czwartek, 5 stycznia 2017

Huncwot 1. Możliwe spoilery

(źródło)
Późno i mam wrażenie, że na ostatnią chwilę, ale udało nam się dotrzeć na Łotra 1. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. Chyba niczego nadzwyczajnego, a na pewno czegoś gorszego od Przebudzenia Mocy. Miałam wrażenie, że pomysł na ten film wziął się z prostej rozkminy, jak by tu jeszcze odciąć kupon i zgarnąć kasę. I choć po seansie nadal mam wrażenie, że właśnie takie były podstawy stworzenia Łajdaka 1, to jednocześnie oznajmiam, że zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Naprawdę – świetnie się bawiłam. Przede wszystkim, film ma tę przewagę nad Przebudzeniem…, że próbuje we własną fabułę. To już nie jest tak do końca zlepek wszystkiego, co znamy z pierwszej trylogii, tylko w podkręconych kolorach. Oczywiście, pewne elementy muszą się powtórzyć: protagonistka, która straciła rodziców i dołącza do Rebelii? Checked – w tym przypadku mamy Jyn Erso (Felicity Jones). Szemrany towarzysz niedoli, który, mimo różnic w poglądach, wkrótce staje się najbliższym przyjacielem? Checked – Cassian Andor (Diego Luna). Zabawny droid? Checked – zresztą, chyba moja ulubiona postać w filmie: K-2SO (Alan Tudyk). Można by tu na pewno mnożyć przykłady, ale moim zdaniem nie ma to większego sensu. Bo ważne, że – nawet jeśli odgrzewani – ci bohaterowie zostali wkomponowani w naprawdę fajną, ciekawą historię, co więcej: historię, której zakończenia, przyznaję, się nie spodziewałam. Do pewnego stopnia – oczywiście, że tak. Wszak oglądało się Nową Nadzieję, co daje pewne wskazówki. Niemniej cóż: warto wysiedzieć w kinie do końca.

Warto też dlatego, że Gałgan 1 ma naprawdę mocną końcówkę. Są świetne piu-piu w kosmosach, absolutnie satysfakcjonujące, wliczając w to klasyczne ujęcia wspaniałych rebelianckich pilotów w swych latających X-Wingach. Są wybuchające niszczyciele, mrowie myśliwców, no i admirał Raddus (Paul Kasey, Stephen Stanton) – nie Ackbar, ale zawsze coś. Przede wszystkim zaś: są absolutnie najbardziej epickie sceny w całych Star Warsach, to znaczy Darth Vader. Owszem, są to – jeśli dobrze liczę – sceny w liczbie całych dwóch. Nie wiem, ile łącznie trwają. Minutę? Dwie? Ale tak bardzo warto! Vader jest w nich całkowicie doskonały i pozwala w spokoju zapomnieć, że przecież znamy go jeszcze jako Anakina-co-kocha-Padme, który był koszmarnie wkurzającym gnojkiem. Huncwot 1 pokazał nam Vadera w pełnym rozkwicie jego badassowatości. To są sceny, które można by sobie zapętlić i oglądać w kółko, szczególnie że Vaderowi towarzyszy oczywiście Marsz Imperialny – chyba jedyny klasycznie starwarsowy kawałek, jaki pojawia się w tym filmie.
Chyba na przekór znanym mi opiniom, bardzo spodobał mi się Tarkin (Guy Henry). Podobno był okropnie cyfrowy, podobno źle animowany i tak dalej – i kompletnie tego nie zauważyłam. Dla mnie był świetny i bardzo ładnie nie schodził z poziomu „Jestem złym, zimnym rozpierdalatorem i lepiej nie wchodzić mi w drogę”. Od razu było widać, że Tarkin jest tym, kim chciałby być Krennic (Ben Mendelsohn), ale mu nie wychodzi.

Czemu, do diabła, wylądowaliśmy tak daleko?
(źródło)
Oczywiście, film ma wady. Przede wszystkim: bohaterowie. Mimo że dają radę i część z nich naprawdę polubiłam, to Łobuz 1 nie stworzył tak pamiętnych charakterów jak Nowa Nadzieja. Jyn i Cassian są dość nijacy. Dlatego zresztą, jak pisałam: droid jest moim ulubieńcem, jeśli chodzi o główne role. Jest trochę postaci pobocznych, które okazały się dużo ciekawsze od głównych (niezbyt trudne, równie dobrze można by powiedzieć, że są ciekawsi od kostki styropianu): Chirrut (Donnie Yen) i Baze (Wen Jiang) stworzyli sympatyczny duet, pozytywne emocje wzbudza tez Bodhi (Riz Ahmed).
Tyle tylko, że wspomniany Bodhi jest jednocześnie sporym rozczarowaniem. Bo kiedy Saw Gerrera (Forest Whitaker) kazał go wymiziać temu czemuś z mackami, wspomniał, że to może doprowadzić do utraty rozumu. I naprawdę liczyłam na to, że to nie będzie tylko pusta pogróżka, ale że faktycznie pilotowi oberwie się po mózgu. Tymczasem okazało się, że koleś zniósł to wszystko zupełnie dobrze – dla mnie to okropnie zmarnowany potencjał.
W ogóle przy tej okazji wspomniałam o drugim rozczarowaniu: Gerrerze. W moim odczuciu był taką tutejszą kapitan Phasmą: napompowali mu opinię, zrobili kozacką stylówę, przygotowali widza na to, że ta postać okaże się badassem – a okazało się, że jego jedyną rolą jest powiedzenie paru zdań i… no, zejście ze sceny. Był Saw, nie ma Sawa. Wkurzyło mnie to, tak samo jak wkurzyła mnie w Przebudzeniu Mocy Phasma. Obojgu zabrakło jakiejś jednej, malutkiej chociażby scenki, która usprawiedliwiłaby to, co o tych postaciach się mówiło.

Film ma u mnie też dużego plusa za próbę wyjaśnienia czegoś, co w mojej opinii zawsze było i jest największą bzdurą Star Warsów: jak to możliwe, że Imperium skonstruowało wielką, mocarną broń masowej zagłady z tak boleśnie oczywistym słabym punktem?
(źródło)
Plus jednak, choć jest duży, nie jest bardzo duży. Niestety, to wyjaśnienie tak naprawdę też ma parę słabych punktów. Po pierwsze: konstruktorem Gwiazdy Śmierci był Galen Erso (Mads Mikkelsen), koleś, który już raz wycodał się z imperialnego interesu i został zaciągnięty z powrotem do pracy siłą. Jak więc można było zaufać mu tak bardzo, że nikt nie kontrolował tego, co on wyprawiał? Czemu żaden zespół kompetentnych naukowców nie patrzył mu na ręce? Po drugie: nawet jeśli nie patrzyli mu na ręce podczas pracy, to przecież w archiwum były kompletne plany Gwiazdy Śmierci. Nikt w Imperium ich nie przejrzał? Bo mam wrażenie, że pierwszymi osobami, które zerknęły na te dane, byli żołnierze Rebelii. No i po trzecie: dobra, załóżmy, że Galen naprawdę świetnie kłamał i tak wszystkich zmanipulował, że w ogóle nie przyszło im do głowy, żeby cokolwiek sprawdzać. Ale, do licha, przecież oni później – już bez udziału Galena – to powtórzyli! A potem jeszcze raz! Jak to w ogóle możliwe?!
Niemniej – wciąż szacun za tę próbę. Podejrzewam, że wyjaśnili to po prostu najlepiej jak się dało. A że mieli naprawdę trudny materiał, to cóż… Jak to mówią: z tego tam czegoś bicza nie ukręcisz.

Gdybym miała doszukiwać się jeszcze problemów, to powiedziałabym, że niepotrzebnie Szelma 1 jest filmem tak bardzo poważnym. Star Wars zawsze kojarzyły mi się jednak z odrobiną humoru, a tutaj tego zabrakło. Rozumiem, oczywiście, że sytuacja, w której znalazła się Rebelia, nie sprzyjała tryskaniu humorem, ale odniosłam wrażenie, że twórców filmu by zabiło, gdyby widz choć raz mógł się zaśmiać podczas seansu. Pozwolili sobie najwyżej na kilka uśmiechów, zazwyczaj z udziałem droida.

Niemniej film bardzo mi się podobał i udowodnił, że – mimo obaw po obejrzeniu Przebudzenia Mocy – Disney jest w stanie pokazać dość oryginalną historię osadzoną w tym settingu. Pozostaje więc czekać do przyszłych świąt na dalszy ciąg przygody.




– Do you want to know the odds of her using that blaster on you?
Quiet.

– It's high. It's very high.

czwartek, 29 grudnia 2016

W poszukiwaniu sensu, czyli "Delirium w Tharsys"


projekt okładki: Wiktor Żwikiewicz
Autor: Wiktor Żwikiewicz
Tytuł: Delirium w Tharsys
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 1986
Wydawca: Pomorze

W maju tego roku dzieliłam się wrażeniami po lekturze zbioru Kajomars i inne opowiadania Wiktora Żwikiewicza. Wspomniałam również przy tamtej okazji, że zaczęłam walczyć z Delirium w Tharsys. Pamiętam, ma się rozumieć, radę, bym ten akurat tytuł odłożyła na sam koniec zaznajamiania się ze Żwikiewiczowską twórczością, ale skoro miałam już wypożyczoną i napoczętą książkę, to co się miało marnować…?
Szczęśliwie już ponad pół roku później dobrnęłam do końca.
Przez pewien czas zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o Delirium… - skłaniałam się ku przemilczeniu tego epizodu ze swojego życia, ale jakoś tak dzisiaj stwierdziłam, że kaman! Zjadło mi to siedem miesięcy, dlaczego miałabym o tym milczeć? No więc odpaliłam Worda. I poszłam w internety w poszukiwaniu cudzych recenzji tej powieści, w poszukiwaniu inspiracji i pomocy w zrozumieniu dzieła.
I, prawdę mówiąc, cholernie się zawiodłam. Raz, że tych opinii znalazłam jak na lekarstwo. Dwa, jak już były, to albo sprowadzały się do „spróbowałem, ale po kilkudziesięciu stronach dałem sobie spokój” (rzadziej), albo do „Żwikiewicz jest bardzo trudny, nie dla każdego, ale moim zdaniem to geniusz” (częściej). Muszę przyznać, że poczułam się nieswojo. Przede wszystkim, zupełnie nie podoba mi się ton tych zachwytów. Bije z niego proste ultimatum: albo uwielbiasz Żwikiewicza, albo jesteś za gupia. A tymczasem ja się nie uważam za aż tak znowu głupią. Okej, okej, do tytanów intelektu nie należę, ale zdarzyło mi się w życiu zanurzać zarówno w rozrywkowe czytadła jak i teksty mądre i pogłębione. I jeśli nie zachwyca mnie Delirium…, to nie zgadzam się, że to wynika z faktu, iż tej powieści nie zrozumiałam. Tylko z tego, że… no, że po prostu mi się nie za bardzo podobała. Proste.

A skoro już nabiłam notce objętość tym przydługim wstępem, mogę przystąpić do właściwego tematu.
Przede wszystkim, mam wciąż kłopot z tym osławionym, trudnym stylem. Nie dlatego, żeby rzeczywiście sprawiał mi trudność. Bah, w wielu momentach język, jakim posługuje się narrator, jest zachwycający: szczególnie działają na wyobraźnię niebanalne, bardzo plastyczne opisy – bardzo, jakby to ująć… soczyste. W efekcie tego sceny, których świadkiem jest wędrujący przez świat Jonas, mocno odciskają się w pamięci. Tyle tylko, że same opisy nie zrobią powieści. Nie uczyni tego też fajne słowotwórstwo (a u Żwikiewicza zazwyczaj jest fajne). Szczególnie, jeśli między to wszystko wciśnie się różne mniej lub bardziej irytujące maniery, jak na przykład nadużywanie Wielkich Liter – nie było, ma się rozumieć, tak źle jak u Coelho, ale i tak miewałam dość często wrażenie, że ktoś tu próbuje mi tymi Wielkimi Literami wmówić Wielki Ukryty Sens pewnych rzeczy, który wcale nie wynikał z kontekstu. Z czasem też zaczęłam mieć dość wykrzykników i apostrof – towarzyszyło mi takie niewyraźne uczucie, jakbym czytała pijanego Tyrmanda. Nie poprawiał sytuacji fakt, że w ten sposób wyrażał się zarówno narrator, jak i bohaterowie. Przez to dość skutecznie potrafiło mi się rozmywać, co właściwie czytam i kto to mówi. Przy czym wszystko to tak naprawdę dość dobrze pasuje do tytułu – jest wrażenie majaków, osaczenia i obłędu. Jest strach, choć nie do końca wiadomo przed czym, bo wróg wciąż ukrywa się gdzieś za kadrem – kto wie, może wcale nie istnieje? Może oni wszyscy tam oszaleli? Nawet Jonas, który – jako osoba z zewnątrz – początkowo był do mieszkańców Tharsys mocno zdystansowany, wszak to w ogóle nie jego świat.
Nie zmienia to faktu, że – choć uzasadniony i konsekwentnie stosowany – styl był miejscami po prostu irytujący, a brak zróżnicowania zaciemniał obraz.

Skoro już wspomniałam o bohaterach, to muszę tu nadmienić, że choć wszyscy mieli zbliżony styl wypowiedzi, to jednak pojawiło się w powieści kilka postaci budzących… jeśli nie sympatię, to chociaż w ogóle emocje. Przede wszystkim ciepło wspominam Janka – zarówno ze względu na fakt, że to Bio-Łącze, a mi się spodobał pomysł całego tego Systemu Informatycznego z wykorzystaniem takich właśnie osób, jak i ze względu na niego jako człowieka – chłopca pozbawionego ojca, silnego i wrażliwego jednocześnie, który w dodatku fantastycznie się rozkręcił pod koniec.
Innymi zapadającymi w pamięć postaciami są Ion Szałamaja czy Feretrius – skrajnie różni, ale w fajny sposób pokazują odmienne spojrzenia na przedstawioną rzeczywistość.

A trzeba tu nadmienić, że rzeczywistość jest niczego sobie. Właściwie Delirium w Tharsys można by chyba podpiąć pod postapokalipsę. Są mutacje, bezludne pustkowia i odizolowane enklawy, w których dogorywają resztki ludzkości bez nadziei na przetrwanie czy jakiekolwiek odrodzenie i ponowne zapanowanie nad planetą. Z czasem czytelnik dowiaduje się o tym świecie coraz więcej i nic już nie jest takie oczywiste: ani tożsamość wroga, który rozpoczął inwazję na ludzkość, ani więzy łączące ludzi na Ziemi z dziećmi Seleny.
Problem polega na tym, że ze względu na przeładowaną emocjami narrację, która momentami sprawia wrażenie, jakby nie potrafiła skupić się na jednym wątku chociaż przez trzy strony bez popadania dramatyczne okrzyki i filozoficzne wywody, ta – sama w sobie ciekawa – fabuła gdzieś ginie. Oczywiście, mam świadomość tego, że nie pomagało moje czytanie po jednym rozdziale dziennie (albo i to nie). Rozproszyłam sobie tekst trochę na własną prośbę, czytając go przez ostatnie siedem miesięcy. Z drugiej strony, gdyby rzeczy w Delirium… działy się jakoś żwawiej i składniej, zapewne nie zasypiałabym po pięciu stronach i całość czytnęłabym szybciej.

Delirium w Tharsys ma sporo dobrego i byłabym nieuczciwa, gdybym całkowicie tę powieść przekreśliła. Niemniej mam wrażenie, że Wiktor Żwikiewicz pisał ją przede wszystkim dla siebie, a czytelnik zabiera się za nią na własną odpowiedzialność – i będzie musiał przebić się przez grubą warstwę waty, żeby dobrnąć do tego fajnego, błyszczącego środeczka.
Cieszę się, że przeczytałam Delirium…, bo to zdecydowanie coś innego i oryginalnego na tle moich dotychczasowych lektur. Mogę sobie wpisać do CV. Ale zdecydowanie pozostanę przy fangirlowaniu Clarke’a i Dicka, wreszcie też Lema, a Wiktorem Żwikiewiczem… cóż, niech się napawają inni.




Zafascynowany patrzył przed siebie. Wzrok sondował perspektywę hali wysokiej na kilkanaście metrów. Środkiem prowadził pomost, szarością niewiele różniący się od reszty posadzki, za to bez widocznego wsparcia, zawieszony pół metra nad ziemią. Po jego obu stronach podwójne rzędy porcelanowych postumentów. Każdy nakryty przezroczystym kloszem.
Wewnątrz – nie zawiodły go zmysły – leżeli nadzy, bladoskórzy w świetle zmartwiałym pod wysokim stropem. Pomyślał, że pierwszy raz widzi ich nagość. Nie w poglądowych projekcjach Uniwersytetu Seleny, już poza inkubatorem Kliniki–Matki, lecz takich właśnie – żywych i nagich, choćby bezwładnie spoczywających pod szklanym wiekiem. Od szczytu każdego klosza rozwijały się nitki szklanych rurek, niby światłowody – jeden tłoczący wodnistą różowość, drugi odsączający żółć, trzeci musujący pęcherzykami powietrza, kilka splecionych w czarny warkocz. Od czasu do czasu pod hermetyczny kołpak trzeba wpompować noc – ciemność zatapiającą światło, żeby poza nim zalęgły się senne widziadła. Najlepiej umierać we śnie.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Nordcon 2016 - minirelacja

Byłam.
No, a przynajmniej coś w tym rodzaju. Prawie-byłam…? Nordcon trwał od środy do soboty włącznie, a mi udało się dotrzeć na kawałek czwartku i piątek. Nie jest to może spektakularne, ale  wciąż o półtora dnia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
W czwartek wyrwałam zaraz po pracy. Okazało się zresztą, że dojazd do Jastrzębiej Góry jest z Gdyni całkowicie świetny, bo PKS z Gdyni Głównej jeździ co godzinę-pół (w zależności od pory dnia), a przystanek w Jastrzębiej jest tuż obok miejsca akcji.
Na miejscu zaś była już Siem, która zjechała na północ nieco wcześniej.
W ogóle pierwsze wrażenie z imprezy było natychmiastowo pozytywne: szybka rejestracja, ładnie wydany informator, no i przypinka. Lubię przypinki. Dokupiłam sobie przy akredytacji jeszcze kubek i koszulkę – i tu także jestem zadowolona, szczególnie projekt koszulkowy jest rewelacyjny. W dodatku był bardzo fajnie, konsekwentnie roztaczany klimat związany z tematem przewodnim tegorocznej edycji Nordconu. Zresztą, ta mocna tematyczność zdecydowanie mi się spodobała, podobnie jak lokalizacja, gwarantująca przyjemne odcięcie od rzeczywistości. I już nawet chyba pojmuję trochę ten system rekomendacji i tak dalej, konieczny, żeby w ogóle się na Nordcon dostać. Przy całym swoim braku konwentowego doświadczenia, i tak czułam różnicę w ludziach.
Miałam co prawda początkowo złe przeczucia, bo mi wszyscy opowiadali, że ten cały Nordcon to tak naprawdę kilkudniowe chlanie ze znajomkami w hotelu na końcu świata (co jedni zaliczali na plus, inni zaś na fuj-fuj), a nie żaden konwent – no a ja zdecydowanie chciałam czegoś innego. Okazało się jednak, że te pogłoski to były mocno przesadzone, bo program był bardzo ciekawy, nie natknęłam się też na żadne rażące mankamenty organizacyjne (rażące mnie – randomowego słuchacza. Nie wiem, ma się rozumieć, jak to wyglądało na przykład z perspektywy prelegentów). No i, choć co prawda nie nocowałam w hotelu, to jakoś nad ranem w piątek nie natknęłam się na zarzygane korytarze i toalety. Chyba więc jednak da się żyć.
Aha, fajne było też położenie nacisku na część rozrywkową, a nie na targową: stoisko z gadżetami i koszulkami było całe jedno. Acz nie przeczę, ucieszyłabym się, gdyby było na nim coś ciekawego, bo w sumie wybór nędzny i przez to nie nabyłam żadnego suwenira dla Ulva. Optymalne byłoby jedno-dwa stoiska, ale z jakimś ciekawym, urozmaiconym wyborem towarów.

Jeśli chodzi o sam program: w czwartek udało mi się podczepić pod ludzi, którzy szli na konkurs „Rozpoznaj Obcego”, prowadzony przez Izabelę Madeję. I, prawdę mówiąc, to był chyba najsłabszy punkt z tych, na które w ogóle udało mi się załapać. Nie znaczy to, że był faktycznie zły: po prostu jak na konkurs, to jednak strasznie jakoś to bałaganiarsko wyszło, jakby prowadzącej zabrakło pomysłu na ogarnięcie ludzi (co, mam wrażenie, zaowocowało zupełnie dziwnym i niespodziewanym skarceniem jednego z uczestników za to, że cośtam pokrzykiwał). Niemniej przekonałam się, że znam zdecydowanie więcej filmowych obcych niż myślałam, a także – że absolutnie nie jestem typem zapamiętującym tekst książek do tego stopnia, by później móc wskazać tytuł po cytacie.
Nie wiem, kto wygrał konkurs, gdyż przed jego rozstrzygnięciem zmyliśmy się do sąsiedniej sali, gdzie zaczynała się prelekcja Michała i Piotra Cholewów, poświęcona sztucznym inteligencjom. Dokładnie tak jak się spodziewałam, była rewelacyjna.

Później zaś zajechałyśmy z Siemą do Gdańska na noc – ostatni PKS do Gdyni odjeżdżał o 20:18, a więc idealnie, żeby na spokojnie się wygrzebać na przystanek po prelekcji.

Następnego dnia udało nam się dotrzeć na godzinę 13:00, czyli zdążyłyśmy na warsztaty „Inżynieria genetyczna zmieni wszystko. Na zawsze” Konrada „Białego” Klepackiego. I całe szczęście, że zdążyłyśmy, bo to było ogromnie inspirujące i fajnie przeprowadzone spotkanie. Ma się rozumieć, dawało się wyczuć, że zaledwie ślizgamy się po powierzchni tematów, ale to w niczym nie przeszkadzało. Ani słuchacze nie byli (przynajmniej nie wszyscy) fachowcami w dziedzinie, ani to nie miał być wykład turbonaukowy, tylko warsztaty kreatywne. I zaiste, teraz już z Siem wiemy, jakie będzie największe osiągnięcie ludzkości w dziedzinie genetyki. I kiedy już te łyse mamuty zaczną skakać przez płonące obręcze, zaklepujemy pierwsze bilety do cyrku.
Potem było okienko, ale to tylko dlatego, że jesteśmy ślepe buły, bo tak naprawdę, na to okienko została przeniesiona prelekcja o turystyce kosmicznej, ale nie widziałyśmy wielkich ogłoszeń naklejonych na drzwiach…
Porzuciwszy resztę wycieczki, dotarłam za to na opowieść Leszka Błaszkiewicza o SETI. I znów: bardzo mi się podobało. Było fachowo, czytelnie i inspirująco i gdyby nie to, że o 18:00 miałyśmy już postanowione odwiedzenie kolejnej prelekcji Cholewów, to z całą pewnością zawitałabym na „Opowieściach o gwiazdach” wspomnianego Leszka Błaszkiewicza. Po prostu świetnie się go słuchało.
Po historii SETI miałam trafić na prelekcję o wszechświatach równoległych, ale informacja o tym, że została przeniesiona, wisiała tuż obok tej o przeniesieniu turystyki kosmicznej. Jasne więc, że tej też nie zauważyłyśmy zawczasu. Czyli po prostu czekało mnie kolejne okienko, w czasie którego zresztą Siem dobiła z powrotem do hotelu.
Potem wstąpiłam na obchody trzydziestego jubileuszu Nordconu – ale stwierdziwszy, że chyba jednak nie czuję się do końca na miejscu, zmyłam się stamtąd czym prędzej. Okazuje się, że słuchanie wspominków, które nie są moimi wspominkami i picie szampana z ludźmi, których totalnie nie znam, nie rysuje się dla mnie jako coś w jakikolwiek sposób fajnego.

Ostatnim dla nas punktem programu (no bo PKS o 20:18) była prelekcja Cholewów, tym razem o kosmicznych kryzysach – czyli przegląd mniejszych i większych katastrof, którymi najeżona jest historia podboju kosmosu. Niektóre historie trochę zabawne, niektóre straszne, galeria nietuzinkowych postaci, no i oczywiście znów tona inspiracji. Nie żałuję ani minuty.

Z pewnym żalem, ale odpuściłyśmy sobotnie nordconowanie. Najprawdopodobniej jechałybyśmy raptem na jedną-dwie prelekcje i – mimo dobrych dojazdów – uznałyśmy to za przesadę.

Choć bardzo skromne, uważam moje pierwsze spotkanie z Nordconem za zdecydowanie udane. Podoba mi się atmosfera miejsca, staranne przygotowanie, tematyczność i jakiś taki luz. Potrzebowałam tego po ostatnim Imladrisie, żeby jakoś odzyskać wiarę w organizację takich imprez. Podobał mi się też brak mangi i anime. I choć w piątek po południu złapałam, ma się rozumieć, kryzys w stylu „co ja tu robię, to nie moje miejsce, idę do domu i zagrzebię się pod kołdrą, skąd nie wyjdę przed emeryturą”, to dziś ośmielę się stwierdzić, że bardzo chcę wrócić na Nordcon w przyszłym roku – i mam nadzieję, że uda się na dłużej i może nawet z noclegami w hotelu…?

Strasznie długa mi ta relacja wyszła jak na „mini”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...