poniedziałek, 10 grudnia 2018

Nordcon, Nordcon i po Nordconie

Nordcon w telegraficznym skrócie.
Myślę, że dość dawno już dla wszystkich stało się jasne, że nie jestem żadnym tam wyczynowym konwentowiczem. Nie lubię tłumów, na stoiskach zazwyczaj nie widzę niczego atrakcyjnego do nabycia, fandomowa hermetyczność mnie męczy, no ogólnie jest słabo. A jednak dzieje się jakoś tak, że na Nordconie wylądowałam już po raz trzeci. Co jest niniejszym moim konwentowym rekordem, bo nigdzie dotąd nie wizytowałam więcej niż dwukrotnie (Imladris). Co więcej, nigdzie przedtem nie ośmieliłam się zaciągnąć Ulva – a tym razem pojechaliśmy całą rodziną: my i nasze psiecka. Co więcej: wreszcie, po dwóch latach kombinowania, udało się uczestniczyć w imprezie z noclegami! Precz, codzienne dojazdy PKSem do Jastrzębiej!

Do hotelu przybiliśmy w czwartek jakoś przed południem. Akurat dość czasu, żeby się na spokojnie rozpakować w pokoju i zaaklimatyzować. Już wtedy spotkało nas małe zaskoczenie, bo z regulaminu dostępnego na nordconowej stronie zrozumieliśmy, że ogólnie za obecność zwierząt w pokoju płaci się 125 zł niezależnie od liczby tych zwierząt (wszak dezynfekcję trzeba przeprowadzić tak samo za jednego psa jak i za osiem – zresztą, cytuję informacje z oficjalnej strony wydarzenia: „Pokoje w których przebywały zwierzęta muszą po pobycie zostać odkażone. W związku z tym należy wnieść opłatę 125zł w recepcji Ośrodka.” – czy to ja coś krzywo rozumiem, czy jednak nie ma tu wskazania typu „125 zł od łebka”?), a w recepcji okazało się, że mamy bulić za każde psiecko oddzielnie – toteż na początek pozbyliśmy się 250 zł i nadal do końca nie wiem, na którym etapie nastąpiło jakieś nieporozumienie. Ale dobra, jesteśmy spokojnymi ludźmi, więc przez kolejne pół roku będziemy mamrotać pod nosem, że nas w hotelu najzwyczajniej orżnęli na 125 zł, ale nikomu nic nie powiemy.
W czwartek było dość spokojnie. Łajkę zostawiliśmy w pokoju, a w teren zabraliśmy Vista. Strategia się sprawdziła: ona była grzeczna, on próbował się rzucić tylko na jednego psa ważącego 67 kg, wspaniałego Fergusa. Brawo ty, Viście.
Pierwszego dnia nie działo się zbyt wiele, jako że to czas dojeżdżania ludzi. Toteż dopiero o 17:00 odbyła się prelekcja, która – co tu dużo mówić – niczego nie urwała. Robert Bujniewski opowiadał o mitologii wikingów. Czy też raczej: próbował opowiedzieć? Wypadło to bardzo słabo. Miałam wrażenie, że sam za bardzo nie ogarniał tych najbardziej podstawowych zarysów mitologii, że prezentację przygotował naprędce pół godziny przed wystąpieniem i ogólnie jakieś to było nudne i chaotyczne. Inna sprawa, że – jeśli mam być szczera – moim zdaniem w ogóle temat był o wiele za szeroki na godzinne wystąpienie. Należałoby się tu skupić raczej na jakimś jednym aspekcie tej mitologii, na konkretnej postaci czy coś. Chociaż biorąc pod uwagę to niezbyt solidne przygotowanie (slajd, gdzie w nawiasie widniał napis „potrzebny przypis”? Serio, dziękujemy ci, Wikipedio), ograniczenie tematu mogłoby okazać się za małym udogodnieniem.
Wystąpienie skończyło się jakiś kwadrans przed początkiem kolejnego, na którym Grzegorz Szczepaniak miał mówić o muzyce inspirowanej kulturą nordycką. A skoro mieliśmy ten moment wolnego, no to śmignęliśmy do baru. I tak się złożyło, że nigdzie dalej już się nie ruszyliśmy: ktoś pogłaskał Vista, ktoś się nim zachwycił i zaczął rozmowę, po czym ani się obejrzeliśmy, jak nadeszła późna godzina wieczorna, czas na spacer, a także absolutny koniec jakichkolwiek prelekcji.

Jest Lagerta. Co może pójść źle?
W piątek byliśmy zdeterminowani od samego początku. Udało nam się wstać na tyle idealnie, żeby się ogarnąć rano i wyjść z psieckami, a potem zdążyć na prelekcję Marcina Szklarskiego „Podbój rosyjskiego Dzikiego Wschodu”. I muszę przyznać, że było to wystąpienie bez porównania sprawniej zrealizowane od tego czwartkowego. Widać było przygotowanie prelegenta i jego znajomość tematu. Dość zadowolona więc opuściłam salę.
Jako że kolejną prelekcję, która nas interesowała, mieliśmy dopiero o 16:00, do naszej dyspozycji zostawały dwie godziny wolnego. Akurat tyle, żeby coś zjeść i dać odpocząć oczom w pokoju… Oczy odpoczywały na tyle skutecznie, że zaspaliśmy o godzinę na prelekcję o 16:00… Ale, żeby nie było, wystąpienie Grzegorza Gajka o życiu skandynawskich kobiet we wczesnym średniowieczu nieco się przeciągnęło (jako że prelegent z godziny 17:00 nie dojechał na imprezę, więc było nieco luzu), no to jeszcze nawet załapaliśmy się na kawałeczek wystąpienia. A potem miał być panel poświęcony wikingom w sztuce i popkulturze – i popełniliśmy ten sam błąd co dzień wcześniej: usiedliśmy na chwilkę w barze. I ani się obejrzeliśmy, jak jakaś kobieta obcałowywała Vista, a inna opowiadała o kosmkach jelitowych jej suczki. W tym czasie Vist usiłował zeżreć twarz a to całuśnej pani, a to Fergusa, a Fergus kroczył godnie między stolikami i, cóż, był wielki. Serio, to nie był pies – to był źrebak.
Nie zjawiliśmy się więc ani na wspomnianym panelu, ani na prelekcji Pauliny Hendel o wampirach, demonach i zabobonach. No cóż – trudno. Dowiedziałam się za to o sposobie na przyspieszenie gojenia pewnych zranień za pomocą wstrzykiwania płytek krwi. Sprawa równie inspirująca, więc specjalnie się nie smucę. Szczególnie że ani nie jestem fanką paneli (zazwyczaj goście ślizgają się po temacie i opuszczam salę z ogromnym niedosytem), ani niekoniecznie chcę słuchać o wampirach i demonach (całkiem egoistycznie: swego czasu bardzo ostro wgryzałam się w temat i tak szczerze to nie sądzę, żeby ta prelekcja wniosła w moje życie coś, czego faktycznie nie wiem).

Vist zasłuchany.
Od razu widać przyszłego doktoranta.
Jako że w piątek udało nam się bardzo skutecznie zaszyć w barze i kompletnie zaniedbać prelekcyjne powinności, w sobotę postanowiłam być twarda. Sprawę ułatwiał fakt, że tym razem między wybranymi punktami programu nie mieliśmy pauz, toteż przechodziliśmy co najwyżej z sali do sali, bez ryzyka, że w międzyczasie ktoś nas zagada i pogłaszcze Vista.
Jedynym cieniem kładącym się na tym dniu była krótka wymiana zdań z pewną, tak myślę, bardzo smutną panią, która miała problem z przebywaniem w jednym pomieszczeniu z psem. I z jednej strony, ma się rozumieć, nie kłóciliśmy się, bo w recepcji byliśmy wyraźnie (no, wyraźnie jak wyraźnie – specjalnie o to dopytywałam, żeby uniknąć odbijania się od klamki w kolejnych dniach) poinformowani, że z psami tam nie wolno. Z drugiej jednak, naprawdę nie rozumiem, co konkretnie przyświeca komuś, kto twierdzi, że nie może zjeść swojego śniadania, jeśli trzy stoliki dalej pod stołem leży pies. Pies na smyczy, zaszczepiony, odrobaczony i pewnie zdrowszy od tej pani i całej jej rodziny (oczywiście, teraz nieco płynę, ale serio nie raz już stwierdzaliśmy, że nasze psiecka żywią się lepiej od nas i są bardziej od nas zadbane, jeśli chodzi o zdrowie). Jeszcze w przypadku alergii – okej. Ale takie „nie bo nie”? Jakim konkretnie zagrożeniem był dla tej pani Vist?
W każdym razie, ponieważ jesteśmy ludźmi grzecznymi i nieawanturującymi się, wzięliśmy nasz obiad i opuściliśmy pomieszczenie, absolutnie w duchu nie życząc pani udławienia się jajecznicą ani wetknięcia sobie słomki w nozdrza. Jesteśmy ponad takie rzeczy.

Zaczęliśmy od bardzo udanej prelekcji Grzegorza Gajka o magicznych przedmiotach i magii wikingów. Po raz kolejny: widać solidny risercz i ogólne obcykanie prelegenta w temacie. Słuchało się go z prawdziwą przyjemnością, co zresztą może się jakoś wiązać z tym, że – jak Grzegorz Gajek sam zaznaczył na wstępie – jest pisarzem (głupio przyznać, dotychczas z jego twórczości znam tylko opko Wolsungowe). Więc do pewnego stopnia rozumiem, że umie w narrację i opowiada tak, żeby chciało się tego słuchać. Tu i ówdzie przewinęły się też wątki autotematyczne, czyli wzmianki o własnej powieści – co ni mniej ni więcej, doprowadziło mnie do zupełnie innej powieści, bo niewikińskiej, którą zamierzam przeczytać (Powrót królów, oczywiście – cóż innego mogłabym chcieć przeczytać?).
Po tej prelekcji miało miejsce wystąpienie Rafała Nawrockiego poświęcone fantastyce w architekturze bloku wschodniego. Znów: sprawnie opowiedziane, interesujące. Początek wzbudził we mnie mieszane emocje, bo nie do końca czułam myśl przewodnią, ale potem było już coraz lepiej, a od architektonicznych latających spodków to w ogóle zaczęło się robić świetnie (w przeciwieństwie do prelegenta, ja akurat ogromnie lubię formę schroniska na Śnieżce). Zapisałam sobie mnóstwo tytułów do nadrobienia i zobaczyłam całkiem sporo budynków, o których istnieniu nie do końca wiedziałam.
Potem przetransportowaliśmy się do drugiej sali i tam osiedliśmy na wystąpienie Karoliny Czonstke i Bartosza Świątkowskiego o relacjach słowiańsko-skandynawskich we wczesnym średniowieczu. Wystąpienie, co tu mówić, było w pełni profesjonalne, świetnie przygotowane, a prelegenci nie do zagięcia, bo po prostu znali się na temacie, który poruszali. Jeśli miałabym doszukiwać się minusów, to będą to dwa szczegóły: po pierwsze, trochę brak synchronizacji, który z prelegentów co mówi w danym momencie. Miejscami miałam wrażenie, że jedno drugiemu wchodzi w słowo i niekoniecznie mi się to podobało. Drugi szczegół to coś, co mi osobiście trochę przeszkadzało, ale z kolei Ulv bardzo tego bronił: czyli ujęcie tematu. Ja twierdzę, że – ponieważ prelegenci to archeolodzy – specyfika ich branży sprawia, iż są zapatrzeni w rekwizyty. Więc opowiadają o rekwizytach, łupinkach dzbanków, szczątkach biżuterii i przebarwieniach na glebie tam, gdzie niegdyś była ściana chałupy – i to wszystko jest super cenne, ale brakowało mi w tym ludzi. Kiedy zamiast informacji „skandynawski garncarz pracował na terenach naszego Pomorza” dostaję informację „parę skandynawskich łupinek znaleziono na terenach naszego Pomorza”, jest to dla mnie trudniejsze do zwizualizowania i do wyciagnięcia konkretnych wniosków. Zabrakło mi plastycznych opisów, o. Ulv mówi, że te opisy przecież byłyby zmyśleniem, bo fakty są takie, że znaleźli parę łupinek dzbanka, a nie że skandynawski rzemieślnik cokolwiek robił – to już by były domysły. I ja to rozumem. Naprawę, ja to rozumiem i nie twierdzę, że ta prelekcja była zła. Ale jeśli chodzi o taką konwentową prelekcję, to chyba spokojnie odpuściłabym nieco naukowości na rzecz działającej na wyobraźnię narracji. Nie bez powodu obok publikacji naukowych występują publikacje popularnonaukowe.
Następnym prelegentem miał być ten sam, który nie dotarł na imprezę dnia poprzedniego – toteż okazało się, że przez godzinę sala będzie pusta. W tym czasie zdążyliśmy kupić coś do picia i wyjść z Vistem na spacer, a potem mieliśmy przynajmniej dobre miejsca na prelekcję Michała Cholewy i Piotra Cholewy o Austerlitz.
Prelekcja była świetna – jak to prelekcja Cholewów: temat bardzo dokładnie zgłębiony, show wciągające i zabawne, a nawet prezentacja chyba bez literówek. Wrażenie psuł tylko jakiś fachowiec-napoleonista, który za punkt honoru postawił sobie wściubiać swoje o wiele za dużo groszy wszędzie tam, gdzie tylko się dało. Rozwalało to rytm całej prezentacji i pozostawiło mnie z takim wrażeniem, że ogólnie niby było miło, ale ja nadal nie wiem, jak u licha przebiegła cała ta kampania. I to jest coś, co mnie jednak niemożebnie wkurza: jeśli się na czymś, człowieku, znasz, to po prostu zrób własną prelekcję. Jeśli jej nie robisz i przychodzisz na prelekcję do kogoś, to uszanuj tego kogoś i po prostu stul dziób. Ewentualnie fajny złoty środek znalazł wspomniany już wcześniej Bartosz Świątkowski, który po prelekcji Grzegorza Gajka o kobietach powiedział, co mu leży na wątrobie i z czym się nie zgadza – ale to było już po prelekcji. Nie rozwalał swoją mądrością całego wystąpienia. Pan fachowiec-napoleonista nie miał takich skrupułów i co trzecie zdanie wchodził w słowo prelegentom. I ja nie wiem, czy chciał błysnąć czy nie, ale w każdym razie bardzo mi obniżył poziom zadowolenia z tej prelekcji. Brawo.

A w niedzielę przed południem porzuciliśmy pokój pokryty od sufitu po podłogę psią sierścią (bez wyrzutów sumienia, wszak zapłaciliśmy za to dodatkowe 250 zł) i wróciliśmy do domu.
Ulv jest zadowolony. Myślę, że na jakieś 98% odwiedzimy Nordcon w przyszłym roku, szczególnie że tematyka Blade Runnerowa zdaje się ogromnie atrakcyjna (znaczy, chyba że hotel wywiesi nasze portrety z podpisem, że tych klientów nie obsługujemy). Wbrew temu, co mówiła w piątek wieczorem spotkana w barze randomowa dziewczyna chyba z Białegostoku, nie uważam, żeby w Nordconie chodziło wyłącznie o spotkania ze znajomymi i wspólne picie. Program imprezy – czyli prelekcje i panele – są dla mnie ogromnie ważne i zapewne to się nie zmieni. Lepiej wspominam prelekcyjną sobotę niż nieco bezsensownie przepity piątek, choć nie przeczę, jedno i drugie miało swój urok. Może zresztą to jest fajne w Nordconie, że potrafi zadowolić zarówno takie osoby, jak owa wspomniana dziewczyna, która chciała po prostu pogadać przy piwie ze znajomymi, z którymi od roku nie gadała, jak i mnie, która szuka wiedzy i inspiracji na prelekcjach. To impreza, która nikomu nie mówi, jak się trzeba bawić.
Wrażenia zdecydowanie pozytywne, nawet mimo pewnych zgrzytów tu i ówdzie. Chcieliśmy zobaczyć kometę, ale były chmury. Łajka dopiero ostatniego wieczoru postanowiła wydrapać sobie w drzwiach drogę do wolności. Takie tam. Ogółem - Fraa poleca Nordcon.

wtorek, 4 grudnia 2018

Dziki Zachód, jakiego nie znamy: "Ballada o Busterze Scruggsie"

(źródło)

Wspominałam swego czasu, że o ile Netflix radzi sobie z serialami (no, przynajmniej mi udaje się trafiać na udane produkcje), o tyle póki co mam niebywałego pecha, jeśli chodzi o netflixowe produkcje pełnometrażowe: zawsze coś w nich nie gra. Albo jakoś niegramotnie zmontowane, albo mają dziury logiczne (mimo że pretendują do ambitnego hard sf), albo tempo  nie do końca takie, jakiego należałoby oczekiwać... No zawsze coś. Dlatego do "Ballady o Busterze Scruggsie" podchodziłam pełna rozterek. Z jednej strony, trudno nie mieć wielkich oczekiwań wobec produkcji firmowanej nazwiskiem braci Coenów, którzy zdążyli już udowodnić, że western w ich rękach zamienia się w prawdziwe złoto. Z drugiej jednak: to film Netflixa... Z trzeciej: kamaan, jaka obsada! Dodatkową zachętą był trailer, co tu kryć - bardzo udany i pełen uroku.
No i tak się stało, że w końcu zasiedliśmy do seansu.

Powiem tak: to dziwny film. Zresztą, to prawdę mówiąc wcale nie jest film. To znaczy nie jest to pełen metraż i myślę, że tym właśnie Netflix wygrał. Bo nie zrobił po raz kolejny czegoś, co mu nie wychodzi. Dostajemy zbiorek sześciu epizodów, (pozornie?) niezwiązanych ze sobą. Każda z historii jest inna i mimo że wszystkie osadzone są na szeroko pojętym Dzikim Zachodzie, naprawdę trudno je ze sobą porównywać.
Otwierającą opowieścią jest tytułowa ballada o niejakim Busterze Scruggsie, Słowiku z San Saba. I już na tym etapie łatwo się zorientować, że będziemy mieć do czynienia z dziwacznymi historiami o, hmm, oryginalnym rozwoju fabuły. Dodatkowo pierwszy z epizodów zaskoczył mnie poziomem krwistości. Zaczyna się niepozornie, od śpiewającego kowboja przemierzającego pustynię (i ta jego piosenka, którą do dziś - wiele dni po seansie - wciąż bezwiednie zdarza mi się nucić), by zaraz przeobrazić się w serię brutalnych strzelanin, przeplatanych – a jakże! – kolejnymi pogodnymi piosenkami. Zresztą, finałowy utwór jest serio bardzo ładny, ale nie należy się dziwić, skoro wykonuje go Willie Watson – amerykański muzyk bluegrassowy i folkowy, gitarzysta, piosenkarz, banjo...ista...? (nie mam pojęcia, jak się nazywa człowiek grający na banjo) W każdym razie ktoś, kto ze wszech miar miał prawo się sprawdzić w roli, do której został zaangażowany.
Kiedy już mniej-więcej załapałam, co mnie czeka podczas tego seansu, druga opowieść postanowiła, no cóż, udowodnić mi, że o niczym nie mam pojęcia.
(źródło)
Epizod Near Algodones w niczym nie przypomina Ballady…. Główny bohater zdaje się zupełnym przeciwieństwem Bustera: jest małomówny, przystojny (żeby było zabawniej, gra go James Franco, którego kojarzę przede wszystkim jako niepokojąco dobrego odtwórcę roli Tommyego Wiseau), no i ma sporego pecha. Obie historie są przesycone trochę absurdalnym, mocno czarnym humorem, ale w każdej to wygląda nieco inaczej.
No i w obu epizodach za to widać dziwną skłonność do stawiania lokali usługowych pośrodku pustyni.

Nie jest tak, że cały ten zbiór opowieści to tylko absurdalne, mroczne heheszki. Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie epizod All Gold Canyon z Tomem Waitsem w roli podstarzałego poszukiwacza złota (mieszam kolejność, ale nieważne). Ta historia toczy się leniwie, jakby bez pośpiechu, pozwalając widzowi na oswojenie się z głównym bohaterem i nacieszenie oczu pięknymi widokami. Po obejrzeniu całego epizodu można odnieść wrażenie, że właściwie nic się nie wydarzyło. Ot, dzień jak co dzień (w zasadzie chyba z trzy dni), jeleń wrócił na polankę, rzeka dalej płynie. Ale przecież jednak wiemy, że coś się zmieniło. Że są ludzie, dla których zmieniło się właściwie wszystko. Coenom udało się w tej opowieści pięknie zestawić te dramatyczne wydarzenia z życia bohaterów z jednoczesną obojętnością natury. Epizod pokazuje zarazem wielkość i małość człowieka, w dodatku bez zbędnego gadania i bez grama moralizatorstwa. Coś fantastycznego.

(źródło)
Mamy też historię Meal Ticket z Liamem Neesonem w roli głównej – wędrownego impresario. Głównej, choć przecież wypowiada raptem parę zdań i tak naprawdę uwaga widza skupia się raczej na jego partnerze, oratorze i aktorze, Harrisonie (Harry Melling). Co jest zresztą wcale niegłupim zabiegiem, bo mocno podbija emocje w finale opowieści. Cała historia zaś jest tak naprawdę budowaniem nastrojowej otoczki dla właśnie tego finału. Nie mamy skomplikowanej fabuły, rozbudowanych wątków ani głębokich dialogów. To opowieść zbudowana z, mogłoby się zdawać, niczego: pojedynczych gestów, kolejnych zlewających się ze sobą wieczorów, narastającego znużenia. Mamy do perfekcji doprowadzoną zasadę „show, don't tell”.

Przedostatnia historia, The Gal Who Got Rattled, jest chyba najdłuższa ze wszystkich. Tak jak pozostałe, raczej donikąd się nie spieszy: powoli buduje bohaterów, pozwala im nawiązać głębsze relacje, tylko po to, żeby pod koniec zaskoczyć widza.

Moją ulubioną opowieścią był jednakże ostatni epizod: The Mortal Remains. I będę spoilować w tym akapicie – żeby nie było, że nie ostrzegałam. Tutaj z kolei mamy właściwie tylko gadanie. Bohaterów zawieszonych trochę w pustce, którzy – tak się akurat złożyło – razem jadą dyliżansem. Nic – lub prawie nic – o nich nie wiemy, może poza tym, co sami o sobie powiedzą w toku rozmowy. A jednak aura niezwykłości, jaka nad nimi wisi, jest aż gęsta. Historia jest przesycona subtelnym humorem, tajemnicą, no a przede wszystkim: daje nam absolutnie fantastycznego bohatera – takiego w typie Poe z Modyfikowanego węgla. Czarującego, budzącego sympatię, ale i niepokój jednocześnie. Prawdę mówiąc, po prostu urzeka mnie tak umiejętne połączenie westernu z trochę jakby mistyczną opowieścią o przejściu w zaświaty. No bo w sumie tym jest dla mnie ten epizod. Zamiast Charona mamy wprawdzie woźnicę, który nigdy się nie zatrzymuje, ale skojarzeń pojawia się aż nadto. W dodatku nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pasażerem wiezionym w worku jest nikt inny, jak właśnie Buster Scruggs z pierwszego epizodu.
Już nie spoiluję.

(źródło)
Nawet jeśli człowiek nie ma ochoty jakoś szczególnie pochylać się nad każdą z historii i rozważać, co ona tak naprawdę znaczy, te epizody są po prostu bardzo umiejętnie skonstruowane, świetnie zagrane i ogląda się je z przyjemnością. Ale im głębiej się wnika w tę produkcję, tym więcej wychodzi elementów, które tylko podbijają wartość całości. Nie wspomnę już o rozlicznych easter eggach, o których - przyznaję - nie miałam pojęcia, ale kiedy zaczęłam o nich czytać, okazało się, że nawet sceny i zdania pozornie pozbawione większego znaczenia, jednak są bardzo gruntownie przemyślane. Mam ogromną ochotę powtórzyć sobie seans i pobawić się w wyłapywanie tych wszystkich detali.

Ballada o Busterze Scruggsie to produkcja ze wszech miar udana. Widać, co z westernu potrafią wycisnąć ludzie, którzy po prostu potrafią w robienie filmów. Jest czasem smutno, czasem wesoło, a twórcy potrafią sprawić, że widz będzie się śmiał podczas zabijania i smucił, kiedy bohater przeżywa. Dużo w tym filmie dziwności, dużo emocji i stosunkowo mało słów. Zdecydowanie warto obejrzeć.



– I'd like me a splash of whiskey to wash the trail dust off my gullet and keep my singing voice in fettle.
– Whiskey's illegal. This is a dry country.
– Well, what are they drinking?
– …whiskey. They's outlaws.

czwartek, 8 listopada 2018

Zagłada, kosmici i wojna: "Fantazmaty. Tom II"

(źródło)

Autor: praca zbiorowa, pod red. Dawida Wiktorskiego
Tytuł: Fantazmaty. Tom II
Miejsce i rok wydania: Kraków 2018
Wydawca: Fantazmaty

Jak łatwo zauważyć, sporo ostatnimi czasy u mnie antologii - cóż zrobić, akurat mamy jakiś taki czas obfitości. Dopiero co sekcja literacka ŚKFu pokazała światu świetną antologię „Skafander i melonik”, niedługo po tym miłośnicy fantastyki mogli przeczytać bardzo dobre „Fantazmaty”, a po nich - również nierozczarowujący - zbiór opowiadań Marcina Rusnaka. A teraz dostaliśmy drugi tom „Fantazmatów”. I, co oznajmiam z prawdziwą przyjemnością, również jest dobrze. To naprawdę niesamowite, że w tym całym szeregu antologii tak naprawdę nie ma takiej, o której mogłabym powiedzieć, że jest słaba. Oczywiście, nie wszystkie opowiadania przypadły mi do gustu, ale to już taka specyfika antologii w ogóle.
Ale do rzeczy.

Drugi tom „Fantazmatów” to dwadzieścia opowiadań mniej i bardziej początkujących autorów, którzy przeciągają czytelnika przez bardzo szerokie spektrum światów, gatunków i nastrojów. To zresztą samo w sobie można poczytywać zarówno na plus, jak i na minus antologii, w zależności od gustu. Ja osobiście jestem zdania, że bardziej mi podchodzą zbiory tekstów mających jakiś wspólny mianownik - przy antologiach takich jak „Fantazmaty” najzwyczajniej w świecie mam kłopot z tymi przeskokami: raz czytam klimatyczną baśń, by zaraz potem rzuciło mną w postapo, a potem w urban fantasy z autentyczną historią w tle. A ja lubię zanurzyć się w klimacie opowieści i przez pewien czas w nim pozostać. Ale cóż, od tego bądź co bądź są powieści.

Gdybym miała w jak największym skrócie opisać swoje odczucia względem drugiego tomu „Fantazmatów”, to nasuwa mi się chyba to, że zdecydowanie bardziej przemówiły do mnie teksty z gatunku postapo niż na przykład fantasy. Ale to taki moment, w którym chyba uświadamiam sobie, że po prostu gdzieś w międzyczasie przestałam gustować w fantasy. Dlatego też otwierającą zbiór „Baśń o Łowcy”  Marcina Monia wspominam jako rzecz mocno intersującą: w moich oczach to coś w rodzaju postapo właśnie, albo raczej post-postapo. Z istotą, którą trudno pojąć ograniczonym ludzkim umysłem, i z tkwiącą gdzieś w tym myślą, która trafia bardzo w mój gust: sensem istnienia tytułowego Łowcy jest... no cóż, właśnie to: bycie Łowcą. Autor ładnie kreśli jego obcość, a jednocześnie czytelnie przedstawia myśli i emocje towarzyszące bohaterowi. Zdecydowanie dobre otwarcie antologii.

W ogóle chciałabym uniknąć omawiania punkt po punkcie kolejnych tytułów, dlatego też spróbuję je pogrupować: na pierwszy ogień wspomnę o tych, które przemówiły do mnie najmniej. Akurat, wbrew temu, co napisałam wyżej, nie jest to fantasy. Mój dylemat dotyczy opowiadań splatających fantastykę z historią. Namierzyłam w całej antologii trzy takie teksty: Rękojeść z masy perłowej Macieja Musialika, Dziewczyny-maliny Rafała Cuprjaka i Dziewczyna z chlebem Michała Studniarka. Właściwie każdy z tych tekstów jest sprawnie napisany i trudno mi zarzucić im jakiś konkret – poza tym, że są… cóż, emocjonalnie blade. A w mojej opinii zdecydowanie nie powinny takie być, skoro dotykają problematyki obozów zagłady, getta czy bombardowania Warszawy. Może to za ciężkie tematy, żeby wrzucać je między antologię opowiadań fantastycznych. Może czytelnik bez odpowiedniego „nastrojenia” nie odbierze tego jak należy. W każdym razie coś tu nie do końca zagrało. A może to tylko ja.

Innym rodzajem opowiadań są teksty w klimacie ludowych baśni. I te już radzą sobie bez porównania lepiej: Bajka o głupim Jasiu Anny Grzanek oraz Zofia i korzenie Anny Karnickiej są wprawdzie zupełnie różne i utrzymane w odmiennych stylach, niemniej przy obu miałam wrażenie, że zagłębiam się w jakiś lokalny folklor i magię istniejącą gdzieś tuż pod powierzchnią normalnego życia na wsi. Oba opowiadania mają świetny, nierzeczywisty nastrój i bohaterów, do których łatwo się przywiązać, którzy intrygują i każą czytać dalej.

Przyjemną lekturę, choć nie pozostawiającą we mnie większego sentymentu, stanowią opowiadania spod znaku szeroko pojętego fantasy. Mamy tutaj różne jego oblicza: będzie trochę i o wojnie, i o przeznaczeniu, i o magii, bohaterowie będą młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, ludzie i nieludzie. Trzeba przyznać „Fantazmatom”, że zdecydowanie uniknęły jakiejkolwiek powtarzalności i każde z opowiadań jest jedyne w swoim rodzaju: czy to Iskra z Edry Marii Zdybskiej, czy Ciemność i lustro Artura Laisena, Nagroda wojownika Sylwii Finklińskiej albo Zdrada w Schiverheim Łukasza Trykowskiego. Wszystkie są na swój sposób dobre, choć to po prostu nie moja stylistyka. No i muszę przyznać, że Iskra z Edry jest mocno przewidywalna, a bohaterowie wydają mi się nieprzyjemnie sztampowi. Co w niczym nie umniejsza temu, że pustynny klimat jest fajnie, dosadnie nakreślony, a i nie mogę nie wspomnieć o tym, że ekwirachny absolutnie FTW.

Jak mówiłam, ta antologia to dwadzieścia opowiadań. Nie wspomnę o każdym z nich, ale chcę wspomnieć o tych, które zrobiły na mnie szczególnie dobre wrażenie: w większości będą to kosmosy i postapokalipsa.
Dom Anny Hrycyszyn, miałam okazję przeczytać już wcześniej. Co w niczym mi nie przeszkodziło spotkać się z nim ponownie: to bardzo sprawnie napisana, rzetelnie dopracowana historia, bardzo w stylu autorki. Mamy więc kosmosy, bohaterkę, która jest po prostu postacią, bez potrzeby udowadniania światu, że jest żeńską postacią, no i emocje. Dużo emocji. Mimo że czytając mocno odczuwa się, że to sci-fi z całym dobrodziejstwem inwentarza, to właśnie one wybijają się na pierwszy plan. A sam pomysł Szczęściarzy ogromnie mi się podoba - to zresztą jest tylko jeszcze jedna cecha pisania tej autorki: w stosunkowo krótkim tekście nakreśla koncepcję, która intryguje i każe wyczekiwać, czy może kiedyś jeszcze coś na ten temat zostanie napisane...? (na ciebie patrzę, Fiksie)
Dużym i niesamowicie pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie Budzenie zmarłych Filipa Laskowskiego. Początkowo opowiadanie wydawało mi się dość sztampową postapokalipsą, ale im dalej w las, tym lepiej to wszystko wyglądało, a ostatecznie to jeden z najlepiej przeze mnie wspominanych tekstów w tej antologii. Pozytywne wrażenie budzi już od momentu, w którym czytelnik zaczyna widzieć, jak fajnie i drobiazgowo jest opracowany świat, w którym rozgrywa się akcja. Podczas lektury zaczyna się wierzyć w społeczeństwo zamieszkujące bunkier, wykształconą tam strukturę i obyczaje. No i to, co do mnie szczególnie przemawia, to oczywiście Josipowie - i to nie sam fakt, że istnieją tam ludzie zajmujący się tym, czym się zajmują, tylko właśnie fakt, że Mateusz nazywa ich Josipami. Że widzi w nich Josipów. To drobiazg, ale niesamowicie mnie urzekł. Może nawet bardziej niż sama historia Mateusza i jego przemiana - tutaj mamy, tak myślę, sięgnięcie po dość klasyczny motyw, choć bardzo zgrabnie zaprezentowany. Ach, no i jeszcze krótki wątek ojca Balabanowa - krótki, ale dobry i emocjonalny.
Jam Jest Michała J. Sobocińskiego początkowo sprawia wrażenie głównie zabawy zaimkami i paroma innymi słówkami - i nie ukrywam, że przez moment myślałam, iż tak właśnie będzie do końca. Tymczasem opowieść szybko skręca w stronę poruszającej historii o izolacji, osamotnieniu i odmienności, która to historia wcale nie kończy się tak, jak początkowo myślałam. Jedno z moich ulubionych opowiadań, żeby było zabawniej - znów postapo, co generalnie daje mi do myślenia, że postapokalipsa w rodzimej literaturze ma się wcale nieźle i na szczęście nasi autorzy z powodzeniem wyrywają się z banalnych ram Metra 2033 czy innej „Fabrycznej Zony”.

Z innych opowiadań, które wywarły na mnie jak najlepsze wrażenie, mamy jeszcze tekst zamykający antologię, czyli Incydent helenowski Tomasza Krzywika – chociaż z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że to w gruncie rzeczy fanfik Lovecrafta. Co zresztą daje mi do myślenia: czy był niedawno jakiś konkurs na opowiadanie Lovecraftowskie? Wszak w zbiorze opowiadań Marcina Rusnaka też mieliśmy sięgnięcie po te klimaty. Tym razem zdecydowanie mocniej widać inspirację - pojawia się nie tylko Przedwieczny, ale i cały styl bardzo wyraźnie czerpie od Samotnika z Providence. Co jest z jednej strony super fajne, bo autor naprawdę sprawnie naśladuje wielkiego klasyka, z drugiej jednak - cóż, ewidentnie styl Lovecrafta wmiksowany we współczesną prozę nie ma racji bytu. Mimo że Tomasz Krzywik zrobił to najlepiej jak się dało, narrator i tak raz po raz wypadał dziwacznie i pretensjonalnie, czasem wręcz te wspaniałe słowa typu „bluźnierczy” czy „odrażający” zdawały mi się zupełnie nieadekwatne do opisywanej sytuacji. Inna sprawa, że opowiadanie z czasem nabiera coraz więcej lovecraftowskich rumieńców i coraz mocniej wciąga, kończąc zdecydowanie na moim małym podium.

To dobra antologia - co zresztą już nie zaskakuje, bo Fantazmaty ogólnie zdają się trzymać poziom. Jak wspomniałam, nie każde opowiadanie mnie urzekło, ale myślę, że w tym przypadku dochodzą do głosu już głównie osobiste gusta czytelników, niż rzeczywiste mankamenty samych tekstów. Te, w moim odczuciu, są bez wyjątku dobrze napisane. Nie miałam baboli do czepiania się, nie chciało mi się zgrzytać zębami nad nieumiejętnie zarysowanym światem czy niedorobioną postacią. Wszystko wydaje się takie, jakie być powinno, choć nie zawsze to „powinno” równa się „jak akurat ja lubię”. Tak czy owak, antologia zdecydowanie warta polecenia.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...