wtorek, 16 lipca 2019

"Harda Horda" Hardej Hordy

Autor: Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska
Tytuł: Harda Horda
Miejsce i rok wydania: Kraków 2019
Wydawca: SQN

Okej, ta notka będzie nieco bardziej skomplikowana – w gruncie rzeczy to będą dwie notki w cenie jednej. Bo skoro już ruszam temat Hardej Hordy, muszę napisać nieco poza tematem, czyli nie o samej antologii, a… no, o rzeczach wokół. Żeby nie było: moim głównym tematem dziś tak czy owak ma być książka, dlatego też tę część „nie na temat” pozwolę sobie schować. Ciekawscy mogą sobie kliknąć poniżej.




O tutaj


Ci, z którymi miałam okazję na ten temat rozmawiać, pewnie mniej-więcej się orientują, że do Hardej Hordy mam stosunek… cóż, ambiwalentny. Pisząc wprost: gdybym wcześniej nie znała twórczości zrzeszonych w tej grupie autorek, trzymałabym się od całej tej inicjatywy tak daleko, jak to tylko możliwe. Bo od samego początku Harda Horda wzbudza we mnie raczej negatywne emocje. A właściwie źle się wyraziłam: nie tyle Harda Horda, ile hordowa strategia promocyjna. Autorki uderzyły centralnie w ten sposób trafiania do czytelników, który mnie jedynie irytuje i zniechęca.
O co mi konkretnie chodzi?
Ano o to, że do twórczości konkretnych autorów sięgam nie dlatego, że autorzy wydają się sympatycznymi ludźmi, a dlatego, że uważam ich pisanie za fajne. I kiedy pojawia się nowa powieść mojego ulubionego pisarza, w sumie nie interesuje mnie, kto ją betował, tylko jaki to gatunek, kto jest głównym bohaterem i tak dalej, i tak dalej. Słowem: w pisarzu najciekawsze dla mnie jest jego pisanie. A nie jego życie towarzyskie. Tymczasem Harda Horda – przynajmniej wedle tego, co pojawia się w moich internetach – to przede wszystkim koleżanki, które fajnie i twórczo spędzają ze sobą czas; mogę powiedzieć, która ile ma kotów i która woli herbatę, a która kawę, ale tak naprawdę prawie nic nie wiem o ich twórczości. I dla mnie to zupełnie pomylony marketing. Bo od razu zapala mi się lampka ostrzegawcza: nie mają nic ciekawego do powiedzenia o swoim pisaniu, więc zasłaniają się hasłami typu „poznaj nas bliżej”?
Sęk w tym, że wiem, że to nieprawda. Wiem, no bo czytałam już Annę Hrycyszyn, Ewę Białołęcką czy Annę Kańtoch. Wiem, że mają świetny warsztat i bogatą wyobraźnię. I tylko dlatego się definitywnie nie zniechęciłam.

Z drugiej strony, próbowano mi wyjaśnić swego czasu sens takiego „grupowego” promowania się. Ja ze swojej strony próbowałam to zrozumieć. Rzeczywiście, może jest tak, że grupie łatwiej się przebić. Nie wiem tylko, czy o takie przebicie się chodzi. Takie, w którym o autorce nie myśli się „a tak, napisała świetne steampunkowe opowiadanie!”, tylko „a tak, to laska z Hardej Hordy”.

Dlatego z pewną dozą negatywnych emocji rozpoczęłam lekturę antologii opowiadań od dwóch (dwóch!) wstępów poświęconych Hardej Hordzie. Zresztą, cała książka jest dość zabawna pod tym względem, bo… no cóż, kaman, jej tytuł to Harda Horda! To tak jakby kolejne antologie ŚKFu nosiły tytuł Śląski Klub Fantastyki. Mało chwytliwe, czyż nie?

Long story short:
W moim idealnym świecie: PISARZ < KSIĄŻKA
W świecie Hardej Hordy: PISARZ > KSIĄŻKA
I pod tym względem raczej nigdy nie dojdziemy do porozumienia.


Okej, po tym małym ranciku mogę przejść do rzeczy.

Przede wszystkim, muszę nadmienić jedno: jakkolwiek mam bardzo złe zdanie o wydawnictwie SQN, to antologia Harda Horda wygląda po prostu przepięknie i robi fantastyczne pierwsze wrażenie. Doskonała okładka, świetna oprawa graficzna, no i notki biograficzne umieszczone po poszczególnych opowiadaniach, a nie przed. Super.
Jedyne, do czego muszę się doczepić, to brak spisu treści. Przeglądałam książkę dwa razy i jak Jeżusia kocham, no nie ma spisu treści. Żeby wrócić do konkretnego tekstu, trzeba kartkować całą antologię. Przyznam, że ten brak mnie ogromnie zadziwił.

Jeśli zaś chodzi o same teksty, to mogę powiedzieć tyle: zaskoczyły mnie. Tu, gdzie spodziewałam się słabizny, dostałam solidny kawałek ciekawej prozy, tu zaś, gdzie miałam największe nadzieje, dostałam duże rozczarowanie.
Zacznę od rozczarowania, bo tak najłatwiej.
Przede wszystkim: Ewa Białołęcka i jej opowiadanie postapo Tylko nie w głowę. Z wcześniejszej twórczości tej autorki pamiętam przede wszystkim przeczytanego lata temu Tkacza iluzji. I to nawet nie sam tekst, ile ogromne wrażenie, pod jakim byłam po lekturze. Chyba trochę się spodziewałam, że te emocje wrócą. A tymczasem jedyne przemyślenie, które miałam po tym opowiadaniu, to „hej, ale Magdalena Owczarek zrobiła to samo bez porównania lepiej w swojej debiutanckiej, vanitowo wydanej powieści”. Tylko nie w głowę jest po prostu irytujące. Podejrzewam, że jest takie świadomie i celowo i że właśnie na tym miał polegać dowcip – ale mnie on ani trochę nie rozbawił. Główna bohaterka jest wnerwiającą tępą dzidą, a kolejne problemy, które sobie wynajdowała, sprawiały tylko, że miałam ochotę gryźć kartki. Sytuacji nie poprawił żart z pisowcem.
A tak czytają Łajki.

Na przeciwległym biegunie mamy Agnieszkę Hałas i Jest nad zatoką dąb zielony. Tu z kolei miałam obawy, bo zdecydowanie nie po drodze mi było z Krzyczącym w Ciemności (zresztą, odpadłam po pierwszym tomie). Tymczasem opowiadanie czytało się świetnie: sceny z przeszłości pięknie i sugestywnie odmalowane, bohaterowie z marszu budzą emocje, a sceny z przyszłości interesujące zarówno pod względem intrygi jak i przedstawionego świata. Sam finał może niekoniecznie do mnie przemówił, ale lektura dała naprawdę dużo przyjemności. Szczerze mówiąc, waham się teraz, czy aby nie wrócić do Dwóch kart – ciekawa jestem, czy zmieniłam się ja-czytelniczka, czy też Agnieszka Hałas.

Oczywiście, większość tekstów nie była aż tak ekstremalna. Na przykład do Szanowny Panie M. Anny Kańtoch byłam nastawiona pozytywnie i się nie zawiodłam, choć to w zasadzie czysto obyczajowa historia kobiety i jej miejsca w świecie. Całość jednak bardzo sprawnie napisana, angażująca, z pięknie odmalowanym życiem w upalnym Egipcie.
Niezmiernie też lubię Z góry nie patrzą Anny Hrycyszyn. Bohaterka jest w dość Siemowym stylu, który można lubić, można nie przepadać, natomiast ogromnie podoba mi się pomysł na świat, w którym ludzkość z tajemniczego powodu musiała cofnąć się pod względem technologicznym do dziewiętnastego wieku.
Do pakietu moich ulubionych tekstów należy też Dróżniczka Aleksandry Janusz. Nostalgiczna opowieść z drobiazgowo dopracowanym klimatem. Historia toczy się powoli, bez szalonych zwrotów i wielkich namiętności, ale właśnie w tym jest taka ładna. Zgrabna opowieść o końcu pewnej epoki w subtelnej otoczce sci-fi, z nutą orientu – za którym wprawdzie nie przepadam, ale tutaj wyjątkowo pasował.

Jeśli chodzi o pozostałe opowiadania, nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że mi się nie podobały – w każdym można znaleźć coś dobrego, niemal wszystkie są dobre warsztatowo i prezentują oryginalne historie w ciekawych światach. Ot, choćby Lot wieloryba Mileny Wójtowicz: pomysłowe opowiadanie z bardzo ładną sceną… no cóż, lotu wieloryba. A jednocześnie niemożliwie wkurzała mnie główna bohaterka i ta jej okropna skłonność do zdrobnień w narracji.
Albo Jawor Marty Kisiel: fabularnie niczym mnie nie zaskoczyło, ale opowiadanie ma świetny, wyrazisty klimat, który sprawia, że czyta się je z przyjemnością, nawet jeśli niekoniecznie interesuje mnie los dzieciaków.
Czy też Dokąd odeszły cienie Magdaleny Kubasiewicz – na pierwszy rzut oka zdawało mi się dość sztampowe, a jednak scena, w której Lilijas zatraca się w tańcu duchów, została mi w głowie. W gruncie rzeczy to bardzo przyjemne opowiadanie, choć może bez fajerwerków.

Najsłabiej (oprócz wspomnianego już Tylko nie w głowę) wspominam Bezduch Martyny Raduchowskiej. Po pierwsze, brakowało mi tam jakiegoś szczątkowego chociaż przybliżenia świata. Ponieważ zaczynamy od jakichś obrzędów ze świecami, nekromantów i tak dalej, założyłam, że to może być generic fantasy świat. A potem padło tu i ówdzie jakieś słowo, które mnie kompletnie wybiło z rytmu i teraz mam wrażenie, że rzecz się działa we współczesności… w każdym razie po przeczytaniu opowiadania wolałabym takie rzeczy wiedzieć, a nie nadal się domyślać. Ale jeszcze gorzej chyba rzecz się miała z zupełnie niewiarygodnymi, pompatycznymi dialogami, które miejscami sprawiały wrażenie wyjętych z opery mydlanej.

Wiem, że parę tytułów pominęłam, ale nie chcę przedłużać. Były okej. Niczego mi nie urwały, ale też czytanie nie bolało.
Natomiast przyznaję, że po przegryzieniu się przez całą antologię mam ochotę na coś innego. To prawda, ze każde z opowiadań jest inne, niemniej nietrudno dostrzec, że zbiór ma bardzo solidną dawkę obyczajówki, która z czasem może zacząć nużyć. Choć bardziej chyba znużyła mnie pierwszoosobowa narracja, która występuje w niemal wszystkich tekstach.
Myślę sobie, że to może po prostu być przykład współczesnej literatury fantastycznej, której – co tu kryć – chyba nie jestem targetem. Zdecydowanie bardziej gustuję w fantastyce sprzed lat dziewięćdziesiątych i może stąd mój powściągliwy odbiór nowości wydawniczych.

To dobre opowiadania. Niektóre świetne. Prawie w każdym można znaleźć coś wartego uwagi, nawet jeśli nie wszystkie elementy danego opowiadania przypadną do gustu. Tak, czytywałam lepsze antologie. Czytywałam też gorsze, dużo gorsze. Harda Horda przynajmniej będzie ładnie wyglądać na półce.



Wsunął się do kuchni - w pomieszczeniu cuchnęło. W garze wciąż zalegały zgniłe resztki posiłku, pewnie przygotowanego wiele lat temu, z belki pod sufitem zwisały suszone zioła o płatkach tak delikatnych, że rozsypałyby się zapewne pod najlżejszym dotykiem. Długi stół był przewrócony, po podłodze walały się rozsypane rzeczy.
Magdalena Kubasiewicz, Dokąd odeszły cienie

wtorek, 9 lipca 2019

O czym nikt już nie pamięta: "Gra o Tron"

(źródło)

Na początek disklejmer: nie czytałam książki.
A teraz do rzeczy.
Gra o Tron to w gruncie rzeczy niekoniecznie moje klimaty. Kiedyś, dawno temu, obejrzałam chyba jeden odcinek (może dwa) i mnie nie wciągnęło. Obejrzenie całego serialu było swego rodzaju wyzwaniem, które podjęliśmy z Ulvem jakoś w kwietniu i właśnie udało nam się zwyciężyć. I wiem, że się spóźniłam. Podczas emisji Gry o Tron Internet świata nie widział poza kolejnymi odcinkami. Oczywiście im bliżej było finału, tym szerszy strumień artykułów i rozkmin o Jonie, Tyrionie i reszcie. Potem jeszcze tylko parodniowa gównoburza wokół 6. epizodu 8. sezonu i… no cóż, i temat umarł. Pisząc więc coś o tym w lipcu, nie jestem nawet jak ktoś, kto spóźnił się na imprezę, ale raczej jak ktoś, kto przyszedł na imprezę, a zobaczył tylko zatrzaskujące się drzwi za gospodarzem, który właśnie wynosił śmieci po wysprzątaniu całego mieszkania. Śmieciarkę widać już na horyzoncie.
Ale nie po to obejrzałam takie mnóstwo godzin serialu, żeby nic o tym nie napisać!

Rzeczą, która w Grze o Tron zafascynowała mnie chyba najbardziej, był ten niesamowity szał, jaki wzbudziła na całym świecie. W moim otoczeniu oglądali to niemal wszyscy – włącznie z osobami, które na co dzień nie mają za bardzo do czynienia z fantastyką. A przecież to nie był pierwszy i nie ostatni dobry serial HBO: swego czasu  chociażby Rzym, Rodzina Soprano czy Kompania braci, całkiem niedawno zaś – Czarnobyl, o którym zresztą pisałam. A jednak nie widziałam takiego medialnego szału na punkcie tych produkcji. Mam więc kilka pomysłów:
Po pierwsze, nasuwa mi się coś takiego: to takie fantasy, gdzie element fantastyczny jest bardzo wygodnie sprowadzony do pewnego minimum, które mieści się w granicach tolerancji mainstreamu. No bo co tam mamy? Zombiaki – a tych popkultura dostarcza nam ostatnimi czasy na pęczki, wręcz zombie stały się modne, więc ich obecność w serialu nie mogła zaszkodzić. Smoki – no ale jaki smok jest, każdy widzi, niefantastyczny widz bez problemu może to przełknąć, bo to jednak dość znajoma sprawa. Jest trochę magii czy bogów, ale minimalne ilości, zwłaszcza początkowo. A cała reszta? To coś, co całe rzesze ludzi nazywają „prawdziwym średniowieczem”. I jakkolwiek to bzdura, to jednak serial zgrabnie udaje, że jest taki no właściwie historyczny, tak było, panie i panowie, znany fakt.
A co tam, Bronn zawsze na propsie.
(źródło)
Po drugie, co tu kryć: mamy naprawdę fajnie zrobionych bohaterów. Raz, że są dobrze zagrani (mimo braku gwiazdorskiej obsady, naprawdę nie zaobserwowałam drewna), ale dwa, że po prostu dobrze napisani. Jasne, na pewno duża w tym zasługa Martina. Prawdę mówiąc, w kinie i telewizji wcale nie tak łatwo o dobrze napisanych bohaterów i po iluś sknoconych filmach i serialach z prawdziwą przyjemnością ich oglądałam, to było odświeżające. Każda z postaci jest wyrazista i dość szybko można całkiem sporo o niej powiedzieć. W wielu przypadkach bohaterowie ewoluują, zmieniają priorytety, albo wręcz przeciwnie: mimo rzucanych pod nogi kłód twardo trzymają się swoich zasad. W dodatku – i z całą pewnością to miało niemałe znaczenie – nie ma wyczuwalnego faworyzowania którejś płci, a w tytułowej grze graczem może być każdy, niezależnie od wzrostu, orientacji seksualnej, rasy, wieku i tak dalej, i tak dalej. To fantastycznie równouprawniony świat, nieomal utopijny.
Po trzecie, szeroko pojęta cała reszta: ładne kadry, bardzo ładna, rozpoznawalna muzyka, widowiskowe kostiumy, klimatyczne panoramy. Widok Muru był imponujący, nie ma co gadać.
Jeśli złożyć do kupy wszystkie te elementy, wychodzi rzeczywiście sprawnie zmajstrowana, zaludniona ciekawymi charakterami opowieść, skierowana w zasadzie do każdego. Wspomniane wcześniej seriale nie miały szansy na tak szeroką widownię: Kompania braci jest bardzo wyraźnie wojenną opowieścią o przyjaźni, po Rzym sięgną miłośnicy bardzo konkretnego wycinka historii i tak dalej. A Gra o Tron obiecuje seksy, intrygi polityczne, przyjaźnie, rozmach, bitwy i każdy może znaleźć w niej coś dla siebie.
Nie jest to serial, który urwał mi zad, ale w końcu ja też nie żałuję spędzonych nad nim godzin,
Nawet godzin spędzonych przy ostatnim sezonie!

Cersei dla odmiany permanentnie miała minę,
jakby właśnie się zorientowała, że wdepnęła
ciżemką w wielkie kupsko, ale próbuje nic
nie dać po sobie poznać.
(źródło)
Ach, no właśnie: druga sprawa, która mnie zaintrygowała: ta straszliwa gównoburza wokół finałowego sezonu Gry o Tron.
WTF?, zapytuję. Podejrzewam, że cały sęk w tym, ile trzeba było na ten sezon czekać (jeśli, oczywiście, oglądało się serial na bieżąco). O ile się orientuję, dwa lata. Przez dwa lata czekania fani mogli sobie spekulować, tworzyć własne teorie, nakręcać się, pisać ten sezon po swojemu. I przypuszczam, że tak robili. I przez dwa lata tak bardzo przyzwyczaili się do tych własnych wersji serialu, że kiedy scenarzyści zaproponowali coś innego, podniosło się larum.
Ja nie czekałam dwa lata. Nie tworzyłam żadnych teorii, bo mi się aż tak mocno nie chciało. Toteż – choć nastawiałam się na ten osławiony spadek poziomu w ósmym sezonie – nie dostrzegłam wcale żadnej dramy. A serio, oglądałam już pod koniec z zaciśniętymi zębami, że oho, no to teraz strzeli we mnie ta cała chujnia z grzybnią. Półtora miliona fanów napisało petycję, żeby zrobić remake całego sezonu. No to coś musi być na rzeczy, prawda?
No więc nie, nieprawda. Bohaterowie nie wychodzą z ról, rozwiązania wątków są dość zaskakujące, W dodatku przeżyła większość moich ulubionych postaci. Nie mam powodów do narzekania.

Owszem, serial ma swoje wady, mniejsze i większe. Do moich poniekąd ulubionych – to znaczy takich, które szczególnie zapadły mi w pamięć – należą chyba trzy kwestie:
Oblężenia miast. W szczególności, ma się rozumieć, obrona Winterfell. Nie wiem, czy widziałam gdzieś ostatnio równie spektakularnie głupio przeprowadzoną obronę miasta. Serio, pal sześć, że było ciemno i kompletnie nie widziałam, kto kogo zabija. Okej, bitwa miała się toczyć w nocy, szanuję to, nie czepiam się. Ale obrońcy sprawiali wrażenie, jakby od samiutkiego początku robili absolutnie wszystko, żeby to przegrać. Nie będę się rozpisywać, bo internety zrobiły to bardzo obszernie za mnie. Prawdę mówiąc, witki opadły mi już przy tym, jak obrońcy zaczęli od szarży konnicy.  Potem właściwie było mi wszystko jedno. Damn, Heroesi lepiej mnie nauczyli taktyki niż ten serial! Heroesi of Might and Magic III!!! Ale kiedy tak prychałam, jaka to bzdura, Ulv przypomniał mi, że już przy wcześniejszych bitwach parskaliśmy, że to i tamto jest głupie, więc cóż… no po prostu serial niekoniecznie umiał w bitwy.
Po drugie: mieszkańcy północy. Noszą imponujące futra, świetnie. Nawet byłam zaskoczona, bo widziałam na ich dłoniach rękawiczki. Brawo, to już kilka leveli wyżej niż Star Trek. Natomiast to, czego nie widziałam, to ciepłe czapki, szaliki i kaptury. Imho oni wszyscy powinni mieć czerwone nochale, smarkać, kasłać i kolejno odmrażać sobie uszy. Wielka, wieczna i straszliwa zima, a tam wszyscy z gołymi łbami latają… A mówi coś nazwa Ojmiakon? Maleńka miejscowość w Jakucji. Tak się tam noszą:

(źródło)
Więc po prostu kompletnie nie kupiłam tych mrozów, zim, wiecznych nocy i całej reszty. Nie wystarczy założyć futerkowego kołnierza, żeby wiarygodnie pokazać straszną, surową, zimną północ.
No i po trzecie: smoki. Niby CGI było ładne, ale dizajn tych smoków był przekoszmarnie leniwy. Nie było w nich nic oryginalnego, nic, co pozwoliłoby mi się nimi jarać. Podejrzewam, że to mogło być celowe – to takie mainstreamowe smoki, żeby nie spłoszyć niefantastycznego widza. Ale Jeżu drogi, tak zupełnie bez polotu… przykre, bo przecież w tym przypadku twórców ograniczała tylko ich wyobraźnia, a skoro na całym bożym świecie istniały tylko trzy ostatnie sztuki, to fajnie by było, gdyby naprawdę wbijały w fotel.

Nie ma sensu dzielić się wrażeniami dotyczącymi szczegółów Gry o Tron, bo tych szczegółów było po prostu zbyt dużo, no i nie chcę spoilować (choć kto miał obejrzeć, to już i tak dawno obejrzał...). To dość ciekawy, naprawdę sprawnie zrealizowany serial, acz na pewno do niego nie wrócę. Oglądałam rzeczy, które wywołały we mnie dużo większe emocje (wspomniany już Czarnobyl, Deadwood, Orville i parę innych). Gra o Tron była, cóż, okej. Duże, solidne okej.
No i małe dziewczynki FTW!

wtorek, 25 czerwca 2019

Jak umrzeć w kosmosie: "Czerwone Koszule"

(źródło)

Autor: John Scalzi
Tytuł: Czerwone Koszule
Tytuł oryginału: Redshirts
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Wydawca: Akurat

Jak teraz sobie myślę, to ja chyba kiedyś wyczaiłam tę książkę i nawet miałam plan, żeby ją przeczytać. Ale to było lata temu i oczywiście w międzyczasie zupełnie o tym zapomniałam. Aż któregoś pięknego dnia (nie, wcale nie takiego pięknego, bo temperatura w ostatnim czasie sięga jakichś siedemdziesięciu ośmiu stopni w cieniu i to w żadnym razie nie jest piękne) Siem mi napisała, że przeczytała książkę i że muszę też ją przeczytać i że mi ją przesyła. A potem wrzucałam na swojego Kindla rzeczoną powieść. Nie mając kompletnie pojęcia, o co cho i czemu właściwie miałabym ją przeczytać.
I przyznam, że nie od razu się połapałam – no bo tytuł po polsku i po prostu nie skumałam. Gdyby był po angielsku, nie byłoby w ogóle sprawy. A tymczasem zaczęłam czytać, no i okej, jakieś kosmosy, ktoś zginął, ktoś przeżył, czyta się miło, ale skąd to parcie, żebym przeczytała?
Aż w którymś momencie spłynęło na mnie olśnienie: Czerwone. Koszule. No jasne! I sobie przypomniałam, że chyba właśnie o tym słyszałam kiedyś i chciałam, ale nie wyszło.

Fajne jest to, że nawet gdybym w ogóle nie wiedziała, o co chodzi z tymi koszulami, książka od któregoś momentu sama to tłumaczy. Można więc na spokojnie polecać tę powieść ludziom spoza kręgu startrekowych fanów, bo nie ma ryzyka, że czegoś nie zrozumieją na poziomie samej koncepcji. Inna sprawa, że z kolei dla fana serialu Roddenberry’ego to wyjaśnianie może być… no cóż, trochę męczące. Złapałam się na tym, że w pierwszej kolejności ubawił mnie pomysł na świat, a potem przy każdej kolejnej ekspozycji i tłumaczeniu, że Star Trek, że serial, że bohaterowie i tak dalej – przewracałam oczami, no bo tak, tyle już wiem, serio, nie musisz mi, autorze, pchać łopatą do głowy tego nawiązania. To trochę jakby w Kosmicznych jajach bohaterowie ciągle powtarzali, że wiesz, Szmoc – to tak jak Moc z Gwiezdnych Wojen. Może i rozbawi za pierwszym razem, ale potem odbiorca zaczyna się zastanawiać, dlaczego jest traktowany jak idiota.
Skoro już otworzyłam worek z zażaleniami, to muszę przyznać, że kompletnie spłynęły po mnie trzy epilogi. Prawdę mówiąc, w momencie kiedy zamknęła się zasadnicza fabuła, całość trochę przestała mnie interesować. No bo chciałam czytać o tytułowych Czerwonych Koszulach, a nie… no, a nie inne rzeczy. Tymczasem te epilogi zajęły całkiem sporo przestrzeni w książce. Ich czytanie mnie nie męczyło, co to to nie, ale też nie zaangażowałam się w to. I w gruncie rzeczy uważam, że były całkowicie zbędne, bo sama historia Andy’ego i jego przyjaciół spokojnie by wystarczyła.

Z powodu powyższych rzeczy mam pewne wątpliwości, czy aby to rzeczywiście jest powieść, która zasłużyła aż na nagrodę Hugo. Naprawdę nie uważam, żeby to był poziom Spotkania z Ramą Arthura C. Clarke’a, Człowieka z Wysokiego Zamku Dicka, Diuny Herberta, Równych bogom Asimova i, Jeżu drogi, tylu przewspaniałych innych tekstów, że przecież nie będę ich wymieniać (owszem, nie jestem fanką Diuny, ale trudno nie docenić warsztatu, rozmachu i wpływu, jaki autor wywarł na późniejsze sf). Bo, prawdę mówiąc, Czerwone Koszule to w moich oczach po prostu czytadło. Super sympatyczne i zabawne, ale wciąż czytadełko. Od tekstów wyróżnionych nagrodą Hugo oczekuję jednak czegoś więcej.

No ale skończmy już narzekanie. Czerwone Koszule po prostu świetnie się czyta. Bohaterowie są niesamowicie wyraziści i sympatyczni, akcja wciąga, a moment, w którym czytelnik się orientuje, z czym w ogóle ma do czynienia, daje niesamowicie dużo radochy. W dodatku nie ma właściwie miejsca, od którego czytelnik myśli „okej, teraz już wiem, co się stanie” – fabuła cały czas trzyma w napięciu i stanowi jedną wielką niewiadomą. No bo w końcu śledzimy losy Czerwonych Koszul, czyż nie? Niczego nie możemy być pewni.
Co ciekawe, powieść jest nieomal pozbawiona opisów: nie mam pojęcia, jak wyglądają bohaterowie, nie wiem, jak konkretnie wygląda „Nieustraszony” – ale to w niczym nie przeszkadza, bo ogarniam mniej-więcej tego typu uniwersa, więc w głowie na bieżąco tworzę sobie własne interpretacje wszystkiego i jest git (bajdełej, moje wizje bohaterów ani trochę nie przypominają ilustracji okładkowej). Nawet jeśli statek zwodniczo przypomina USS Enterprise. Przez ten brak opisów narracja może bez krępacji pędzić na złamanie karku, mamy scenę akcji po scenie akcji i nie ma ani sekundy na nudę. Jednocześnie bohaterowie wchodzą ze sobą w bardzo przekonujące relacje, sprawiając, że czytelnik kibicuje im przez cały ten czas.

Zresztą, co tu dużo gadać: sam pomysł jest po prostu świetny. Nie dość, że mamy wgląd w życie przeciętnej Czerwonej Koszuli na pokładzie statku kosmicznego, co zawsze wydawało mi się szalenie ciekawe (bwah, swego czasu napisałam nawet mojego jedynego i niedocenionego fanfika osadzonego częściowo na tym motywie), to w dodatku tutaj bohaterowie są mniej lub bardziej świadomi swojego losu i prowadzeni przez tajemniczą Narrację, z którą… no, nie chcę spoilować. W każdym razie jest na pewno strasznie intertekstualnie, a dla mniej wykwintnego odbiorcy: coś jak w Bohaterze ostatniej akcji. Ot, z jajem. Takie historyjki o przemieszaniu świata fikcyjnego z rzeczywistym zawsze bawią i pozwalają choć na chwilę rozmarzyć się o tym, jakich jeszcze bohaterów chcielibyśmy importować do naszego własnego uniwersum.

Co tu dużo gadać: Siem podsunęła mi super fajne, zabawne i wciągające czytadełko. Nadal nie rozumiem nagrody Hugo, ale czort z tym. Szalenie przyjemnie spędziłam czas i nie mogę nic więcej napisać, żeby nie spoilować. Po prostu rzecz warta przeczytania – nie zajmuje dużo czasu, a naprawdę warto. W dodatku dowiedziałam się o istnieniu serialu Capitan Video i teraz koniecznie chcę obejrzeć.



– Trzy torpedy na kursie! – zawołał Andy. – Trafienie za sześć sekund!
Kerensky podniósł wzrok, jakby zwracał się ku niebu.
– Jestem postacią pierwszoplanową, do cholery! Zrób coś!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...