poniedziałek, 31 października 2016

NaNoWriMo 2016

Z braku fanarta - Złotousty
machnięty czym prędzej
Chibi Makerze.
No dobrze. Ta notka powstaje nieco naprędce i po prawdzie jako owoc mojej własnej, osobistej prokrastynacji. Bo powinnam tak naprawdę siedzieć nad jakimś konspektem czy czymś, bo nie mam nic zupełnie, ale ponieważ na myśl o konspekcie chce mi się wyć, to ten… to czemu by nie napisać notki, co nie? Wszak to już tradycja, że muszę się pożegnać na miesiąc. Choć w tym roku akurat ten miesiąc nie będzie się wiele różnił od października czy września, bo jakoś w ogóle ostatnio mi blog oklapł smętnie i coś nie może wstać.

Niemniej: za sześć godzin zaczynam pisać powieść. O tym, że będę ją pisać, wiedziałam od jakichś czterech lat. Że będzie Złotousty-król i że w dużej mierze będę chciała opowiedzieć, co się z nim działo między zakończeniem Który tchnieniem stworzył Lewiatany a jakimś punktem z końcówki jego życia. Wiem, że chcę tę opowieść połączyć z Pustynnymi Mistykami, a skoro z nimi – to i ze Smokiem, bo przecież to właśnie oni są najgorliwszymi z wyznawców.
I to jest ta wiedza, którą ze sobą wlokę od paru lat. Niestety, trudno na takiej bazie napisać powieść w tempie 1665 słów dziennie. Nie mam żadnej dokładniejszej wizji fabuły, żadnego zalążka konspektu. Ani kawałka blurba czy fanarta, o okładce nie wspominając. Wkraczam w to NaNo zupełnie zielona – chyba że jakimś cudem uda mi się wyprodukować coś w ciągu najbliższych godzin. Jedyne, co zdołałam tyle o ile ogarnąć, to playlista - choć i to bez szału, bo składa się na nią raptem dziesięć utworów.

Nie ukrywam, że nie wiem nawet, dlaczego tak wygląda tegoroczna NaNoWigilia. Bądź co bądź powinnam być solidnie zmotywowana i pełna energii do pisania. W końcu dopiero co Genius Creations ogłosiło wyniki konkursu „Ten pierwszy raz” i hej, zajęłam drugie miejsce (do pierwszego zabrakło mi jednego punktu). Nie tak znowu dużo wcześniej Creatio Fantastica ogłosiło wyniki konkursu z okazji ich dziesięciolecia – i hej, zdobyłam wyróżnienie i będę w antologii. No i Szortal mnie przytula od czasu do czasu. Nic tylko siadać, pisać i rozsyłać do wydawnictw, no nie? Bo kiedy, jeśli nie teraz, po serii pozytywnych kopnięć od losu?
No więc nie. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Nie czuję ani jarania, ani w ogóle potrzeby pisania tego tekstu. Będę walczyć, no bo jeśli to odpuszczę, to tak naprawdę co innego miałabym robić?


Mam potężny problem z tegorocznym NaNo. Mam też nadzieję, że to tylko blokada na starcie, a potem jakoś to wszystko się poturla. W każdym razie no: wiem, że ostatnio pojawiałam się tu w sumie średnio raz w miesiącu, ale w listopadzie to będzie – że tak to ujmę – usprawiedliwiona i oficjalna nieobecność. No.

sobota, 29 października 2016

Imladris 2016 - niewczesna relacja

Kruff (fot. Siemomysła)
Siemomysła: Tak!
Znów to zrobiłyśmy. Ponieważ Fraa uważa, że jak już zjeżdżać na południe to z rozmachem i najlepiej z kilku powodów – umówiłyśmy się z Kruffą w Krakowie na weekend 7-9 października. Totalnie nieprzypadkowo miał tam akurat miejsce Imladris – Krakowski Weekend z Fantastyką. Z racji nauk wyniesionych z poprzedniej edycji, miałyśmy mądrzej planować, bardziej słuchać, mieć lepszy aparat, żeby robić zdjęcia ruchomym prelegentom, oraz poduszki. Czy nam się to udało? Fraa?

Fraa: Oczywiście, że nie! Zapomniałyśmy o poduszkach!
A tak na serio, to w moim przypadku wyszło trochę lepiej z tym planowaniem: raz, że wybrałam inne pociągi. Dzięki temu dotarłam na piątkowe wystąpienia, a przecież to właśnie na piątku najbardziej mi zależało. No i po imprezie w niedzielę był czas na podsumowujące piwo. Fakt, oznacza to dzień urlopu i nocną jazdę do domu, ale koniec końców okazało się to wszystko wcale nie takie straszne. Dwa, udało się zrobić tak, żeby nie łazić po terenie Imladrisu z gratami. To cenne.
Z tego miejsca ponownie pragnę podziękować hotelowi Anna&Jacu.
Trudno jednak było cokolwiek mądrze planować, bo po pierwsze: program bardzo dynamicznie się zmieniał, po drugie: w ogóle był jak dla mnie bardzo niefortunnie skonstruowany. Albo były trzy niemożebnie jarające mnie prelekcje równocześnie, albo przez dwie godziny obijałam się po salach na zasadzie przeczekiwania do czegoś fajnego.

S.: Tak, przyznaję, że problem pokrywających się prelekcji był przykry, a z kolei brak poduszek po raz kolejny okazał się dotkliwy. Niskie, twarde szkolne krzesełka to nie jest coś, co najbardziej lubię w Imladrisie...

F.: Choć w gruncie rzeczy i tak nie raz lądowałyśmy na podłodze, więc problem krzesełek schodził na dalszy plan.

S.: Ale! Przecież nie one są jego istotą. A są nią prelekcje, panele i wszelakie inne wystąpienia, czyli zasadniczo ludzie. W piątek – po pokazowej akcji zrzucenia ładunku we wspomnianym przez Fręę hotelu i ekspresowej podróży na Studencką – zaczęłyśmy od panelu prowadzonego przez Mendosława „Galicja – nieoczywiste inspiracje steampunku”. Pierwsze, co łatwo było stwierdzić, to fakt, iż prelegent wkręcony jest w temat niezwykle, a to zawsze stanowi dobrą przyprawę do prelekcji. Mnie najbardziej zachwyciły drobiazgi, smaczki, ciekawostki dotyczące konkretnych miejsc (Zakłady Zieleniewskiego, produkujące między innymi statki rzeczne), elementów zabudowy (rynna będąca najwyraźniej najmocniejszym fragmentem budynku do którego należała, bo przetrwała do dziś, mimo zrujnowania i przebudowy samego budynku), maszyn i pojazdów (historia nowej maszyny do produkcji papierosów i stanowczej reakcji pracownic na jej pojawienie się, trójkołowy pojazd opancerzony „Mickiewicz”), ulic, mostów i wszystkich tych innych rzeczy, z których tak dobrze się czerpie natchnienie do tworzenia klimatu i tła opowieści. Momentami prelekcja zdawała się nieco odbiegać od tematu, wychodząc ogólnikami znacznie poza teren Galicji. Myślę, że było to podyktowane chęcią ustawienia całości w konkretnym czasie historycznym i zwrócenia uwagi na fakt, że steampunk to nie tylko zębatki i szeroko pojęta estetyka. Nie ukrywam, że wolałabym, aby miejsce tych właśnie ogólników – łatwiejszych do samodzielnego eksplorowania – usłyszeć więcej anegdotek, pomniejszych historyjek i szczegółów, a także coś o samych źródłach, a których korzystał autor prelekcji. Skądinąd wiem, że planuje w przyszłości prelekcję skupiającą się właśnie na źródłach i metodach ich poszukiwania, na którą z chęcią się wybiorę.

od lewej: Ania Kańtoch, Aneta Jadowska,
Andrzej Pilipiuk, Michał Cholewa (fot. Siemomysła)
F.: Cóż - jeśli chodzi o prelekcję Mendosława, to przez większość czasu nie mogłam pojąć, do kogo była adresowana: pasjonatów Twojego pokroju, których jarają rynny i bruk, czy do bardzo randomowego widza, który może w ogóle nie do końca ogarniać, co to steampunk, poza tymi tam zębatkami i goglami. Bo rzeczywiście: chwali się, że prelegent bardzo konsekwentnie starał się wskazywać na całą otoczkę steampunku i na fakt, że ten nurt jest związany z bardzo poważnymi przemianami społecznymi, których nie da się zastąpić cylindrem czy gorsetem. Jednocześnie wchodzenie w detal – jakkolwiek dla mnie bez porównania bardziej smakowite niż opowiadanie czegoś, co jakoś mi się utrwaliło w mózgu jako oczywistości – sprawiało, że nie mogłam sobie wyobrazić tego modelowego widza. Myślę, że prelekcji wyszłoby na zdrowie, gdyby bardziej skoncentrowała się na smaczkach i specyfice regionu, zamiast ogólnego pokazywania, że jak się pojawiały maszyny w fabrykach, to pracownicy protestowali. Bo przecież właśnie na smaczki i regionalność wskazywał tytuł wystąpienia.

S.: Nie da się ukryć, że następnym razem poprosimy więcej regionalności ;)
Kolejnym – i w sumie dla nas najważniejszym – punktem Imladrisowego programu było filkowe wystąpienie Kruffachi, na którym w tym roku obie mogłyśmy być obecne.

F.: Tytułem przypomnienia: w zeszłym roku nie dałam rady się dokulać pociągiem na czas. Tym razem po prostu wybrałam wcześniejszy pociąg.

S.: Prelekcja połączona z koncertem zapowiadała się świetnie i byłaby świetna, gdyby nie – i tu w sumie odczuwam ogromną przykrość pisząc to - publiczność. Odniosłam wrażenie, że nie wszyscy przyszli do pubu Select ze świadomością, po co przychodzą. Przegadywanki, podśmiechujki, żarty zupełnie nie na temat. I dziwne z mojego punktu widzenia spostrzeżenie jednego z obecnych, że Kruff, jako prowadząca, powinna podnieść głos i towarzystwo uciszyć. Wydawało mi się, że wszyscy obecni byli dorośli. Okres głupawek szkolnych raczej za nimi, a przede wszystkim nikt nie siedział tam, bo musiał. Jeśli ktoś nie był zainteresowany, chciał pogadać o czymkolwiek innym ze znajomymi, mógł po prostu wyjść, a nie przeszkadzać. Dla mnie proste. A jednak nie takie proste. I tu ogromny szacun dla Kruff. Bo ona w sumie też mogła wyjść, ale nie zrobiła tego i osoby zainteresowane, które wszak na sali także się znajdowały, miały okazję posłuchać o filku i paru filków także. I bardzo dobrze.

F.: W zasadzie wyczerpałaś temat. Ponieważ Ty nie użyłaś tego określenia, ja to zrobię: widownia zachowywała się jak głupie gówniarze. I serio podziw dla Kruffy, bo ja na jej miejscu bym jebnęła drzwiami i wyszła. Przepraszam za język – niby minął już jakiś czas, ale jednak kiedy wracam myślami do tamtego wieczora, nerw wciąż mi skacze. Ostatni raz miałam do czynienia z taką bucerą jakoś w liceum.

S.: Dla obniżenia ciśnienia możemy rzucić się na wspomnienia z soboty! W sobotę zaczęłyśmy od wczesnego obiadu. Dlaczego? Bo potem nasz plan nie przewidywał żadnej przerwy, choć jeszcze do piątku wydawało nam się, że tak. Jednak jednym z zainteresowanych Kruffowym występem okazał się Piotr Gawron, który następnego dnia miał opowiadać między innymi o teleportacji kwantowej i postanowiłyśmy, że spróbujemy go posłuchać i mieć przy tym miny wyrażające coś ponad wielkie „nie ogarniam”. Przedtem jednak miałyśmy w planach kilka innych rzeczy. Najpierw spotkanie autorskie z Michałem Cholewą.

F.: Spotkanie było dokładnie takie, jak miało być: bardzo fajne. Od razu widać, że Michał Cholewa lubi gadać i na takich spotkaniach świetnie się odnajduje. Jedyne, na co mogę narzekać, to że za szybko się skończyło.

S.: Zawsze się szybko kończą, jak fajnie gadają. Ale Michał Cholewa uczestniczył także w kolejnym punkcie programu, który wybrałyśmy – panelu „Pisarz też człowiek”. Razem z nim na pytania dotyczące sposobów radzenia sobie z lawirowaniem między pisaniem a życiem odpowiadali: Anna Kańtoch, Aneta Jadowska i Andrzej Pilipiuk. Przyznam, że chyba spodziewałam się czegoś innego, gdy tak patrzyłam na temat panelu. Niekoniecznie pytań o to, czy zawsze chciałaś/chciałeś być pisarzem.

F.: Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. W gruncie rzeczy było mi trochę wszystko jedno, bo i tak w tym czasie nie było niczego ciekawszego. Niemniej siedząc w sali w którymś momencie odniosłam wrażenie, że marnuję czas. Michał Cholewa oczywiście super, w sumie ten panel był w jego przypadku naturalnym przedłużeniem spotkania autorskiego. Ania Kańtoch, niestety, prawie się nie odzywała. Andrzej Pilipiuk i Aneta Jadowska zaś wywarli na mnie zupełnie niekorzystne wrażenie.

S.: Ania jest mistrzem milczenia ;)
Kolejny punkt programu nas podzielił. Ja i Kruffa zdecydowałyśmy się posłuchać o promocji książki – panel z udziałem Marty Krajewskiej, Anety Jadowskiej, Magdaleny Babińskiej i Michała Stonawskiego. Prawdę mówiąc żałowałam, że nie wybrałam tego co Fraa. W sumie podsumowanie panelu można zamknąć w zdaniu, iż kwestia promocji książki to rzecz enigmatyczna i często zależna od indywidualnej inwencji pisarza. Dowiedziałam się również, że każdy chciałby być jak Jakub Ćwiek i ruszyć w kilkutygodniową trasę niczym gwiazda rocka, a także jak nie robić okładek serii wydawniczych. Mało było konkretów, jak mi się wydaje, natomiast bardzo dobrze zapamiętałam sobie słowa Marty Krajewskiej o wydawcy spełniającym marzenia. Przyznam, że zabrzmiały budująco.

F.: O, już kolejny punkt? Nie zdążyłam rozwinąć myśli o niekorzystnym wrażeniu. No nic – może to i lepiej. xD
Ja z kolei swój wybór – debatę Star Wars vs Star Trek – oceniam bardzo dobrze. Pierwszy raz uczestniczyłam w czymś takim, więc żywiłam spore obawy, jak to będzie wyglądało. Spodziewałam się głównie chaosu i przekrzykiwania. A już podział uczestników na stronę prawą i lewą w zależności od poglądów speszył mnie totalnie, więc usiadłam pod ścianą jako widownia. Tymczasem było bardzo fajnie, bardzo pozytywnie, Vanadu rewelacyjnie trzymał porządek, a mnóstwo wypowiedzi zaczynało się od „Wiem, że teraz trochę strzelam we własny ogródek, ale...”, ponieważ koniec końców wypowiedzi nie miały wiele wspólnego z tym, po której stronie usiadło się na początku. No i przyznam, że od jednego z uczestników (chyba nawet sekretarza debaty?) usłyszałam pewną refleksję na temat Star Treka i testu Kobayashi Maru, która mocno mnie uderzyła i uważam ją za naprawdę świetną. Debatę więc uważam za stuprocentowy sukces.
Szkoda, że wybrany przez Ciebie panel okazał się trochę niewypałem.

S.: Ja chyba po prostu ogólnie miałam jakieś inne, choć nie do końca sprecyzowane oczekiwania odnośnie paneli. Zaczynam sobie myśleć, że może raczej powinnam się trzymać prelekcji. Przyznam, że tegoroczny Imladris mniej mną ruszył niż zeszłoroczny i mniej intensywne zostawił po sobie wspomnienia. Może to wina „drugiego razu”, może pogody, a może ogólnego rozmemłania mojego umysłu, jakie ostatnio prezentuję. Z kolejnego punktu programu, w którym uczestniczyłyśmy zapamiętałam głównie to, że jakby tak nas splątać (oczywiście z Kruff) to byśmy były autorem bestsellerów ;)

F.: Tak... Jeśli chodzi o różnice między tego- a zeszłorocznym Imladrisem, to też coś zauważyłam. Myślę, że warto będzie do tego wrócić pod koniec.
Po panelu i debacie o 14., jak wspominała Siem, był w planie obiad. Plan się zmienił w piątek wieczorem i tak wylądowałyśmy na prelekcji Piotra Gawrona „Teleportacja kwantowa tam i z powrotem”. Prelegenta słuchało mi się bardzo przyjemnie, natomiast utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem debilem. Czekam więc na zaprezentowany pod koniec spotkania komiks – w nadziei, że może jak będzie więcej obrazków, to cokolwiek zrozumiem.
A później nastąpił kolejny rozłam w drużynie – porzuciwszy Kruffę w Sali Naukowej – Science Fiction na prelekcjach, na które sama chętnie bym pobiegła, gdybym tylko mogła się rozdwoić, dokonałyśmy trudnego wyboru.

Michał i Piotr Cholewowie (fot. Siemomysła)
S.: Trudnego, acz właściwie jedynego możliwego z naszego punktu widzenia, jak mi się wydaje. Bo w końcu po zeszłorocznych doświadczeniach z prelekcji o wycieczce górskiej Hannibala i jego słoni, prelekcja o Austerlitz w wykonaniu duetu Cholewów była tym punktem programu co do którego żadna z nas nie miała wątpliwości odkąd tylko zobaczyłyśmy Imladrisową tabelkę.
Ja się nie zawiodłam.

F.: Ja też nie. Choć przyznam, że na początku miałam kłopot z tą skrzypiącą podłogą. Skrzypiąca podłoga to zdecydowanie nie jest coś, co współgra z prelegentami, którzy zaiwaniają od ściany do ściany. No ale z czasem się przyzwyczaiłam. Czuję się w obowiązku napomknąć, że w prezentacji przed jednym myślnikiem brakowało spacji, były też dwie literówki, ale już ich nie pamiętam. Znak to niechybny, że za długo piszemy tę relację. No, w każdym razie Michał i Piotr Cholewa... Cholewowie...? Byli jak zwykle fantastyczni, a snuta przez nich opowieść – niezwykle sugestywna i ciekawa. Zastanawiam się tylko, czy jednak niemal dwugodzinny wykład to nie za wiele. Po godzinie coraz trudniej było mi skupić uwagę, a tam się właśnie rozkręcała akcja, bo wszak dotarliśmy wreszcie do samej bitwy!

S.: Zmęczenie materiału – w sensie odbiorcy – wynikało pewno też z tego, że było już późne popołudnie, a pogoda nie głaskała. A co do rozkręcania się akcji po godzinie, to musi być jakiś spisek, bo podobnie było na prelekcji obu panów o Trafalgarze, na której miałam przyjemność być w tym roku podczas Bachanaliów w Zielonej Górze. Tam jednak czas prelekcji został zredukowany do godziny, więc sama bitwa odbyła się błyskawicznie. Szast prast i siły morskie Francji zostały złamane. Zwycięstwu Napoleona pod Austerlitz (swoją drogą, kto decyduje o tym, jak miejscowość da nazwę bitwie, bo trochę to wygląda jak skecz o Bździnach Kabaretu Moralnego Niepokoju) prelegenci mieli szansę poświęcić więcej czasu. Takie zadośćuczynienie jakby. Mimo drobnych problemów ze sprzętem prelekcję uważam za bardzo udaną. I mam zdjęcia!

F.: A właśnie, przypomniałaś mi o tych kłopotach technicznych! To taki trochę zarzut ogólny, nie tylko do tej jednej prelekcji, choć tu mnie to szczególnie irytowało, bo chciałam słuchać prelegentów JUŻ. Straszliwie brakowało na tym Imladrisie jakichś technicznych, którzy po prostu przed każdą prelekcją z wykorzystaniem sprzętu typu komputer czy rzutnik, sprawdzaliby, czy wszystko śmiga. Nie wiem, może orgom zwyczajnie brakowało ludzi na coś takiego. Szkoda.
I czekaj... czy mi się wydaje, czy to była dla nas ostatnia atrakcja soboty?

S.: Tak. Zamierzałyśmy wprawdzie pójść jeszcze na prelekcję zatytułowaną „Ziemie poza Ziemią”, ale okazało się, że jakimś cudem przegapiłyśmy korektę programu, a temat zastępczy nie interesował nas ani odrobinkę. Zatem po raz kolejny już skorzystałyśmy z rewelacyjnej firmy Icar (tak to jest celowa reklama, są świetni) i taksówką powróciłyśmy do naszego Imladrisowego hotelu.

F.: Icar... nie wiedziałam, że istnieją tak tanie taksówki, które tak bezproblemowo zjawiają się w kilka minut po przedzwonieniu. Jednak ten cały Kraków ma jakieś pozytywy.

Kruffa: (mobilizuje całe swoje 160 cm w kapeluszu) To ja jeszcze parę słów! Bo, jak dziewczyny wspomniały, zostałam w Sali Naukowej, więc teraz dostałam misję zdania relacji stamtąd. Misja to trudna, bo w relacje nie umiem. Ale spróbuję.
Zaczęło się od zmiany w programie – wiele rzeczy na Imladrisie zaczynało się od zmiany w programie. Przetasowanie dla mnie dość fortunne, o którym dowiedziałam się na korytarzu od samego świeżo upieczonego prelegenta (serio, kto ma czas sprawdzać informator konwentowy co pięć minut… Zakładając oczywiście, że ma do niego dostęp). Temat wystąpienia Krzysztofa Bortela  sam w sobie świetny, bo o działaniu próżni i nieważkości na ludzki organizm. Dla mnie, jako dla osoby usiłującej coś czasem napisać, darmowy i przyjemny risercz. W dodatku lubię, kiedy podczas prelekcji przewraca się moje – zwykle potoczne – wyobrażenie na temat pewnych kwestii. Poza tym grzechem byłoby nie pochwalić samego Krzysia, który z sytuacji wybrnął koncertowo i bynajmniej nie odnosiło się wrażenia, że punkt programu wpadł do rozpiski nagle. Cała przyjemność z słuchania ludzi, którzy po prostu wiedzą, o czym mówią.
To – znaczy porwać mnie swoją wiedzą i skopać jakiś ogólny ogląd sytuacji – udało się także drugiemu z prelegentów, wspomnianemu już Gawronowi. Jego wystąpienie o algorytmach podejmujących decyzje w sytuacji, kiedy do wyboru jest zabić albo zabić, przenicowało mi mózg i wywołało całą lawinę rozmyślań i spekulacji. To są właśnie dla mnie momenty na konwentach najcenniejsze – kiedy nagle ktoś zaczyna mi ładować do łba inspiracje łopatą. Nie żałuję ani minuty, chociaż kondycja była już kiepska, mocno popołudniowa i pozbawiona kofeiny ;) Trochę szkoda, bo przytomna pewnie wyniosłabym więcej.

Vanadu o piratach (fot. Siemomysła)
F.: Niedziela była bez porównania mniej intensywna. Miałyśmy co prawda zaplanowaną prelekcję „Wojna  światowa VII wieku, czyli Herakliusz kontra Chosroes” o 11., ale znów: ominęła nas korekta programu. Nie żebym narzekała. Sala – ku naszej radości – okazała się otwarta, więc spędziłyśmy sobie w niej we trzy bardzo miłą godzinkę. A że kolejna prelekcja miała być w tym samym pomieszczeniu, no to warunki do koczowania miałyśmy idealne.

S.: Zaiste! Tak nam się dobrze koczowało, że – jak wspominałam wcześniej – ustaliłyśmy zasady stworzenie ubergrafomana z naszej trójki, posiłkując się szczątkową wiedzą wyniesioną z prelekcji Gawrona.
A na ostatni punkt tegorocznego planu Imladrisowego (nie licząc pożegnalnego piwa o wielce znaczącej nazwie SpaceSheep) wybrałyśmy sobie prelekcję Vanadu traktującą o piractwie w czasach starożytnych. Muszę z radością oznajmić, iż był to przedni pomysł na zakończenie konwentu. Dobrze się bawiłam, nieco się podbudowałam i parę inspiracyjnych smaczków też podłapałam.

F.: Jako żywo, to było bardzo sympatyczne wystąpienie. Choć nadal nie kupuję tego, że królem piratów był Odys – pozostanę przy Agamemnonie, a kryterium wielkości floty pozwolę sobie zignorować – Barbarossa też miał dużą flotę, łupił miasta i jakoś jest uznawany za pirata. W ogóle prelekcja była ewidentnie nastawiona na wtłoczenie słuchaczom do głów „PRAWDZIWE PIRACTWO TO NIE JOHNNY DEPP I BURT LANCASTER” – podkreślanie niehistoryczności filmów było częste. Jak dla mnie, może nawet zbyt częste. Niemniej jako pożegnalny punkt programu – Vanadu sprawdził się bardzo fajnie.
Chyba nadszedł czas podsumowań?

S.: Faktycznie nadszedł.
Z mojej strony nie będą długie – myślę, że zeszłoroczny Imladris miał dla mnie więcej magii. Nie ukrywam, że ogromny wpływ na odbiór całości wywarła sytuacja z pierwszego wieczoru. Poczułam się jakoś zniechęcona. Co cieszy, to możliwość spotkania z ludźmi. Znanymi wcześniej z reala, kojarzonymi z Internetów, czy zupełnie obcymi, a wartymi poznania. Takie spotkania, to, co przynoszą, są moim zdaniem kwintesencją konwentów.

F.: Dla mnie zeszłoroczny Imladris miał zdecydowanie więcej magii – pewnie w dużej mierze właśnie dlatego, że był pierwszy. A po wtóre, tak jak mówisz: niesmak po piątkowym wieczorze tkwił w człowieku przez resztę weekendu. Ale też nie ukrywam, że dużym rozczarowaniem był dla mnie brak Pawła Majki na imprezie. Do samego końca byłam pewna, że nie no, na pewno pojawi się w programie, tylko po prostu w ostatniej chwili. Imladris traktowałam jako taki pewniak, że tam będę mogła się pojarać Bosmanowymi światami. A tu taki wał i smuteczek.
Nie mogę też się oprzeć napisaniu paru słów o wrażeniu, jakie wywarł na mnie w tym roku sam Kraków: jak było już wspomniane, fantastyczne taksówki. To spory plus. A minusy? BRAK PAWŁA MAJKI. A także cholerna Galeria Krakowska. Nienawidzę jej podwójnie. Raz, że konieczność przedzierania się przez tego bydlaka za każdym razem, kiedy człowiek chce przemieścić się między dworcem a miastem, to paranoja (wiem, że to nie jest wyłącznie krakowskie rozwiązanie, ale nie zmienia to faktu, że uważam to za upośledzoną koncepcję). Dwa, że kiedy tam byłyśmy, akurat udało nam się trafić na Yorkomanię czy coś takiego. Proszę sobie wyobrazić tłum klientów z rozwrzeszczanymi dzieciarami, głośną muzykę, panią napierdalającą do mikrofonu, a w tym wszystkim dziesiątki przerażonych jorków. Ale, prawda, wszak Galeria Krakowska – „Zawsze modnie”. No a yorki to takie fajne, modne pieseczki do filiżaneczki... Argh, przepraszam – ciśnienie nadal mi rośnie, jak sobie to przypomnę. Schroniska i fundacje robią co mogą, żeby uczulić ludzi na ten krzywdzący yorki, głupi stereotyp, a ktoś w takiej Galerii Krakowskiej spuszcza to wszystko w kiblu.

Wyjechałam z Imladrisu ogólnie dość przybita i zniechęcona do pisania. Ale z drugiej strony, jechałam na niego już z lekka zniechęcona, więc nie mogę zwalać całej winy na konwent. Grunt, że udało się spotkać z ludźmi, pogadać o rzeczach, o których na co dzień nie zawsze jest z kim. Wreszcie też – zobaczyć ciekawe inicjatywy i usłyszeć „Predestynację” (uwielbiam wciąż tak samo). Fajne, cenne doświadczenie. I chociaż ten Imladris nie zostawił mnie szczególnie olśnionej, to i tak wiem, że w przyszłym roku będę chciała przyjechać ponownie.

wtorek, 20 września 2016

Warcraft Adventures - gra, której nie ma

(źródło)
Dziś muszę zacząć od przyznania się, iż jestem kryminalistką. Grę, o której chcę napisać, pozyskałam bowiem w sposób wysoce nielegalny, korzystając z pewnej strony z gryzoniem w nazwie. Chciałam co prawda z innego źródła, ale źródło było – jak się zdaje – na tyle nielegalne, że zanim do niego dotarłam, gra została stamtąd usunięta.
Nic na to nie poradzę – zwyczajnie nie mogłam się powstrzymać. Zafascynował mnie zarówno sam produkt (przygodówka point & click, bez obijania twarzy przeciwnikom, za to z fabułą, humorem i grafiką jak z kreskówki z wczesnych lat dziewięćdziesiątych), jak i towarzysząca mu otoczka: Warcraft Adventures: Lord of the Clans to gra, nad którą pracował Blizzard w okolicach lat 1996-1998 (czyli między Warcraftem II a III). Początkowo premiera miała nastąpić w 1997 r., ale produkcja przeciągnęła się o rok. I nagle, w 1998 r., mając – jak się wydaje – niemal gotowy produkt, Blizzard stwierdził, że jednak lol nope, robili to za długo, gra zrobiła się przestarzała, a po sukcesie The Curse of Monkey Island LucasArts nadchodziło ze swoją pierwszą trójwymiarową przygodówką Grim Fandango. W tej sytuacji Warcraft Adventures rzeczywiście stawało się pod względem technicznym nieco passe.
Teraz, osiemnaście lat po anulowaniu gry przez Blizzarda, na forum Scrolls of Lore pewien Rosjanin nickiem Reidor (przypuszcza się, że były pracownik rosyjskiego studia Animation Magic, które współtworzyło Warcraft Adventures) podrzucił grę ku uciesze internautów (jak wspomniałam, link do pliku zniknął stamtąd, zanim go dorwałam – ponoć na prośbę Blizzarda).
A ten cały przydługi wstęp sadzę tu w sumie dlatego, że wydaje mi się to naprawdę ciekawą historią. A anulowana gra to nie taki tam byle spin off, bo mowa o produkcie, który wprowadził do uniwersum Thralla. Jakby… istotne, nie? Nie wspomnę o goblinie imieniem Gazlowe. No i mechanicznych kurczakach…

(źródło)
Natomiast jeśli chodzi o samą rozgrywkę:
Pewnie swoje robi fakt, że jarałam się Warcraft Adventures jeszcze zanim ją uruchomiłam. W każdym razie grało mi się bardzo, bardzo przyjemnie. Przygoda nie jest jakaś strasznie długa, ale parę ładnych godzin zajmuje. Dużo w tym wszystkim humoru, niekiedy dziwacznego, który bardzo pięknie kontrastuje z tym, jak wygląda uniwersum Warcrafta teraz – po kilku dodatkach do WoWa i filmie, gdzie oczywiście wszystko jest epickie i poważne. W WA epickości raczej się nie uświadczy – jeśli już, to będzie taka raczej na miarę rysunkowego He-Mana. Nie zmienia to faktu, że przygoda wciąga: losy Thralla są dość pokręcone, a miejsca, które bohater będzie musiał zwiedzić, zapadają w pamięć (mój faworyt: sklep Zul’jina). Kobiety krasnoludów mają brody, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że widziałam goły zadek Thralla! To się już nie odzobaczy...
Jeśli chodzi o trudność rozgrywki, to mniej-więcej w połowie tułaczki Thralla po Azeroth powiedziałam, że hej, fajnie, bo jest tak akurat mój poziom trudności: trochę się głowię nad zagadkami, ale nie tyle, żeby mi to odebrało radość z przeżywania przygody. I jakieś pół godziny później okazało się, że zacięłam się na zagadce… i ogólnie mam wrażenie, że albo mi mózg przestał działać, albo po prostu od któregoś momentu gra staje się odrobinę trudniejsza. Co w gruncie rzeczy nie jest złe, bo to nadal nie jest paraliżujące. Tak, sprawdziłam solucję, ale to dlatego, że jestem niecierpliwą bułą. Inne korzystanie z internetowych podpowiedzi wynikło zaś z tego, że – jak mi się wydaje – WA w którymś momencie ma lukę. Bo nadal nie rozumiem, dlaczego ponowne wejście do lokacji, którą już zwiedzałam, zaowocowało przeniesieniem mnie w jakieś zupełnie nowe, obce miejsce, w innej części kontynentu.
Innym świadectwem tego, że gra nie została przez twórców dokończona, był brak dźwięku w niektórych filmikach. No i część dialogów też była ewidentnie dograna naprędce – choć mowa tu o dwóch czy trzech wypowiedziach, więc tak naprawdę nie miało to większego znaczenia.
(źródło)
No i brakowało mi jakiegoś bardziej fikuśnego zakończenia. Miałam trochę wrażenie, jakby gra się urywała: to znaczy owszem, Thrall zrobił swoje, było wiele radości, ale zaraz potem gracz zostaje przeniesiony do głównego menu i… no i ja się zawiesiłam. Miałam takie „ekhm… ale to już?” – mimo że niby fabularnie niczego nie brakowało.

Warcraft Adventures może nie jest grą doskonałą i raczej nie wywoła kaca. Ale zdecydowanie jest to produkt w moim guście i – choć jestem kryminalistką – zapewniam, że gdyby Blizzard wziął się oficjalnie za ten tytuł, dograł dźwięk gdzie trzeba, ewentualnie poprawił rozdzielczość i ogólnie wygłaskał tę przygodówkę, żeby wreszcie była gotowym produktem – kupiłabym bez wahania.

Tutaj zresztą taka moja refleksja: nie wiem, może i rzeczywiście wydawanie WA w 1998 r. byłoby ryzykownym krokiem. Mam jednak wrażenie, że gdyby Blizzard się ogarnął i wydał tę grę teraz, mógłby spać spokojnie. Nie dość, że stare gry cieszą się przecież ogromną popularnością (w końcu istnienie sklepu gog.com o czymś świadczy), to jeszcze Warcraftowa marka ugruntowała się przez ostatnie dwadzieścia lat na tyle mocno, że nie sądzę, żeby zabrakło klienteli. A jeśli Blizzard nie chciałby wydawać WA jako samodzielnej gry, nie miałabym nic przeciwko wrzuceniu jej na pendrive’a w jakiejś kolekcjonerce dodatku do WoWa na ten przykład. Przecież w edycji kolekcjonerskiej Diablo III na fikuśnym pendrivie dołączyli Diablo II, więc czemu nie WA? Zwłaszcza że bądźmy szczerzy: kolekcjonerskie wydania dodatków do WoWa są, prawdę mówiąc, dość nędzne, jeśli wziąć pod uwagę ich cenę.

Trochę sobie wmawiam, że może dlatego Blizzardowi zależało na tym, żeby Reidor nie rozpowszechniał tej niedokończonej wersji. Jak dla mnie jednak, odwalił kawał całkiem niezłej reklamy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...