wtorek, 17 września 2019

Ścieżki wyobraźni: "Rozstaje"


Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Rozstaje
Miejsce i rok wydania: Katowice 2019
Wydawca: Śląski Klub Fantastyki

Śląski Klub Fantastyki jest jednym z prężniej działających klubów fantastyki, jakie znam. W szczególności mam tu na myśli sekcję literacką, z którą zdarzyło mi się mieć do czynienia i której totalnie zazdroszczę Katowicom i okolicy (i oficjalnie wyrażam focha, że na północy czegoś takiego nie ma). Kolejną antologią Logrus udowadnia, że jest czego zazdrościć.
Właściwie głupia sprawa, ale jestem w stanie wyłuskać z siebie stosunkowo niewiele czepów odnośnie do zamieszczonych w tym zbiorku tekstów. To znaczy najpoważniejsze zastrzeżenie mam chyba wobec samego układu książki: jeśli jest coś, co naprawdę przypadło mi do gustu w zbiorze Hardej Hordy, to kolejność elementów – najpierw opowiadanie, potem notka biograficzna o autorce. I tutaj bardzo chętnie widziałabym to samo, niestety jednak zapadła inna decyzja i informacje o autorach dostajemy przed opowiadaniami. Całkiem szczerze: omijałam te notki, bo nie chciałam czytać opowiadań przez ich pryzmat i przedwcześnie się ustosunkowywać. A później, cóż, nie chciało mi się do nich wracać, choć wiem, że takie skonfrontowanie utworu z twórcą potrafi być całkiem ciekawe. Ot, taki hint na kolejny tom: najpierw opowiadanie, potem notka o autorze.

A same teksty?
Kurde, sama jestem zaskoczona, jak są fajne. I nie mówię tu o takiej zwykłej fajności, że interesujący wątek czy udany bohater. To są opowiadania profesjonalnych, doświadczonych i dojrzałych twórców – przynajmniej takie sprawiają wrażenie (mało wiem o doświadczeniu twórców, bo – jak wspominałam – nie czytałam notek biograficznych, a nazwiska kojarzę tylko nieliczne). Dostajemy ciekawe, oryginalne pomysły, sprawną narrację, przyjemne tempo, no i bardzo szeroki wachlarz interpretacji tematu przewodniego antologii, czyli tytułowych rozstajów.
Choć, przyznaję, wydaje mi się, że akurat ten temat jest dość łatwy. W takim sensie, że tak naprawdę bardzo szeroki, bo wszak rozstaje to podejmowanie decyzji, czyli jakiś konflikt, a na mniej lub bardziej dosłownie pojętym konflikcie opiera się gro twórczości w ogóle. Bez konfliktu trudno o opowieść.
Ale to tak naprawdę żaden zarzut, raczej spostrzeżenie. Bo nawet pozornie łatwy (bo szeroki) temat można ująć w sposób udany i ciekawy, a można zmarnować szansę.

Opowiadań jest na tyle mało, że nawet mogę pokusić się o parę zdań na temat każdego z nich.

Na pierwszy ogień więc czytelnik dostaje W taniej służbie Jej Królewskiej Mości Krystyny Chodorowskiej. I przyznaję, że nie jest to najlepsze otwarcie. Opowiadanie wydaje się dość nijakie: mamy raczej generyczny świat fantasy z magami i uciekającymi księżniczkami, magowie oczywiście niczym rycerze Jedi zmuszeni są do celibatu, a z tego wynika – a jakże – problem. Nie jest źle, ale też nie za dobrze. Sytuację jako-tako ratował Mikash, który okazał się szczególnie udanym bohaterem, choć może i epizodycznym.
Zaraz potem jednak mamy Wybór Anny Małgorzaty Binkowskiej i tu już sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wykreowany przez autorkę świat jest interesujący – nawet jeśli konfrontacja „naturalności” i zachłyśnięcia się zaawansowaną technologią ociera się o dość wyświechtany morał, to całość została bardzo zgrabnie i ciekawie ugryziona, a Annie bardzo łatwo jest kibicować, bo to po prostu sympatyczna dziewczyna.
Trzecie opowiadanie, Teru Czerwona Pięść Alicji Tempłowicz, momentalnie dołączyło do grona moich ulubionych – a raczej z przytupem w ogóle otworzyło tę pulę. To znaczy trochę się tego spodziewałam, bo nigdy nie ukrywałam, że ogromnie lubię twórczość tej autorki: zarówno jeśli chodzi o styl jak i o to, co siedzi w jej głowie. Tutaj dostajemy zgrabną historię miłosną w rodzaju takich, które lubię najbardziej, czyli tak bardzo realistycznych, z całym dobrodziejstwem inwentarza: niezręcznością, lękami i niewypowiedzianymi słowami. Przywodzi mi to na myśl wątki romantyczne u Pratchetta i to jest bardzo dobre skojarzenie. Dodatkowo tekst jest głęboko zanurzony w mitach – zarówno tych bardziej znanych greckich, jak i może nieco mniej popularnych (wydaje mi się, że indiańskich, ale przyznaję, że trochę strzelam, skąd Alicja Tempłowicz zaczerpnęła inspirację). Tekst jest bardzo emocjonalny, bywa wzruszający, a zakończenie w gruncie rzeczy mnie zaskoczyło.
Myślałam sobie nawet, że no ładnie, po czymś takim to kolejne teksty w antologii będą miały twardy orzech do zgryzienia – ale muszę przyznać, że poszło łatwiej niż się spodziewałam. Nie chodzi o to, że nagle okazało się, że Teru… jednak wcale nie jest taka dobra. Po prostu kolejne opowiadania były na tyle odmienne, że mój mózg nawet nie próbował ich porównywać i bez większego problemu mogłam je czytać.
A kolejnym opowiadaniem są Mieszkańcy Olgi Niziołek – przez moment myślałam, że zastosowany w narracji czas teraźniejszy będzie mnie irytował, ale okazało się, że świetnie się wpasował w tę formułę. Dawno nie czytałam niczego z realizmu magicznego, a tymczasem antologia serwuje nam bardzo fajny kąsek właśnie z tego gatunku. Jest zgrabnie ujęte rozstaje, jest też opowieść, którą trudno streścić, bo nie o to tu chodzi, ale która każe płynąć wraz z nią.
Piąte w kolejności jest Splątanie Marty Potockiej – no dobrze, może to mnie aż tak nie porwało. Doceniam pomysł sięgnięcia po fizykę kwantową, nie wątpię w świetny risercz, całość jest też napisana bardzo sprawnie – po prostu trudno było mi się zaangażować w tę opowieść emocjonalnie. Całość odebrałam raczej jako zabawę koncepcją, do której trzeba było dokręcić jakąś historyjkę.
Coś zupełnie innego zaserwował Michał Niedźwiedzki w Morderstwie nad Saharą: oto bowiem mamy tekst przywodzący na myśl klasykę kryminału, tylko zamiast Orient Expressu jest sterowiec sunący ponad kontynentem afrykańskim i tajemnicze choroby. Jest klimat, są ciekawi bohaterowie, no i przemyślana, interesująco poprowadzona intryga – czegóż chcieć więcej? W dodatku naprawdę spodobało mi się podsumowanie, dlaczego jeden z bohaterów na rozstaju podjął taką decyzję a nie inną. Niby proste, ale jakoś tak daje do myślenia.
Agnieszka Żak w Długo wyczekiwanej samotności odmalowuje świat zgoła inny niż Małgorzata Binkowska w Wyborze Anny, choć trudno mi tych dwóch tekstów jednak trochę nie porównywać. Oto bowiem znów jest przyszłość, znów konflikt natury i technologii. Z tą różnicą, że – w każdym razie takie odniosłam wrażenie – nieco inaczej rozkładają się sympatie. Przynajmniej ja odebrałam całość dość optymistycznie, choć bohaterkom nie dzieje się zbyt dobrze i być może po prostu nie zrozumiałam tekstu.
Kąt załamania Jesiona Kowala znów skręca w stronę kryminału – tym razem z domieszką czegoś, co początkowo można opacznie postrzegać jako magię, choć w tym opowiadaniu nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Pointa mnie zaskoczyła, a jeśli już muszę malkontencić, to może została pod sam koniec trochę zbyt łopatą wyłożona, niwelując całe, tak zgrabnie nabudowane napięcie.
Zaskoczyła mnie Marta Magdalena Lasik – dotąd miałam pewien problem z jej twórczością: technicznie świetne opowiadania, bez wątpienia super zriserczowane i oparte zawsze na fantastycznych, oryginalnych pomysłach, mimo wszystko jakoś no… nudziły mnie. Tymczasem Bajki do opowiedzenia są naprawdę super. Trochę kojarzą mi się z Równymi bogom Asimova, trochę zaś współtworzą – obok Wyboru Anny i Długo wyczekiwanej samotności – tryptyk sci-fi o możliwej drodze, którą podąży ludzkość; o tym, jak się w tym ponowoczesnym świecie odnajdzie człowiek i jak wykorzysta dostępną mu technologię. To dojrzałe, fascynujące opowiadanie, które zdecydowanie jest na podium razem z Teru… i Morderstwem…, choć oczywiście każde znalazło się tam w zupełnie innej kategorii.
Antologię zamyka Wiara Anny Hrycyszyn – przyznam, że byłam zaskoczona tym tekstem, bo autorka przyzwyczaiła mnie do czegoś innego. Element fantastyczny jest bardzo subtelny, czytelnik dostaje za to wyważoną i stonowaną opowieść o… cóż, o wierze właśnie. Nie jest to do końca mój konik, ale religijne dylematy Anna Hrycyszyn bez wątpienia ubrała w ładne i przemyślane słowa, które niejednego mogą skłonić do refleksji.

Rozstaje to zdecydowanie świetna pozycja, z którą warto się zapoznać. Dostajemy ogrom pomysłów, a w zasadzie wszystkie świetnie zrealizowane. Na tle ostatnich antologii, które czytywałam, to jest zbiór nieomal wybitny. Myślę, że zdecydowanie warto śledzić dalsze pisarskie dokonania autorów z Logrusa. Nie dlatego, że dużo piszą o tym, kim są i jak się poznali (bo nie piszą) – ale dlatego, że prezentują swoimi tekstami jakość, której nikt by się nie powstydził.



– Znasz opowieści o motylach? – spytała w końcu przyciszonym głosem, bo wcześniej wędrowna śpiewaczka przyznała się, że poszukuje nowych historii, które mogłaby podać dalej.
– Znam – odpowiedziała dziewczyna. – Znam opowieści o krainie, do której trafiają zmarli i w której dostają skrzydła. I wiem, jak do niej trafić.
Teru poderwała głowę, nagle cała napięta i skupiona.
– Mów – niemal zażądała.

wtorek, 10 września 2019

"Archer": Bond, tylko bardziej

(źródło)
Właściwie to nawet dość dziwne, że dotąd nie napisałam tej notki. Najwyraźniej pewne tematy zaskakują u mnie z opóźnieniem, podobnie jak miało to miejsce z Gravity Falls i, co dopiero teraz sobie uświadomiłam, z Rickiem i Mortym, o których pisałam póki co tylko w kontekście komiksu, a nie kreskówki…
No ale do rzeczy:
Archer to jeden z wielu seriali przetestowanych najpierw przez Ulva i przez niego mi poleconych. I nie pierwszy, który początkowo za bardzo mnie nie ujął. Zapowiadało się na – humorystyczną, owszem – serię o fikcyjnej agencji wywiadowczej ISIS, której pracownicy mają spory problem z alkoholem. Od pierwszego wejrzenia nieco irytował mnie wątek Sterlinga Archera i Lany Kane, bo zbyt nachalnie wciskano widzom, jak to on chce się z nią przespać, a ona nigdy, przenigdy tego nie zrobi. W dodatku strona graficzna… cóż, z jednej strony kreska miała intrygujące nuty realizmu (w szczególności dość ładne tła, ale też wystarczy spojrzeć na styl, w jakim narysowano bohaterów), z drugiej jednak – serial zupełnie nie radził sobie z animacją. Każdy ruch postaci wyglądał mniej przekonująco niż w South Parku. To nawet nie był ruch, a raczej siermiężne zdeformowanie fragmentu obrazka w programie graficznym. Nie wspomnę, jak nieudolnie wyglądało choćby klikanie bohaterki po klawiaturze.
Ale Archer to jednocześnie jeden z tych przypadków, kiedy warto dać serialowi szansę. I to wcale nie znaczy, że trzeba się męczyć przez dwa sezony, żeby wreszcie zacząć czerpać jakąkolwiek frajdę z seansu. Tutaj sytuacja poprawiała się z odcinka na odcinek i już przy czwartym, może piątym epizodzie zupełnie przestałam zwracać uwagę na ewentualne wizualne niedociągnięcia, a co więcej: z czasem serial stał się naprawdę niesamowicie ładny. Bohaterowie dostali sugestywną mimikę, ich ruchy stały się naturalne, a poszczególne elementy kadru doskonale się ze sobą zgrały.

Doktor Krieger (źródło)
A jak już wspomniałam o bohaterach: jeśli cokolwiek w serialu rozkręca się lepiej niż grafika, to właśnie oni. Każda postać, choćby nawet nie była z pierwszego planu (przynajmniej na początku), staje się niesamowicie wyrazista i, jakby to ująć, specyficzna. Jedni z czasem się zmieniają i to jest w nich interesujące. Inni wręcz przeciwnie, od początku do końca są po prostu sobą, nie przechodząc na przestrzeni dziesięciu (jak na razie) sezonów żadnej szczególnej metamorfozy – i to też jest w nich fajne, bądź co bądź nie każdy musi się zmieniać. Duża w tym zasługa zarówno twórcy serialu – Adama Reeda – jak i aktorów. H. Jon Benjamin jako Sterling Archer jest najzupełniej bezbłędny, świetnie wypada również Aisha Tyler jako Lana Kane czy Judy Greer w roli Cheryl/Carol/Cristal Tunt, a wymieniać można by dalej: Chris Parnell, znany mi przedtem jako Jerry Smith, ojciec Morty’ego, wcielił się w rolę księgowego agencji, Cyrila Figgsa. Diaboliczną podstarzałą szefową firmy, przy okazji matkę Archera, czyli pannę Malory Archer, gra Jessica Walter – aktorka z pokaźnym dorobkiem, którą ja akurat po raz pierwszy chyba zobaczyłam w reżyserskim debiucie Clinta Eastwooda Play Misty For Me. Ale moim niekwestionowanym ulubieńcem jest doktor Krieger, bezbłędnie zagrany przez Lucky’ego Yatesa. Doktor Krieger z miejsca dołączył do grona moich ulubionych szalonych naukowców.

Sterling i Lana (źródło)
Jeśli chodzi o warstwę fabularną, muszę przyznać jedno: Archer to nie jest głęboka historia, która przybliży widzowi sens życia. Nie jest to nawet na pozór humorystyczna opowiastka, która w istocie przemyca głębsze treści. Nah, to po prostu humorystyczna opowiastka, a przemyca co najwyżej mniejszą lub większą dawkę absurdu. Jasne, są sceny poważniejsze, są może nawet takie, które mogłyby być smutne, gdyby tylko pociągnięto je nieco dłużej. Ale chyba twórcy o nic takiego nie chodziło. Final Space, Gravity Falls, Rick i Morty – tak, te seriale, poza masa energii i humoru, mają momenty emocjonalne, nawet wzruszające, które każą inaczej spojrzeć na bohaterów. Archer chyba w żadnym momencie nawet nie sugeruje innego spojrzenia. Nawet kiedy bohater ma raka, nawet kiedy pojawia się komplikacja w postaci dziecka, śpiączki czy utraty ukochanej, kiedy serial porusza problemy rasizmu, kanibalizmu, homofobii i mnóstwo innych – trudno się przy tym wszystkim nie uśmiechać właśnie przez ten poziom absurdu i totalnej socjopatii większości bohaterów. Na zagładę całej planety będą patrzeć… cóż, z lekkim zaskoczeniem i przestrachem porównywalnym do dziecka przyłapanego na zbiciu sąsiadom szyby podczas gdy w piłkę. Trudno wobec takich postaci przejawiać jakieś szczególnie płomienne uczucia i przeżywać ich bolączki ze łzami w oczach, ale jednocześnie jakoś tak się ich lubi. Chyba właśnie przez tę ich beztroskę. Pozwalają sobie na bycie kimś, kim żaden normalny człowiek nie będzie, bo – no właśnie – jest normalny. Ze sprawnie funkcjonującym poczuciem moralności.

Agencja wywiadowcza ISIS to bardzo krzywe, patologiczne zwierciadło MI6, a Sterling Archer to karykatura Jamesa Bonda. Ale karykatura bardzo sprawnie skonstruowana i zagrana, dzięki czemu potrafi szybko zaskarbić sobie sympatię (co nie zawsze wychodzi nawet oficjalnym filmowym Jamesom Bondom). Jeśli więc ktoś szuka sobie lekkiej, niezobowiązującej, generującej mnóstwo hermetycznych żartów rozrywki na zimowe wieczory (och, kaman, mamy wrzesień, zimowe wieczory już niedługo!), to Archer ma obecnie 10 sezonów, a na jeden sezon składa się średnio około dziesięciu odcinków. Odcinki są krótkie, dwudziestominutowe, więc wciąga się je między jednym łykiem kawy a drugim. Dzięki temu człowiek ani się obróci, a już czeka na sezon jedenasty, zachodząc w głowę, o czym będzie – no bo można odnieść wrażenie, że było już wszystko: narkotyki, mafie, piraci, klony, roboty, statki kosmiczne, country, rodziny królewskie, celebryci, pościgi, eksplozje, no i oczywiście dużo, dużo alkoholu. Ale ja i tak wiem, że Adam Reed nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.



– Yup, yup, yup.

wtorek, 3 września 2019

"Afronauci. Z Zambii na Księżyc"


Autor: Bartek Sabela
Tytuł: Afronauci. Z Zambii na Księżyc
Miejsce i rok wydania: Wołowiec 2017
Wydawca: Czarne

Notka nie ma żadnego chwytliwego dopisku, bo to najlepsze – z Zambii na Księżyc – wykorzystał, niestety, autor.

Wobec Afronautów nie miałam w zasadzie żadnych szczególnych oczekiwań. To był taki zakup kompletnie w ciemno, bo po prostu zszokował mnie sam fakt istnienia astronautów w Zambii. Nie wiem wiele na temat historii państw afrykańskich, ale byłam niemal pewna, że gdyby istniał gdzieś tam program kosmiczny, chyba gdzieś w tak zwanym międzyczasie usłyszałabym o tym. Zaintrygowana więc tematem, sięgnęłam po lekturę.

I rzeczywiście, to nie do końca reportaż o zambijskim programie kosmicznym. To znaczy niby tak, ale ten program to nie do końca to, co zazwyczaj wyobrażamy sobie pod tym hasłem.
Sama właściwie nie wiem, czy Afronauci to śmieszna historia, czy może jednak okropnie smutna. A może inspirująca? W pewnych punktach chyba tak, ktoś mógłby ją tak odebrać. Bo to historia człowieka, który miał marzenie. Edward Mukuka Nkoloso, bohater narodowy, bojownik o wyzwolenie Zambii, bliski przyjaciel prezydenta Kennetha Kaundy, poza wszystkim innym był naukowcem. A przynajmniej tak o sobie myślał, a w realiach świeżo upieczonej Zambii to wystarczyło. I Edward Mukuka Nkoloso postanowił wysłać Zambijczyka na Księżyc. A potem na Marsa. Tak, to brzmi niedorzecznie. I owszem, w tamtym czasie brzmiało chyba jeszcze bardziej niedorzecznie. Ale Nkoloso się nie zniechęcał. Walczył o swoje mimo przeciwności, wzruszał ramionami, kiedy się z niego śmiali. A przecież podobno nie był wariatem.
Bartek Sabela udał się do Zambii – konkretnie do Lusaki – w poszukiwaniu prawdy o tym niezwykłym człowieku, zmarłym w XXXX roku. Czy jego misję zwieńczył sukces?
Cóż, prawdę mówiąc, trudno mi to stwierdzić. Z jednej strony, dotarł do kilku osób – do syna Nkoloso, do jednego z młodych astronautów, czy do Cuthberta Kolali, który… no cóż, który znał wielu ludzi. Z drugiej jednak, wiele drzwi pozostało przed reportażystą zamknięte. Nie udało się znaleźć pozostałości po tajnej bazie, w której Nkoloso prowadził prace nad rakietą, a relacje świadków (jeśli istotnie to byli świadkowie) są mocno niejasne i pełne luk, w dodatku trudno odróżnić prawdę od zmyśleń. Kiedy tak czyta się, z kim jeszcze Bartkowi Sabeli nie udało się spotkać, można odnieść wrażenie, że cały ten reportaż to obszerna relacja jego niepowodzenia.
Ale to nie jest takie proste.
Przede wszystkim, nawet jeśli nie rozwiewa wszystkich tajemnic, z całą pewnością autor opowiada fascynującą historię, której w innej sytuacji zapewne mogłabym nigdy nie poznać. I opowiada ją rzetelnie, na tyle, na ile to tylko możliwe. Do tego przybliża czytelnikowi jako taką Zambię. Jej skomplikowaną drogę do niepodległości, a także – i to było zaskakująco ciekawe – jej niesamowicie oryginalną religijność. Dziwne, podszyte niezwykle bogatą dotychczasową kulturą duchową, bardzo piękne chrześcijaństwo, mam wrażenie, że dużo bardziej szczere i pierwotne niż ten nasz europejski, zmanierowany katolicyzm. Jakby Zambijczycy lepiej zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi. Chociaż miałam wrażenie, że autor patrzy na to z lekkim poczuciem wyższości, z tej swojej cywilizowanej perspektywy.
Zresztą, było więcej momentów, w których czułam, że Bartek Sabela trochę płynie. Począwszy od graniczącego ze zdziwieniem opisywania otaczających go czarnych twarzy. Tak, autorze, jesteś w Zambii, ludzie wokół mają czarną skórę. To nie jest aż tak niezwykłe, żeby podkreślać to przy każdej okazji. W innym znów momencie mamy scenę, w której reportażysta rozmawia z Kolalą. Padają słowa o tym, że w Lusace mają teleskop i że znają technologie – i wtem pod autorem pęka krzesełko, a Kolala rzuca się naprzód, zaczyna wymachiwać rękami i krzyczeć: oto wypędza Złego, bo to on na pewno to krzesełko popsuł, bo Szatan nie chce, żeby gość z Polski napisał o Nkoloso. No i owszem, to ładny kontrast. Marzenie o byciu krajem przyszłości, a zaraz potem zabobon i prymitywne odczynianie klątw. Nie wspomnę o rozpadającym się krzesełku. Ale mi się tu od razu zapaliła lampka, no bo ten kontrast był aż za ładny, a scena sprawia wrażenie nadspodziewanie korzystnego zbiegu okoliczności. Ale nie wiem: może naprawdę tak było. Nie mam podstaw, żeby to kwestionować, poza tą głupią lampką.

Mimo ewentualnych mankamentów, Afronauci są książką wartą przeczytania. Nie dowiemy się z niej na pewno wszystkiego, ale i tak bardzo dużo. Nie wiem, może to samo zobaczę w krótkometrażowym filmie z 2013 roku Mukuka Nkoloso: The Afronaut. Jeszcze nie oglądałam, ale mam taki plan (o ile się zorientowałam, film jest bez problemu dostępny w internetach).
Te reportaż to takie zerknięcie przez uchylone drzwi do zupełnie innego świata, egzotycznego pod każdym względem. I zerknąwszy przez nie, trudno o tym świecie zapomnieć. Przeplata się w nim całe mnóstwo najróżniejszych emocji i gdzieś tam pojawia się w człowieku myśl, że chciałoby się, żeby Edward Mukuka Nkoloso zrealizował swój sen o Księżycu. Zasłużył na to.



Ludzie mówią, że czasami unosił włócznię i celował ostrzem w Księżyc. A potem brał zamach i z całych sił ciskał nią w Srebrny Glob. Gdy ktoś go wtedy zapytał, co robi, odpowiadał: „Spójrz na to drzewo. Ponieważ je widzę, mogę do niego dojść. Tak samo jest z Księżycem”.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Pocztówka z wakacji III

Majestic.
Wnikliwy czytelnik mógł zauważyć, że w zeszłym roku nie było wakacyjnej notki. To dlatego, że nie było też wakacji. W tym roku jednak sytuacja miała się inaczej, toteż wracam do czegoś, co – jak mi się zdaje – niniejszym zostało chyba cyklem. To znaczy: pies na urlopie (wszystkie kopirajty za tę nazwę oczywiście idą do oryginalnego Psa na urlopie, ja się tylko bezczelnie podczepiam).

W tym roku po raz pierwszy zabraliśmy na wczasy Łajkę. I jakkolwiek dziewczyna jest coraz dzielniejsza (w samochodzie i poza nim), to jednak na wszelki wypadek woleliśmy nie uderzać nigdzie daleko, żeby nie musieć sprzedawać kolejnego samochodu nasiąkniętego jej wszystkimi możliwymi wydzielinami. Toteż, jako że wybrzeże mamy jako-tako ogarnięte po zeszłych latach – w tym roku wybór padł na Kujawsko-Pomorskie.
Zaczęło się od tego, że w moje ręce wpadł jeszcze ciepły przewodnik po archeologicznych zabytkach tego województwa. Pomyślałam więc, że hej, czemu by nie? Odwiedzimy jakieś skanseny i insze grodziska. Koniec końców rzeczy nieco się pokomplikowały, no bo jednak większość tych cmentarzy i grodzisk to po prostu jakieś zarośnięte pagórki w środku lasu i wyszło na to, że nie jesteśmy może aż tak hardkorowymi fanami archeologii. Ale od słowa do słowa, obok tych pagórków zaczęły nam pączkować koncepcje z krzyżackimi zamkami, no i jakoś tak wyszło.

Nie wiem co to, ale zdecydowanie
najlepsze lata ma za sobą (w Muzeum Indian)
Po pierwsze: noclegi.
Z całego serca mogę polecić gospodarstwo agroturystyczne Anny i Józefa Czerniaków w Strzelcach Dolnych, 200 metrów od sklepu spożywczego. Może nie wygląda jakoś spektakularnie, ale ma absolutnie wszystko, czego potrzeba. Składa się z dwóch budynków, w jednym są dwa pokoje, w drugim – trzy. Pokoje z łazienkami (okej, zdaje się, że ten budynek z dwoma pokojami ma jedną łazienkę, ale podejrzewam, że to i tak jest raczej dedykowane większym grupkom znajomych czy rodzinom), lodówką, internetem i telewizorem (nawet go nie włączyliśmy, ale był). W budynku kuchnia z całym dobrodziejstwem inwentarza (kuchenka, piekarnik, lodówka, garnki, talerze, sztućce, nawet kurde patelnia, generalnie w pełni wyposażone pomieszczenie). Państwo gospodarze szalenie sympatyczni, w dodatku pan Józef sprzedał nam parę hintów, co możemy zwiedzić i w ogóle chętnie dzielił się rozmaitymi informacjami. Co istotne: w tym gospodarstwie nie dopłacamy za psy (przynajmniej póki co – choć gospodarz wspominał, że już dwa razy goście z psiakami zrobili mu taki syf w pokojach, że do trzech razy sztuka i jeśli jeszcze raz będzie musiał wywalać całą pościel po czyimś psie, to chyba jednak rozważy te dopłaty – co jest w pełni zrozumiałe. Apeluję więc do wszystkich psiarzy na wakacjach: pilnujcie swoich czworonogów). Inna istotna rzecz: na terenie gospodarstwa spotkamy również lokalne psy. Szczególnie nasze serca podbił Bary, mieszanka owczarka niemieckiego i bernardyna. Przemiły prawie-niedźwiedź. Same Strzelce Dolne zaś to okolica spacerowo całkiem malownicza, ponadto ma pozostałości jakiejś osady (nazywane przez lokalsów Bloczkiem), no i można tam nabyć oryginalne strzeleckie powidła śliwkowe. W ogóle w Strzelcach odbywa się jakiś wielki śliwkowy festyn, ale we wrześniu, więc się nie załapaliśmy. Aha, no i jakiś kilometr czy półtora od gospodarstwa mieści się Jaskinia Bajka. Ewenement na skalę województwa, więc warto zobaczyć, choć od razu uczciwie uprzedzam, że do środka trzeba dosłownie wpełznąć.
Tak się spaceruje po Raciążu.
Ale cały czas tam sprzątają.
Drugi nocleg mieliśmy w hotelu Magdalenka w samej Kruszwicy – nie było źle, ale też mnie nie ujęło, jeśli mam być szczera. Po pierwsze: spora dopłata za psy (20zł za sztukę, ale w hurcie dostaliśmy zniżkę: 15zł za sztukę). Po drugie: mała swoboda zostawiona gościom. W pokoju nie było lodówki ani nawet szklanki. Chyba właściciel wyszedł z założenia, że jeśli chcemy cokolwiek jeść albo pić, to zamówimy ekstra płatne posiłki w hotelowej stołówce. Zresztą, w pokoju nie było nawet kosza na śmieci (wyjąwszy mały śmietnik w łazience). Mam wrażenie, że choć było tam drożej niż w Strzelcach Dolnych, to jednak ten hotel miał mniej do zaoferowania. Ale, jak powiedziałam: nie było źle. Mimo wszystko niedrogo, mimo wszystko można tam nocować z psami, nie ma problemu z wychodzeniem w niestandardowych godzinach (dostaliśmy klucze) i ładna okolica. No bo naprawdę: to jest tuż nad Gopłem, jakiś kilometr od Mysiej Wieży i tyleż od najlepszej restauracji w całym mieście: Pod Malwami. Pod Malwami z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku jest zupełnie ładnie, a ogródek, choć nieco w nim głośno (przy ulicy), jest kameralny i przytulny, fajnie osłonięty roślinnością. No i szalenie miła obsługa podaje tam przepyszne jedzenie za rozsądną cenę. Fraa poleca.

Tyle w kwestii noclegów.

Po drugie zaś: zwiedzanie.
Należy pamiętać o jednym: to, że gdzieś możemy wejść z psami, nie oznacza, że powinniśmy to robić (nauka wyciągnięta po zwiedzaniu muzeum kamieni w Kamieniu Pomorskim przed dwoma laty).
Miejsca do zwiedzenia z psami w Kujawsko-Pomorskim? Och, znajdzie się tego całkiem sporo.

Właśnie zrobili podkop pod grodziskiem w Fordonie.
Dumne oblicza zdobywców.
Jeśli chodzi o zamki, to odpadł nam niestety ten w Świeciu nad Wisłą, ale i tak mieliśmy co oglądać. Przede wszystkim zamek w Radzyniu Chełmińskim. Wspaniały zabytek przyjazny psieckom, acz jeśli piesek ma krótkie łapki, warto się zastanowić, bo ten zamek to w dużej mierze schody łączące ze sobą kolejne korytarze i wieże. Jest też bezproblemowy dla psów zamek w Toruniu, bardzo fajne i klimatyczne pozostałości zamku w Wenecji (obok Muzeum Kolejki Wąskotorowej, do którego też można z psami!) a także różne bardziej oczywiste rozwiązania, to znaczy niebiletowane ruiny. Szczególnie urzekła mnie ta w Bobrownikach i ta w Raciążku. Ale ważna rzecz, jeśli chodzi o Raciążek: nie jedźcie tam według GPSu, bo wylądujecie w polu pod jakąś skarpą i będzie trzeba heroicznie przedzierać się przez chaszcze, podczas gdy tam jest droga od drugiej strony, z łagodnym, iście emeryckim podejściem.

Nasz główny wakacyjny motyw, czyli wspomniane już zabytki archeologiczne (które ostatecznie tak bezczelnie zmarginalizowaliśmy), tak naprawdę pod kątem piesków jest rozwiązaniem bez pudła. Spacery po polach i lasach, a jeszcze się człowiek czegoś dowie (ot, jak wspomniany Bloczek w Strzelcach Dolnych czy grodzisko w Fordonie). Przede wszystkim mogę tu polecić skansen w Biskupinie (nie można wprawdzie wejść z psami do budynku muzeum, ale i tak zwiedzania jest na parę godzin, więc nie ma żalu) – spacer krętymi alejkami pośród drzew, więc co może pójść źle? Wprawdzie w kasie zostaliśmy poinformowani, że do żadnego drewnianego budynku nie można wejść ze zwierzęciem, ale jeden z lokalsów (?) na terenie skansenu uspokoił nas, że do rekonstrukcji można, a zakaz obowiązuje tylko w „nowoczesnych” wnętrzach (tam, gdzie były ekspozycje – erm… był jeden taki budynek?).
O psie, który jeździł koleją.
Ale mój zachwyt wzbudził skansen w Raciążu. Z Raciążem rzecz ma się tak, że to skansen położony na jeziorze, na terenach spustoszonych w 2017 przez nawałnicę. Jeszcze do niedawna tamtejsza rekonstrukcja grodziska była rzeczywiście niedostępna, zawalona drzewami i totalnie zrujnowana. Obecnie jest coraz lepiej i są bardzo konkretne plany odbudowy tej atrakcji. To znaczy – jeśli wierzyć Szamanowi, lokalnemu byłemu przewodnikowi, którego przypadkiem spotkaliśmy po drodze i który był tak przemiły, że oprowadził nas po terenie. Szamanowi mogłabym poświęcić osobny wpis, ale ograniczę się do tego, że jeśli zwiedzać skansen w Raciążu – to tylko z takim przewodnikiem.

Co jeszcze? Muzeum Indian Północnoamerykańskich im. Sat-Okha w Wymysłowie. „Muzeum” to może huczna nazwa, bo to jedna salka, ale naprawdę warto tam zahaczyć ze względu na niesamowicie ciekawą historię polskiego Indianina, o którym nigdy w życiu nie słyszałam. Dla psa może to nie jest najbardziej atrakcyjna wycieczka pod słońcem, ale też nic męczącego.
JuraPark w Solcu Kujawskim – podobnie jak Biskupin, to bardzo przyjemny spacer leśnymi alejkami. Tylko pośród ładnie wykonanych dinozaurów zamiast drewnianych chat. Byłam nieco rozczarowana, że się nie ruszają (nie pamiętam, w którym parku z dinozaurami byliśmy poprzednio, ale tam się ruszały i na turystów sikał wielki T-Rex. Tyle radości!), ale z drugiej strony, niektóre eksponaty są nieosłonięte barierką i można sobie z nimi cyknąć fotkę. W ogóle dobre wrażenie było już na starcie, bo przy kasie biletowej stały dwie miski z wodą.
No i tężnie w Ciechocinku. Wiem, wiem, Ciechocinek może nie kojarzy się z najbardziej fascynującą wycieczką ever, ale dla kogoś, kto nigdy na żywo nie widział tężni, to okazało się wcale atrakcyjne, a psy mają długi, sympatyczny spacer. No bo te tężnie są naprawdę wielkie. Nie wiedziałam, że aż tak. Wprawdzie z pieskiem nie można wchodzić na punkt widokowy, ale da się jakoś z tym żyć (my tradycyjnie wchodziliśmy na przemian, tzn. jedno z nas czeka z psami na ławeczce, a drugie idzie podziwiać widoki – podobnie zresztą zrobiliśmy z Mysią Wieżą. Metoda wypróbowana przy zwiedzaniu latarni morskich). No, chyba że ktoś chce wdychać wnętrze groty solankowej, wtedy może lepiej wybrać się do Ciechocinka bez zwierzaka, bo tam wstęp tylko dla ludzi.

Koniec końców Kujawsko-Pomorskie okazało się bardzo przyjazne psom. Nawet jeśli gdzieś są jakieś ograniczenia wstępu, to nie są one uciążliwe. Łajka i Vist od ponad roku nie mieli takich spacerów, jak w czasie tych wakacji. Vist od ponad roku nie miał w sierści tyle lebiody, ile po tych wakacjach. Teraz nasze futrzaki wreszcie mogą trochę odpocząć.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Pierwszy krok: "Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos"


Autor: Tom Wolfe
Tytuł: Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos
Tytuł oryginału: The Right Stuff
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2018
Wydawca: Agora SA

Jakoś tak wyszło, że jak ostatnio chciałam kupić w internetach jedną książkę, to kupiłam trzy. Najlepsi… to właśnie trzecia z nich (dwie poprzednie już się tu pojawiły). I muszę przyznać, że w sumie trochę nie wiedziałam, po co sięgam. I nie chodzi mi tu o sam temat – tutaj zajawka na stronie wydawcy była dość czytelna. Ale, kiedy książka już była w moim koszyku, zaczęłam czytać o niej jakieś notki na książkowych portalach i okazało się, że to w ogóle jakiś absolutny klasyk, gigant reportażu, kultowa pozycja napisana czterdzieści lat temu (filmowa adaptacja – „Pierwszy krok w kosmos” – weszła na ekrany kin zaledwie cztery lata później) i w ogóle wstyd, że o tym nie słyszałam, a jeszcze bardziej wstyd, że nie znałam autora, który zapoczątkował nurt Nowego Dziennikarstwa.
No to niniejszym już nie wstyd, bo przeczytałam od deski do deski. I faktem jest, że istotnie chyba renoma tej książki nie wzięła się znikąd.

Nie jestem reportażową wyjadaczką, to fakt. Z drugiej jednak strony, parę pozycji z tego gatunku już przeczytałam i mniej-więcej ogarniam, na czym rzecz polega. Tak myślę. Ale z całą pewnością nigdy w życiu nie czytałam czegoś takiego jak Najlepsi…. Tego się w ogóle nie czyta jak reportażu. To niesamowicie wciągająca powieść po trosze sensacyjna, po trosze kryminał, jest mnóstwo humoru, mnóstwo emocji i bardzo wyraźne budowanie konkretnego klimatu. Nie umiem powiedzieć, czy autor stara się o obiektywizm – wydaje mi się, że niekoniecznie. Bo wszystko jest dokładnie takie, jak w polskim tytule: bohaterowie książki, czyli pierwsza siódemka amerykańskich astronautów, to najprawdziwsi kowboje. Dają czadu, każdego dnia narażają życie, ale o tym nie mówią, biją rekordy i wspinają się na szczyt tajemniczego zigguratu, z którego mogą patrzeć na świat i na którym są przez ten świat oklaskiwani. Ludzie patrzą na nich ze łzami w oczach, a oni po prostu mają w sobie to coś – to niewypowiedziane coś, niezbędne najpierw do zrobienia kariery jako pilot, potem zaś – astronauta.
Niemniej nie mam powodu wątpić w zaprezentowane w książce fakty i zdarzenia. A te, niezależnie już od narracji, są same w sobie fascynujące. Począwszy od bicia rekordów w samolotach. Bo przecież pierwsze 20% Najlepszych… nie ma ani słowa o kosmosie czy o NASA. NASA w ogóle jeszcze nie istnieje. Są tylko oni: dzielni piloci, którzy przebijają się przez barierę dźwięku w samolocie zamkniętym na kij od miotły i ze złamaną ręką. Jak bardzo kozaccy oni jeszcze mogliby być?

Autor solidnie odmalowuje też całe tło: przede wszystkim więc, żony pilotów. Kobiety, do których domu każdego właściwie dnia może zastukać smutny pan z wiadomością o śmierci małżonka. I które też muszą sobie radzić, wspierać się nawzajem i zajmować rodziną.
Jest też świat wielkiej polityki, konflikty na samym szczycie, zimnowojenny kontekst i lęk przed sowietami, którzy z orbity zaczną zrzucać na USA bomby wodorowe, są niesnaski w NASA, ponury wątek wysyłania w kosmos szympansów, wreszcie też: napięcia między siódemką naszych tytułowych kowbojów.
Co mnie zresztą całkiem mocno uderzyło, ponieważ ciągle w głowie mam to, co Mike Massimino pisał o filmie The Right Stuff. Podkreślał wiele razy, jak urzekło go to, że ta siódemka stworzyła rodzinę, że byli jak siedmiu Muszkieterów, że właśnie ta atmosfera wzajemnego wspierania się i wspólnego dążenia do wielkiego celu tak bardzo go uwiodła. A tymczasem co jak co, ale w książce akurat tego nie wyczułam. Nie wiem, może film to trochę przeinaczył (głupia rzecz, jeszcze nie widziałam), a może po prostu patrzę na rzeczy nieco inaczej niż Massimino. Ale to właśnie mi się podobało, że Pierwsza Siódemka, choć przez media i opinię publiczną traktowana jako dość jednolita grupa, tak naprawdę składała się z bardzo zróżnicowanych charakterów, między którymi bardzo różnie się układało. Na przykład: pozostałą szóstkę niezmiennie irytował John Glenn. To strasznie fajne, bo czytając daje się wyraźnie odczuć, że to prawdziwi ludzie z krwi i kości, a nie posągi. A jednocześnie to ich w żaden sposób nie umniejsza, są nadal chojrakami i kowbojami, najlepszymi z najlepszych.

No i ten język: swobodny, luzacki – jakby całą rzecz opowiadał mi podjarany tematem koleś przy wspólnym piwie. A jednocześnie jest w tej opowieści świetny rytm, niemal melodia, nawet z refrenem, która sprawia, że przez Najlepszych… się po prostu płynie.

To świetna książka. Jeśli ktoś się interesuje historią podboju kosmosu, to… to pewnie już ją zna. Jak się nie interesuje, to jak dla mnie – po tej lekturze się zainteresuje. Pełno fantastycznych opowieści, szczegółów z pierwszych lotów, wrażenia astronautów i tych pilotów, którzy odpadli w trakcie selekcji. Czyta się błyskawicznie, a wprowadza człowieka w zupełnie inny, niemal fantastyczny świat.




Mój Boże! Być w Edwards pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych! Nawet na ziemi! Usłyszeć jeden z tych niezwykłych grzmotów dochodzących stamtąd, z nieba, z wysokości dziesięciu tysięcy pięciuset metrów, jeden z tych gromów przetaczających się nad pustynią, i wiedzieć, że w tej właśnie chwili któryś z Błękitnych Rycerzy odpalił silniki… X-1, X1A, X-2, D-558-1, rakiety koszmarnego XF-92A, pięknego D-558-2, wiedzieć, że za kilkanaście sekund dotrze tam, gdzie nie ma praktycznie powietrza, do wrót kosmosu, gdzie w południe świecą gwiazdy i Księżyc, że będzie leciał w atmosferze tak rozrzedzonej, iż przestają w niej obowiązywać prawa ziemskiej aerodynamiki, skutkiem czego samolot może zerwać się w płaski korkociąg, zawirować jak miseczka owsianki na wypolerowanym blacie, a później runąć w dół, zacząć spadać na łeb na szyję, w sposób absolutnie niekontrolowany, jak kamień, jak cegła…

wtorek, 13 sierpnia 2019

Dzieci na tropie tajemnic: "Gravity Falls"

(źródło)

No ja wiem, wiem – jeśli chodzi o dzieci na tropie tajemnic, to pewnie powinnam raczej pisać o Stranger Things. Ale jakoś tak wyszło, że zastanawiałam się dzisiaj przez pół dnia, o czym popełnić notkę, no i nagle uświadomiłam sobie, że hej, przecież Gravity Falls to chyba najbardziej wakacyjna rzecz, jaką ostatnimi czasy oglądałam! A jakimś cudem jeszcze o tym nie pisałam. Sama jestem zaskoczona. No i niby pierwotnie miałam dziś produkować się o jednej zarąbistej książce, którą kończę czytać, no ale właśnie: kończę ją czytać. Zajęło mi to dłużej niż myślałam, więc cóż – może w przyszłym tygodniu.

Gravity Falls (polski tytuł: Wodogrzmoty Małe) bardzo dawno temu bardzo mi polecano. Polecano tak bardzo i zachwycano się tak bardzo, że oczywiście – absolutnie tego nie zamierzałam oglądać. Dopiero kiedy przestały do mnie docierać tamte polecanki, a w ogóle część związanych z nimi znajomości jakoś tak wzięła i wygasła, w dodatku skończyłam czwarte oglądanie Ricka i Morty’ego i naprawdę byłam na głodzie, koniec końców postanowiłam obejrzeć odcinek, może dwa, no góra pińć.

Serial ogromnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się wiele, no bo jednak to kreskówka o dzieciach, no nie? A mój stosunek do dzieci jest raczej powszechnie znany. W dodatku zaczęłam oglądać wersję z polskim dubbingiem, więc otchłań zła mogła nie mieć dna.
A jednak na starcie okazały się dwie rzeczy: po pierwsze, dzieciaki z Gravity Falls są fantastyczne. Przerysowane w świetny sposób, skrajnie się od siebie różniące, z wyrazistymi najważniejszymi cechami, a jednocześnie w trakcie trwania serialu są to bohaterowie rewelacyjnie pogłębieni. To samo zresztą dotyczy wujka Stanka, no ale jego akurat uwielbiałam od pierwszego wejrzenia i w zasadzie jeśli o niego chodzi, to nic mi do szczęścia nie było potrzebne, a dostałam więcej, niż mogłam w ogóle marzyć.
Po drugie, wersja językowa świetnie daje radę. Słyszałam wprawdzie, że uee, nie docenię Gravity Falls, jeśli nie obejrzę w wersji oryginalnej. No i dobra, grzecznie odpaliłam sobie wersję oryginalną, żeby poznać prawdziwy majstersztyk. No i obejrzałam kilka odcinków, po czym stwierdziłam, że o co tyle szumu? Jest bardzo podobnie, tylko no… po angielsku. Paweł Ciołkosz jako Dipper i Agnieszka Pawełkiewicz jako Mabel są rewelacyjni, a Stan… cóż, o czym my tu w ogóle rozmawiamy? To Jarosław Boberek, biczyz! Oczywista rzecz, że jest kurde genialny.

No przecież nie mogłam tego pominąć. (źródło)
Ale troje głównych bohaterów to tylko jeden z elementów przemawiających na korzyść tej kreskówki.
No bo tak: mamy fabułę. Wspaniałą, wciągającą historię pełną tajemnic, z których co jedna to bardziej jest dziwaczna. Mamy las pełen głęboko skrywanych zjawisk paranormalnych. Mamy ludzi, którzy może coś o tym wiedzą, a może nie. Im bardziej zagłębiamy się w ten świat, tym więcej wątków zaczyna się ze sobą łączyć, tym potężniejsza intryga wyłania się zza tych wszystkich niezwykłych epizodów. Zresztą skala tej intrygi koniec końców nieomal szokuje, biorąc pod uwagę, że przecież zaczynało się dosyć niepozornie, może nawet trochę śmiesznie. Z pewnym żalem nie rozpisuję się o konkretnych wątkach, ale chcę uniknąć choćby najmniejszego spoilera, bo naprawdę byłoby szkoda. Samodzielne odkrywanie zagadki tego serialu daje zdecydowanie dużo frajdy. A w tych dwóch krótkich sezonach mamy wszystko: krasnoludy, zombie, wielkie roboty, podróże w czasie, duchy, klonowanie, a także rzeczy, których nie umiałam nazwać, dopóki nie zobaczyłam ich w tym serialu.
Fabuła w połączeniu ze świetnymi bohaterami, a także pomysłowymi, przekonującymi i zapadającymi w pamięć postaciami z dalszych planów, skutkuje oczywiście solidnym ładunkiem emocjonalnym. Często kwękam, że jakaś powieść czy film ma może i pomysł na fabułę, ale trudno mi się zaangażować emocjonalnie, bo mam neutralny stosunek do bohaterów. No więc w Gravity Falls ani przez moment nie miałam tego problemu. Cały czas byłam super zainteresowana losem postaci. W efekcie pojawiły się takie epizody, które mnie autentycznie wzruszyły, a końcówkę serialu oglądałam już bez żadnych przerw, bo jeśli chodzi o parszywe cliffhangery, to twórcy zdecydowanie robią to dobrze.
(źródło)
Oprócz fabuły, jest też kreska i animacja: i jak w pierwszych minutach Ricka i Morty’ego nie byłam przekonana do tych aspektów serialu, tak Gravity Falls właściwie z marszu mnie ujęło. Kreska jest po prostu ładna i schludna, dość prosta, ale jednak staranna. Chciałoby się rzec: ot, jak w ładnie zrobionej bajce dla dzieci. Tylko że później pojawiają się zombiaki i inne stwory i one są po prostu kozacko narysowane – do tego stopnia, że naprawdę są creepy. Zdecydowanie nie pokazywałabym czegoś takiego dziecku w ramach dobranocki, Animacja zaś to miodność. Ta kreskówka ma niesamowite wyczucie tempa – zresztą, widać to już w świetnym openingu. Dawno nie widziałam czegoś tak dynamicznego.

Dodatkowym atutem Gravity Falls jest fakt, że to zamknięta całość. Wystarczy usiąść i obejrzeć, bez czekania na kolejne sezony.

Dlaczego, mimo wszystko, wolę Ricka i Morty’ego (bo wolę, żeby nie było)? Przez moment sama się nad tym zastanawiałam. Gravity Falls jest jednak zdecydowanie bardziej family friendly. Z poszczególnych historii, nawet jeśli nie zawsze są one dla dzieci i nawet jeśli tu i ówdzie zaskoczą brutalnością, zazwyczaj jednak płynie dość pozytywny morał na temat przyjaźni, miłości, rodziny czy zaufania. Co na swój sposób jest super i dobrze, że tego typu produkcje w ogóle powstają. Po prostu lubię tę moralną niejednoznaczność i bezkompromisowość w Ricku i Mortym. Emocjonalne chwile dają wtedy chyba jeszcze mocniej po nerach, bo stoją w totalnej opozycji do wszystkiego, do czego widz zdążył się przyzwyczaić. Dlatego też Gravity Falls obejrzałam dotąd chyba „tylko” dwa i pół raza. Aczkolwiek nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.



– I've been to prison in three different countries! I once had to chew my way out of the trunk of a car! You think you've got problems? I've got a mullet, Stanford!

wtorek, 6 sierpnia 2019

Zanim wybuchła wojna: "Ptak dobrego Boga"

(źródło

Autor: James McBride
Tytuł: Ptak dobrego Boga
Tytuł oryginału: The Good Lord Bird
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Miejsce i rok wydania: Wołowiec 2016
Wydawca: Czarne

Minęło nieco czasu od momentu, w którym na moim kindlu wylądował Ptak dobrego Boga do chwili, w której faktycznie wzięłam się za lekturę. Ale z całą pewnością warto było czekać. Powieść Jamesa McBride’a zrobiła furorę: została obsypana nagrodami i zgarnęła pierdyliard pozytywnych recenzji. Na pewno więc nie dam rady napisać w tym temacie niczego nowego, ale i tak spróbuję coś skrobnąć.

Tym, co rzuca się w oczy w pierwszej kolejności, jest język. Oczywiście, mogę tu mówić jedynie o polskim przekładzie, ale śmiem twierdzić, że jest świetny. Nie mam pojęcia, jak się ma do oryginału. Wiem jednak, jak się ma do sytuacji, którą zastaje czytelnik: a sytuacja jest taka, że narratorem jest były czarnoskóry niewolnik, który ledwo wygrzebał się z analfabetyzmu. Patrzy na świat oczami niewykształconego, ubogiego człowieka, który przez sporą część życia nie kwestionował istniejącego wówczas porządku rzeczy i społecznych ról przeznaczonych poszczególnym grupom (czarnym, białym, kobietom, mężczyznom itp.). Został wychowany przez pobożnego, nieco obłąkanego abolicjonistę i przesiąkł tym światopoglądem, choć tak naprawdę nie wszystko z tego rozumiał. I to wszystko jest wyraźnie wyczuwalne w polskim przekładzie. Owszem, na samym początku ta narracja była nieco męcząca i musiałam się przyzwyczaić, ale kiedy to nastąpiło – wcale nie tak późno, jak można by się spodziewać – dalej szło już jak z płatka. Podobny językowy majstersztyk, jaki przychodzi mi do głowy, to Trainspotting Irvine’a Welsha. W obu przypadkach jestem pod ogromnym wrażeniem pracy tłumaczy.

Ma się rozumieć, ta powieść to o wiele więcej niż język i styl. Jednym z moich ulubionych elementów są bohaterowie. Oczywiście, przede wszystkim chodzi tu o samego Johna Browna – Starca, którego ostatnie lata życia przybliża nam Henry zwany Cybulką w swoich wspomnieniach. Przyznam, że nie wiedziałam o nim wiele przed lekturą Ptaka dobrego Boga, choć zapewne powinnam, bo to jedna z bardziej znaczących postaci w historii Stanów Zjednoczonych. John Brown Jamesa McBride’a jest fantastycznie skonstruowaną postacią: nie jest posągowy ani wyidealizowany, ale jednocześnie trudno nie odczuwać do niego sympatii. Widać jak na dłoni jego błędy, a jednak wybacza się je, bo John Brown szczerze wierzy w to, co robi. Całym sercem chce dobrze służyć Bogu i chce wyzwolić Murzynów. Nawet jeśli zmyśla cytaty z Biblii, to i tak nie można nazwać go obłudnikiem. Nie brak mu też odwagi ani determinacji. Od bycia prawdziwym, legendarnym bohaterem dzieli go właściwie tylko fakt, że… no cóż, że to jednak stary wariat jest. Wyszła tu wspaniała mieszanka. Nie wiem, jak adekwatna do historii, ale też myślę, że nie ma to aż takiego znaczenia. Bo za jego pośrednictwem – takiego właśnie, jakim stworzył go James McBride – w powieści udało się ukazać bardzo wiele aspektów tej niechlubnej części historii Stanów Zjednoczonych.
To nie jest prosta opowieść o tym, że niewolnictwo było fuj. Ptak dobrego Boga kipi emocjami, nierzadko sprzecznymi. Pokazuje, jak dobre intencje mogą przynieść zgubne skutki. Pokazuje rozmaite metody walki z ustalonym porządkiem rzeczy. Czytamy o niewolnikach, którzy nie chcą być wyzwalani – ale też o tych, którzy próbują. Bwah, z tej powieści dowiedziałam się o Kolei Podziemnej (znów: jest mi mocno głupio, że nie znałam tematu wcześniej…). Są też więzi rodzinne, poczucie obowiązku i masa innych elementów, które składają się na fantastyczną historię.

Podejrzewam, że dla samego autora to jest ogromnie ważna powieść. James McBride, przede wszystkim saksofonista i kompozytor, jeśli już pisze, to pisze o Afroamerykanach. Jego książkowym debiutem były wspomnienia The Color of Water – a potem zagłębiał się coraz bardziej w czarną historię Stanów Zjednoczonych. W Ptaku dobrego Boga przybliża je w przededniu wybuchu wojny secesyjnej. Prezentuje panujące nastroje i przybliża czytelnikom niesamowitego Johna Browna. I nawet jeśli nie jest to dla mnie tak poruszające jak zapewne jest dla autora i dla Amerykanów w ogóle, to i tak trudno nie docenić tej powieści. W moim odczuciu to majstersztyk zarówno pod względem treści, jak i formy.



Szczerze mówiąc, troche mię smuciło, że widze setki samych białych, płaczoncych nad Murzynami, bo na tych spotkaniach prawie w ogóle nie bywało czarnych, a ci, co przychodzili, byli kompletnie stropieni i siedzieli cicho jak mysza pod mietłom. Wydawało mi sie, że w gruncie rzeczy życie Murzynów tutej nie różni sie wcale od życia na zachodzie: przypominało wielki, długi lincz. Wszyscy wygłaszali przemówienia o Murzynach, tylko nie Murzyni.

wtorek, 30 lipca 2019

...i po amerykańsku: "Spaceman"


Autor: Mike Massimino
Tytuł: Spaceman. Jak zostać astronautą i uratować nasze okno na Wszechświat?
Tytuł oryginału: Spaceman. An Astronaut’s Unlikely Journey to Unlock the Secrets of the Universe
Tłumaczenie: Krzysztof Bednarek
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2018
Wydawca: Agora SA

No dobra. Po pierwsze: tłumaczenie tytułu jest cokolwiek głupie. Nie mam pojęcia, skąd i po co nastąpiła taka zmiana – nie wydaje mi się też, żeby to była zmiana udana. No bo po prostu tytuł oryginalny o wiele lepiej oddaje zawartość tej książki.

Ale po drugie: kurde, to po prostu taka fajna książka jest, no. Od samego początku pozostawałam w szoku, jak bardzo inna jest od Ceny nieważkości. Oczywiście, temat także jest inny, bo Kortko i Pietraszewski opisywali głównie początki kosmicznego wyścigu, ze szczególnym naciskiem na udział Związku Radzieckiego, podczas gdy Massimino opowiada, cóż, o swoim życiu – począwszy od dzieciństwa, kiedy to zapragnął zostać astronautą. Nie mamy tu wielkiej polityki, gorzkich refleksji na temat historii, szerokiego kontekstu. To opowieść dość kameralna, ale jednocześnie niesamowicie fajna i inspirująca.
Całe wnętrze wahadłowca jest pełne instrukcji postępowania w przypadku awarii i różnych oznaczeń wskazujących, w którą stronę iść i co robić. Pouczepiano je tam po to, żeby astronauta miał coś do poczytania przed śmiercią.

Oczywiście, tu i ówdzie można natknąć się na wzmianki o tych samych wydarzeniach, które zostały omówione w Cenie…. Mimo wszystko są rzeczy, o których nie sposób nie napisać, kiedy porusza się temat podróży do gwiazd. Ot, chociażby ponownie przeczytałam o Johnie Glennie, który został bohaterem narodowym, po czym dostał zakaz lotów, żeby przypadkiem coś mu się nie stało. Ponownie w kosmos poleciał w wieku 77 lat.
W ogóle porównywanie tych dwóch książek jest ogromnie pouczające. Abstrahując już od tego, że w Cenie… mieliśmy kosmonautów, podczas gdy u Massimino mamy astronautów. Tam było pod wieloma względami ponuro i depresyjnie, historia krążyła wokół kolejnych katastrof i trudów życia w realiach Związku Radzieckiego. Amerykański astronauta zaś z lekkością i humorem opisuje kolejne etapy swojego życia, a nawet jeśli tu i ówdzie pisze o niewesołych wydarzeniach, robi to w taki sposób, że nie towarzyszy temu smutek. W ogóle o negatywach Massimino opowiada na dwa sposoby: albo tak jak każdy normalny, dorosły człowiek wspomina swoje mniej i bardziej wstydliwe potknięcia z dzieciństwa – czyli ze śmiechem z samego siebie, albo z kolei traktuje te przykre zdarzenia jako lekcje, które koniec końców nauczyły go czegoś nowego na temat życia i spełniania marzeń. Momentami ten optymistyczny ton jest tak silny, że człowiek ma wrażenie, jakby czytał jakąś coachingową lekturę.
Algieria nie jest może największym na świecie krajem, ale jeżeli ściągnie się z niego dwóch najlepszych studentów, będą to bardzo bystrzy ludzie. Tak samo jest w przypadku prawie każdego innego kraju: na MIT trafiają najlepsi z najlepszych z Tajlandii, Brazylii, Polski. To istna ogólnoświatowa szkolna olimpiada.
No i byłem ja, chłopak z Long Island, który złożył papiery na niewłaściwy wydział.

Jest od tego pewien wyjątek: katastrofa promu Columbia. Autor poświęca temu wydarzeniu dużo miejsca – omawia zarówno szczegóły techniczne i przyczyny tragedii, jak również (a może przede wszystkim) opowiada o ludziach z tych czy innych względów zaangażowanych w katastrofę. O zmarłych astronautach, ich rodzinach, a także ludziach z NASA, którzy muszą się z tym wszystkim zmierzyć.
O tej okładce autor też wspomina.
(źródło)
Ludziom zresztą Massimino poświęca dużo uwagi. Każda z postaci, która pojawi się  w jego historii, jest przynajmniej w paru słowach scharakteryzowana. I, a jakże, niemal wszyscy są super mili, fajni i inteligentni. Autor o nikim nie wypowiada się negatywnie. To jakby o podboju kosmosu opowiadał Troskliwy Miś. Ale jednocześnie taki Troskliwy Miś, który ma poczucie humoru i potrafi zainteresować, bo jest też szalenie pracowity i kompetentny, więc między tęsknotą za rodziną a zaprzyjaźnieniem się z przełożonym jest w stanie w przystępny sposób objaśnić czytelnikowi, jak z grubsza działa teleskop Hubble’a i dlaczego to tak wspaniałe osiągnięcie ludzkości.
Massimino objaśnia też wiele innych elementów: jak wygląda nabór astronautów w NASA, jak dokładnie przebiega późniejsze szkolenie, z czym trzeba się mierzyć będąc już na pokładzie promu, a z czym podczas spaceru w przestrzeni kosmicznej. Co jest problemem, kiedy trzeba obrócić w próżni panel baterii słonecznej. Robi to wszystko bez użycia skomplikowanych słów, za to mocno działając na wyobraźnię obrazowymi porównaniami. To nie jest pakiet faktów, które można sobie wygóglować, tylko wspomnienia człowieka, który wszystko to robił, był tam i przeżywał każdą opisaną sekundę.
Jest też dużo zachwytu: ludźmi, własnymi sukcesami, ale chyba przede wszystkim - wszechświatem. Widokami podczas kosmicznego spaceru, widzianym z orbity Słońcem, błękitną Ziemią. Od razu widać, że autorem jest ktoś, kto naprawdę uwielbiał to co robił.
Atmosfera nie była imprezowa. Nic w rodzaju: „Tak! Udało nam się polecieć w kosmos!”. Tylko raczej: „Eeech… Trzymajcie się z daleka. Zaraz puszczę pawia”.

Mimo tego przystępnego, lekkiego tonu, pod sam koniec książki towarzyszy człowiekowi pewien żal – bo, jakkolwiek historia pełna jest optymizmu i wiary w spełnianie marzeń, to autor dociera do momentu, w którym marzenie się spełniło, a życie toczy się dalej. I nagle pojawia się wrażenie przemijalności i pytanie o sens tego wszystkiego. Loty wahadłowców zawieszono, a Mike Massimino zerwał z szafki w Houston plakietkę ze swoim nazwiskiem – którą z takim szalonym entuzjazmem umieścił tam piętnaście lat wcześniej. Mimo że to, jak wspomniałam, raczej kameralna opowieść o życiu jednego człowieka, jasno bije z niej, że zmienił się zarówno ten człowiek, jak i cały świat. A potem zostaje już tylko pisanie wspomnień i epizodyczna rola w Big Bang Theory.

To fajna, wciągająca książka, która pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na kosmiczny wyścig. Pozwala dostrzec ludzi, a nie puste nazwiska z NASA, które wydają polecenia. Świetna odmiana i bardzo przyjemnie spędzony czas.




Siedziałem w filmowej recepcji, oglądałem nagranie katastrofy odtwarzane przez telewizję raz po razie i wtedy dotarło do mnie jasno: masz tylko jedno życie. Musisz je spędzić na robieniu czegoś ważnego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...