poniedziałek, 1 maja 2017

Opowieść o ciuchci z apokalipsą w tle: "Snowpiercer"

(źródło)
Świat zamarzł na kość i wszystko umarło. W tej lodowatej pustce istnieje tylko jeden azyl: pociąg, który zaiwania dookoła świata przez okrągły rok. W pociągu żyją ostatni ludzie na Ziemi. Jeśli pociąg się zatrzyma, wszyscy umrą.
Mówcie co chcecie, dla mnie ten pomysł jest naprawdę epicki. Pociąg zasuwający przez postapokaliptyczny świat – co może pójść źle?
A jednak coś może.
Jeśli mam być całkiem szczera, to dla mnie zajebistość tego filmu w dużej mierze kończy się właśnie na samej koncepcji świata. Bo jeśli chodzi o zawartość pociągu, czyli ludzi… no cóż, przepraszam, ale oni są debilami. Naprawdę. Zupełnie nie potrafię kupić tego, jak funkcjonuje tam społeczność.
Fabuła zasadza się na tym, że ludzie w pociągu są podzieleni na trzy klasy (oczywiście): ma się rozumieć, pierwsza klasa to zimni, samolubni bogacze, a klasa trzecia to biedota wyzyskiwana przez bogaczy. Czy jakoś tak. Zdaje się, że jest też druga klasa, ale film przechodzi nad tym faktem dość obojętnie i właściwie chyba widz nie ma okazji poznać żadnego przedstawiciela tych ludzi „pośrodku”. No i trzecia klasa, ulokowana na końcu składu pociągu, chce się przedrzeć aż do lokomotywy i przejąć władzę. Czy coś.
Dla mnie to jest zupełnie sztuczna i nierealna sytuacja. Tak, główny antagonista pod koniec wyjaśni, dlaczego wszystko wygląda tak jak wygląda, ale to nadal głupie. No bo tak: ja rozumiem, że pociąg ma ograniczoną ładowność i trzeba kontrolować liczebność społeczności. I naprawdę uznano, że cykliczne wystrzeliwanie ludzi to absolutnie najlepsza metoda ze wszystkich?
(źródło)
To już nawet w Przestrzeni! Przestrzeni! Harry’ego Harrisona kontrola urodzeń była przeprowadzona jakoś bardziej humanitarnie. Nie można było chociaż spróbować w tym pociągu ogarnąć sytuacji w jakiś pokojowy sposób? Podkreślam: to tylko załoga jednego pociągu, a nie jakieś gigantyczne społeczeństwo, którego nie dałoby się opanować. Już teraz niektóre kraje mają problem ze starzejącym się społeczeństwem, bo ludzie dobrowolnie rezygnują z posiadania dzieci. Nie uwierzę, że pasażerowie pociągu byliby totalnie głusi na prosty przekaz „nie mnóżcie się jak króliki, bo wszystko pierdolnie”.
Dalej: w ogóle cały ten podział sprowadza się do tego, że mamy dekadencką elitę i rozżaloną biedotę, a jedni i drudzy to w istocie darmozjady, które nie robią nic dla przetrwania ludzkości i pociągu. Podejrzewam, że gdzieś pośrodku są ludzie, którzy ewentualnie pracują: doglądają upraw, konserwują mechanizmy ciuchci i tak dalej. Ale czy to nie jest dramatyczne marnowanie siły roboczej? Kurde: zamiast wydzielać biedocie galaretkę z robaków, czy nie lepiej byłoby wciągnąć ich do prac na rzecz przetrwania? Czy w ogóle podjęto takie próby? Nie, film wyraźnie wspomina o tym, że uciekinierzy z końca składu pociągu najpierw byli totalnie porzuceni i zjadali się nawzajem, a potem przyszli jacyś ludzie i dali galaretkę. I tak to trwa do dziś. Jeżu najmilszy, to jest po prostu głupie.

(źródło)
Nie jest tak, że w kręciłam nosem na wszystko w filmie. Ze zdumieniem zorientowałam się, że Snowpiercer ma fantastyczną obsadę. Nie mówię tu koniecznie o Curtisie (Kapitan Ameryka Chris Evans), który sprawia wrażenie dość typowego smutnego herosa w stylu Nie-Chcę-Być-Bohaterem. Ale jest na ten przykład świetna Tanya (Octavia Spencer) – matka, która rusza z rewolucjonistami nie tyle dla idei, ile żeby znaleźć odebranego jej siłą syna. Podobało mi się, z jakim uporem Tanya prze naprzód, ile w niej siły i determinacji. Drugą postacią, która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, była Mason (Tilda Swinton). Właściwie trochę trudno mi ją rozgryźć – z jednej strony była fanatycznie oddana Wilfordowi i zdaje się, że naprawdę wierzyła we wszystko to, co mówiła. Z drugiej jednak – nie miała szczególnych oporów przed zdradzeniem swojego mistrza. Prawda jest taka, że chyba cały ładunek fajności tej postaci stanowi zasługę aktorki. Mason jest… przegięta. Chyba tak to czuję. Przegięta w taki fajny sposób, jej wyrazistość staje się atutem na tle trochę zbyt poważnego, smętnego tłumu.
Ma się rozumieć, są i inni bohaterowie, których lubię: Gilliam grany przez nieodżałowanego Johna Hurta jest… no cóż, jest postacią graną przez Johna Hurta. Właściwie to dość typowy stary mistrz i robi dokładnie to, co robi większość starych mistrzów w filmach. Oraz dokładnie to, co robi John Hurt w filmach. Ale i tak trudno go nie lubić. To John Hurt!
No i Wilford, w którego wcielił się Ed Harris. Znów: postać sama w sobie może nie błyszczy. Ale to Ed Harris, więc i tak człowiek się cieszy na jego widok.

(źródło)
Muszę wspomnieć też trochę ogólniej, o klimacie filmu: ten aspekt, przyznaję, zaskoczył mnie. Startujemy od ponurych wnętrz końca składu pociągu, jest klaustrofobicznie, brudno i biednie. Jest ciągły strach przed żołnierzami Wilforda. I myślałam, że to tak właśnie będzie. Tymczasem jakoś w połowie seansu zorientowałam się, że chyba zabłądziliśmy do produkcji Wesa Andersona: wszystko było dziwne, cukierkowe, zawieszone w czasie i… dziwne. A po parunastu chwilach wszystko wróciło do normy i teraz sama nie wiem, czy te przeskoki mi się w ogóle podobały, czy jednak niekoniecznie.

Film nie jest do końca zły. Ale nie jest też zbyt dobry. Trochę mi szkoda tak fajnego pomysłu, bo mam wrażenie, że po prostu nikt się jakoś gruntowniej nie zastanowił nad scenariuszem. Całość była obliczona na to, że po prostu ma być coś w rodzaju wojny klas, a jak doszło do tego podziału? Łotewer. Tak jest i już. Wszystkie filmowe uzasadnienia można sprowadzić do „bo tak”. Do obejrzenia w jakieś nudne popołudnie, ale nie należy spodziewać się fajerwerków.




– Have you ever been alone on this train? When was the last time you were alone? You can't remember, can you? So please do. Take your time.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Długo wyczekiwany powrót na Syberię

(źródło)
W 2012 roku zdarzyło mi się poznać dwie części najlepszej przygodówki point & click ever – Syberii. To taki tytuł, po którym przez długi czas nie mogłam grać w nic innego, bo nie było Syberią i to był, prawdę mówiąc, pierwszy i najmocniejszy growy kac, jaki miałam. W świecie książek porównywalnie się czułam chyba po 2001: Odysei kosmicznej. Niebawem po przejściu gier doczytałam, że są jakieś mętne plany stworzenia trzeciej części, że ponoć ją robią od 2009, ma się tam pojawić bohaterka z serii Still Life i w ogóle. Trochę się pojarałam, oczywiście, ale trudno jarać się nieustannie przez ileś miesięcy, jeśli tak naprawdę nic konkretnego nie wiadomo, więc ostatecznie cała sprawa jakoś mi wyleciała z głowy. A potem gruchnęła wieść, że oto Benoît Sokal wrócił do Microïds. A kiedy w połowie 2013 roku sam Sokal już otwarcie w wywiadzie mówił o tym, że się dzieje, absolutnie nie mogłam pozostać obojętna. Syberia 3 miała ukazać się w 2015 roku. Przesunięto na 2016. Potem na 2017. Ale ja cały czas wierzyłam. I oto, po pięciu latach oczekiwania (które byłoby bez porównania dłuższe, gdybym tylko dopadła dwie pierwsze odsłony tego tytułu nieco wcześniej), Syberia 3 nareszcie ujrzała światło dzienne.

Nie przedłużając już: gra mnie wciągnęła i przeżuła. Przez kilka dni właściwie całą moją aktywność można sprowadzić do cyklu praca-Syberia, za wyjątkiem weekendów, kiedy była tylko Syberia. Gra ani na jotę mnie nie rozczarowała – przy czym muszę tu zaznaczyć, że ja od samego początku (to znaczy odkąd pojawiły się jakieś konkretniejsze informacje o niej, czyli od 2013 r.) podchodziłam do tematu pełna obaw i z duszą na ramieniu. Moje dwa główne lęki dotyczyły planowanej trójwymiarowości, no i fabuły. A jednak Syberia 3 wyszła obronną ręką z jednego i drugiego. Dodatkowo mamy przepiękną muzykę Inona Zura, twórcy soundtracków do dwóch poprzednich części – zresztą do mnóstwa innych tytułów, takich jak kolejne części Fallout, Dragon Age, Prince of Percia i inne. Inon Zur naprawdę umie w klimatyczną muzykę.
Oczywiście, nie wszystko jest perfekcyjnie. No i są elementy, które same w sobie nie stanowią wady, ale sprawiają, że trzecia część mimo wszystko nie angażuje emocjonalnie aż tak jak pierwsza. Spróbuję jakoś po kolei ogarnąć temat.

Historia.

Wiadomo było, że fabuła Syberii 3 nie będzie bezpośrednią kontynuacją poprzednich odsłon. Opowieść o poszukiwaniu Hansa Voralberga i jego marzeniu zobaczenia mamutów była opowieścią zamkniętą – dokręcanie dalszego ciągu zapewne by się nie sprawdziło. Historia, którą dostaliśmy w trzeciej części, jest mniej kameralna, bardzo wyraziście za to pokazuje konfrontację dwóch odmiennych kultur. Zresztą, mimo że świat gry jest fikcyjny, taka konfrontacja przecież naprawdę miała miejsce w przypadku Rosjan i inuitów. Fabuła więc jest niby zmyślona, ale jednak bardzo mocno osadzona w naszej rzeczywistości. I to jest w ogóle fajna fabuła. Jukole to sympatyczny ludek, któremu życzy się jak najlepiej.
Niemniej nie mogę tutaj nie porównać historii z poprzednimi Syberiami. Sęk w tym, że kiedy pomagaliśmy Hansowi, czuliśmy więź i zaangażowanie – gracz poznawał historię autystycznego wynalazcy stopniowo, aż ten stał się dla niego kimś ważnym. Tutaj dostajemy od razu plemię w tarapatach. Nie wiemy wiele o tych ludziach. Są mili i właściwie to wszystko. Krótki filmik na początku pokazuje, jak Jukole uratowali Kate, ale taki filmik nie zrekompensuje kilku- kilkunastu godzin budowania relacji z postacią.
Dużym plusem jest to, że mimo wszystko nie zapomniano o poprzednich wątkach. Duch Hansa Voralberga unosi się nad wieloma miejscami, a Kate Walker ścigają cienie przeszłości. Pojawi się detektyw wysłany za Kate w Syberii 2, będzie też wspomnienie oblubieńca naszej bohaterki, jej przyjaciółki i chlebodawców.
Inną sprawą jest zakończenie całej tej opowieści. Główny wątek niby został domknięty satysfakcjonująco, ale cała reszta… damn you, Microïds! Teraz siedzę i czekam na czwartą część, bo absolutnie – ABSOLUTNIE – nie zgadzam się, żeby w ten sposób na stałe rozstać się z Kate Walker. No, zresztą nie tylko z nią! Po finale gry miałam ogólnie wielką zwiechę, jak to możliwe, że już lecą napisy końcowe, skoro przecież ja tam zostałam… no, z tym wszystkim. Jak. To. Możliwe.
Czekam więc. Czekam na czwartą część i mam nadzieję, że tym razem uporają się z tym szybciej.

Świat.

Rzeczywistość Syberii jest piękna i klimatyczna. W niczym nie ustępuje temu, co mogliśmy zobaczyć w poprzednich odsłonach serii. Szczególnie trafiło do mnie Baranour, przy którym nie sposób opędzić się od skojarzenia z Prypecią – szczególnie patrząc na ten wspaniały diabelski młyn.
Tak jak w poprzednich odsłonach serii, w Syberii 3 poruszamy się po wymarłych pustkowiach, gdzie tylko tu i ówdzie znaleźć można relikty dawnej rzeczywistości. Niby ani razu nie pojawia się nazwa „Związek Radziecki”, ale i tak wiadomo, o co chodzi. To ponury świat, z którego bije tęsknota za utraconą świetnością. Przy czym wiadomo, że ta świetność była tak naprawdę jakąś fasadą, za którą kryła się pustka. Jukole chcą się wyrwać z tej rzeczywistości w ramach cyklicznej migracji strusi, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że strusie są w tym przypadku tylko wygodnym pretekstem. Bo to świat, z którego po prostu każdy chciałby się wyrwać. Świat okaleczony, samotny i zapomniany. Przetrącony.
I znów muszę porównać z pierwszą Syberią: to, co mi się tak niesamowicie podobało w tamtej grze, to stopniowe zagłębianie się w ten odizolowany, dziwny świat. Startowaliśmy w Valadilene, gdzieś w Alpach Francuskich – w innej rzeczywistości, zastygłej gdzieś w czasie i przestrzeni. Z niej gracz zstępuje coraz niżej, do coraz bardziej odizolowanych, zapadniętych we własnych wspomnieniach miejsc, aż w końcu trafi na tytułową Syberię. W trzeciej części od razu jesteśmy w tej egzotycznej, syberyjskiej rzeczywistości, bez konieczności przemierzania wielkich przestrzeni. Przy czym tak naprawdę już Syberia 2 zrezygnowała z tej powolnej przemiany, więc to nie jest nic nowego. Po prostu pamiętam, że w pierwszej części to do mnie bardzo mocno przemówiło.
Tak czy owak: lokacje są piękne i – razem z muzyką – tworzą świat, który wciąga gracza i nie pozwala o sobie zapomnieć. W niczym nie ustępuje temu, co widzieliśmy w poprzednich odsłonach serii i widać, że Benoît Sokal się tu postarał tak samo jak dawniej.
Może po prostu ten świat jest dla mnie trochę za mały – chciałabym więcej, bardziej, szerzej. Czuję niedosyt i ten niedosyt tylko podsyca moje oczekiwanie na czwartą część.

Bohaterowie.

Kate Walker jest… no cóż, jest Kate Walker. Kobietą, o której nie można zbyt wiele powiedzieć, ale jednak poczciwa z niej babeczka i miło kieruje się jej losami. Dla mnie jednak dużo ważniejsze od niej było to, że w którymś z kolei trailerze zobaczyłam Oscara. OSCAR. Najbardziej wkurwiający automat ever. I jednocześnie jeden z najcieplej przeze mnie wspominanych bohaterów gier. Wciąż nie wiem, jak oni to zrobili. Niemniej prawda jest taka, że najpierw długo się zastanawiałam, jak można zrobić Syberię 3 bez Oscara. A kiedy dowiedziałam się, że jest szansa na jego obecność, zachodziłam w głowę, jak go wrócili do żywych. I miałam nadzieję, że to nie są fałszywe obietnice.
Nie były. Oscar rzeczywiście pojawia się w Syberii 3 i jest dokładnie taki, jaki być powinien: upierdliwy i irytujący. I absolutnie przefajny.
Zresztą, wszystkie postaci w grze są na swój sposób wyraziste i fajne. Kapitan Obo, detektyw Cantin czy Katerina. Każdy ma swoją historię w tym świecie. Jest po prostu fajnie, a wątek kapitana nawet troszkę wzrusza.
Są też, ma się rozumieć, Jukole – to znaczy głównie szamanka Ayawaska i przewodnik Kurk. Gra świetnie pokazuje ich odmienność, przywiązanie do tradycji, lęk przed duchami i więź ze strusiami, przy jednoczesnej ciekawości świata. Choć przyznam, że moment, w którym Ayawaska zaczęła dość ostentacyjnie podrywać Oscara i wpychać go do swojej jurty, był ździebko niepokojący.

Technikalia.

Jak wspomniałam ogromnie obawiałam się o trójwymiar. Ten jednak okazał się wcale nie zarżnąć gry. Tła nadal były piękne, a po przestrzeni poruszało się dość łatwo. Jedyny mankament stanowiły spontaniczne przeskoki kamery, przy których nagle Kate Walker zaczynała dreptać w zupełnie inną stronę. Tak jak sugeruje sama gra, przyjemniej biega się za pomocą kontrolera – ale nie jest tak, że trzeba w ten sposób. Kilka wieczorów spędziłam z klawiaturą i myszką – i było w porządku. Kontroler jest nieco wygodniejszy, koniec końców zresztą wylądowałam ze sterowaniem hybrydowym, zasadniczo biegając z kontrolerem, od czasu do czasu jednak uśmiechając się do myszki. Generalnie różnice są niewielkie i do przełknięcia.
Teraz jednak pojawia się jeden spory problem Syberii: lip sync. O. Mój. Jeżu. To jest naprawdę dramat. Synchronizacja tekstu z ruchem ust leży i chyba już nawet nie ma siły kwiczeć, szczególnie w językach innych niż angielski (i może francuski? Nie wiem – nie próbowałam wersji francuskojęzycznej). Po angielsku jeszcze jako-tako da się to oglądać.
Ale tutaj mamy szczęście w nieszczęściu: bo wersję językową możemy sobie zmienić w absolutnie każdym momencie rozgrywki, w ciągu paru sekund. Przeskakiwałam tak między polskim, angielskim, niemieckim a rosyjskim, w zależności od humoru i miejsca, w którym aktualnie była Kate. I to jest naprawdę super.


Cóż jeszcze mogę powiedzieć? To naprawdę świetna gra. Dodatkowo: edycja kolekcjonerska jest całkowicie satysfakcjonująca, pełna dobrości, ma komiks, artbook, soundtrack i piękną figurkę Kate. I inne drobiazgi. Aż miło popatrzeć.
Syberia 3 to tytuł, który bez większego trudu wygrzebał sobie miejsce w moim sercu. Wciąga, angażuje i ciekawi, ma piękną muzykę i wspaniałe widoki. Interesujący bohaterowie współtworzą fantastyczną opowieść. Owszem, nie jest to Syberia ani Syberia 2. Myślę, że ze względu na trójwymiar, gra zestarzeje się nieco szybciej niż poprzedniczki, w których dwuwymiarowe tła są przepiękne mimo upływu piętnastu lat. Ale myślę też, że droga, którą obrało Microïds, jest zupełnie dobra i bez obaw można nią podążać. I – gdyby komuś to umknęło – czekam na czwartą część.
Zresztą.

Dopóki jest Oscar, dopóty jest nadzieja.

piątek, 14 kwietnia 2017

A jednak Simmons nie gryzie: "Terror"

(źródło)
Autor: Dan Simmons
Tytuł: Terror
Tytuł oryginału: The Terror
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Miejsce i rok wydania: Czerwonak 2015
Wydawca: Vesper

Swego czasu spróbowałam zmierzyć się z Hyperionem. Trochę to trwało, a efekty tej znajomości pozostawiły sporo do życzenia, ku przerażeniu niektórych, którzy podchodzą do Dana Simmonsa trochę jak ja do Arthura C. Clarke’a. I przyznam, że nie sądziłam, iż jeszcze kiedyś sięgnę po tego autora. Gdzieś miałam – i mam nadal – myśl, żeby może drugi tom Hyperiona, który ponoć nieco się różni od pierwszego, ale póki co jestem na etapie odsuwania tego w czasie.
Kiedy zaczęłam czytać Terror, namówiona przez Ulva, w ogóle nie skojarzyłam autora. Gdzieś w połowie lektury dopiero dotarło do mnie, że hej, Dan Simmons, ja znam tego faceta. I chyba dobrze się stało, że nie od początku wiedziałam, kogo w ogóle czytam, bo się nie nastawiłam w żaden sposób. I z czystym sumieniem mogę powiedzieć (pardon my French): ej, Terror jest zajebisty!

Po pierwsze, powieść stanowi dla mnie kopalnię wiedzy na mnóstwo tematów. Począwszy w ogóle od samego przybliżenia historii Przejścia Północno-Zachodniego. Pojawiają się nazwiska Rossa, Backa, Franklina – jasne, to powieść, a nie podręcznik historii, niemniej to i owo w głowie zostaje, choćby czytelnik bardzo nie chciał. Simmons bardzo drobiazgowo opisuje też działanie statków, obowiązki załogi i przebieg rozmaitych czynności: przygotowanie jedzenia, walkę z lodem, chowanie zmarłych, czy nawet ubieranie się. Przybliża każdy najmniejszy problem, z jakim musieli mierzyć się marynarze podczas kilkuletniego pobytu na Arktyce. Człowiek nawet sobie nie uświadamia, ile tego wszystkiego jest. Wreszcie też ogromnie pouczające okazały się same… opisy przyrody. Serio – mamy ponad siedemset stron, które bohaterowie spędzają na skutym lodem pustkowiu. A opisy cały czas są ciekawe i różnorodne. I w efekcie znam kilka nowych słów na lodowe formacje (wiecie, do tej pory obracałam się wokół „lodowca” i „kry”).
Des Voeux nadzorował przygotowanie kolacji, wyjmując osobiście zestaw do gotowania składający się z kilku sprytnie złożonych wiklinowych koszyków. Okazało się jednak, że trzy spośród czterech puszek, które wybrali na pierwszy posiłek na lądzie, były zepsute. Zostało im więc tylko pół przeznaczonej na środę porcji solonej wieprzowiny – ulubionego dania marynarzy, które choć smaczne I tłuste, nie mogło zaspokoić ich głodu po tak ciężkiej pracy – oraz ostatnia dobra puszka opatrzona etykietą “Wyśmienita czysta zupa żółwiowa”, której marynarze nie znosili, wiedząc z doświadczenia, że nie jest ani wyśmienita, ani czysta, a już z całą pewnością nie żółwiowa.
Po drugie, Terror ma to, co Fryy lubią najbardziej: bohaterów i klilmat. Och, szczególnie klimat! Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś, gdzie tak mocno odczuwalna by była atmosfera izolacji, osaczenia i czającej się w mroku grozy. Człowiekowi się zimno robi od samego czytania. I ten całkowity brak nadziei właściwie od samego początku: jak nie tajemniczy stwór, to pękający lód, szkorbut, śnieżyca, a wreszcie też całkiem prozaicznie – inni ludzie. I znikąd ratunku. Coś podobnego chyba czułam, czytając w dzieciństwie powieściową wersję Rzeczy, napisaną przez Alana Deana Fostera – choć nie wiem, czy dziś tamta książka wywołałaby we mnie podobne emocje.
No właśnie: „inni ludzie”. Bo przecież niebezpieczeństwa nadchodzą nie tylko z nieprzyjaznych arktycznych pustkowi, ale też z wewnątrz, bo przecież marynarze różnie reagują na sytuację, w jakiej znalazły się Terror i Erebus. Niesamowicie to wszystko przekonujące i sugestywne. I w całym tym horrorze znajduje się jednak miejsce na humor. Raczej czarny, raczej cyniczny, ale jednak obecny.
– (…) Panie Des Voeux, jeśli Best I ja nie wrócimy do obozu pojutrze przed północą, wyruszajcie sami na statek.
– Tak jest.
– Szeregowy Pilkington, bardzo jesteście zmęczeni?
– Tak jest – odrzekł trzydziestoletni marynarz. – To znaczy nie. Gotów jestem wykonać każdy pański rozkaz, poruczniku.
Gore uśmiechnął się.
Bohaterowie może nie trafią do jakiejś mojej prywatnej galerii ulubionych protagonistów, niemniej także są przekonujący i ciekawi. W większości wzbudzają sympatię, a jeśli już ktoś wyłoni się jako antybohater, to z całego serca życzy mu się okrutnej, strasznej śmierci. Zło jest po prostu złe i odrażające, w żaden sposób nie kusi. Dodatkowym atutem postaci jest fakt, że trzy lata spędzone wśród arktycznych lodowców (ha! Widzicie? Nadal nie umiem używać tych innych, mądrych słów!), zmienia ludzi. Najmocniej to widać chyba na przykładach mata uszczelniacza Hickeya, ale też mojego ulubieńca Fitzjamesa i jeszcze bardziej ulubieńca – lodomistrza Blankyego. No dobra, tak naprawdę, Blanky chyba jednak trafi do tej mojej galerii… Im dłużej o nim myślę, tym bardziej trafi.

Terror to długa powieść. Akcja raczej nie pędzi na złamanie karku, a opisy są tak dokładne, że z całą pewnością kogoś mogłyby zmęczyć. Ale na tych kilkuset stronach jest takie nawarstwienie klimatu, historii i bohaterów, że zdecydowanie warto poświęcić czas na lekturę. Łączy się w tym przyjemne z pożytecznym i – nawet pomijając powieściowy element nadprzyrodzony – pozwala uświadomić sobie, że prawdziwa historia daje nam najbardziej niesamowite opowieści.

Teraz tylko czekać na serial i mieć nadzieję. A z ciekawostek, gdyby kogoś ominęła informacja sprzed pół roku: klik.





Najpierw wyniósł na górę ciężki teodolit I kilka starych podręczników, sprawdził szybko pozycję słońca I zapisał wyniki pomiarów na marginesie poplamionej solą książki. Potem wrzucił teodolit I książki z powrotem pod pokład, świadom, że określenie pozycji statku było prawdopodobnie najbardziej bezużyteczną rzeczą, jaką zrobił w całym swym długim życiu wypełnionym robieniem bezużytecznych rzeczy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...