczywiście poległam dość prędko. Niemniej rozgrywka jest super zabawna. Jest sporo pamięciówki, nieco kombinatoryki, bo z jednej strony opłaca się trzymać razem z innymi gośćmi na balu i księcia Prospero, z drugiej jednak – ta bliskość wiąże się z pewnym ryzykiem. No a najważniejszy jest finał, kiedy Czerwony Mór pojawia się na przyjęciu i zaczyna kosić graczy – i jest nerwówka, dreszczyk emocji i kuriozalna radocha niezależnie od tego, czy Śmierć mnie dopadnie czy nie. Że nie wspomnę jeszcze o przepięknym wykonaniu tej gry: owszem, była dość droga, ale na planszówkowym rynku widywałam tytuły w zbliżonych cenach lub droższe, które nie były nawet w połowie tak fantastycznie zrobione. Począwszy od pudełka, a na figurkach kończąc. No i jest też śliczny zegar. I jestem ogólnie rzecz ujmując zachwycona.

Już pudełko mnie zachwyca, a wnętrze
jest jeszcze piękniejsze.
Nie jest tak, że intelektualnie zmieniam się w warzywo!
Choć istotnie, tytuły, z którymi się mierzę, są dość zróżnicowane. Z jednej strony więc mamy dziwaczny manifest (?) pewnej pani (obecnie startującej w wyborach samorządowych w pewnej miejscowości, z ramienia pewnej partii), która najpierw totalnie niezrozumiałymi, nieskładnymi zdaniami przedstawia burzliwe losy płodu stukanego w czoło i w pupę penisem, podczas gdy rodzice się kochają, a potem w jakiś niepojęty sposób kończy książkę płomienną krytyką straszliwych, bliżej nieokreślonych naukowców, którzy opłacani przez straszliwe, bliżej nieokreślone rządy państw produkują w tajnych laboratoriach klony, dzięki którym władcy tych państw są nieśmiertelni i będą rządzić światem, podczas gdy społeczeństwo będzie ogłupiane za pomocą GMO i szczepionek. I naprawdę, nie zmyśliłam tutaj ani jednego słowa. Tylko ubrałam to wszystko w zdanie, które – wierzcie lub nie – jest bez porównania bardziej zrozumiałe.
Z drugiej strony, łyknęłam też bardzo zacną beletrystykę, z którą – przyznaję – przez dość długi czas miałam problem. A to było tak: jakiś czas temu przeczytałam fantastyczne Na południe od Brazos. Powieść ze wszech miar zasłużyła na Pulitzera i skończyłam ją z lekkim kacem. Ale, jak to ja, zaraz po jej odłożeniu postanowiłam sięgnąć po coś kolejnego. Tak się akurat złożyło, że też spod westernowego znaku – tyle że ta druga książka jest pod każdym względem niepodobna do Na południe... – mowa tu bowiem o Rączych koniach Cormaca McCarthy’ego. No i nie zmogłam ich. Irytowali mnie bohaterowie, denerwował styl, a nawet ten kuriozalny zapis dialogów, które w żaden sposób nie były wyróżnione jako dialogi. Największym zaś grzechem Rączych koni był fakt, że nie były Na południe od Brazos. Musiałam zrobić dłuższą przerwę. Kiedy zaś po przerwie wróciłam do tej powieści, okazało się, że jest rewelacyjna. John Grady i Rawlins to chłopcy, których losy wciągają i którym się kibicuje. Bijący z powieści zachwyt nad końmi i wszystkie opowieści o końskiej duszy – urzekają. Jest w tym wszystkim magia, od której trudno się oderwać.
No i z trzeciej strony (tu trochę oszukam, bo jeszcze nie skończyłam, ale niewiele mi zostało), jest W królestwie Monszatana – reportaż o GMO autorstwa Marcina Rotkiewicza, dziennikarza naukowego. Książka jest kopalnią wiedzy o GMO, szczepionkach, rolnictwie organicznym, glutenie i o całej związanej z tym mitologii. Stanowi fascynującą lekturę, przy okazji której kompletnie traci się wiarę w ludzkość – i tu akurat jestem przekonana, że popełnię o tym oddzielną notkę, bo uważam to za szczególnie ciekawe, no i szczególnie ważne.

Z innej beczki, we wrześniu miała miejsce premiera antologii Ten pierwszy raz od wydawnictwa Genius Creations – mam przyjemność być autorką jednego z pięciu tekstów, które trafiły do tego zbioru. Gorąco zachęcam do lektury – pomijając ofkoz mój tekst, o którym z oczywistych względów trudno mi się wypowiadać, do tej pory przeczytałam dwa z czterech pozostałych i są po prostu bardzo dobre. Oczywiście, mam do tej publikacji swoje zastrzeżenia, ale o nich wspomnę pewnie także w oddzielnej notce.

No i tak to się kręci. Nie potrafię powiedzieć, czy w październiku coś się poprawi – a przecież lada moment listopad i kolejne NaNoWriMo. Ogółem nie jest łatwo, a dorosłość jest przereklamowana i śmierdzi. Ale może przyszły rok będzie lepszy. Enyłej.
Żyjemy.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Trzy oblicza Marcina Rusnaka, czyli "Opowieści niesamowite"

(źródło)

Autor: Marcin Rusnak
Tytuł: Opowieści niesamowite
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Jak widać, Fantazmaty nie zwalniają: dopiero co czytelnicy dostali wcale zacną antologię, a już za chwilę (dokładnie od 28 sierpnia, czyli od jutra) będzie można pobrać – po raz kolejny za darmo – zbiór opowiadań, tym razem jednego autora: Marcina Rusnaka. Nazwisko to większość czytelników orbitujących wokół fantastyki pewnie w mniejszym lub większym stopniu zna. Ja przyznaję, że znam raczej w mniejszym, a konkretnie z trzech antologii: pierwszego tomu Wolsunga, drugiego tomu Ostatniego dnia pary oraz wspomnianego już pierwszego tomu Fantazmatów. I cóż tu dużo mówić: we wszystkich przypadkach opowiadania tego autora odebrałam negatywnie. Dlatego też z pewną obawą sięgałam po Opowieści niesamowite i zdecydowałam się na to koniec końców chyba tylko z ciekawości, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie: na czym polega fenomen Rusnaka? Dlaczego ludzie go wydają i czytają, kiedy jeśli tylko dorwę coś jego autorstwa, tekst okazuje się słaby?

I jak Jeżusia kocham, początek nie napawał mnie optymizmem. Pierwsze opowiadanie ze zbioru, Zaginięcie Benedicta Constantine’a, to tekst napisany przy okazji konkursu na opowiadanie w świecie Wolsunga, który miał miejsce w 2015 roku (choć w sumie nigdzie nie jest to napisane wprost, ale zgadza się uniwersum i czas powstania). I, tak jak zresztą opowiadanie konkursowe, które koniec końców trafiło do wolsungowej antologii, absolutnie nie przypadło mi do gustu. Niby wszystko dość sprawnie napisane, ale naprawdę steampunkowa wersja Sherlocka to niezbyt oryginalny pomysł, a jeśli idzie o taki detektywistyczny klasyk, to w wolsungowej antologii Paweł Majka zrobił to o wiele lepiej. Rusnakowi bohaterowie sprawiali nieprzyjemne wrażenie wydmuszek, przez co cała intryga kompletnie mnie nie wciągnęła. W dodatku zupełnie mi nie po drodze z humorem autora, o czym przekonałam się już przy okazji poprzedniej antologii z jego udziałem, a teraz to odczucie tylko się utrwaliło.
Kolejne problemy dostrzegłam z czasem, kiedy zagłębiłam się w pierwszą część zbioru, czyli Księgę Końca. Składają się na nią opowiadania akcji i/lub postapokaliptyczne. Nie wykluczam, że komuś mogą przypaść do gustu: jak wspomniałam wyżej, są napisane w zasadzie sprawnie. Widać, że odpowiada za to ktoś, kto trochę słów wbił już w klawiaturę i wie, jak się to robi. Niemniej drażniła mnie powtarzalność fabularnego schematu (mamy zagadkę, bohatera zaczynają śledzić jakieś typy, bohater łomocze się z typami, następuje plot twist i zakończenie). Pewnie sprawdziłoby się jako kino rozrywkowe, ale nie jest to coś, co koniecznie chciałabym czytać.
No i jeszcze ten humor towarzyszący powtarzalnym, generycznym postaciom: humor nazbyt często sprowadzony do „wezmę coś z rzeczywistości i pozmieniam pierwsze literki – będzie *mrug mrug* nawiązanie”. No nie. Drażniło mnie w Śnieniu i drażniło tutaj.
Kołysanki dla umarłych przeniosły mnie do innej rzeczywistości, ponurej i dość typowo postapokaliptycznej… trochę zbyt typowo. Pomysł dwóch narratorów jest interesujący, ale byłoby lepiej, gdyby każdy z tych narratorów też był w jakiś sposób interesujący – a tymczasem skończyłam czytać w zasadzie niewiele wiedząc o nich czy o tym świecie. Oprócz tego, że no – postapo. I to z tym najbardziej trywialnym z postapokaliptycznych przesłań, podanym na tacy i powtórzonym na wszelki wypadek: że prawdziwymi potworami są ludzie. Serio, myślałam, że czegoś takiego już nie uświadczę. Jakkolwiek całość skojarzyła mi się trochę z Jestem legendą, tylko że tam – co brzmi totalnie głupio, bo nawet nie czytałam książki i znam tylko filmową wersję z Willem Smithem! – był bardziej wyrazisty bohater, którego emocje widz w końcu zaczynał dzielić i którego samotność robiła wrażenie.
Dalej mamy Zły szeląg, który ruszył mnie chyba jeszcze mniej niż dwa poprzednie opowiadania, Jedyne, co z niego pamiętam bez ponownego zerkania w tekst, to że powtórzył się motyw z numeracją domów, który dostaliśmy już w Zaginięciu… – nie drażniłoby to, gdyby opowiadania istniały w jakiejś odległości od siebie, ale w obrębie jednego zbiorku to się paskudnie rzuca w oczy. Wiecie: nie przychodzi się na dwie kolejne imprezy z tymi samymi ludźmi w tej samej sukience. A jednak technicznie opowiadanie całkiem zgrabnie operuje retrospekcjami i całość tworzy interesujący obrazek. Dalej nie był to tekst, przy którym mogłabym powiedzieć „ahaaa, to dlatego ludzie czytują Marcina Rusnaka!”, powtórzył się schemat, ale bohater wzbudził cień zainteresowania. Choć w scenie odkopywania lecącego granatu popłakałam się ze śmiechu.
Potem zaś przeczytałam Pielgrzymkę i poczułam się autentycznie zaintrygowana. Opowiadanie miało w sobie coś innego, coś ciekawego. Ładnie i niezbyt nachalnie pokazany świat – inny a jednak znajomy. Fajną perspektywę. Trochę moralizatorstwa, ale w porównaniu z Kołysankami… w zasadzie tego nie zauważyłam. No i, co chyba ucieszyło mnie najbardziej, odeszliśmy od ulubionego fabularnego modelu. Było bardziej refleksyjnie i większy nacisk położony na setting.
Pojedynek uważam za ciekawe ćwiczenie literackie, ale nic takiego, co warto by było upubliczniać, szczególnie że nie wnosi w sumie nic nowego w relacje (skądinąd dobrze czytelnikowi znanych) bohaterów: kanoniczne historie dość wyraźnie podkreślają tę zależność między nimi. Niemniej tekst jest miniaturką, więc można się przez niego szybko prześlizgnąć, by dotrzeć do drugiej części zbioru: Księgi Magii.

W Księdze Magii zobaczyłam to, czego zalążek mogłam dostrzec we wspomnianej Pielgrzymce. Dużą swobodę autora w budowaniu światów, umiejętność tworzenia adekwatnego klimatu dla opowieści. Nawet jeśli bohaterowie nie są jego mocną stroną, w tej części zbioru pokazał, co nią jest.
Choć, ma się rozumieć, Bociani zagon musiał sporo popsuć wprowadzeniem do fabuły doktora House’a Hausa. Ale wyjąwszy tę postać i finałowy żarcik z tym, że wszyscy kłamią, całość była wciągająca, a odizolowanie dziwnego, podupadającego zajazdu dawało się mocno odczuć. Fajne wrażenie też robiła przewijająca się gdzieś w tle opozycja magii i Kościoła, a także fakt, że coś, co na pierwszy rzut oka mogło sprawiać wrażenie typowego fantasy, w istocie było osadzone w „naszych” realiach. To w fajny sposób uwiarygodniło całą opowieść. Przyjemna lektura (choć zauważyłam, że ostatnio autorzy uwielbiają drgające medaliony).
Opowieść, którą znam tylko ja to znów miniaturka, ale zrobiła całkiem fajne wrażenie, kiedy po wstępie wróżącym raczej coś w rodzaju banalnej, gorzkiej historii o niespełnionej miłości, całość skręciła nam w fantastykę. Z tej króciutkiej opowieści wyłoniło się coś, co mogłoby być całkiem interesujące, gdyby autor poświęcił temu więcej uwagi i, oczywiście, jeśli nie popadłby w banał, o co przy tego typu połączeniach nietrudno.
Farid Tkacz i latający dywan jest z kolei opowiadaniem, które pamiętam z całości chyba najlepiej. Nie wiem, może jest najdłuższy? Przyznam, że nie sprawdzałam. W każdym razie to po prostu ciekawa opowieść, w której kompletnie nie przeszkadzało nawet to, że bohaterowie są tak typowi – bo ta ich typowość świetnie grała z całą przyjęta konwencją. To była baśń, a w baśni nikt się nie obraża, że psychologia Królewny Śnieżki nie jest dostatecznie wyraźnie przeanalizowana. Natomiast w tym tekście autor zdecydowanie pokazał, że umie w klimat i odmalowywanie świata. Wróciła też podwójna narracja, ale nie stanowiła kalki zabiegu z Kołysanek…, toteż czytało się przyjemnie. Opowiadanie pozwala przenieść się do świata rodem z baśni z „Tysiąca i jednej nocy”, poczuć tę egzotykę i uwierzyć, że narrator wie, o czym mówi. Dodatkowo uśmiechnęłam się, kiedy wyszło na jaw, kto jest tym wielkim, potężnym królem. Sprawnie skonstruowana opowieść w sprawnie zaprezentowanych realiach.
Kolejny tekst, Zabijając ptaki, nie zrobił na mnie może aż takiego wrażenia, niemniej i tak był dobry: zainteresował mnie świat i historia Kredziarzy, choć jeśli chodzi o relacje między bohaterami, na tym etapie dość wyraźnie widać już kolejny schemat, na którym autor osnuwa swoje historie prawie-miłosne. Ale na szczęście setting skutecznie odciąga uwagę od tej powtarzalności, a sam motyw tytułowych ptaków ogromnie mi się podoba.

Trzecia część, Księga strachu, budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jeśli opowiadania w niej zawarte miałyby być istotnie budzącymi grozę horrorami, no to chyba znów nie jestem targetem. Z drugiej strony, te teksty mają sporo fajności: ot, choćby tak bardzo wyraźne naleciałości z Lovecrafta. Nie są tak mocne jak Lovecraft, ale duch Samotnika z Providence gdzieś się nad niektórymi historiami unosi – przede wszystkim chyba nad Koszmarem z Yelland, w którym to opowiadaniu chyba jedyny zgrzyt miałam w momencie objaśniania, na czym polega szyfr Cezara – chyba najbanalniejszy ze wszystkich szyfrów ever. Dla równowagi niezmiennie podoba mi się, że nazwisko przeora to Godwill. Ogólnie uważam to opowiadanie za bardzo zgrabny fanfik osadzony w Lovecraftowskim uniwersum. Jeden z dwóch.
Zanim jednak czytelnik pozna drugi, dostanie przerywnik w postaci Białego Piekła – jest to miniaturka, o której w sumie mogę powiedzieć głównie tyle, że była: ciekawe spojrzenie z dwóch stron na tę samą sytuację, ale raczej mnie nie podbiło.
A potem Lovecraft wraca w opowiadaniu Pudełko pełne cudów. Teoretycznie znów nie dostajemy nic szalenie oryginalnego. Znamy już opowieści o takich artefaktach i w ogóle znamy ten mechanizm „cudów”. Dlatego też czytelnik zna rozwiązanie pierwszej warstwy zagadki niemal od razu, a bohater buja się z tak zwaną intrygą przez długie strony. Ale to nie szkodzi. W gruncie rzeczy z dość sporym zainteresowaniem śledziłam, co bohater jeszcze spieprzy. A zakończenie i odkrycie kolejnej warstwy tajemnicy jest wcale dobre – myślę, że autor wykrzesał tyle, ile się dało z tego typu opowieści, ładnie wplatając w to elementy zaczerpnięte od klasyka horroru. Aha, ze śmiesznostek: porównanie ciszy w pokoju do dyskrecji jak „nastolatka przekradająca się do swojej sypialni po popijawie tak, by nie zbudzić rodziców” – bo oczyma duszy widzę tę cichą, dyskretną nastolatkę: najpierw upuści klucze. Potem znowu. Kiedy wreszcie wceluje w zamek, potknie się o wycieraczkę i z łoskotem pierdyknie na podłogę. Potem się już pozbiera, ale potknie się o czyjeś buty w przedpokoju. Przez cały czas będzie teatralnym szeptem robić sama do siebie „ćśśśśś!”, bo przecież wiadomo, że to pomaga w utrzymaniu ciszy. A kiedy szczęśliwie już zalegnie w swoim pokoju, będzie chrapać jak traktor. Ale okej, okej – co człowiek, to skojarzenie.
Ostatni śnieg w roku to w moim odbiorze dość ciekawy eksperyment, ale przyznam, że mam do niego dość mieszany stosunek i nie jestem do końca pewna, czy w ogóle pasuje do tego zestawu tekstów.

Nie jest tak, że po przeczytaniu Opowieści niesamowitych z miejsca stałam się fanką Marcina Rusnaka. Niewątpliwie jednak wiele się o twórczości tego autora nauczyłam. Wiem, że nie zawsze jestem targetem – to nie szkodzi, nie każdy musi być. Myślę, że jeśli ktoś lubi literaturę sensacyjną, znajdzie w tym zbiorze o wiele więcej dla siebie. To, co zrobiło na mnie wrażenie, to wszechstronność, o którą Marcina Rusnaka nie podejrzewałam na podstawie tych trzech tekstów, z którymi miałam do czynienia przedtem. Sięga po rozmaite gatunki i – o ile mogę wyciągać daleko idące wnioski na podstawie tych konwencji, z którymi mi bardziej po drodze – dobrze sobie w nich radzi. I nawet jeśli nie do końca lubi tworzyć ciekawych, pogłębionych bohaterów, których losy by mnie wciągnęły, to zdecydowanie potrafi nadrobić ten brak ciekawym światem, plastycznymi opisami, mocną atmosferą i po prostu sprawnym opowiedzeniem pewnej historii.
Lektura Opowieści niesamowitych, mimo niefortunnego startu, koniec końców okazała się przyjemnie i pożytecznie spędzonym czasem.

Aha: o co chodzi z tymi psami? Prawie wszystkie fragmenty, w których padają komentarze na temat psów, mają wydźwięk negatywny albo psy pojawiają się jako antagoniści. Zresztą, w Śnieniu też było negatywnie o psie. Absolutnie protestuję.





Pamiętałem tęczowe rozbłyski zaklęć ochronnych, eksplozje w miejscach, gdzie magia ścierała się z zabójczą techniką. I przerażający ryk syren informujących, że gdzieś tam bomby przedarły się przez osłonę i znowu umierali niewinni ludzie.
– Marcin Rusnak, Zaginięcie Benedicta Constatntine’a

poniedziałek, 30 lipca 2018

Smoki, literatura i umieranie: "Fantazmaty. Tom I"

(źródło)
Autor: praca zbiorowa, pod red. Dawida Wiktorskego
Tytuł: Fantazmaty. Tom I
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Fantazmaty to pierwsza odsłona nowego cyklu na fantastycznym poletku ebooków, ale nie pierwszy tego typu zbiór, który dostajemy w ostatnim czasie. Przede wszystkim - niejako prekursorką tej antologii była inna pozycja: Geniusze fantastyki, firmowana jeszcze przez Genius Creations – w przeciwieństwie do Fantazmatów, które z tym wydawnictwem nie mają już nic wspólnego, za wyjątkiem częściowego zaangażowania tych samych osób – tyle że tym razem już czysto hobbystycznie i pod własną marką.

I muszę przyznać, że w porównaniu z Geniuszami… nowa antologia wypada po prostu lepiej. Być może częściowo przez to, że jest krótsza: nie mam wrażenia, że to zbiór wszystkich możliwych opowiadań, które autorzy powykopywali ze swoich szuflad, tylko rzeczywiście teksty przeszły jakąś selekcję, co znacząco odbiło się na ich jakości. Mniej, ale lepiej. I ja to bardzo popieram.
Wciąż jednak mam wrażenie, że czegoś w tym wszystkim zabrakło. Skłaniam się ku myśli, że bardziej doświadczonej redakcji. Większość opowiadań jest w porządku, jest kilka tytułów naprawdę dobrych. Zazwyczaj jednak miałam irytujące wrażenie, że pomysł jest fajny, ale gdzieś po drodze zabrakło solidnej redakcji, która wymusiłaby na autorze przerobienie tekstu z „w porządku” na świetny, w którym ten fajny pomysł mógłby naprawdę rozbłysnąć.

Zacznę może od tych tekstów, które zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie – choć muszę tu podkreślić, że nie były złe. Ot, najwyraźniej nie jestem targetem. Przede wszystkim Pod skórą Agnieszki Hałas: nie wątpię, że to sprawnie napisana rzecz. Niemniej nie potrafiłam wykrzesać z siebie emocji podczas lektury. Tekst porusza problemy – i chwali mu się. Tyle że nie robi z tymi problemami właściwie niczego odkrywczego, co by sprawiło, że zapamiętam ten tytuł na dłużej. Mam świadomość istnienia tych problemów i czułam się trochę tak, jakby mi ktoś powtarzał w kółko, że wojna jest zła. Trudno zaprzeczyć, ale też to nic nowego. Plus miałam moment niepoprawnego rechotu przy zdaniu „Ciekawi was, jak to właściwie jest z moim wykształceniem?” – bo jedyna odpowiedź, jaka mi się nasunęła, to „Nie. Mam to w nosie”. I aż mnie korciło, żeby kontynuować dyskusję z narratorką.
W zbliżonym klimacie utrzymany jest Dzień Walpurgii Ahsana Ridha… Ridhy? Hassana (dobrze odmieniłam…?): mimo odmiennej fabuły, w obu przypadkach czytelnik dostaje osadzoną we współczesności historię młodego człowieka, który pod płaszczykiem urban fantasy sprzedaje nam problem: u Agnieszki Hałas była to, żeby nie wchodzić w detale, patologia w rodzinie, tutaj mamy chorobę psychiczną. Przy czym Dzień Walpurgii przypadł mi do gustu nieco bardziej, bo uświadomił mi istnienie czegoś, czego wcześniej nie znałam – wrażenie popsuł jedynie przypis na samym końcu. Powiadam: pozwólcie czytelnikowi dociekać samodzielnie. Nie wyręczajcie go w myśleniu.
Te dwa teksty chyba są najmniej „fantastyczne” ze wszystkich (na upartego można by uznać, że Dzień Walpurgii to w ogóle nie jest fantastyka). W pozostałych nadprzyrodzone akcenty są już nie tylko kostiumem, ale mocną bazą dla całej opowieści. Co w żadnym razie nie oznacza monotonii: dostajemy zarówno dość typowe (może czasem aż nazbyt typowe, wliczając w to mało twórcze nawiązania do klasyki) fantasy pełną gębą (Na podobieństwo Alicji Janusz, Dwie głowy węża Magdaleny Kucenty czy Księga Daat Anny Szumacher – wszystkie te teksty są bardzo zgrabnie napisane, tylko może dostały nieco za mało przestrzeni, żebym dała radę naprawdę przywiązać się do bohaterów. W efekcie dostałam postacie, których nie znam, w światach, o których nic nie wiem. Ich losy wywoływały we mnie głównie wzruszenie ramion), jak i różnorodne sci-fi (nasuwa się tu głównie Na obraz i podobieństwo Krzysztofa Rewiuka – dobre, tylko kompletnie nieprzekonujące relacje między bohaterami, jakby autor chciał wrzucić za dużo na za krótkiej przestrzeni, przez co te stosunki tak naprawdę nie zdążyły się sensownie nawiązać; no i oczywiście Trupy Pawła Majki – ciekawe i z fajnym zakończeniem, ale będące chyba głównie pokazaniem świata, niż historią o konkretnych bohaterach, bo ci w sumie pozostali mi dość obojętni. Wspomnieć też muszę o Ego te absolvo Agnieszki Sudomir – to ubrana w fantastycznonaukowy płaszczyk opowieść, która w nieoczywisty stawia dużo pytań natury etyczej).
W jeszcze innych klimatach są osadzone takie opowiadania jak Wieczne życie Tomasza Przyłuckiego – zabawne, lekkie, choć dość szybko wylatujące z pamięci – czy Następna stacja: Katastrofa Piotra Gruchalskiego. Miłośnicy słowiańskich klimatów znajdą dla siebie bardzo przyjemne Babie lato Piotra Borlika, fani humorystycznych miniaturek sprowadzających się do szeregu słownych gierek – Gang Higiena Kazimierza Kyrcza Jr. I Michała Walczaka. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest inna miniaturka: Pan Kukiełka Dawida Kaina – gęsty od niepokoju obrazek dla miłośników grozy. Wymienię tu jeszcze Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym Istvana Vizvary’ego: historię pewnego emeryta, który umarł. Na uwagę zasługuje fajne przenikanie się zmysłów, a także intryga, która z czasem wciągnęła.
I to jest ta najliczniejsza grupa tekstów: są fajne, sprawnie napisane, pozbawione większych baboli – po prostu z tych lub innych przyczyn do mnie nie przemówiły. Czegoś im zabrakło: przekonujących relacji między postaciami, interesujących bohaterów – ot, po prostu czegoś, co by mi na dłużej zostało w pamięci. Czytało się dobrze, ale muszę wracać do spisu treści, żeby przypomnieć sobie, o czym to właściwie było.

Fantazmaty mają jednak również teksty, które dużo mocniej wbiły mi się w mózg. W większości – pozytywnie. Ale zacząć muszę od dwóch niechlubnych wyjątków.
Przede wszystkim więc, wkurzyło mnie Śnienie Marcina Rusnaka. Sam pomysł na przedstawienie superbohaterskiej historii z punktu widzenia zupełnie niesuperbohaterskiego męża jest bardzo wporzo. Przypadłość dziecka interesująca (nawet jeśli kino słyszało już o takich pomysłach). Szkoda tylko, że ten mąż to całkowicie nieciekawy, antypatyczny koleżka, któremu z czasem życzyłam coraz gorzej i gorzej. Miałam ochotę obić mu ryj za każdym razem, jak wydzwaniał do swojej żony z jakimiś pierdołami, podczas gdy ona ratowała świat przed apokalipsą. Nie poprawiła sytuacji wstawka o Bulim, ale to już moje zupełnie prywatne spaczenie. Po prostu zupełnie się nie dogadaliśmy. A nawiązania do popkultury wyszły po raz kolejny nieciekawie.
Poważny problem widzę też w przypadku tekstu AJAS 22.9.5.12.11.9 Jacka Łukawskiego: to znaczy samo opowiadanie odebrałam nawet pozytywnie, ale potem dostałam w twarz… przypisem…? Epilogiem? Odautorską notatką pod tytułem „co autor miał na myśli”. I to było autentycznie straszne – nie wierzyłam, że na serio widzę coś takiego w książce. Jeśli przypis kończący Dzień Walpurgii wzbudził mój niesmak, to tutaj miałam ochotę naprawdę gryźć i drapać. Uważam, że to po prostu uwłaczające dla czytelnika, żeby tego typu notatki wrzucać do jakiejkolwiek publikacji.

A teraz już z czystym sumieniem mogę przejść do mojego TOP 4 pierwszego tomu Fantazmatów.

Na czwartym miejscu: Błędny rycerz Andrzeja W. Sawickiego – bo mechy, bo klimat i interesujący setting. Ciekawi bohaterowie. Historia, która wciąga i każe zastanawiać się, co było wcześniej i co wydarzy się później. Czuję się zachęcona do zaprzyjaźnienia się z twórczością tego autora – jedyny zgrzyt miałam przy przypisie poświęconym Inkluzji: za dużo, za niepotrzebnie. Wystarczyło krótkie „po więcej – patrz powieść: Inkluzja” czy coś w tym stylu. Nie rozpraszałoby niepotrzebnie. Na dodatkową uwagę zasługuje tu świetna ilustracja Tomasza Ściolnego.
Miejsce trzecie należy do Drakodoncji stosowanej Kamili Dankowskiej. To tekst, który zajął pierwsze miejsce w konkursie i jakoś mnie to nie dziwi. Opowiadanie jest wciągające i zabawne, w dodatku ma tę cechę, którą podkreślałam w tekstach ze Skafandra i melonika: wierzę narratorowi. Mam wrażenie, że autor wiedział, o czym pisze – zarówno pod względem emocji jak i przedstawionej technologii. Fakt, że całość opiera się na legendzie o Szewczyku Dratewce to tylko taka wisienka na torcie. Po prostu świetnie się bawiłam od początku do końca tego tekstu.
Mocne drugie miejsce zajmuje I moją głowę też Alicji Tempłowicz: z jednej strony, znane i lubiane postapo z ludźmi, którzy szlajają się po zgliszczach znanego im świata. Z drugiej, Alicja Tempłowicz nie byłaby sobą, gdyby u podstaw tego – na pozór typowego – settingu nie leżał jakiś wypasiony, niebanalny pomysł. Dodatkowo dostajemy sporo ciężkich emocji i bohaterów, którzy z miejsca zaczynają „działać” na czytelnika, tak że nie mogłam się nie zaangażować w ich losy.
O włos, niemniej zwycięża w moim prywatnym rankingu Zachwyt Wojciecha Guni: niesamowicie pomysłowy tekst o… cóż, o wielu rzeczach, ale nie sposób je wyliczać nie spoilując, więc jestem zmuszona pominąć fabularne podsumowanie. Dość, że tekst ogromnie kojarzy mi się z Bibliotekarzem Jelizarowa, a to powieść, która od lat jest jedną z moich ulubionych lektur ever. W Zachwycie znalazłam podobnie ciężki, nostalgiczny klimat i opowieść o smutnych, samotnych ludziach, którzy znaleźli swój sposób na życie. Czytelnik zanurza się w ten ich świat i odkrywa tam magię, której się nie spodziewał, która nie pasuje do tych okoliczności – odstaje i wciąga jednocześnie. Plus jest piękna zagadka z pięknym finałem. Jestem przekonana, że to opowiadanie zostanie ze mną na dłużej.

Nie powiem, że to zaskakująco dobra antologia – bo Skafander i melonik mnie trochę rozbestwił. Natomiast z całą pewnością jest to dobra antologia, pełna fajnych tekstów, wśród których można znaleźć prawdziwe perełki. Nawet opowiadania, które negatywnie zapisały mi się w pamięci, w gruncie rzeczy mają w sobie sporo dobrego, tylko po prostu w ten czy inny sposób nadepnęły mi na odcisk. To byłby dobry zbiór, choćbym musiała za niego zapłacić w księgarni – a biorąc pod uwagę, że można się nim cieszyć za darmo, to w ogóle nie ma o czym gadać: pozostaje tylko pobrać i cieszyć się lekturą.


Książkę można pobrać tutaj - formaty do wyboru, do koloru.




Rzuciłem się w prawo, byle uniknąć bezpośredniego plunięcia, zdolnego zeszklić piasek. Ścigany rykiem płomieni, skoczyłem za kontener. Zapikał SHEEP.
– Żryj owcę! – Z okrzykiem bojowym wychyliłem się zza osłony i odpaliłem wyrzutnię.

[Kamila Dankowska, Drakodoncja stosowana]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...