piątek, 14 kwietnia 2017

A jednak Simmons nie gryzie: "Terror"

(źródło)
Autor: Dan Simmons
Tytuł: Terror
Tytuł oryginału: The Terror
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2015
Wydawca: Vesper

Swego czasu spróbowałam zmierzyć się z Hyperionem. Trochę to trwało, a efekty tej znajomości pozostawiły sporo do życzenia, ku przerażeniu niektórych, którzy podchodzą do Dana Simmonsa trochę jak ja do Arthura C. Clarke’a. I przyznam, że nie sądziłam, iż jeszcze kiedyś sięgnę po tego autora. Gdzieś miałam – i mam nadal – myśl, żeby może drugi tom Hyperiona, który ponoć nieco się różni od pierwszego, ale póki co jestem na etapie odsuwania tego w czasie.
Kiedy zaczęłam czytać Terror, namówiona przez Ulva, w ogóle nie skojarzyłam autora. Gdzieś w połowie lektury dopiero dotarło do mnie, że hej, Dan Simmons, ja znam tego faceta. I chyba dobrze się stało, że nie od początku wiedziałam, kogo w ogóle czytam, bo się nie nastawiłam w żaden sposób. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć (pardon my French): ej, Terror jest zajebisty!

Po pierwsze, powieść stanowi dla mnie kopalnię wiedzy na mnóstwo tematów. Począwszy w ogóle od samego przybliżenia historii Przejścia Północno-Zachodniego. Pojawiają się nazwiska Rossa, Backa, Franklina – jasne, to powieść, a nie podręcznik historii, niemniej to i owo w głowie zostaje, choćby czytelnik bardzo nie chciał. Simmons bardzo drobiazgowo opisuje też działanie statków, obowiązki załogi i przebieg rozmaitych czynności: przygotowanie jedzenia, walkę z lodem, chowanie zmarłych, czy nawet ubieranie się. Przybliża każdy najmniejszy problem, z jakim musieli mierzyć się marynarze podczas kilkuletniego pobytu na Arktyce. Człowiek nawet sobie nie uświadamia, ile tego wszystkiego jest. Wreszcie też ogromnie pouczające okazały się same… opisy przyrody. Serio – mamy ponad siedemset stron, które bohaterowie spędzają na skutym lodem pustkowiu. A opisy cały czas są ciekawe i różnorodne. I w efekcie znam kilka nowych słów na lodowe formacje (wiecie, do tej pory obracałam się wokół „lodowca” i „kry”).
Des Voeux nadzorował przygotowanie kolacji, wyjmując osobiście zestaw do gotowania składający się z kilku sprytnie złożonych wiklinowych koszyków. Okazało się jednak, że trzy spośród czterech puszek, które wybrali na pierwszy posiłek na lądzie, były zepsute. Zostało im więc tylko pół przeznaczonej na środę porcji solonej wieprzowiny – ulubionego dania marynarzy, które choć smaczne I tłuste, nie mogło zaspokoić ich głodu po tak ciężkiej pracy – oraz ostatnia dobra puszka opatrzona etykietą “Wyśmienita czysta zupa żółwiowa”, której marynarze nie znosili, wiedząc z doświadczenia, że nie jest ani wyśmienita, ani czysta, a już z całą pewnością nie żółwiowa.
Po drugie, Terror ma to, co Fryy lubią najbardziej: bohaterów i klilmat. Och, szczególnie klimat! Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś, gdzie tak mocno odczuwalna by była atmosfera izolacji, osaczenia i czającej się w mroku grozy. Człowiekowi się zimno robi od samego czytania. I ten całkowity brak nadziei właściwie od samego początku: jak nie tajemniczy stwór, to pękający lód, szkorbut, śnieżyca, a wreszcie też całkiem prozaicznie – inni ludzie. I znikąd ratunku. Coś podobnego chyba czułam, czytając w dzieciństwie powieściową wersję Rzeczy, napisaną przez Alana Deana Fostera – choć nie wiem, czy dziś tamta książka wywołałaby we mnie podobne emocje.
No właśnie: „inni ludzie”. Bo przecież niebezpieczeństwa nadchodzą nie tylko z nieprzyjaznych arktycznych pustkowi, ale też z wewnątrz, bo przecież marynarze różnie reagują na sytuację, w jakiej znalazły się Terror i Erebus. Niesamowicie to wszystko przekonujące i sugestywne. I w całym tym horrorze znajduje się jednak miejsce na humor. Raczej czarny, raczej cyniczny, ale jednak obecny.
– (…) Panie Des Voeux, jeśli Best I ja nie wrócimy do obozu pojutrze przed północą, wyruszajcie sami na statek.
– Tak jest.
– Szeregowy Pilkington, bardzo jesteście zmęczeni?
– Tak jest – odrzekł trzydziestoletni marynarz. – To znaczy nie. Gotów jestem wykonać każdy pański rozkaz, poruczniku.
Gore uśmiechnął się.
Bohaterowie może nie trafią do jakiejś mojej prywatnej galerii ulubionych protagonistów, niemniej także są przekonujący i ciekawi. W większości wzbudzają sympatię, a jeśli już ktoś wyłoni się jako antybohater, to z całego serca życzy mu się okrutnej, strasznej śmierci. Zło jest po prostu złe i odrażające, w żaden sposób nie kusi. Dodatkowym atutem postaci jest fakt, że trzy lata spędzone wśród arktycznych lodowców (ha! Widzicie? Nadal nie umiem używać tych innych, mądrych słów!), zmienia ludzi. Najmocniej to widać chyba na przykładach mata uszczelniacza Hickeya, ale też mojego ulubieńca Fitzjamesa i jeszcze bardziej ulubieńca – lodomistrza Blankyego. No dobra, tak naprawdę, Blanky chyba jednak trafi do tej mojej galerii… Im dłużej o nim myślę, tym bardziej trafi.

Terror to długa powieść. Akcja raczej nie pędzi na złamanie karku, a opisy są tak dokładne, że z całą pewnością kogoś mogłyby zmęczyć. Ale na tych kilkuset stronach jest takie nawarstwienie klimatu, historii i bohaterów, że zdecydowanie warto poświęcić czas na lekturę. Łączy się w tym przyjemne z pożytecznym i – nawet pomijając powieściowy element nadprzyrodzony – pozwala uświadomić sobie, że prawdziwa historia daje nam najbardziej niesamowite opowieści.

Teraz tylko czekać na serial i mieć nadzieję. A z ciekawostek, gdyby kogoś ominęła informacja sprzed pół roku: klik.





Najpierw wyniósł na górę ciężki teodolit I kilka starych podręczników, sprawdził szybko pozycję słońca I zapisał wyniki pomiarów na marginesie poplamionej solą książki. Potem wrzucił teodolit I książki z powrotem pod pokład, świadom, że określenie pozycji statku było prawdopodobnie najbardziej bezużyteczną rzeczą, jaką zrobił w całym swym długim życiu wypełnionym robieniem bezużytecznych rzeczy.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

"Ja, Robot" dwadzieścia tysięcy lat później albo: "Preludium Fundacji"

(źródło)
Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Preludium Fundacji
Tytuł oryginału: Prelude to Foundation
Tłumaczenie: Edward Szmigiel
Miejsce i rok wydania: Poznań 2013
Wydawca: Rebis

Dość długo czyniłam podchody do cyklu Fundacji i właściwie trudno mi powiedzieć, z czego wynikała ta zwłoka. Przeczytane dotychczas teksty Asimova co najmniej mi się podobały – za wyjątkiem tych, które dały radę całkiem mnie porwać. Na logikę więc, powinnam rzucić się na Fundację jak… no nie wiem, jak coś, co się bardzo rzuca. A tymczasem ciągle mi było nie po drodze.
Stało się jednak tak, że ostatnio szukając w bibliotece czegoś zupełnie, zupełnie innego – przypadkiem zauważyłam, że na półce stoi sobie chyba cały cykl. No to wzięłam pierwszy tom, bo co tak ma stać i się kurzyć, prawda?
Mówiąc „pierwszy tom” mam na myśli tak naprawdę prequel Preludium Fundacji – ponieważ doszłam do wniosku, że spróbuję czytać tak jak to wydał Rebis przed kilkoma laty.

Zacznę od ogólnego spostrzeżenia: na chwilę obecną podoba mi się mniej niż cykl o robotach. To się może zmienić, nie wiem. Ale no… po prostu to nie to. Mimo że jest ten wielki plot twist (teraz widzę, że będzie mi dość trudno pisać o tej powieści bez spoili…), mimo że wyraźnie książka ma spinać uniwersum robocie z tym fundacyjnym. Ciągle czułam, że te robocie akcenty są właśnie wyłącznie takimi łącznikami i że ten cykl tak naprawdę wcale ich nie potrzebuje. Oczywiście, może się okazać, że totalnie się myliłam.

A teraz konkrety.
Przede wszystkim, kompletnie nie przemawia do mnie koncepcja psychohistorii. Wszyscy bohaterowie się tym jarają, olśnieni wizją tego, że oto – dzięki tej zupełnie nowej nauce – będzie można przewidywać prawdopodobne, ogólne wydarzenia w przyszłości. A ja ciągle miałam w głowie myśl: no fajnie. A czy dziś się tym nie zajmuje jakaś… no nie wiem: socjologia? Okej, okej, może nie wylicza potencjalnej przyszłości wedle jakiegoś matematycznego wzoru, ale myślę sobie, że też opiera się na jakichś naukowych przesłankach i że prognozy socjologów nie są wyssane z palca, prawda…? Zwłaszcza że twórca psychohistorii, Hari Seldon (nagminnie czytany przeze mnie „Sheldon”), wyraźnie podkreślał, że jego nauka będzie pomocna w mocno ograniczonym zakresie – nie przewidzi niczego ze stuprocentową pewnością, nie przewidzi żadnego konkretnego wydarzenia. To będą jedynie ogólnikowe prognozy. Więc o co w ogóle tyle zachodu?

Zresztą, Hari Seldon w ogóle jest takim trochę nieciekawym bohaterem. Tak naprawdę po prostu daje się wozić z kąta w kąt i koszmarnie łatwo go zmanipulować. To znaczy nie jest bardzo źle, ale zdecydowanie nie jest to postać, która by mnie zatrzymała przy lekturze, gdybym nie miała innych argumentów. Na szczęście jednak nie musiała.
Trochę więcej wyrazu miała pani historyk, Dors Venabili – no i od któregoś momentu zaczyna być intrygujące, czemu właściwie jej tak zależy na wypełnianiu polecenia Hummina, kim oni dla siebie są i… no, i czy ona aby na pewno nie musi wracać na uniwersytet?
No i Hummin. Chetter Hummin jest bezwzględnie najfajniejszą postacią. Jak się zastanowić, nie tryska oryginalnością: tajemniczy, wpływowy odludek, który sączy w naszego bohatera wiarę w całą tę psychohistorię i ma skłonność do wpadania na odsiecz w ostatniej chwili To tak naprawdę dzięki Humminowi wszystko się kręci. Ot, taki trochę Gandalf chociażby. Niby nic nowego, ale z drugiej strony – kurde no, to się po prostu sprawdza. Tacy bohaterowie może i są już nieco wyświechtani (choć wcale nie musieli tacy być w 1988 roku, kiedy Asimov wydał Preludium Fundacji), ale wciąż działają i wciąż budzą sympatię. No, przynajmniej moją.

To, co jeszcze u Asimova zadziałało, to po prostu świat. Uświadomiłam sobie w którymś momencie, że choć powieść jest zbiorem przydługich, niezbyt naturalnych dialogów przepełnionych ekspozycją, wygłaszanych przez niekoniecznie porywających bohaterów, to jednak czyta mi się to dobrze. A to wynikało ni mniej ni więcej z tego, że autor pokazuje czytelnikowi interesującą wizję przyszłości i ciekawy świat. Ot co. Jest fajny pomysł, który broni się właściwie sam. Z prawdziwą przyjemnością podróżowałam po Trantorze wraz z Harim i Dors. Pal sześć, co oni tam robili. Wystarczyło mi, że dzięki nim mogłam obejrzeć te wszystkie sektory, tak bardzo różniące się między sobą, no i poznać parę postaci epizodycznych, zaskakująco ciekawych. Szczególnie myślę tu o Yugo Amarylu oraz Raychu. Jestem autentycznie ciekawa, co się z nimi dalej stało. Zresztą, trochę wiem, bo wstawki z „Encyklopedii Galaktycznej” uchyliły rąbka historii Yugo.
W ogóle te wstawki z Encyklopedii, otwierające każdy rozdział, to strzał w dziesiątkę. Bardzo fajnie pozwalają odczuć, że czytelnik ma do czynienia z wydarzeniami z przeszłości, które już wkrótce będziemy traktować jako zamierzchłą historię, na poły nawet legendę. Dodatkowo ładnie spina Preludium… z właściwą Fundacją.

Tym razem Asimov mnie nie porwał jakoś nadzwyczajnie. Zainteresował jednak na tyle, że na pewno lada dzień zaopatrzę się w kolejne tomy z cyklu i będę kontynuować przygodę z Fundacją. Zwłaszcza że mimo wszystko trochę mnie kupił finałowymi plot twistami (choć znaczącą część z nich przewidziałam jakieś sto stron przed końcem!), nawet jeśli czułam, że to trochę zbędne… Ach, no dobra:

[SPOILER ALERT]

Pomysł, że Eto Demerzel i Chetter Hummin to ta sama osoba przemknął mi gdzieś w połowie książki. Nie skupiałam się nad tym, to prawda – ale gdzieś tam jednak instynkt podpowiadał dobrze! Natomiast nie ukrywam, że zupełnie mnie zaskoczyła prawdziwa tożsamość naszego dziennikarza-szefa sztabu. I jednocześnie wyjaśniło mi się, czemu podskórnie tak tego gościa lubiłam. Nie mogło być inaczej, skoro to sam Daneel R. Olivaw!
To, że Dors była robotem, zrozumiałam jakoś w 2/3 powieści. Tu więc nie było najmniejszego zaskoczenia, choć było mi dość miło, że miałam rację. Niestety, przy tej okazji Asimov zaserwował dość głupią scenę końcową, w której to nasz z lekka ciapowaty Hari z jakiegoś powodu… rozkochuje w sobie Dors? No po prostu to mi nie pasowało. Bo przecież jak? Dlaczego? Jest robotem, na litość Jeżusia! Ehh…

[KONIEC SPOILI]

Tak czy owak – jestem zadowolona i szykuję się na więcej. Nawet jeśli korekta miejscami mocno słabuje. Jakoś muszę z tym żyć.
I, ma się rozumieć, choć akcji Eksplorując nieznane od dawna już nie ma, ja wciąż w niej uczestniczę. A co! To jest właśnie jedna z notek z tego cyklu.





He clearly knew how dangerous it was to have an excited twelve-year-old handling a powerful weapon.

wtorek, 28 marca 2017

Herostrates byłby kontent, czyli "Wojny przestrzeni"


(źródło)
Autor: Paweł Majka
Tytuł: Wojny przestrzeni
Miejsce i rok wydania: Bydgoszcz 2017
Wydawca: Genius Creations

Aż trudno mi uwierzyć, że od Pokoju światów minęły dwa lata – ciągle mam wrażenie, jakbym czytała to dopiero co. Ani na jotę nie przestałam się jarać Wiekuistą Puszczą, Grabińskim czy Burzymurem. Niemniej kiedy wgryzłam się w długo wyczekiwane Wojny przestrzeni, okazało się, że jednak upływ czasu robi swoje: miałam kłopot z przypomnieniem sobie, w jakich konkretnie punktach rozstałam się z poszczególnymi bohaterami. Pamiętałam tak naprawdę tylko tyle, że Szósty. Na początku więc miałam mały kłopot z zaangażowaniem się w historię – no bo czemu Kutrzeba w Serbii? Co to za kobiety się plączą wokół niego i od kiedy w ogóle Mirek jest takim amantem? I o co chodzi z Koryckim szlajającym się po Krakowie? Panowie, panowie, co wy mi tu robicie?
No a potem pojawił się Burzymur. I ja już nie miałam żadnych więcej pytań.

Ale po kolei.
Być może Pokój światów w mojej głowie obrósł już jakimiś moimi projekcjami emocji, których sama powieść tak naprawdę wcale nie budziła, a ja je sobie dopowiedziałam przez ostatnie dwa lata – sama nie wiem. Grunt, że pamiętam tamtą lekturę jako coś niezwykłego. Przy Wojnach przestrzeni zdecydowanie nie miałam tego wrażenia. Brakowało mi niesamowitości świata po Kresie, brakowało Matki Tajgi czy wspomnianej Wiekuistej Puszczy, a nawet Wiecznej Rewolucji – co prawda ta ostatnia pojawia się na kartach powieści, ale nie jako to dziwne, magiczne miejsce, do którego trafiają bohaterowie. Tym razem jest raczej jakąś odległą przestrzenią, a czytelnik ma do czynienia tylko z końcówkami jej macek.
Ale, choć Ziemia stała się nieco mniej ciekawa, dwieście lat po Kresie ludzie sięgnęli gwiazd – i tu już sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Okolice Jowisza, Tiamat, Mars: to wszystko robi spore wrażenie. Szczególnie, ma się rozumieć, Smok.
Ze smokiem zresztą łączy się inny temat, który początkowo wzbudził moją dużą nieufność. No bo „fidezyna” odbijała się echem brzmiącym dziwnie podobnie jak „midichloriany”. Nadal zresztą nie mogę do końca określić, czy ten pomysł mi się podoba czy nie. Z całą pewnością jest bez porównania lepiej wkomponowany w świat, ale jakoś jednak brakowało mi tej nieświadomości, czym są i jak działają mitbomby. Nie wiem – może to po prostu kwestia tego, że ujawniona tajemnica przestaje być tak atrakcyjna? Niemniej, jak wspomniałam, fidezyna dobrze gra w świecie przedstawionym i w żadnym punkcie tak naprawdę jej obecność nie razi ani nie sprawia wrażenia, że autor musiał po prostu coś zszyć cholernie grubą nicią.
Bardzo fajnie za to wypadają pokazy używania magii. W szczególności myślę tu o fantastycznej bitwie przy użyciu – między innymi – Jonaszy, syren i szant. Z innych nowości, które pojawiły się w Wojnach…, ogromnie trafiła do mnie koncepcja herostratejczyków. Totalnie mogłabym czytać o nich więcej, każdy spin off mile widziany. O herostratejczykach i kosmopiratach, oczywiście. Tak.
Podobnie jak Pokój światów, powieść jest… no cóż, pełna wszystkiego. Przy każdej nazwie czy cytacie można się zatrzymać i kminić, co się za tym kryje – mam wrażenie, że w Wojnach… żadne słowo nie jest przypadkowe. Przy czym czasem jest to ewidentne (głównie w przypadku nazwisk), czasem trochę mniej. Jestem zresztą przekonana, że mnóstwa rzeczy nie wyłapałam. Ale i tak jestem dość usatysfakcjonowana, zwłaszcza że wreszcie wiem, kim jest Korycki – to znaczy: jaka postać kryje się za tym bohaterem literackim.

Zdecydowanie bohaterem numer jeden został w tym tomie wspomniany już Burzymur. Lubiłam go bardzo w Pokoju…, a tutaj to się jeszcze umocniło. Ku mojemu ogromnemu żalowi, Wojny… niemal zupełnie rezygnują z obecności Grabińskiego i Szulera Losu, nie zastępując ich właściwie nikim nowym, kto mógłby udźwignąć fajność tamtych dwóch. Trochę szkoda, ale przynajmniej mogłam się skupić na Burzymurze i jego wątku. Który zresztą okazał się dużo atrakcyjniejszy od samego Kutrzeby i jego historii. W sumie u Mirka to, co wypadło najlepiej, to dalsza ewolucja więzi ze Zmorą.

W ogóle jeśli chodzi o wątek poszukiwania Szóstego, to doszłam przy jego okazji do pewnej konkluzji: otóż wygląda na to, że kiedy Pawłowi Majce pozwoli się rozwinąć fabularne skrzydła, zaczyna on nawarstwiać intrygi i wątki. I tak nawarstwia i robi nieoczekiwane zwroty i tak się bawi dotąd, aż ja do szczętu stracę orientację. Pokój światów był króciutki i chyba po prostu autor tam nie zdążył poszaleć: cały czas wszystko ogarniałam. W Niebiańskich pastwiskach miałam już pewne kłopoty. I podobne trudności napotkałam w Wojnach przestrzeni. W niektórych miejscach po prostu wierzyłam na słowo bohaterom, że oni wiedzą co robią i o co im chodzi, bo ja tego za bardzo nie wiedziałam. To znaczy koniec końców wszystko mi się układało, ale z pewnym opóźnieniem w stosunku do aktualnie czytanych wydarzeń.

A skoro już wymieniłam dwa z trzech głównych miejsc akcji (kosmos i Ziemia), nie mogę nie wspomnieć o trzecim: Malowana Moskwa. Fajny pomysł i fajne wykonanie. Podobało mi się, że w świecie żywych obrazów panują nieco inne reguły, a malowany człowiek jest jednocześnie sobą i jednak trochę nie-sobą. Na tym malowanym tle czytelnik dostał ciekawą intrygę, no i odmienioną nieco Olgę, która bierze sprawy w swoje ręce.

Jeśli miałabym na coś jeszcze zwracać uwagę, to będzie to (chyba dość tradycyjnie, jeśli chodzi o książki z Genius Creations?) korekta. Ja wiem, że ta powieść do najkrótszych nie należy, ale jednak tam było zdecydowanie za dużo baboli, które mocno psuły całościowe wrażenie. Choć nie powiem, niezmiernie rozbawiło mnie zdanie: „Gdy mieszkała w szklance, dzwoniła głośno o jej ścianki” – od razu miałam wizję tej nieszczęsnej Baśki w szklance. Niemniej heheszki heheszkami, a ja wciąż i nieustająco mam ogromną nadzieję, że jedno z moich ulubionych wydawnictw wreszcie zdoła się wykaraskać z tych korektorskich problemów, bo to się ciągnie od samego początku.

Mimo wszystkich wymienionych zastrzeżeń, Wojny przestrzeni to bardzo satysfakcjonująca kontynuacja Pokoju światów. Oczywiście, odpadł element olśnienia światem i bohaterami, bo po prostu ja to już znam. Ale skutecznie to rekompensują wprowadzone nowości – kosmosy, bitwy, bardzo sympatyczny Drygieł, no a przede wszystkim: domknięcie historii, na które czekałam dwa lata. Warto było i z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim, którzy czytali Pokój światów i byli z tej lektury zadowoleni.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations.




I rozmarzył się Drygieł, że nabierze od podróżowania z piratami krzepy i romantyczności, że zgubi wrodzoną nieśmiałość do kobiet. Że gdy następnym razem stanie przed Mariką, będzie trzymał nóż w zębach, w uchu zaświeci mu błyszczący kolczyk, a na ramionach naprężą się mięśnie pod zuchwałymi tatuażami. „Hej, gąsko!” – zawoła, a Marika…
No nie, najpierw trzeba będzie wypluć ten nóż, bo inaczej dziewczyna nic nie zrozumie z jego mamrotania.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...