wtorek, 16 lipca 2019

"Harda Horda" Hardej Hordy

Autor: Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska
Tytuł: Harda Horda
Miejsce i rok wydania: Kraków 2019
Wydawca: SQN

Okej, ta notka będzie nieco bardziej skomplikowana – w gruncie rzeczy to będą dwie notki w cenie jednej. Bo skoro już ruszam temat Hardej Hordy, muszę napisać nieco poza tematem, czyli nie o samej antologii, a… no, o rzeczach wokół. Żeby nie było: moim głównym tematem dziś tak czy owak ma być książka, dlatego też tę część „nie na temat” pozwolę sobie schować. Ciekawscy mogą sobie kliknąć poniżej.




O tutaj


Ci, z którymi miałam okazję na ten temat rozmawiać, pewnie mniej-więcej się orientują, że do Hardej Hordy mam stosunek… cóż, ambiwalentny. Pisząc wprost: gdybym wcześniej nie znała twórczości zrzeszonych w tej grupie autorek, trzymałabym się od całej tej inicjatywy tak daleko, jak to tylko możliwe. Bo od samego początku Harda Horda wzbudza we mnie raczej negatywne emocje. A właściwie źle się wyraziłam: nie tyle Harda Horda, ile hordowa strategia promocyjna. Autorki uderzyły centralnie w ten sposób trafiania do czytelników, który mnie jedynie irytuje i zniechęca.
O co mi konkretnie chodzi?
Ano o to, że do twórczości konkretnych autorów sięgam nie dlatego, że autorzy wydają się sympatycznymi ludźmi, a dlatego, że uważam ich pisanie za fajne. I kiedy pojawia się nowa powieść mojego ulubionego pisarza, w sumie nie interesuje mnie, kto ją betował, tylko jaki to gatunek, kto jest głównym bohaterem i tak dalej, i tak dalej. Słowem: w pisarzu najciekawsze dla mnie jest jego pisanie. A nie jego życie towarzyskie. Tymczasem Harda Horda – przynajmniej wedle tego, co pojawia się w moich internetach – to przede wszystkim koleżanki, które fajnie i twórczo spędzają ze sobą czas; mogę powiedzieć, która ile ma kotów i która woli herbatę, a która kawę, ale tak naprawdę prawie nic nie wiem o ich twórczości. I dla mnie to zupełnie pomylony marketing. Bo od razu zapala mi się lampka ostrzegawcza: nie mają nic ciekawego do powiedzenia o swoim pisaniu, więc zasłaniają się hasłami typu „poznaj nas bliżej”?
Sęk w tym, że wiem, że to nieprawda. Wiem, no bo czytałam już Annę Hrycyszyn, Ewę Białołęcką czy Annę Kańtoch. Wiem, że mają świetny warsztat i bogatą wyobraźnię. I tylko dlatego się definitywnie nie zniechęciłam.

Z drugiej strony, próbowano mi wyjaśnić swego czasu sens takiego „grupowego” promowania się. Ja ze swojej strony próbowałam to zrozumieć. Rzeczywiście, może jest tak, że grupie łatwiej się przebić. Nie wiem tylko, czy o takie przebicie się chodzi. Takie, w którym o autorce nie myśli się „a tak, napisała świetne steampunkowe opowiadanie!”, tylko „a tak, to laska z Hardej Hordy”.

Dlatego z pewną dozą negatywnych emocji rozpoczęłam lekturę antologii opowiadań od dwóch (dwóch!) wstępów poświęconych Hardej Hordzie. Zresztą, cała książka jest dość zabawna pod tym względem, bo… no cóż, kaman, jej tytuł to Harda Horda! To tak jakby kolejne antologie ŚKFu nosiły tytuł Śląski Klub Fantastyki. Mało chwytliwe, czyż nie?

Long story short:
W moim idealnym świecie: PISARZ < KSIĄŻKA
W świecie Hardej Hordy: PISARZ > KSIĄŻKA
I pod tym względem raczej nigdy nie dojdziemy do porozumienia.


Okej, po tym małym ranciku mogę przejść do rzeczy.

Przede wszystkim, muszę nadmienić jedno: jakkolwiek mam bardzo złe zdanie o wydawnictwie SQN, to antologia Harda Horda wygląda po prostu przepięknie i robi fantastyczne pierwsze wrażenie. Doskonała okładka, świetna oprawa graficzna, no i notki biograficzne umieszczone po poszczególnych opowiadaniach, a nie przed. Super.
Jedyne, do czego muszę się doczepić, to brak spisu treści. Przeglądałam książkę dwa razy i jak Jeżusia kocham, no nie ma spisu treści. Żeby wrócić do konkretnego tekstu, trzeba kartkować całą antologię. Przyznam, że ten brak mnie ogromnie zadziwił.

Jeśli zaś chodzi o same teksty, to mogę powiedzieć tyle: zaskoczyły mnie. Tu, gdzie spodziewałam się słabizny, dostałam solidny kawałek ciekawej prozy, tu zaś, gdzie miałam największe nadzieje, dostałam duże rozczarowanie.
Zacznę od rozczarowania, bo tak najłatwiej.
Przede wszystkim: Ewa Białołęcka i jej opowiadanie postapo Tylko nie w głowę. Z wcześniejszej twórczości tej autorki pamiętam przede wszystkim przeczytanego lata temu Tkacza iluzji. I to nawet nie sam tekst, ile ogromne wrażenie, pod jakim byłam po lekturze. Chyba trochę się spodziewałam, że te emocje wrócą. A tymczasem jedyne przemyślenie, które miałam po tym opowiadaniu, to „hej, ale Magdalena Owczarek zrobiła to samo bez porównania lepiej w swojej debiutanckiej, vanitowo wydanej powieści”. Tylko nie w głowę jest po prostu irytujące. Podejrzewam, że jest takie świadomie i celowo i że właśnie na tym miał polegać dowcip – ale mnie on ani trochę nie rozbawił. Główna bohaterka jest wnerwiającą tępą dzidą, a kolejne problemy, które sobie wynajdowała, sprawiały tylko, że miałam ochotę gryźć kartki. Sytuacji nie poprawił żart z pisowcem.
A tak czytają Łajki.

Na przeciwległym biegunie mamy Agnieszkę Hałas i Jest nad zatoką dąb zielony. Tu z kolei miałam obawy, bo zdecydowanie nie po drodze mi było z Krzyczącym w Ciemności (zresztą, odpadłam po pierwszym tomie). Tymczasem opowiadanie czytało się świetnie: sceny z przeszłości pięknie i sugestywnie odmalowane, bohaterowie z marszu budzą emocje, a sceny z przyszłości interesujące zarówno pod względem intrygi jak i przedstawionego świata. Sam finał może niekoniecznie do mnie przemówił, ale lektura dała naprawdę dużo przyjemności. Szczerze mówiąc, waham się teraz, czy aby nie wrócić do Dwóch kart – ciekawa jestem, czy zmieniłam się ja-czytelniczka, czy też Agnieszka Hałas.

Oczywiście, większość tekstów nie była aż tak ekstremalna. Na przykład do Szanowny Panie M. Anny Kańtoch byłam nastawiona pozytywnie i się nie zawiodłam, choć to w zasadzie czysto obyczajowa historia kobiety i jej miejsca w świecie. Całość jednak bardzo sprawnie napisana, angażująca, z pięknie odmalowanym życiem w upalnym Egipcie.
Niezmiernie też lubię Z góry nie patrzą Anny Hrycyszyn. Bohaterka jest w dość Siemowym stylu, który można lubić, można nie przepadać, natomiast ogromnie podoba mi się pomysł na świat, w którym ludzkość z tajemniczego powodu musiała cofnąć się pod względem technologicznym do dziewiętnastego wieku.
Do pakietu moich ulubionych tekstów należy też Dróżniczka Aleksandry Janusz. Nostalgiczna opowieść z drobiazgowo dopracowanym klimatem. Historia toczy się powoli, bez szalonych zwrotów i wielkich namiętności, ale właśnie w tym jest taka ładna. Zgrabna opowieść o końcu pewnej epoki w subtelnej otoczce sci-fi, z nutą orientu – za którym wprawdzie nie przepadam, ale tutaj wyjątkowo pasował.

Jeśli chodzi o pozostałe opowiadania, nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że mi się nie podobały – w każdym można znaleźć coś dobrego, niemal wszystkie są dobre warsztatowo i prezentują oryginalne historie w ciekawych światach. Ot, choćby Lot wieloryba Mileny Wójtowicz: pomysłowe opowiadanie z bardzo ładną sceną… no cóż, lotu wieloryba. A jednocześnie niemożliwie wkurzała mnie główna bohaterka i ta jej okropna skłonność do zdrobnień w narracji.
Albo Jawor Marty Kisiel: fabularnie niczym mnie nie zaskoczyło, ale opowiadanie ma świetny, wyrazisty klimat, który sprawia, że czyta się je z przyjemnością, nawet jeśli niekoniecznie interesuje mnie los dzieciaków.
Czy też Dokąd odeszły cienie Magdaleny Kubasiewicz – na pierwszy rzut oka zdawało mi się dość sztampowe, a jednak scena, w której Lilijas zatraca się w tańcu duchów, została mi w głowie. W gruncie rzeczy to bardzo przyjemne opowiadanie, choć może bez fajerwerków.

Najsłabiej (oprócz wspomnianego już Tylko nie w głowę) wspominam Bezduch Martyny Raduchowskiej. Po pierwsze, brakowało mi tam jakiegoś szczątkowego chociaż przybliżenia świata. Ponieważ zaczynamy od jakichś obrzędów ze świecami, nekromantów i tak dalej, założyłam, że to może być generic fantasy świat. A potem padło tu i ówdzie jakieś słowo, które mnie kompletnie wybiło z rytmu i teraz mam wrażenie, że rzecz się działa we współczesności… w każdym razie po przeczytaniu opowiadania wolałabym takie rzeczy wiedzieć, a nie nadal się domyślać. Ale jeszcze gorzej chyba rzecz się miała z zupełnie niewiarygodnymi, pompatycznymi dialogami, które miejscami sprawiały wrażenie wyjętych z opery mydlanej.

Wiem, że parę tytułów pominęłam, ale nie chcę przedłużać. Były okej. Niczego mi nie urwały, ale też czytanie nie bolało.
Natomiast przyznaję, że po przegryzieniu się przez całą antologię mam ochotę na coś innego. To prawda, ze każde z opowiadań jest inne, niemniej nietrudno dostrzec, że zbiór ma bardzo solidną dawkę obyczajówki, która z czasem może zacząć nużyć. Choć bardziej chyba znużyła mnie pierwszoosobowa narracja, która występuje w niemal wszystkich tekstach.
Myślę sobie, że to może po prostu być przykład współczesnej literatury fantastycznej, której – co tu kryć – chyba nie jestem targetem. Zdecydowanie bardziej gustuję w fantastyce sprzed lat dziewięćdziesiątych i może stąd mój powściągliwy odbiór nowości wydawniczych.

To dobre opowiadania. Niektóre świetne. Prawie w każdym można znaleźć coś wartego uwagi, nawet jeśli nie wszystkie elementy danego opowiadania przypadną do gustu. Tak, czytywałam lepsze antologie. Czytywałam też gorsze, dużo gorsze. Harda Horda przynajmniej będzie ładnie wyglądać na półce.



Wsunął się do kuchni - w pomieszczeniu cuchnęło. W garze wciąż zalegały zgniłe resztki posiłku, pewnie przygotowanego wiele lat temu, z belki pod sufitem zwisały suszone zioła o płatkach tak delikatnych, że rozsypałyby się zapewne pod najlżejszym dotykiem. Długi stół był przewrócony, po podłodze walały się rozsypane rzeczy.
Magdalena Kubasiewicz, Dokąd odeszły cienie

wtorek, 9 lipca 2019

O czym nikt już nie pamięta: "Gra o Tron"

(źródło)

Na początek disklejmer: nie czytałam książki.
A teraz do rzeczy.
Gra o Tron to w gruncie rzeczy niekoniecznie moje klimaty. Kiedyś, dawno temu, obejrzałam chyba jeden odcinek (może dwa) i mnie nie wciągnęło. Obejrzenie całego serialu było swego rodzaju wyzwaniem, które podjęliśmy z Ulvem jakoś w kwietniu i właśnie udało nam się zwyciężyć. I wiem, że się spóźniłam. Podczas emisji Gry o Tron Internet świata nie widział poza kolejnymi odcinkami. Oczywiście im bliżej było finału, tym szerszy strumień artykułów i rozkmin o Jonie, Tyrionie i reszcie. Potem jeszcze tylko parodniowa gównoburza wokół 6. epizodu 8. sezonu i… no cóż, i temat umarł. Pisząc więc coś o tym w lipcu, nie jestem nawet jak ktoś, kto spóźnił się na imprezę, ale raczej jak ktoś, kto przyszedł na imprezę, a zobaczył tylko zatrzaskujące się drzwi za gospodarzem, który właśnie wynosił śmieci po wysprzątaniu całego mieszkania. Śmieciarkę widać już na horyzoncie.
Ale nie po to obejrzałam takie mnóstwo godzin serialu, żeby nic o tym nie napisać!

Rzeczą, która w Grze o Tron zafascynowała mnie chyba najbardziej, był ten niesamowity szał, jaki wzbudziła na całym świecie. W moim otoczeniu oglądali to niemal wszyscy – włącznie z osobami, które na co dzień nie mają za bardzo do czynienia z fantastyką. A przecież to nie był pierwszy i nie ostatni dobry serial HBO: swego czasu  chociażby Rzym, Rodzina Soprano czy Kompania braci, całkiem niedawno zaś – Czarnobyl, o którym zresztą pisałam. A jednak nie widziałam takiego medialnego szału na punkcie tych produkcji. Mam więc kilka pomysłów:
Po pierwsze, nasuwa mi się coś takiego: to takie fantasy, gdzie element fantastyczny jest bardzo wygodnie sprowadzony do pewnego minimum, które mieści się w granicach tolerancji mainstreamu. No bo co tam mamy? Zombiaki – a tych popkultura dostarcza nam ostatnimi czasy na pęczki, wręcz zombie stały się modne, więc ich obecność w serialu nie mogła zaszkodzić. Smoki – no ale jaki smok jest, każdy widzi, niefantastyczny widz bez problemu może to przełknąć, bo to jednak dość znajoma sprawa. Jest trochę magii czy bogów, ale minimalne ilości, zwłaszcza początkowo. A cała reszta? To coś, co całe rzesze ludzi nazywają „prawdziwym średniowieczem”. I jakkolwiek to bzdura, to jednak serial zgrabnie udaje, że jest taki no właściwie historyczny, tak było, panie i panowie, znany fakt.
A co tam, Bronn zawsze na propsie.
(źródło)
Po drugie, co tu kryć: mamy naprawdę fajnie zrobionych bohaterów. Raz, że są dobrze zagrani (mimo braku gwiazdorskiej obsady, naprawdę nie zaobserwowałam drewna), ale dwa, że po prostu dobrze napisani. Jasne, na pewno duża w tym zasługa Martina. Prawdę mówiąc, w kinie i telewizji wcale nie tak łatwo o dobrze napisanych bohaterów i po iluś sknoconych filmach i serialach z prawdziwą przyjemnością ich oglądałam, to było odświeżające. Każda z postaci jest wyrazista i dość szybko można całkiem sporo o niej powiedzieć. W wielu przypadkach bohaterowie ewoluują, zmieniają priorytety, albo wręcz przeciwnie: mimo rzucanych pod nogi kłód twardo trzymają się swoich zasad. W dodatku – i z całą pewnością to miało niemałe znaczenie – nie ma wyczuwalnego faworyzowania którejś płci, a w tytułowej grze graczem może być każdy, niezależnie od wzrostu, orientacji seksualnej, rasy, wieku i tak dalej, i tak dalej. To fantastycznie równouprawniony świat, nieomal utopijny.
Po trzecie, szeroko pojęta cała reszta: ładne kadry, bardzo ładna, rozpoznawalna muzyka, widowiskowe kostiumy, klimatyczne panoramy. Widok Muru był imponujący, nie ma co gadać.
Jeśli złożyć do kupy wszystkie te elementy, wychodzi rzeczywiście sprawnie zmajstrowana, zaludniona ciekawymi charakterami opowieść, skierowana w zasadzie do każdego. Wspomniane wcześniej seriale nie miały szansy na tak szeroką widownię: Kompania braci jest bardzo wyraźnie wojenną opowieścią o przyjaźni, po Rzym sięgną miłośnicy bardzo konkretnego wycinka historii i tak dalej. A Gra o Tron obiecuje seksy, intrygi polityczne, przyjaźnie, rozmach, bitwy i każdy może znaleźć w niej coś dla siebie.
Nie jest to serial, który urwał mi zad, ale w końcu ja też nie żałuję spędzonych nad nim godzin,
Nawet godzin spędzonych przy ostatnim sezonie!

Cersei dla odmiany permanentnie miała minę,
jakby właśnie się zorientowała, że wdepnęła
ciżemką w wielkie kupsko, ale próbuje nic
nie dać po sobie poznać.
(źródło)
Ach, no właśnie: druga sprawa, która mnie zaintrygowała: ta straszliwa gównoburza wokół finałowego sezonu Gry o Tron.
WTF?, zapytuję. Podejrzewam, że cały sęk w tym, ile trzeba było na ten sezon czekać (jeśli, oczywiście, oglądało się serial na bieżąco). O ile się orientuję, dwa lata. Przez dwa lata czekania fani mogli sobie spekulować, tworzyć własne teorie, nakręcać się, pisać ten sezon po swojemu. I przypuszczam, że tak robili. I przez dwa lata tak bardzo przyzwyczaili się do tych własnych wersji serialu, że kiedy scenarzyści zaproponowali coś innego, podniosło się larum.
Ja nie czekałam dwa lata. Nie tworzyłam żadnych teorii, bo mi się aż tak mocno nie chciało. Toteż – choć nastawiałam się na ten osławiony spadek poziomu w ósmym sezonie – nie dostrzegłam wcale żadnej dramy. A serio, oglądałam już pod koniec z zaciśniętymi zębami, że oho, no to teraz strzeli we mnie ta cała chujnia z grzybnią. Półtora miliona fanów napisało petycję, żeby zrobić remake całego sezonu. No to coś musi być na rzeczy, prawda?
No więc nie, nieprawda. Bohaterowie nie wychodzą z ról, rozwiązania wątków są dość zaskakujące, W dodatku przeżyła większość moich ulubionych postaci. Nie mam powodów do narzekania.

Owszem, serial ma swoje wady, mniejsze i większe. Do moich poniekąd ulubionych – to znaczy takich, które szczególnie zapadły mi w pamięć – należą chyba trzy kwestie:
Oblężenia miast. W szczególności, ma się rozumieć, obrona Winterfell. Nie wiem, czy widziałam gdzieś ostatnio równie spektakularnie głupio przeprowadzoną obronę miasta. Serio, pal sześć, że było ciemno i kompletnie nie widziałam, kto kogo zabija. Okej, bitwa miała się toczyć w nocy, szanuję to, nie czepiam się. Ale obrońcy sprawiali wrażenie, jakby od samiutkiego początku robili absolutnie wszystko, żeby to przegrać. Nie będę się rozpisywać, bo internety zrobiły to bardzo obszernie za mnie. Prawdę mówiąc, witki opadły mi już przy tym, jak obrońcy zaczęli od szarży konnicy.  Potem właściwie było mi wszystko jedno. Damn, Heroesi lepiej mnie nauczyli taktyki niż ten serial! Heroesi of Might and Magic III!!! Ale kiedy tak prychałam, jaka to bzdura, Ulv przypomniał mi, że już przy wcześniejszych bitwach parskaliśmy, że to i tamto jest głupie, więc cóż… no po prostu serial niekoniecznie umiał w bitwy.
Po drugie: mieszkańcy północy. Noszą imponujące futra, świetnie. Nawet byłam zaskoczona, bo widziałam na ich dłoniach rękawiczki. Brawo, to już kilka leveli wyżej niż Star Trek. Natomiast to, czego nie widziałam, to ciepłe czapki, szaliki i kaptury. Imho oni wszyscy powinni mieć czerwone nochale, smarkać, kasłać i kolejno odmrażać sobie uszy. Wielka, wieczna i straszliwa zima, a tam wszyscy z gołymi łbami latają… A mówi coś nazwa Ojmiakon? Maleńka miejscowość w Jakucji. Tak się tam noszą:

(źródło)
Więc po prostu kompletnie nie kupiłam tych mrozów, zim, wiecznych nocy i całej reszty. Nie wystarczy założyć futerkowego kołnierza, żeby wiarygodnie pokazać straszną, surową, zimną północ.
No i po trzecie: smoki. Niby CGI było ładne, ale dizajn tych smoków był przekoszmarnie leniwy. Nie było w nich nic oryginalnego, nic, co pozwoliłoby mi się nimi jarać. Podejrzewam, że to mogło być celowe – to takie mainstreamowe smoki, żeby nie spłoszyć niefantastycznego widza. Ale Jeżu drogi, tak zupełnie bez polotu… przykre, bo przecież w tym przypadku twórców ograniczała tylko ich wyobraźnia, a skoro na całym bożym świecie istniały tylko trzy ostatnie sztuki, to fajnie by było, gdyby naprawdę wbijały w fotel.

Nie ma sensu dzielić się wrażeniami dotyczącymi szczegółów Gry o Tron, bo tych szczegółów było po prostu zbyt dużo, no i nie chcę spoilować (choć kto miał obejrzeć, to już i tak dawno obejrzał...). To dość ciekawy, naprawdę sprawnie zrealizowany serial, acz na pewno do niego nie wrócę. Oglądałam rzeczy, które wywołały we mnie dużo większe emocje (wspomniany już Czarnobyl, Deadwood, Orville i parę innych). Gra o Tron była, cóż, okej. Duże, solidne okej.
No i małe dziewczynki FTW!

wtorek, 25 czerwca 2019

Jak umrzeć w kosmosie: "Czerwone Koszule"

(źródło)

Autor: John Scalzi
Tytuł: Czerwone Koszule
Tytuł oryginału: Redshirts
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2014
Wydawca: Akurat

Jak teraz sobie myślę, to ja chyba kiedyś wyczaiłam tę książkę i nawet miałam plan, żeby ją przeczytać. Ale to było lata temu i oczywiście w międzyczasie zupełnie o tym zapomniałam. Aż któregoś pięknego dnia (nie, wcale nie takiego pięknego, bo temperatura w ostatnim czasie sięga jakichś siedemdziesięciu ośmiu stopni w cieniu i to w żadnym razie nie jest piękne) Siem mi napisała, że przeczytała książkę i że muszę też ją przeczytać i że mi ją przesyła. A potem wrzucałam na swojego Kindla rzeczoną powieść. Nie mając kompletnie pojęcia, o co cho i czemu właściwie miałabym ją przeczytać.
I przyznam, że nie od razu się połapałam – no bo tytuł po polsku i po prostu nie skumałam. Gdyby był po angielsku, nie byłoby w ogóle sprawy. A tymczasem zaczęłam czytać, no i okej, jakieś kosmosy, ktoś zginął, ktoś przeżył, czyta się miło, ale skąd to parcie, żebym przeczytała?
Aż w którymś momencie spłynęło na mnie olśnienie: Czerwone. Koszule. No jasne! I sobie przypomniałam, że chyba właśnie o tym słyszałam kiedyś i chciałam, ale nie wyszło.

Fajne jest to, że nawet gdybym w ogóle nie wiedziała, o co chodzi z tymi koszulami, książka od któregoś momentu sama to tłumaczy. Można więc na spokojnie polecać tę powieść ludziom spoza kręgu startrekowych fanów, bo nie ma ryzyka, że czegoś nie zrozumieją na poziomie samej koncepcji. Inna sprawa, że z kolei dla fana serialu Roddenberry’ego to wyjaśnianie może być… no cóż, trochę męczące. Złapałam się na tym, że w pierwszej kolejności ubawił mnie pomysł na świat, a potem przy każdej kolejnej ekspozycji i tłumaczeniu, że Star Trek, że serial, że bohaterowie i tak dalej – przewracałam oczami, no bo tak, tyle już wiem, serio, nie musisz mi, autorze, pchać łopatą do głowy tego nawiązania. To trochę jakby w Kosmicznych jajach bohaterowie ciągle powtarzali, że wiesz, Szmoc – to tak jak Moc z Gwiezdnych Wojen. Może i rozbawi za pierwszym razem, ale potem odbiorca zaczyna się zastanawiać, dlaczego jest traktowany jak idiota.
Skoro już otworzyłam worek z zażaleniami, to muszę przyznać, że kompletnie spłynęły po mnie trzy epilogi. Prawdę mówiąc, w momencie kiedy zamknęła się zasadnicza fabuła, całość trochę przestała mnie interesować. No bo chciałam czytać o tytułowych Czerwonych Koszulach, a nie… no, a nie inne rzeczy. Tymczasem te epilogi zajęły całkiem sporo przestrzeni w książce. Ich czytanie mnie nie męczyło, co to to nie, ale też nie zaangażowałam się w to. I w gruncie rzeczy uważam, że były całkowicie zbędne, bo sama historia Andy’ego i jego przyjaciół spokojnie by wystarczyła.

Z powodu powyższych rzeczy mam pewne wątpliwości, czy aby to rzeczywiście jest powieść, która zasłużyła aż na nagrodę Hugo. Naprawdę nie uważam, żeby to był poziom Spotkania z Ramą Arthura C. Clarke’a, Człowieka z Wysokiego Zamku Dicka, Diuny Herberta, Równych bogom Asimova i, Jeżu drogi, tylu przewspaniałych innych tekstów, że przecież nie będę ich wymieniać (owszem, nie jestem fanką Diuny, ale trudno nie docenić warsztatu, rozmachu i wpływu, jaki autor wywarł na późniejsze sf). Bo, prawdę mówiąc, Czerwone Koszule to w moich oczach po prostu czytadło. Super sympatyczne i zabawne, ale wciąż czytadełko. Od tekstów wyróżnionych nagrodą Hugo oczekuję jednak czegoś więcej.

No ale skończmy już narzekanie. Czerwone Koszule po prostu świetnie się czyta. Bohaterowie są niesamowicie wyraziści i sympatyczni, akcja wciąga, a moment, w którym czytelnik się orientuje, z czym w ogóle ma do czynienia, daje niesamowicie dużo radochy. W dodatku nie ma właściwie miejsca, od którego czytelnik myśli „okej, teraz już wiem, co się stanie” – fabuła cały czas trzyma w napięciu i stanowi jedną wielką niewiadomą. No bo w końcu śledzimy losy Czerwonych Koszul, czyż nie? Niczego nie możemy być pewni.
Co ciekawe, powieść jest nieomal pozbawiona opisów: nie mam pojęcia, jak wyglądają bohaterowie, nie wiem, jak konkretnie wygląda „Nieustraszony” – ale to w niczym nie przeszkadza, bo ogarniam mniej-więcej tego typu uniwersa, więc w głowie na bieżąco tworzę sobie własne interpretacje wszystkiego i jest git (bajdełej, moje wizje bohaterów ani trochę nie przypominają ilustracji okładkowej). Nawet jeśli statek zwodniczo przypomina USS Enterprise. Przez ten brak opisów narracja może bez krępacji pędzić na złamanie karku, mamy scenę akcji po scenie akcji i nie ma ani sekundy na nudę. Jednocześnie bohaterowie wchodzą ze sobą w bardzo przekonujące relacje, sprawiając, że czytelnik kibicuje im przez cały ten czas.

Zresztą, co tu dużo gadać: sam pomysł jest po prostu świetny. Nie dość, że mamy wgląd w życie przeciętnej Czerwonej Koszuli na pokładzie statku kosmicznego, co zawsze wydawało mi się szalenie ciekawe (bwah, swego czasu napisałam nawet mojego jedynego i niedocenionego fanfika osadzonego częściowo na tym motywie), to w dodatku tutaj bohaterowie są mniej lub bardziej świadomi swojego losu i prowadzeni przez tajemniczą Narrację, z którą… no, nie chcę spoilować. W każdym razie jest na pewno strasznie intertekstualnie, a dla mniej wykwintnego odbiorcy: coś jak w Bohaterze ostatniej akcji. Ot, z jajem. Takie historyjki o przemieszaniu świata fikcyjnego z rzeczywistym zawsze bawią i pozwalają choć na chwilę rozmarzyć się o tym, jakich jeszcze bohaterów chcielibyśmy importować do naszego własnego uniwersum.

Co tu dużo gadać: Siem podsunęła mi super fajne, zabawne i wciągające czytadełko. Nadal nie rozumiem nagrody Hugo, ale czort z tym. Szalenie przyjemnie spędziłam czas i nie mogę nic więcej napisać, żeby nie spoilować. Po prostu rzecz warta przeczytania – nie zajmuje dużo czasu, a naprawdę warto. W dodatku dowiedziałam się o istnieniu serialu Capitan Video i teraz koniecznie chcę obejrzeć.



– Trzy torpedy na kursie! – zawołał Andy. – Trafienie za sześć sekund!
Kerensky podniósł wzrok, jakby zwracał się ku niebu.
– Jestem postacią pierwszoplanową, do cholery! Zrób coś!

wtorek, 18 czerwca 2019

Okiem obserwatora: Fallout 76

(źródło)
O tym, jak bardzo zła jest najnowsza odsłona Fallouta, czyli Fallout 76, słyszałam praktycznie od dnia premiery. Przy okazji wypuszczania tego produktu Bethesda, jak się zdaje, zaliczyła wszystkie możliwe wtopy, począwszy od wypuszczenia na rynek pełnego dziur bubla, przez żenujące wpadki w temacie gadżetów do edycji kolekcjonerskiej, aż po banowanie graczy za to, że… cóż, że poświęcili dużo czasu na grę i ośmielili się odnieść jakieś sukcesy. Szczególnie zabawne było zaglądanie na polskiego fanpejdża Fallouta, gdzie pod każdym niusem związanym z grą pojawiała się momentalnie lawina krytyki, wątów i zwykłych podśmiechujków z nieustających wpadek.
No ale to wszystko była wiedza teoretyczna.
W zeszłym tygodniu pojawiło się ogłoszenie, że oto Fallout 76 będzie udostępniony przez caluśki tydzień za zupełnie darmo! I to okazało się całkiem interesującą propozycją, no bo wreszcie człowiek miał okazję w praktyce zweryfikować wcześniejsze plotki i opinie.
No to Ulv weryfikował, a ja robiłam notatki. Bo nie to, że grałam. E-ee, co bardziej drażliwych czytelników uprzedzam: będę pisać o grze, w którą nie grałam. Przez kilka dni gapiłam się graczowi przez ramię i konsultowałam ewentualne wątpliwości.
Z oczywistych więc względów nie wspomnę o systemie walki czy lootowaniu, bo z perspektywy obserwatora to są rzeczy, których po prostu się nie widzi. To będzie raczej pakiet ogólnych refleksji w temacie.
No.

Mam wrażenie, że wbrew pozorom Fallout 76 nie jest aż tak tragiczny, jak to się powszechnie przyjęło twierdzić. To znaczy: jest świat – duży i wypełniony ładnymi, klimatycznymi lokacjami. Przyjemnie się je ogląda.
Oczywiście, zakładając, że w ogóle można je oglądać, a gra akurat postanowiła nie wywalić nas z serwera. Bo problemy techniczne w ciągu tego tygodnia występowały jednak ciutek za często.
Kurde, co tam problemy techniczne: myśmy się najpierw umęczyli, żeby w ogóle tę grę zassać! Bo tytułu nie znajdowało w wyszukiwarce sklepu na PS4. Trzeba było dopiero przegrzebać się przez wszystkie podkategorie i działy, żeby dotrzeć do tego, że darmowy Fallout 76 znajdował się w „gorących ofertach”. I tylko tam. Niewykrywalny dla wyszukiwarki, bo nie.

No dobra, ale w końcu się udało.
Mamy więc duży sandbox, a w nim graczy. To, co mi się spodobało, to zabezpieczenie przed ludźmi grającymi jak kutasy: bo gra nie lubi takich postaw i je piętnuje. Gracz dokonujący czynów, nazwijmy to, niefajnych, dostaje status zbiega i za jego głowę jest wyznaczona nagroda. Inni gracze mają go zaznaczonego na mapie, tropią i zabijają. Podobnie w ogóle PVP ma miejsce wyłącznie po upewnieniu się, że obie strony są taką walką zainteresowane – pod tym względem bardziej przypomina mi to pojedynki w WoWie niż faktycznie walkę.
Kiedy więc mam już taki komfort psychiczny, rzeczywiście wierzę, że ze znajomymi może się całkiem przyjemnie zwiedzać te postapokaliptyczne pustkowia.

I tu zaczyna się problem.
Fallout 76 na PlayStation 4 kosztuje 289 zł. I oferuje dokładnie tyle, ile napisałam: świat do pobiegania. Za te same pieniądze można mieć fantastyczne Red Dead Redemption II – z ładniejszą grafiką, fantastycznymi bohaterami, piękną muzyką, wciągającą fabułą i także z wielkim światem. Za te pieniądze można mieć Assassin’s Creed: Odyssey – z ładniejszą grafiką, wciągającą fabułą i tak dalej.
A tymczasem w Fallout 76 nie ma nawet postaci niezależnych. Tak, czasem są roboty, ale bądźmy szczerzy: raczej trudno uważać je za pełnoprawne postaci. Bethesda oczywiście usiłuje sprzedać to jako atut gry: że oto cały świat kreują gracze, każdy, kogo spotkamy podczas rozgrywki, to prawdziwy, żywy człowiek.
Okej, już mówię, o co mi chodzi: gdybym chciała grać z samymi żywymi, prawdziwymi ludźmi, z którymi będziemy współtworzyć świat, wzięłabym kartkę, ołówek i zagrała ze znajomymi w erpega. Ale jeśli kupuję grę za 289zł, oczekuję, że ten produkt będzie miał mi coś konkretnego do zaoferowania. Że twórcy przygotują jakąś rozbudowaną opowieść i przedstawią ją we wciągający, emocjonujący sposób, kierując się najbardziej podstawową zasadą narracji: show, don’t tell. A Bethesda zrobiła coś odwrotnego: tell, don’t show. Jakiekolwiek szczątki fabuły przekazuje graczom za pomocą taśm czy inszych nagrań – a to nudne, monotonne i po prostu nie angażuje. To jest na maksa leniwe. Tak, Borderlandsach też w ten sposób przekazuje się graczowi sporo fabuły. Ale mimo wszystko nie tylko tak, bo wchodzimy tam też w interakcje z rozlicznymi postaciami niezależnymi. Tak szczerze mówiąc, borderlandsową fabułę przekazywaną na taśmach w większości przegapiałam, bo nagranie odtwarzało się niezależnie od tego, co akurat robiłam – czy akurat byłam w środku walki, czy jakiś NPC coś do mnie mówił… więc z rozmaitych względów nie mogłam się na tym tekście skupić. Takie taśmy to po prostu słabe, leniwe rozwiązanie, które sprawdza się, jeśli jest tylko uzupełnieniem innych elementów, ale nie kiedy ograniczamy się wyłącznie do tego.

I to jest mój podstawowy zarzut do Fallouta 76: ta gra jest leniwa. Żenująco leniwa i nawet nie próbuje tego ukrywać. Trochę jakby twórcy zaczęli pracować nad multiplayerem z uniwersum Fallouta, a w którymś momencie stwierdzili, że a ciul tam, dużo z tym pierdzielenia się, bo rozgałęzienia fabuły trzeba wymyślać, postaci, interakcje… do dupy z tym. Olewamy. Powiemy, że to tak specjalnie i niech się gracze cieszą. Bo tak nowatorsko.
Bethesdo: a nie pomyślałaś, że inne MMO nie poszły tą drogą nie dlatego, że nikt nigdy nie wpadł na taki pomysł, tylko dlatego, że ten pomysł jest po prostu głupi? Nie zasłaniaj się tym, że ze znajomymi to świetna rozrywka – damn, ze znajomymi zbieranie truskawek może być świetną rozrywką, bo to znajomi. Daj im piłkę i też dadzą radę się świetnie bawić. Tylko że piłka nie będzie kosztowała 289zł i nie będzie się zawieszać dwa razy dziennie.

Nie twierdzę, że Fallout 76 jest jednoznacznie zły i pfuj. Ale serio, to nie jest tania gra. A jest okropnie, przeraźliwie leniwa. Leniwa ponad granice przyzwoitości. Gdyby kosztowała 28,90 zł, można by na to przymknąć oko. Ale nie w takiej sytuacji. I to przykre, że Bethesda od samiuśkiego początku pali głupa, jakby nie dostrzegała wszystkich problemów tego produktu. Ale w sumie może to robić, bo właśnie się przekonała, że może robić wszystko – przywiązanie do marki robi swoje.

A w bonusie:
W pierwszym komentarzu pod tą notką - pakiet spostrzeżeń spisanych przez Ulva, czyli Tego-Który-Grał. Fraa poleca! Uświadomił mi o tych rzeczach, o których zapomniałam napisać, a także o tych, o których - jako kibic - nie miałam możliwości wiedzieć. :)

wtorek, 11 czerwca 2019

"Czarnobyl": HBO, robisz to dobrze

(źródło)

Ponad pięć lat temu pisałam o doskonałej książce Swietłany Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa – zbiorze rozmów ze świadkami katastrofy, którzy opowiadali zarówno o tamtym dniu, jak i o życiu po eksplozji. Wspominałam przy tamtej okazji, że reportażystka skupiła się na ludziach i ich osobistych historiach oraz emocjach, w zasadzie pomijając sam wybuch i działania toczące się wokół elektrowni.
Miniserial Czarnobyl Craiga Mazina świetnie uzupełnia tę lukę.

W ciągu pięciu odcinków widz jest świadkiem zarówno samego wybuchu reaktora, jak i późniejszej akcji gaszenia pożaru, zabezpieczenia skażonego terenu, aż po proces osób bezpośrednio odpowiedzialnych za tragedię. Większość bohaterów, których można zobaczyć na ekranie, to postacie historyczne – za wyjątkiem Ulany Chomiuk (Emily Watson, do której mam sentyment od czasu Propozycji), której przypadek jednak twórcy sami wyjaśnili na końcu ostatniego odcinka i, jak dla mnie, jest to wyjaśnienie ze wszech miar sensowne.
Poszczególne wydarzenia, tak jak i postacie, w przeważającej większości są zgodne z historią. Serial więc można spokojnie oglądać jako uzupełnienie informacji, którymi już się dysponuje – bo podejrzewam, że w mniejszym lub większym stopniu każdy cośtam wie o czarnobylskiej katastrofie. Dla mnie na przykład okazało się zupełną nowością, że Europie groziła dużo większa tragedia, której zapobiegli trzej nurkowie w ramach samobójczej misji. Jeszcze ciekawsze jest to, że misja wcale nie okazała się samobójcza, zresztą z interesujących powodów… W ogóle obejrzenie serialu generuje dużą ciekawość. Widać to zresztą w Internecie, gdzie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy mieliśmy wysyp artykułów dotyczących Czarnobyla. Ludzie nagle zapragnęli dowiedzieć się szczegółów – to jest bardzo fajne i myślę, że stanowi ogromną wartość serialu.
(źródło)
Abstrahując od historyczności i wartości merytorycznej, Czarnobyl jest po prostu dobrze zrobionym serialem. Ze względu na tematykę trudno oczywiście powiedzieć, żeby był „ładny”, ale kadry naprawdę budzą emocje, dość nieźle chyba pokazując skalę katastrofy (na tyle, na ile serial w ogóle może coś takiego oddać). Szczególne wrażenie zrobiły na mnie lokacje. Na plus należy policzyć, że zamiast bawić się w amerykańskie wyobrażenia o wschodniej Europie i tworzyć wnętrza w studio albo komputerowo, skorzystano z autentycznych wnętrz i plenerów na Litwie – dzięki temu polski widz może się poczuć nieomal jak u siebie.

Na całości malutkim cieniem kładzie się jak dla mnie jeden element: język angielski. Trudno było mi się tak do końca wczuć, kiedy bohaterowie mówili po angielsku. Choćby Gorbaczow (David Dencik): niby obraz jest w porządku, ale przecież wiem, że z dźwiękiem jakby coś nie trybi. Szkoda, no ale trudno oczekiwać, żeby twórcy wzięli jeszcze rosyjską obsadę.
Zresztą, prawdę mówiąc nie wiem, czy rosyjscy aktorzy w ogóle zgodziliby się wziąć udział w tej produkcji.
Okazuje się bowiem, że Rosjanie bardzo źle odebrali Czarnobyl i – uwaga – będą kręcić własną wersję. Taką prawdziwą, w której pokażą, jak agent CIA szpiegował w elektrowni. Po raz pierwszy powiedział mi o tym Ulv i byłam bardzo zadziwiona – bo dopiero co sama mówiłam, że to niesamowite: trzeba było Amerykanów, żeby nakręcili serial o bohaterstwie Rosjan! (okej, „Rosjan” mówię trochę uproszczając, bo chodzi o szeroko pojętych mieszkańców Związku Radzieckiego, także Ukraińców czy Białorusinów – nie wiem, jak ich zbiorczo nazwać…).
(źródło)
No bo ja naprawdę całość odebrałam jako bardzo wyraźny hołd i pochwałę wszystkich ludzi, którzy w jednej chwili byli w stanie rzucić wszystko i z narażeniem życia walczyć z pożarem i zabójczym promieniowaniem. Nie tylko wspomniani już nurkowie, ale strażacy, górnicy czy pielęgniarki – nikt się nie wahał. To dotyczy nie tylko tych wszystkich prostych robotników, ale i samego ministra Szczerbiny (Stellan Skarsgård), który może nie od początku jest taki świetlany, ale nie można mu zarzucić migania się od pracy, choćby to miało znacząco skrócić jego życie.
Damn, oni wszyscy zostali pokazani do tego stopnia pozytywnie, że nawet w scenie (dla mnie osobiście przerażającej i okropnej) wybijania zwierzyny na skażonych terenach, ja czułam sympatię do kolesia z karabinem.

Owszem, wskazano na błędy konstrukcyjne. I pewną powolność władz – choć to głównie na początku, bo potem nawet sam Gorbaczow zgodził się na wszystko, co proponował Legasow (Jared Harris). A także na obsesyjną chęć ukrycia własnych błędów przed światem. Choć jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, to mam wrażenie, że w ZSRR chcieli te błędy i niewygodną prawdę ukryć zarówno przed światem, jak i przed samymi sobą. Na przykład: po obejrzeniu całości nadal nie wiem, jakie w tym wszystkim było stanowisko Diatłowa (Paul Ritter). Kiedy podchodzili do niego pracownicy i tłumaczyli, że reaktor wybuchł – a on odpowiadał, że nie, bo to niemożliwe, bo radzieckie reaktory nie wybuchają. Wierzył w to? I później – czy wierzył, że postąpił jak należy? Czy po prostu kłamał, żeby się utrzymać na powierzchni?

Czarnobyl to świetny serial. Pogłębia wiedzę, prowokuje do podjęcia własnych poszukiwań, stawia pytania. Robi ogromne wrażenie wizualnie, a i muzykę ma niesamowicie klimatyczną. Zdecydowanie warto obejrzeć.



We are asking for your permission to kill three men.
Well, all victories inevitably come at a cost.

wtorek, 4 czerwca 2019

Ned Kelly: ponowne spotkanie

Autor: Peter Carey
Tytuł: Prawdziwa historia Neda Kelly’ego
Tytuł oryginału: True History of the Kelly Gang
Tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2016
Wydawca: Wielka Litera

Prawie dziewięć lat temu obejrzałam film Ned Kelly z 2003 roku w reżyserii Gregora Jordana. Produkcja niekoniecznie utkwiła mi w pamięci i dość szybko nie byłam w stanie powiedzieć, o czym to właściwie było. Jedyne, co ze mną zostało, to wrażenie nudy i jakiegoś zbyt pospiesznego, niegramotnego prezentowania wątków i budowania bohaterów. I właśnie to wrażenie przełożyłam sobie od razu z automatu na samą tytułową postać – i kolejne lata spędziłam w przeświadczeniu, że to zupełnie nieciekawy bohater.
Toteż do powieści Prawdziwa historia Neda Kelly’ego autorstwa Petera Careya zabierałam się dość długo, niepewna, czy aby na pewno chcę się znów zapuszczać w te rejony. Zdobyłam się na to dopiero przeczytawszy Ptaka dobrego Boga, Rącze konie i Przeprawę (o żadnej z tych książek nie napisałam notki, prawda…? Ehh), kiedy po prostu nie miałam już niczego innego z tych klimatów pod ręką.

O Nedzie Kellym można powiedzieć sporo, ale postać, która wyłania się z powieści Careya zdecydowanie nie jest nudna.
To znaczy powiedzmy sobie szczerze: jeśli wierzyć internetom, historia zaprezentowana przez pisarza nie jest taka do końca prawdziwa. Zmyślone są charaktery bohaterów (choć postaci jako takie w większości są autentyczne), a także relacje między nimi – szczególnie chodzi tu o życie miłosne Neda i kwestię jego ojcostwa. Ale to tak naprawdę w niczym nie przeszkadza. W przeciwieństwie do wielu filmowych „prawdziwych historii”, gdzie owa „prawdziwość” oznacza głównie albo nudę, albo zbędne brutalizowanie, opowieść o Nedzie Kellym jest wciągająca, poruszająca i bardzo wiarygodna. Sam Ned zaś to nieomal bohater tragiczny, który raz po raz dostaje kopy od losu – tym więcej, im mocniej stara się ich uniknąć i żyć uczciwie. Aż w końcu jedyne, co mu pozostaje, to pogodzić się z tym, że jest bandytą.
Autor fantastycznie zarysowuje losy całej rodziny: matki, która stara się utrzymać na powierzchni i ma ogromnego pecha do mężczyzn, pracowitych sióstr, które próbują ułożyć sobie życie, a także młodszego brata Dana, którego klan Kellych stara się chronić przed nieuchronną przyszłością. Czytelnik towarzyszy bohaterom w nielicznych radosnych chwilach i w całej masie katastrof. Świat powieści jest okrutny dla biednych irlandzkich zesłańców, którzy w zasadzie są problemem. Okoliczni mieszkańcy woleliby się jakoś zgrabnie pozbyć Kellych i im podobnych, co owocuje szeregiem fałszywych oskarżeń, zdrad i doprowadza do niejednej tragedii.
W tych okolicznościach Ned pozostaje nieugięty. Im bardziej życie daje mu w kość, tym mocniej on walczy. Chociaż czytelnik doskonale wie, do czego to wszystko doprowadzi, bo powieść otwiera scena strzelaniny w Glenrowan. Potem już tylko odkrywamy kolejne wydarzenia, które doprowadziły do tamtego.

Mam jednak pewien problem z tą powieścią: język. Losy Neda Kelly’ego poznajemy z trzynastu paczek autobiograficznych listów (fikcyjnych, ma się rozumieć), które ten pisał do swojej córki. Ponieważ mamy do czynienia z ubogim irlandzkim imigrantem, który był zajęty walką o przetrwanie i niekoniecznie miał możliwość zdobycia wykształcenia, listy oczywiście są pisane specyficznym językiem. Na przykład: nie ma w tej książce przecinków. I, prawdę mówiąc, w ogóle za bardzo nie ma interpunkcji poza kropkami od czasu do czasu. Tyle tylko, że właściwie mam wrażenie, iż na tym kończy się stylizacja. Nie wiem, czy to kwestia samego autora, czy niezbyt dobrego przekładu. Wikipedia podpowiada mi, że Carey zmodyfikował język Neda, by uwypuklić jego irlandzkie pochodzenie i że styl jest zbliżony do autentycznego listu napisanego przez Neda do przyjaciela, Joego Byrne’a, w 1879 roku. Tylko że w polskim wydaniu ja w ogóle nie czuję żadnej oryginalności – poza tymi przecinkami, których nie ma. Zdania mają dość skomplikowaną konstrukcję, pojawiają się bardzo interesujące porównania i ogólnie ja po liceum i studiach filologicznych chciałabym tak zgrabnie operować słowem, jak ten prosty, niewykształcony Ned Kelly. Zdecydowanie bardziej przekonująco pod tym względem wypadła narracja we wspomnianym już Ptaku dobrego Boga Jamesa McBride’a (przełożył Maciej Świerkocki – tak zaznaczam, bo uważam, że odwalił świetną robotę i warto powtarzać jego nazwisko).

Na marginesie jeszcze wspomnę, że jest już w postprodukcji filmowa adaptacja Prawdziwej historii Neda Kelly’ego i jeszcze w tym roku ma się pojawić w kinach. Jestem ogromnie ciekawa tej produkcji. Fabuła powieści jest złożona, obfituje w emocje i nieoczekiwane zwroty akcji, jest w niej miejsce i na mordobicia, i strzelaniny, i lojalność, i mnóstwo innych rzeczy, które bardzo zgrabnie się ze sobą splatają. Mam nadzieję, że reżyser Justin Kurzel tego nie popsuje.

wtorek, 28 maja 2019

Otwarcie numer dwa: Surviving Mars

(źródło)
[fun fact: zostawiam zarówno pierwotny tytuł tej notki jak i wstępny akapit powodowana czystym „bo mogę!”. Jak wspomniałam przy okazji publikowania wpisu o burzliwych losach Łajki, swego czasu próbowałam reanimować bloga – bez powodzenia jednak, bo napisawszy notkę, straciłam ochotę na jej upublicznianie. Później podjęłam kolejną próbę wskrzeszania, ale odpadłam jeszcze podczas pisania. Teraz, wiele tygodni i dwa opublikowane wpisy później, wracam do tamtej próby]

No dobra. Po kwartale milczenia napisałam wreszcie notkę w ramach odkurzenia bloga. Pięć stron. Dwa kafle słów. Pod koniec pisania uznałam, że za dużo tam użalania się, za dużo patosu, za dużo emocjonalnego ekshibicjonizmu – więc, przynajmniej na razie, notka idzie w odstawkę. A ja spróbuję znaleźć inny sposób na wznowienie blogowania po kilku miesiącach przerwy.

Ze strategiami od Paradox Interactive mam pewien problem. Z jednej strony, większość tytułów, z którymi się zetknęłam, jest świetna: Magicka, A Game of Dwarves czy Majesty dostarczyły mi sporo frajdy. Podobały mi się też te gry, w które nie grałam osobiście, tylko zerkałam Ulvowi przez ramię. A o jeszcze innych, których nie widziałam „na żywo”, słyszałam wiele dobrego – i nie mam powodu wątpić w te pozytywne recenzje, bo mam wrażenie, że Paradox jest jak Wydawnictwo Czarne: wiem, że jeśli firmują jakiś tytuł, to będzie dobre. A jednak ani Magicki, ani A Game of Dwarves, ani Majesty nie skończyłam, mimo że naprawdę bardzo chciałam. Nie skończyłam, bo w którymś momencie robiło się cholernie trudno i gra mnie pokonywała.
Sporym ryzykiem więc było w moim przypadku sięgnięcie po kolejny tytuł – no ale musiałam, to absolutny imperatyw fabularny. Bo wiecie, jeśli gdzieś się kolonizuje Marsa, Fryy nie przechodzą obok tego obojętnie. I Ulvy to wiedzą. Więc Ulvy zrzuciły na Fryy strategię polegającą na skolonizowaniu Czerwonej Planety: Surviving Mars.

Tak jak było do przewidzenia, gra jest trudna. Ale też bardzo elastyczna. Może być trudna, ale nie musi, w zależności od naszych preferencji. [w tym miejscu pierwotnie przerwałam pisanie – ale tym razem nie zamierzam wymięknąć tak szybko] Surviving Mars jest niesamowicie regrywalne. Można raz za razem zakładać kolonię i z dość dużą dozą pewności założyć, że każda z prób będzie inna. Zarówno dzięki rozmaitym czynnikom losowym (warunki atmosferyczne, czy różni kandydaci do podróży na Marsa, spośród których będziemy wybierać naszych przyszłych kolonistów) jak i ogromnemu wachlarzowi parametrów, które możemy sami ustawić przed rozpoczęciem rozgrywki. I tu wracam do kwestii poziomu trudności: bardzo płynnie możemy go regulować wyłączając bądź nasilając poszczególne zdarzenia losowe, wybierając odpowiedniego sponsora, który firmuje naszą marsjańską misję, a także – oczywiście – wybierając konkretne miejsce na Czerwonej Planecie, w którym założymy naszą kolonię. Tych wyborów jest na tyle dużo, że rozgrywka może oscylować od banalnej po – w moim wyobrażeniu – totalnie niemożliwą do… hmm… tu chciałabym napisać „do ukończenia”, ale to jest kolejny temat, o którym warto wspomnieć:
Surviving Mars zasadniczo się nie kończy. Nie ma misji z konkretnym celem, kampanii ani niczego w tym stylu – co nie oznacza, że zabawa w takim sandboksie staje się nużąca. Po pierwsze, jest (to chyba obecnie już nie dziwi, bo mam wrażenie, że istnieje niemal w każdej grze) system osiągnięć – gratka dla zbieraczy. Jest achievement za wszystko: start rakiety z Marsa, pierwsze narodziny na Czerwonej Planecie, wybudowanie określonego rodzaju kopuły, ale też za rozwiązanie tajemnicy czy skolonizowanie Marsa wyłącznie przez roboty! Plus oczywiście wykonanie rozmaitych rzeczy w określonym czasie itp. Po drugie, wspomniane już tajemnice: to takie mini-scenariusze, które świetnie wzbogacają rozgrywkę, dodają coś w rodzaju fabuły i budują niesamowity klimat. Są pomysłowe i wciągające.

Zresztą, cała gra jest pomysłowa i wciągająca. Kwestia kolonizacji Marsa została potraktowana z dbałością o szczegóły, ale też nie bez humoru. Szczególnie cieszą mnie rozliczne nawiązania do klasyki science fiction oraz do największych nazwisk łączonych z podbojem kosmosu. W ten czy inny sposób pojawiają się więc echa i Gene’a Roddenberry’ego, i Elona Muska, i Carla Sagana – i innych, naukowców i artystów. Nie przeczę, że ogromnie mnie radowały wszystkie możliwe nawiązania do Star Treka, których Surviving Mars nie żałuje.

Spotkałam się z opiniami, że brakuje porządnego, rozbudowanego samouczka. Prawdę mówiąc, nie mogę się z tym zgodzić. Po pierwsze, tutorial jest – wyjaśnia krok po kroku podstawy. Do ogarnięcia pozostałych rzeczy nie wyobrażam sobie tego typu przewodnika, bo – gdyby chcieć omówić wszystkie szczegóły – gracz nigdy by się z niego nie wygrzebał. I owszem, po przejściu samouczka, kiedy człowiek próbuje założyć swoją pierwszą kolonię, jest to przeżycie nieco przytłaczające. Mnóstwo możliwości, mnóstwo decyzji dotyczących każdego najdrobniejszego szczegółu. I świat, który nie wybacza błędów. Ale o właśnie jest fajne. Przecież kolonizujemy Marsa, na litość Jeżusia! To musi przytłoczyć. Musi być wyzwaniem. Inaczej po prostu zagrajmy w Sim City albo coś takiego.
Z dość dużym przekonaniem mogę stwierdzić, że mam za sobą naprawdę sporo rozgrywek. Niektóre przerywałam po trzech kwadransach, dostrzegłszy, że całość poszła w fatalnym kierunku i nie widzę, jak się z tego wygrzebać. Inne porzucałam po dwóch dniach gry od bladego świtu do nocy, bo gdzieś popełniłam błąd i zapętlałam się w błędnym kole martwych kolonistów i braku pieniędzy na ich ratowanie. Surviving Mars ma w sobie jednak coś takiego, że nie łapałam rage quita, tylko po prostu restartowałam rozgrywkę. Albo stwierdzałam, że na chwilę obecną nie umiem sobie poradzić z jakimś konkretnym problemem, więc w nowej rozgrywce zmieniałam któryś ze startowych parametrów. I niezmiennie chciało mi się kontynuować grę. I wiem, że jeszcze nie raz do niej wrócę.

Są też inne detale, które może nie wpływają na samą rozgrywkę, ale jednak cieszą: można zmieniać muzykę towarzysząca kolonizowaniu Marsa (mamy do wyboru kilka radiostacji), logotyp naszej misji (ja gram niezmiennie Brukselką), czy kolorystykę obiektów w kolonii. Wreszcie, można też dodawać własne mody – choć przyznam, że póki co nie odczułam takiej potrzeby, bo gra bazowo ma dostatecznie dużo zmiennych, żeby jeszcze dodawać własne. Jeśli kiedyś będę coś modować, to zapewne po prostu dodam własną playlistę, bo oryginalne radiostacje prędzej czy później mogą się znudzić.

Poza wszystkim, Surviving Mars ładnie wygląda. Grafika niby nie jest nadzwyczajna i daleko jej do fotorealizmu, ale projekt dronów i budynków, zmieniające się pory dnia i warunki atmosferyczne, a także ładna animacja sprawiają, że ogląda się to wszystko bardzo przyjemnie. I tak kiedy miałam deszcz meteorytów, niby martwiłam się, że rozjeżdża mi panele słoneczne i uszkadza kopuły, ale jednak nie mogłam przestać się zachwycać, jak ładnie te meteoryty zasuwają z nieba, by ostatecznie rozwalić się o moje biedne wodociągi czy inne kluczowe dla przeżycia kolonistów budynki. Natrzaskałam nawet milijony zrzutów ekranu podczas moich licznych rozgrywek, ale najwyraźniej wybuchły gdzieś w kosmosie, bo za żadne skarby nie umiem ich znaleźć na komputerze... Brawo ja. Znalazłam tylko jakieś nieliczne z samego początku mojej przyjaźni z tym tytułem.

Surviving Mars to fantastyczna gra, niesamowicie angażująca i stawiająca przed graczem dokładnie takie wyzwanie, na jakie gracz jest gotów się zdecydować. W dodatku nie tak dawno ukazał się do niej genialny dodatek: Green Planet. Teraz więc już nie tylko budujemy kolonię, ale terraformujemy Czerwoną Planetę! Dodatek dorzucił do rozgrywki parametry, które przypominają chociażby planszówkę Terraformacja Marsa. Są to: tlen, temperatura i woda. I muszę powiedzieć, że zielony Mars z wodą na powierzchni wygląda naprawdę niesamowicie.
Myślę, że Surviving Mars sprawdzi się zarówno u miłośników gier typu city builder, jak i u wszystkich fanów idei kolonizacji Marsa. Zdecydowanie tytuł warty wypróbowania.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...