wtorek, 21 maja 2019

Podbój Hollywood, podejście drugie: "Best F(r)iends"

(źródło)
Kiedy w 2010 roku obejrzałam The Room, coś się zmieniło. Tommy Wiseau (urodzony najprawdopodobniej w Poznaniu jako Tomasz Wieczorkiewicz) na stałe zagnieździł się w moim mózgu i nawet jeśli nie zostałam jednym z rozlicznych fanów posiadania w domu oprawionego w ramkę zdjęcia łyżki, to jednak kariera tego pana wciąż intrygowała. W zeszłym roku z niekłamaną przyjemnością obejrzałam Disaster Artist – gdzie James Franco szokująco dobrze odegrał Wiseau – a w tym roku przyszła pora na dużo poważniejszą sprawę: tym razem bowiem zostawiamy w spokoju The Room i ruszamy na podbój zupełnie, ale to zupełnie nowego projektu.

Pierwsza różnica, która rzuciła mi się w oczy, kiedy zabrałam się za Best F(r)iends, to twórcy: o ile w The Room był Tommy Wiseau, Tommy Wiseau i Tommy Wiseau, i pewnie Tommy Wiseau przeprowadził casting, w którym główną rolę otrzymał Tommy Wiseau, o tyle w najnowszym tytule z udziałem tego pana pozwolono sobie na pewne urozmaicenie. Przede wszystkim, Tommy Wiseau występuje jako aktor – i tylko aktor. Za scenariusz odpowiada jego kolega z planu (zarówno tego jak i planu The Room) – Greg Sestero. Reżyserią jednak zajął się już ktoś inny (Justin MacGregor – nic mi jego nazwisko nie mówi, niemniej to budujące, że Sestero najwyraźniej wyczuł, że nie nadaje się do reżyserki i nie wziął się za to na siłę).

Różnica druga: ten film jest… fajny. Tak po prostu. Wiem, wiem, mówię o filmie z Tommym Wiseau. Ale już tłumaczę, o co mi chodzi: w The Room Wiseau grał zwykłego gościa. Poczciwego bankiera, który miał narzeczoną i przyjaciół i nagle jego życie zaczęło się sypać. Problem polegał jednak na tym, że Tommy Wiseau nie rozpoznałby zwykłego gościa, choćby wpadł na niego na ulicy. Wszystko wskazuje na to, że on nie ma pojęcia, jak wygląda normalność. The Room było jakąś kuriozalną wizją takiego życia zrodzoną w umyśle kosmity. I dlatego skala tamtego niepowodzenia była tak ogromna(to znaczy – poza wszystkimi innymi problemami tamtego filmu...). Tymczasem w Best F(r)iends najwyraźniej wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że angażują do roli kosmitę (w którymś momencie mamy scenę, w której bohater grany przez Wiseau mówi, że pochodzi z planety Ziemia – ha ha. Nie nabierzemy się, Tommy!). Toteż jego postać – Harvey – również jest, eufemistycznie mówiąc, ekstrawagancki. W fantastyczny sposób wzięto wszystkie dziwactwa aktora i jego (nie bójmy się tego słowa) beztalencie, po czym przekuto je w czyste złoto. Harvey po trosze budzi sympatię, po trosze niepokoi, a w dużym stopniu po prostu intryguje. Co się naprawdę stało z jego partnerką? O co chodzi z nielegalnymi praktykami, o które był w młodości oskarżony? Co siedzi w tej jego pokręconej głowie?
(źródło)
Podobnie, choć może nie aż tak wyraziście, ma się sprawa z Gregiem Sestero i odgrywanym przez niego Jonem: na pierwszy rzut oka Jon niewiele się różni od Marka z The Room. Jest trochę bezwolny, podatny na manipulacje, niby próbuje zachować się jak należy, ale koniec końców i tak mu to nie wychodzi. To ten sam gościu, który – kiedy kobieta po raz trzeci zdejmowała przed nim bluzkę i zaciągała do łóżka – wciąż pytał „eee… aleossochozi?”. Tutaj jednak jest bardziej enigmatyczny i ma za sobą niezwykłą historię. Ci dwaj nieźle się uzupełnili i stworzyli dziwną, toksyczną relację, która niby była przyjaźnią, ale człowiek sam już nie wie, czy na pewno.
Zresztą, chyba każda postać, która pojawia się w tym filmie, jest trochę dziwaczna. Że tak wspomnę Ricka (Rick Edwards), który występuje w roli sprośnego wujka i pręży muskuły w swoim tradycyjnym pompowaniu o północy (wiecie, coś jak tradycyjny spacer z gołymi pośladkami w świetle księżyca), czy właściciela zajazdu – faceta, który z jakiegoś powodu chyba gardzi ludzkością. Serio, to był dziwny typ i z jednej strony szkoda, że miał tak mało czasu antenowego, z drugiej jednak – to pozostawiło fajny niedosyt.

Technicznie film też nie przedstawia się źle. Muzyka niczego nie urywa, ale muszę przyznać, że jest ogromnie klimatyczna. Podbija tę atmosferę dziwaczności. Co więcej: mamy zadziwiająco dużo ładnych kadrów.

Dodatkowo mamy tutaj naprawdę ciekawą intrygę – choć dla mnie akurat najbardziej interesujący był wątek (nie)przyjaźni Harveya i Jona, to jednak pełna plot twistów fabuła w niczym nie zaszkodziła, a kilka razy serio film mnie zaskoczył.

(źródło)
Oczywiście, film ma swoje wady i dziwactwa, które nie do każdego mogą przemówić. Ot, choćby nawiązania do The Room. Nawiązania, tak myślę, nieuniknione – Greg Sestero z całą pewnością wiedział, kto będzie stanowił trzon odbiorców jego produkcji: fani The Room. I zapewne będą zadowoleni: począwszy od pojawienia się w jednej ze scen DVD z opus magnum Wiseau, poprzez bliźniaczo podobne sceny (rzucamy sobie piłkę i rozmawiamy o niczym życiu), a na epicko przezabawnej furii Wiseau kończąc (serio, jeśli komuś „You drive me crazy, Jon!” nie skojarzyło się od razu z „You’re tearing me apart, Lisa!”, to zapewne po prostu nie widział The Room) – Best F(r)iends to film świadom swojego dziedzictwa. Czerpie z niego garściami, jednocześnie stanowiąc zupełnie odrębną jakość i oryginalną historię. Ma też pewien (choć mniejszy niż się spodizewałam) pakiet scen tak kuriozalnie źle zagranych, że trudno powstrzymać śmiech.

Muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Spodziewałam się radosnej, nieporadnie skleconej głupotki do obejrzenia po męczącym dniu w pracy, a dostałam film, który świetnie wie co robi. Jest wprawdzie zabawny (choć nie nazwałabym go komedią), ale tym razem humor wydaje się ze wszech miar zamierzony. Wszystko jest w tym filmie zamierzone. Zostałam po seansie z pytaniami, ale to przyjemne uczucie: niedopowiedzenia, które też świetnie zagrały. Jednocześnie wiem, że nie mogę z czystym sumieniem polecić Best F(r)iends. No bo jednak aktorstwo jest złe. Historia ma swoje grubymi nićmi szyte fragmenty (o których nie chcę pisać, żeby nie spoilować). To dziwna, dość kameralna opowieść, która na pewno może nie przypaść do gustu. Mnie jednak urzekła.



– Where are you from?
– Planet Earth.

wtorek, 14 maja 2019

Ponowne otwarcie

Łajka wita się z Państwem.
*zerka w prawo*
*zerka w lewo*
Hm hmm.

Myślę, że kwartał to już dość jak na „e, nie chce mi się pisać”. [aktualizacja: napisałam tę notkę kilka miesięcy temu, ale jej nie opublikowałam – teraz to już będzie niemal pół roku przerwy… I z ręką na sercu: nie mam pojęcia, gdzie się podziały te minione miesiące. Dałabym głowę, że dopiero co mieliśmy Nowy Rok] Prawdę mówiąc, nie planowałam, że po Tygodniu z rekinami zapadnie tak długa cisza. Tym bardziej że przecież hej, oglądam filmy i seriale, gram w gry, co więcej: czytam książki! Mam o czym pisać. O paru tytułach nawet mi się chciało. Tylko jakoś był zły układ planet i w ogóle i nie wyszło. A potem chciało się coraz mniej, detale nienapisanej notki się zacierały i tak jakoś cisza trwała po dziś dzień. Mam szczerą nadzieję to zmienić. Czy się uda – nie mam bladego pojęcia.
No ale dziś piszę. I uczciwie chcę ostrzec, że dziś nie będzie żadnego tam produkowania się o tym, o czym zazwyczaj się tu produkowałam. Dziś będzie całkowicie osobisty i zapewne nieco emocjonalny wyrzyg prywaty. Więc jeśli ktoś szuka w internetach jednak innych treści, śmiało zachęcam do przejścia dalej. Move along, nothing to see here.
Żeby nie było, że nie uprzedzałam.

Dziś będzie historia naszej Łajki.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 7/7: "The Last Sharknado: It’s About Time"

(źródło)

Nareszcie! Nareszcie obejrzałam długo wyczekiwany, wytęskniony film! Zostawiłam go jako finał „Tygodnia z rekinami” i nie żałuję! Och, jak bardzo nie żałuję!

Wydaje mi się, że nigdy o tym nie pisałam na blogu, niemniej seria Sharknado to była moja miłość od pierwszego wejrzenia. Nie powiem, że bez wybojów, bo czwarta część mnie aż tak mocno nie porwała. Potem jednak olśniło mnie Shaknado 5: Global Swarming i po finale tamtego filmu naprawdę nie mogłam się doczekać części kolejnej.
No i w końcu The Last Sharknado za nami. Och, och… Jak bardzo mi się podobało! Jakże piękne zwieńczenie serii! Jak oni potrafią w wielką, finałową rozwałkę! Coś, co zaczynało się jako głupawy, niskobudżetowy filmik o tornadzie z rekinami, przeobraziło się w totalną jazdę bez trzymanki, gdzie bohaterowie latają na pterodaktylach, spotykają Merlina – a Merlina gra Neil deGrasse Tyson! NEIL DEGRASSE TYSON!! O EM GIE!!! PIIIIISK!!!! – a także walczą z roborekinami w odległej przyszłości. Jasne, dalej nie jest to imponujący budżet, a CGI jest przekomicznie słabe. Ordynarnie widać green screen, a gra aktorska… cóż, okej. Prawdę mówiąc, gra aktorska akurat nie wzbudziła moich zastrzeżeń. Albo było całkiem nieźle, albo ostatnie sześć seansów skutecznie mnie znieczuliło.

Generalnie to był film znajdujący się na zupełnie innej półce niż te produkcje, które obejrzeliśmy w ostatnich dniach. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale Sharknado jest inne. Lepsze. Wydaje mi się, że po prostu nieźle zna oczekiwania widowni i potrafi w nie wcelować.
Ach, no właśnie: bo tym razem dostaliśmy CZASONADO. Naprawdę. Lektor bez zająknięcia powiedział to słowo. Ma mój najszczerszy podziw, bo ja bym się osmarkała.

(źródło)
Ogólnie nie chcę spoilować, bo to film, który zasługuje na obejrzenie i na szereg pięknych niespodzianek. Rajd przez historię świata umożliwił bohaterom zahaczenie o dowolnie wybrane settingi: między innymi prehistorię, western czy postapo – wśród nich zabrakło mi może jednego, ale w sumie może to i lepiej, bo po co wchodzić w konflikt interesów z Iron Sky.
W przeciwieństwie do innych omówionych w tym cyklu filmów, tutaj dla odmiany widz sympatyzuje z bohaterami, bo najzwyczajniej w świecie zdążył się już z nimi zakuplować przez poprzednie odsłony serii. Zresztą, oni od samego początku byli po prostu fajni – prości, ale fajni. A Fin z piłą może śmiało konkurować pod względem kozackości z Ashem i całym jego martwym złem.
Co mi przywodzi na myśl Excalibura z Sharknado i znowu ogarnia mnie jakaś taka radość przeogromna.

Mam wrażenie, że wszelkie niedoskonałości tego filmu są dogłębnie przemyślane i świadome. Co więcej, znajdujemy w tym tytule nawet jakieś nieśmiałe próby pogłębienia postaci – i co więcej, to wszystko jakoś fajnie gra! Głównie mam tu na myśli Novę (Cassandra Scerbo), w przypadku której pociągnięto nieco wątek jej dziadka, łącząc to zgrabnie z tematem podróży w czasie. Człowiek łapie się na tym, że naprawdę zaczyna reagować na problemy bohaterów emocjonalnie, zupełnie jakby tam cokolwiek faktycznie miało znaczenie.
W ogóle to nie mogę pominąć milczeniem obsady, która mnie totalnie urzekła. Wspomniałąm już, że Merlina gra sam Neil deGrasse Tyson. Żeby tego było mało, mamy też Marinę Sirtis (czyli najbardziej bezużyteczną doradcę Troi ever!) w roli Winter, a także – ekhem – jako Morganę zobaczymy Alaskę Thunderfuck. Ogólnie jestem przekonana, że zaangażowali ją do filmu tylko po to, żeby na lisćie płac móc napisać „Alaska Thunderfuck”. Choć to dość głupie, bo kiedy przyszło co do czego, w napisach aktorka figuruje po prostu jako „Alaska” – zmarnowana okazja.

(źródło)
Rozhuśtał nam się także wątek April (Tara Reid), czyli żony Fina (Ian Ziering), która raz jest głową robota, raz całym robotem, innym znów razem żywą kobietą i uważam, że Fin naprawdę powinien mieć niezły mętlik w głowie. Nie kupuję tylko tego dziwnego wyrzutu, którym April strzela, kiedy dowiaduje się, że Fin podróżuje z jej robotyczną głową w torbie. I nie rozumiem, dlaczego Fin przeprasza. Po prostu nijak nie widzę jego winy.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Ten film to absolutny must see. Świetny finał serii, świetny film o rekinach, świetny film o czymkolwiek tak naprawdę, bo przecież oprócz rekinów mamy dinozaury, magię, sci-fi, roboty i Jeżuś wie co jeszcze. I przyznam, że przy zakończeniu odczułam nawet pewien żal, że to już koniec – że to chyba rzeczywiście The Last Sharknado. Bo ja bym chciała jeszcze, choćby i kolejną szóstkę, bo to naprawdę dobra, mocna rzecz, która zdecydowanie przetrwała próbę czasu i wręcz z roku na rok zyskiwała na atrakcyjności. Oby więcej takich filmów w rekiniej branży.



– A-And by the way, Fin, I know you've been eaten by a lot of sharks and you've survived, but I've actually been eaten and pooped out by a lot of dinosaurs, 'cause they couldn't digest me. It's - It's been rough.

niedziela, 20 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 6/7: "Raging Sharks"

(źródło)

Hum humm… No więc za nami przedostatni film z „Tygodnia z rekinami”. I muszę przyznać, że trochę nie wiem, co o tym myśleć. Spodziewałam się chyba czegoś innego. Czegoś bardziej raging i bardziej z sharks. Mam wrażenie, ze twórcy nie do końca wiedzieli, co chcą osiągnąć, stąd wyszedł film za głupi na produkcję, którą można by było potraktować poważnie, ale jednak ze zbyt małą dawką fantazji, żeby można oglądać jak inne rekinie odmóżdżacze.

No bo z jednej strony, założenia są proste i przypominają chociażby Ice Sharks: mamy grupę bohaterów odizolowanych w stacji badawczej na zadupiu, a potem pojawiają się rekiny i stacja ulega uszkodzeniu. I wszyscy umrą, jeśli się stamtąd jakoś nie wyrwą. Supciowo.
Jednocześnie film próbuje sprzedać nam jakieś – po prawdzie zbędne – pogłębienie bohaterów, rysuje problemy, z jakimi się borykają, dorzuca coś w rodzaju intrygi. A ja pytam: po ciul ta intryga? Nie wystarczyłyby mordercze rekiny? Fabuła i tak była zbyt głupia, by ktokolwiek traktował to na tyle poważnie, żeby wczuwać się w historie postaci.

Ale, żeby oddać honor filmowi, samo otwarcie jest cudne: oto bowiem zderzają się dwa statki kosmiczne, które wyglądają prawie jak te wafelki niszczyciele z Gwiezdnych Wojen (serio, ich kształt zawsze kojarzył mi się z wafelkami…). I coś z tych statków spada na Ziemię i robi, że rekiny są agresywne. Long story short: rekiny zaczynają zeżerać ludzi, bo kosmosy. Toż to najpiękniejszy pretekst do zaistnienia morderczych rekinów ever!
(źródło)
A potem coś się zaczyna psuć. Mamy zdecydowanie za dużo bohaterów, którzy są zdecydowanie zbyt nudni, żeby móc wytrwać z nimi przez półtorej godziny. I zdecydowanie za mało rekinów. One gdzieś tam są, gdzieś sobie pływają, ale w zasadzie stanowią raczej jakieś mętne tło dla właściwej fabuły. Próbowałam jeszcze przynajmniej ratować całość moją teorią, że ludzie wewnątrz podmorskiej pułapki zachowują się jak kutasy, bo działa na nich ta sama kosmiczna substancja, która odmieniła rekiny – nadal byłby to słaby film o rekinach, ale może całkiem spoko tak ogólnie. Przyznam, że nie mam pojęcia, czy moja teoria koniec końców znalazła potwierdzenie w fabule. Niestety, całość była na tyle nużąca, że od któregoś momentu oglądałam mocno piąte przez dziesiąte i z całą pewnością dość duża część intrygi mi umknęła.
Nie było tak źle jak w Planecie rekinów – to nie tak, że w filmie nic się nie działo i były tylko gadające głowy. E-ee, działo się. Po prostu ta dziejąca się akcja miała zazwyczaj zaskakująco mało wspólnego z… no, z rekinami. Może gdyby to był po prostu inny film, nieskrępowany rekinami i niskim budżetem, coś mogłoby z niego być. Dreszczowiec, w którym człowiek człowiekowi człowiekiem, w którym można by pobawić się w atmosferę izolacji i osaczenia, a ewentualne niebezpieczeństwo na zewnątrz stanowiłoby tylko dodatek w tle. Nawet ten agent, którym tutaj jest Ben Stiles (Todd Jensen) byłby fajnym plot twistem. Problem polega na tym, że do czegoś takiego trzeba by zatrudnić naprawdę dobrych aktorów. A tutaj miałam wrażenie, że generalnie Mike (Corin Nemec) i wspomniany już Stiles się jako-tako starają, ale reszta raczej jest po to, żeby po prostu być. Nie przeczę, mówiąc o „reszcie”, mam na myśli głównie kobiety. Mam wrażenie, że w tych filmach o ile jeszcze panowie muszą się chociaż trochę wysilić, o tyle panie wystarczy, żeby były ładne. No i są. Siedzą przy komputerach, a ich życiową rolą jest ładne wyglądanie. Spoko, ale na tym się nie zbuduje przywiązania widza. A skoro nie ma rekompensaty w postaci morderczych rekinów, to robi się naprawdę średnio.

I jeden z obcych ani trochę nie wyglądał
jak Predator! Ani na jotę! (źródło)
Myślę, że to kolejny z filmów z ogromnym potencjałem (jak mówiłam: rekiny mordują, bo kosmosy!), który jednak nie został właściwie wykorzystany. Tym razem jednak nie chodziło o zwykłe przynudzanie, tylko o brak decyzji, jaki to miał być film.
Kiedy już rekiny się pokazują, są dość przyjemne w odbiorze: mamy ławicę utworzoną z wielu gatunków rekinów, które krążą i fajnie wyglądają. Kiedy już ktoś im wpadnie w… płetwy, to nawet dość fajnie rozrywają delikwenta. Ale co z tego, skoro trzeba na to tyle czekać?

Prawdę mówiąc, najciekawszym elementem filmu został jak dla mnie duet mechaników (chyba to byli mechanicy) – jeden, który, jak się zdaje, nie mówił po angielsku, i drugi – który był kutasem. Całkiem szczerze, nie potraię podać ich imion. Patrzę na listę na IMDB i nadal nie wiem, którzy to mogli być. Ten pyskaty to może… Harvey (Binky van Bilderbeek)? A jego kumpel, nie wiem – Carlo (Atanas Srebrev)? Tak czy owak, niezależnie od imion, fajnie się dopełniali i stanowili przyjemną odmianę od pozostałych bohaterów, którzy zawsze są tacy sami: głupawe nerwuski, które na wszystko reagują „ja zanurkuję!”.

No tak, tylko to nie miał być zrobiony po taniości dreszczowiec o ludziach, tylko opowieść o zeżeraniu ich przez rekiny.

sobota, 19 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 5/7: "Sharktopus"

(źródło)

Cóż, dziś było ambitnie. Wiem, że w kontekście tego tygodnia to brzmi co najmniej kuriozalnie, ale serio mówię. Tym razem to nie był film o tym, że morderczy rekin kosi plażowiczów czy tam miażdży motorówki… to znaczy to też było, ale za tym wszystkim mieliśmy intrygę! Fabułę! A nawet – tak właśnie! – AKTORA! Prawdziwego aktora! …znanego głównie ze słabych filmów, w których gra złoczyńcę, ale zawsze coś!
Faktem jest, że w przypadku tego filmu nawet za bardzo nie będę narzekać, że było za dużo ludzi, a za mało rekina – bo kiedy już się nasz sharktopus pojawiał, to naprawdę z przytupem. Miał macki, na których mógł chodzić po lądzie, więc nic nie dawało, jeśli ofiary usiłowały ukryć się gdzieś dalej od brzegu – on po prostu dreptał po wybrzeżu, wpełzał na głazy i w ogóle. Fajne, bo ucieczka przed typowym rekinem wydaje się dość prosta: stykłoby nie iść na plażę.
Mamy więc Nathana Sandsa (Eric Roberts), który jest naukowcem na usługach chyba marynarki wojennej i ma stworzyć dla niej machinę do zabijania – czyli, jak łatwo się domyślić, naszego ośmiorekina. Nathanowi towarzyszy córka Nicole (Sara Malakul Lane), również genialna naukowiec. Zdołali wyhodować straszliwą bestię, mają ją pod kontrolą – więc cóż może pójść źle, zapytacie?
Żartuję, wiadomo, że nikt nie pyta, tylko wszyscy czekają, aż rekin wreszcie wyrwie się spod kontroli. Z jakiegoś jednak powodu bohaterowie wydają się tym faktem zaskoczeni. Meh.

(źródło)
Po koniecznym wstępie fabularnym, film rozkręca się już w jedynym słusznym kierunku: ośmiorekin zeżera plażowiczów, po czym zasuwa na inną plażę. Jego śladem podąża rodzina Sandsów i niejaki Andy Flynn (Kerem Bursin), który jest dawnym pracownikiem Nathana, ale został zwolniony i łoił tequilę w basenie, aż odnalazł go dawny współpracownik i (chyba) przyjaciel… oglądaliście Meg? No to tego typu bohater. Tylko zamiast Stathama jest jakiś ciul, który ciągle pudłuje. Bardzo nie chciał, ale w końcu dał się namówić na ratowanie świata.
Ratowanie idzie mu nędznie, bo – jak już wspomniałam – gościu ma ewidentny problem z celnością. Nawet strzelając nieomal z przyłożenia w wielgachnego ośmiorekina, nadal pudłuje. Pozytywny jest fakt, że ma tego świadomość, bo pod koniec filmu to zostaje mu wypomniane i sam mówi, że na dziś ma już dość pudłowania. Brawo, filmie, umiesz w dystans. Może wyszło ci to przypadkiem, ale i tak wyszło.
Mamy też pulę bohaterów drugoplanowych, którzy będą odpowiedzialni za humor w tej produkcji. Jest więc pierwsza grupa: dziennikarka Stacy (Liv Boughn), jej operator Bones (Hector Jimenez) i rybak Pez (Blake Lindsey) – i całkiem szczerze, ja ich polubiłam. W szczególności sympatycznego Peza i wkurwionego na swoje życie Bonesa, ale dziennikarka też była wyrazista. To nie są postacie, które się zapamięta na dłużej, za którymi by się tęskniło czy coś – ale są po prostu fajną, lekką odskocznią w typie drugoplanowych bohaterów z Sharknado (ziomek z taboretem FTW!).
Myślę, że podobną robotę próbuje robić druga grupa, czyli kapitan Jack (Ralph Garman) i Stephie (Shandi Finnessey), którzy pod pokładem jachtu prowadzą audycję radiową. Temu duetowi jednak zabrakło, jak dla mnie, trochę polotu. W sumie nawet nie pamiętam, co się z nimi stało i czy przeżyli (sprawdziłam w internetach – okej, już przypomniałam sobie ich ostatnią scenę. Ale naprawdę mi wyleciała z głowy po seansie…). Ot, gościu rzucał głodne kawałki do mikrofonu, a laska w tle podrygiwała do muzyki i chichotała. Widać jednak, że byli pomyślani, by rozśmieszać.
Nie zmienia to wszystko faktu, że moimi ulubionymi bohaterami byli: dziadek, który był świadkiem zeżarcia jakiejś plażowiczki szukającej skarbów, oraz dwaj panowie – chyba malarze, choć może myli okna, trudno mi w tej chwili określić. Ogółem film zdecydowanie lepiej poradził sobie z postaciami z dalszych planów (im dalszy plan tym lepiej) niż z głównymi, którzy pozostali mocno bez wyrazu.

(źródło)
Co w filmie budzi moje wątpliwości? Dlaczego Nicole miała tak duży problem z odgadnięciem hasła, skoro było tak bardzo oczywiste? Czy facet tej laski skaczącej na bungee swoją nową dziewczynę też kiedyś zabierze na bungee? Jak to możliwe, że ośmiorekin bez szczególnego skrępowania zaatakował plażowiczów i zasiał niezłe spustoszenie, a inni plażowicze i turyści z kurortu oddalonego o kilka kilometrów już nic o tym nie wiedzą, nic nie słyszeli i w ogóle mają wszystko w nosie? Czy taki nius nie powinien się rozejść z szybkością błyskawicy po całym wybrzeżu, a potem na cały świat? O wyrzuconym na brzeg delfinie świat dowiaduje się w kilka godzin, a ośmiorekin nie był godzien zainteresowania mediów i wrzucania filmików na jutuba?

Sam pomysł ośmiorekina ogromnie mi się podoba. Choć zdawałoby się, że będzie wyglądał komicznie, rzeczywiście daje radę jako potwór – ma wielkie zęby, jest odpowiednio zabójczy i w dodatku może łapać ofiary mackami. Jedyny zgrzyt, którzy miałam, to CGI macek w takich akcjach. No po prostu wyglądało to słabo. W żaden sposób nie mogłam uwierzyć, że ta macka naprawdę tam jest. Szczególnie jak aktor nie bardzo wiedział, w którą stronę powinien się obracać, więc kręcił się w obie i to by miało sens chyba tylko wówczas, gdyby ośmiorekin bawił się delikwentem jak jo-jo.

W sumie Sharktopus to fajny film. Nie tak radośnie przaśny jak Dwugłowy rekin…, bo jednak stara się być czymś innym – ale nadal ma poprawną proporcję między gadaniem a atakami rekina, nieco drętwe aktorstwo i świadomość tworzywa, w którym pracuje. Z jednej strony, próbuje ugryźć temat trochę poważniej niż filmy, które widzieliśmy dotychczas, z drugiej jednak wie, że to film o wielkim, morderczym ośmiorekinie, więc nie może tego zrobić tak zupełnie na serio. Uważam, że z seansu Sharktopus wyszedł obronną ręką i na pewno będę ryzykować kolejne części serii.

piątek, 18 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 4/7: "2-Headed Skark Attack"

(źródło)

No więc tak: Ulv twierdzi, że to najlepszy z dotychczas obejrzanych rekinich filmów. Muszę przyznać, że ma dużo racji. Po niefortunnej Planecie rekinów tutaj dostaliśmy prawdziwą ucztę.
Już sam początek zachęca, kiedy to rekin zeżera dwie panny w bikini – i to jest takie piękne, no bo one są dwie, a rekin ma dwie głowy, wiec każda głowa może dziabnąć swojego człowieka. I, żeby było zabawniej, w późniejszych scenach ludzie bardzo się starają występować parami. Jakby naprawdę troszczyli się o komfort obu głów. Urocze.

Wiedziałam o tym filmie tylko tyle, że występuje w nim Carmen Electra, na IMDB wymieniona jako pierwsza spośród obsady. No więc owszem, występuje. Jeśli ktoś myśli, że będzie miała główną rolę – lol nope. Ale w gruncie rzeczy może to i lepiej. Bo śmiem twierdzić, że jedna z głównych ról to profesor Babish (Charlie O’Connell) i to zdecydowanie nie jest powód do dumy. Nie chodzi o złe aktorstwo, w sumie w jego przypadku nawet tak bardzo mnie nie raziło. Ale sam bohater… och jej. Generalnie niczego nie uczy ani nic nie robi, za to od czasu do czasu pokrzykuje coś o tym, że… ach, moment: fabuła.
Wbrew pozorom, ten film ma fabułę! Oto więc mamy wymienionego już Babisha, który najwyraźniej jest jakimś… wykładowcą żeglarstwa…? Instruktorem? Kimś takim. No i na jego jachcie siedzi pierdylion typowych amerykańskich trzydziestoletnich nastolatków – jego uczniów. Wszyscy, ma się rozumieć, są raczej zainteresowani prężeniem się w słońcu i/lub napinaniem bicepsów, a nie nauką. A tu psikus, bo wylądowali gdzieś het het daleko na oceanie, przy jakimś atolu, a jacht przecieka. W dodatku dwugłowy rekin zasuwa pod wodą.
Wy w takiej pozycji nie leżycie? Ja zawsze tak leżę.
(źródło)
No więc, jak już wspomniałam: profesor Babish w sytuacji zagrożenia bardzo dużo krzyczy o tym, że „dzieci” (kamaaaaan, serio: jedną z głównych ról, Kate, gra aktorka urodzona w 1988 roku – film nakręcono w 2012. Aktor grający Babisha urodził się w 1975. Czy to naprawdę normalne, że czterdziestolatek mówi „dziecko” o trzydziestolatce…? Ja bym się z czymś takim czuła dziwnie) to jego odpowiedzialność i że musi dbać o ich bezpieczeństwo i tak dalej. Jednocześnie najwyraźniej tych uczniów nienawidzi (czemu trudno się w gruncie rzeczy dziwić), bo kiedy tylko jest cień szansy, żeby się ich pozbyć, on to robi. Uwielbiam scenę, jak biegną przez chaszcze na atolu i nagle ziemia się rozpęka. I część grupy uciekła w jedną stronę (jest to część z Babishem), a część jest za tym pęknięciem. Pęknięcie jest długości może metra. Generalnie z dość dużym luzem można by zrobić krok w bok i je ominąć, dołączając do profesora i kolegów. Wiecie: to nie jest Mississippi. Tymczasem nasz kochany, opiekuńczy instruktor woła dramatycznie, że nic już się nie da zrobić, dla nich jest za późno i tak dalej – i odbiega, zostawiając biedne dziewczęta na pewną śmierć. WTF?
(źródło)

Większość bohaterów ginie w równie głupawy sposób. Zazwyczaj w parach, choć jedno dziewczę nurkowało w samotności, a innym razem rekin dość brutalnie przerwał zalążek seksów w składzie: dwie panie z nieopalonymi piersiami i jeden młodzieniec.
Wrócę tu do Carmen Electry: jak się okazuje pod koniec jej wiekopomnej roli, jej postać to żona profesora, Anne Babish. To jest super zabawne, bo w zasadzie ich wspólny wątek nie istnieje, a Anne naprawdę kompletnie nic nie robi poza opalaniem się w bardzo niewygodnych pozycjach, po czym wyskakuje na widza dramatyczna scena śmierci Babishów, którzy stoją na mosteczku, obejmują się i w ogóle i ja nie wiem, czy nie powinnam być wtedy wzruszona, ale za bardzo nie wiem czym, no bo dopiero co się dowiedziałam, że ich w ogóle coś łączy.
Na szczęście zaraz wyskakuje rekin.

Dużo też się mówi o tym, że rekin kieruje się wedle impulsów elektrycznych. To nie pierwszy i nie ostatni film, który korzysta z tego motywu, choć każdy z tytułów używa tej magicznej wiedzy w inny sposób. Tutaj bohaterowie przemieszczają się między jachtem Babisha a atolem za pomocą motorówek – no i te motorówki ze względu na te impulsy działają na rekina jak płachta na byka. I mamy sporo momentów, w których bohaterowie kombinują jak konie pod górę, żeby jakoś przemknąć nie będąc zeżartymi przez rekina. I nigdy nikomu nie przychodzi do głowy, żeby może – nie wiem – nie włączać silnika, tylko spróbować wiosłować…?
Ale czemu ja się w ogóle dziwię – wszak do jednej z najważniejszych misji, od której mogło zależeć życie wszystkich niezeżartych jeszcze uczestników wycieczki, wybierają największego kutasa w grupie, o którym już wszyscy wiedzą, że jest egoistycznym, zdradliwym dupkiem. Myślę sobie, że to nie byli tytani intelektu i w gruncie rzeczy rekin wyświadczył ludzkości przysługę.
Aha, jestem oczywiście niesprawiedliwa! Bo jest wśród uczniów jeden kujon, Paul (David Gallegos), który jest mądry, a poznajemy to po tym, że w każdą swoją wypowiedź musi wcisnąć jakąś zbędną informację.
Ale w tym miejscu muszę zaznaczyć, że – choć gra aktorska jest epicko i kuriozalnie zła – niektóre postaci są zaskakująco „jakieś”. Wspomniana już Kate (Brooke Hogan) boi się wody i (tak myślę) nienawidzi ludzi. Cole (Geoff Ward) jest kutasem, Paul – mądralą. To są proste typy, ale jednak są. Mogłam jakoś rozróżnić bohaterów i to cieszy. A postaci dalszoplanowe rozróżniałam po kolorze bikini (serio, w trakcie seansu pytałam Ulva, czy niebiesko-białe paski jeszcze żyją).

(źródło)
Rekin zeżera dużo i na bogato. I nawet nie musi wyskakiwać na plażę, bo dopada wszystkich z wody. Jest przezabawnie i dynamicznie. Lyndsey (Shannan Stewart) dorzuca do puli fatalnie odegrane wstawki emocjonalne.
Puenta filmu jest taka, że gdyby usiedli wszyscy na dupach i poczekali na ratunek, to by przyleciał po nich helikopter, ale postanowili nakarmić rekina. Tego, w jaki sposób go zabili, to ja wciąż nie ogarniam, bo mam wrażenie, że beczka z paliwem nie ma prawa wybuchnąć pod wodą tylko dlatego, że rekin ją rozgryzie. Ale co ja tam wiem.

Jak teraz o tym myślę, to jestem bardzo ciekawa, co się stało z poprzednimi mieszkańcami atolu. Czemu w jednej z chat była broń? Co to była ta wielka, okrągła dziura w ziemi (miałam na jej temat swoją teorię, ale film jej nie potwierdził i mi smutno)? Wynieśli się przez trzęsienia ziemi czy przez rekina? Przeżyli czy ich zeżarł?
Również ciekawa jestem, jakim językiem mówili dwaj pracownicy Babisha, odpowiedzialni za – chyba – po prostu obsługę jachtu. Brzmiało jak coś pomiędzy językiem kosmitów z Marsjanie atakują! a indiańskimi kwestiami z Buta Manitu. Sami panowie wyglądali jak, nie wiem, Meksykanie…? Ale z całą pewnością nie był to hiszpański. Nie wykluczam, że to był prawdziwy język jakiegoś ludu, którego po prostu nie kojarzę. Ale równie łatwo uwierzę, że oni mówili trochę jak ekipa z Whose Line Is It Anyway? mówiąca po polsku.

Tak czy owak, rzeczywiście film jest przezabawny i doskonale się przy nim bawiłam. Z całą pewnością sięgnę po kolejne części serii (kaman, Trójgłowy rekin… ma Maczetę!). Fraa poleca.

czwartek, 17 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 3/7: "Planet of the Sharks"

W sumie nawet plakat
jest jakiś taki bez polotu. (źródło)
Wygląda na to, że wreszcie zaliczyliśmy rekinią wpadkę. A zapowiadało się ogromnie obiecująco: niedaleka przyszłość, globalne ocieplenie, cała planeta zmieniła się w jeden wielki ocean, w którym – a jakże! – królują rekiny. Super. Taki Wodny świat, tylko z morderczymi rekinami. Zdawałoby się, że to pewniak, szczególnie że film dało światu studio Asylum, odpowiedzialne zarówno za wczorajsze Ice Sharks, jak i najzupełniej bezkonkurencyjne Sharknado. A jednak jakimś cudem twórcom udało się to schrzanić.

Zacznijmy od tego, że – w przeciwieństwie do Ice Sharks – tutaj mamy naprawdę mało rekina w rekinie. Kamera koncentruje się głównie na ludziach, a ci (co w sumie przecież nie dziwi) są najzupełniej nieciekawi. Grają drętwo, mają zaledwie śladowe ilości osobowości, a co najgorsze: dużo mówią. Serio. Bardzo dużo mówią. Opowiadają sobie o wszystkim. Przerzucają się technobełkotem na temat swoich planów, swoich doświadczeń i wiszącego nad światem zagrożenia. Dzięki temu zdołali być jeszcze nudniejsi, a dodatkowo mam wrażenie, że komuś coś się do cna pomyliło: przecież kiedy siadam do oglądania filmu pod tytułem Planeta rekinów, to nie po to, żeby słuchać o przestawieniu częstotliwości jakiegoś wihajstra na kod, którym porozumiewają się rekiny i cośtam, cośtam – dajcie lepiej cholernego rekina, no! Zresztą, lektorowi (niezawodny Tomasz Knapik) chyba było mocno wszystko jedno, bo potrafił odezwać się nie wtedy, kiedy mówił bohater, w dodatku z jakąś zupełnie inną wypowiedzią, która w rzeczywistości wcale nie padała. Z lodowatym spokojem przeczytał też kwestię o sprawdzeniu transformerów i chyba raz spontanicznie zmienił płeć postaci. Ale to nie szkodzi, bo zaraz powtórzył to samo zdanie – najwyraźniej chciał się poprawić…?
Ale nieważne, lektor był tu najmniejszym problemem. W sumie teraz myślę, że wypadł nawet dość zabawnie i stanowił miłe urozmaicenie.

Zapowiadało się wcale fajnie. (źródło)
Film, zaklasyfikowany na IMDB jako akcja/przygoda/komedia, nie należy tak naprawdę do żadnej z tych kategorii. Akcji czy przygody jest tyle co kot napłakał, bo mamy głównie gadające głowy. Komedii chyba jeszcze mniej. To jest wręcz niepokojące, jak bardzo poważnie oni próbują to wszystko zrobić. Nieco prostej radości wnosi Moffat (Daniel Barnett)…? Chyba. Naprawdę nie wiem. W każdym razie taki pan przy kości, który kupił mnie tekstem „ta łódź jest wolniejsza niż mój metabolizm”. Naprawdę – to najlepsza kwestia filmu.
Niezwykle zagadkowa jest dla mnie Beatrice (Lauren Joseph), która zostaje na samym początku wyratowana z ataku (jak na ironię, dość imponującego ataku!) na pływające miasto Junk City, a potem jakoś tak siłą rzeczy dołącza do grupy naszych bohaterów. Przez cały film nie robi kompletnie nic. Najpierw każą jej się schować w beczce, potem złapać za sznurek, a potem wejść do klatki. Myślałam, że film zrekompensuje to pod koniec, że bohaterka będzie miała jeszcze jakąś wielką akcję, w której pozwoli nam odetchnąć i odpowiedzieć na nurtujące pytanie „po co ona w ogóle jest w tym filmie?”, ale nic takiego nie nastąpiło.
Bajdełej, jedna z postaci naprawdę kazała wejść Beatrice (czarnoskórej dziewczynie, nadmienię) do klatki. A potem ją z tej klatki wypuściła. Przypuszczam, że nikt tu nie miał nic złego na myśli, ale to wyglądało naprawdę dość… no, niestosownie.
Jest też hipster Ishiro (John B. Swart), który okaże się badassem, no i doktor Shaw (Lindsey Sullivan), co do której mam pewne przypuszczenie, że próbuje być postacią w stylu Ripley. Z naciskiem na „próbuje”. Stosunkowo niewiele mogę też powiedzieć o Barricku (Brandon Auret) oprócz tego, że łódź należy do niego.

Doceniam trud włożony w stylówę tej postaci.
Szczególnie podobał mi się ten długi szaliczek,
o który się potykała. (źródło)
Jak wspomniałam, film otwiera rozwałka w Junk City – i to właściwie jest największe osiągnięcie, jeśli chodzi o pokazywanie akcji. Potem mamy już głównie przebitki, jak to rekiny sobie płyną pod wodą. Ot, od czasu do czasu któryś wyskoczy chapsnąć sobie samolot czy coś, czasem wypełznie na deski pływającego miasta, ale to szokująco mało jak na tego typu film.

Faktem jest, że Planet of the Sharks to produkcja odrobinę wcześniejsza niż Ice Sharks – może więc studio czegoś się nauczyło? A może to kwestia reżysera? Zastanawiam się, czy w ogóle warto sięgać po Imperium rekinów, które zdaje się być czymś w rodzaju sequela Planety… i jest wyreżyserowane przez tego samego gościa: Marka Atkinsa.

Z żalem, ale muszę stwierdzić, że nie warto tracić czasu na Planetę rekinów. Mimo obiecującego początku, ładnych scenerii i interesującego pomysłu na fabułę, całość jest po prostu nudna, a to chyba najgorsza zbrodnia, jaką może popełnić tego typu film. Za dużo nużącego ględzenia nijakich postaci, za mało akcji. Nie pokazują, tylko mówią. Blah. W dodatku całkiem dużo bohaterów przeżywa – a miałam nadzieję, że może przynajmniej wszyscy umrą.
Aha – wyrazy uznania dla nawiązania do Planety małp w ostatniej scenie. To znaczy, jeśli to było nawiązanie. Ja to odebrałam jako nawiązanie, ale może nadinterpretuję. Wszystko jedno. Trzymajmy się jaśniejszej strony wątpliwości.

środa, 16 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 2/7: "Ice Sharks"

(źródło)
Najwyraźniej rok 2016 był łaskawy dla rekinów, bo to kolejny – i nie ostatni – film z tego czasu. Jednakże dla odmiany Rekiny Lodołamacze występują tylko w jednym filmie, więc było bez porównania prościej. Nie ma wprawdzie Buda Bundy, ale ale za to dostaliśmy fatalną grę aktorską.
Ale po kolei.

Trzeba przyznać jedno: film nie traci czasu. Ani na fabułę, ani na rozwój bohaterów. Pierwsze sekundy trochę przywodzą na myśl The Thing, a potem jest dużo krwi i rekinów. Wiecie, tych słynnych, wodno-lądowych rekinów, które w razie potrzeby mogą wypełznąć na brzeg i na brzuszku ruchem posuwistym dogonić ofiarę. To taki rekini klasyczny numer.
Ogólnie po kilkunastu minutach oglądania mieliśmy już trzy trupy i serio zaczęłam się obawiać, że to w rzeczywistości film krótkometrażowy, mimo że IMDB zapowiadało półtorej godziny. Moje obawy jednak były przedwczesne. Ludzi starczyło na dłużej, choć oczywiście schemat fabularny był nadzwyczaj łatwy do przewidzenia: są badacze odizolowani w arktycznej stacji badawczej i nagle atakują ich rekiny. I badaczy jest coraz mniej, aż zostanie tylko jakaś wybrana dwójka. To zresztą wyszło nader śmiesznie, bo dwoje ocalałych w ogóle nie jawiło się podczas całego filmu jako protagoniści.
No właśnie, skoro już zaczęłam pisać o bohaterach: cóż, przyznać trzeba, że to nie jest mocny punkt tego filmu. O ile dynamiczna akcja, przemoc i przesadzone rekiny wyszły Rekinom Lodołamaczom fantastycznie, o tyle z postaciami sobie produkcja nie poradziła. I nie chodzi tu tylko o to, że fatalnie grali – w szczególności Jenna Parker w roli Tracy. W szczególności kiedy baza się nagle przechylała i Tracy gibała się w tył i przód i to było najmniej przekonujące gibanie się ever, w dodatku chyba nikt jej nie powiedział, że kręcą tę scenę normalnie i nie musi pozorować slow motion. Wyglądała raczej jak Cindy, która udawała, ze chodzi po Księżycu w Strasznym Filmie 2. Serio, powinna się uczyć od Shatnera i spółki, jak należy udawać wstrząsy, przechyły i wszelkie tego typu zawirowania.
Ale aktorstwo to tylko jeden drobiazg. Tak naprawdę bohaterowie są słabi, bo… no cóż, po prostu nie istnieją. Widzimy jakichś ludzi, którzy krzyczą i umierają. Nie ma między widzem a nimi żadnej więzi, więc oczywiście, że kibicuje się rekinom. No, może z wyjątkiem jednego dziarskiego Norwega (tak naprawdę chyba nie jest Norwegiem, trudno w sumie powiedzieć – założyliśmy z Ulvem, że musi być ze Skandynawii, bo długowłosy, brodaty blondyn. A ponieważ załoga stacji ewidentnie została pomyślana jako międzynarodowa i mamy białych, czarnych, Azjatkę, no to uznaliśmy, że na stówę blondyn ma symbolizować Skandynawa), o którym też nic nie wiadomo (jego imię poznałam w ostatnim kwadransie filmu – może pojawia się gdzieś wcześniej, ale kto by miał czas na zapamiętywanie takich zbędnych informacji), ale który – w przeciwieństwie do innych postaci – cokolwiek robi. Wykazuje inicjatywę, podejmuje działania, wymyśla kolejne i kolejne sposoby, żeby pozbyć się rekinów albo im uciec. I oczywiście, że to nie jest nasz główny bohater, który przeżyje, prawda? Tak, film zabija jedyną postać, która ma dla seansu jakiekolwiek zasługi. Brawo ty, filmie. Pamiętaj tylko, że nie istniałbyś bez Michaela (Kaiwi Lyman)
Nie wolno też zapominać o najbardziej zmarnowanej szansie w historii, to znaczy o Sammym (Travis Lincoln Cox). Jest to z kolei jedyna postać, o której rzeczywiście coś powiedziano widzom. Miał króciutką ekspozycję na samym początku – ekspozycję, którą w obliczu jego dalszych losów uznałam za bardzo ładne zawieszenie strzelby. I co? I strzelba nigdy nie wystrzeliła. Jestem totalnie zawiedziona, bo w tych paru minutach czasu antenowego, który dostał, Sammy był bez porównania ciekawszy od tej kluchy, która przeżywa. Prawdę mówiąc, moim zdaniem w stronę zachodzącego słońca powinni odpływać właśnie ci dwaj: Michael i Sammy. Bo tylko oni mają w sobie jakieś szczątki osobowości. Bez przesady, ale i tak lśnią na tle reszty.

(źródło)
Same rekiny? Są piękne, oczywiście. Mimo że ludzie próbują zabić je butlami z tlenem (czasem myślę, że w dzisiejszych czasach absolutnie trzeba zabijać rekiny za pomocą butli z tlenem, bo gdyby ktoś spróbował w inny sposób, to jest zupełnym przegrywem i nie nadąża za trendami), one dziarsko kroją lód płetwami grzbietowymi i wygryzają sobie nadzwyczaj foremne przeręble. To zresztą było dość dziwne, bo tam, gdzie zdawało się, że lodowa pokrywa powinna być chaotycznie spękana i podziabana, ona w ujęciu z lotu ptaka okazywała się niemal idealnie wykrojonym, symetrycznym kształtem, a tam, gdzie należałoby się spodziewać równych cięć, koniec końców dostawaliśmy właśnie chaos i poszarpanie. Jakby w montażu usunięto sceny, w których z tym lodem dzieje się… cóż, nie wiem co. Ale z całą pewnością coś jeszcze. Zresztą, to nie są jedyne sceny, które – mam wrażenie – wyleciały w montażu. Podobne odczucie miałam w scenie, w której Michael nurkował z kątownikiem, by w następnej sekundzie nurkować już bez niego. Gdzie twój kątownik, Michaelu? Czy straciłeś go w jakimś epickim starciu, tak jak Gandalf stracił swój kostur w montażu? Czy wszystko wyjaśniłoby się w wersji reżyserskiej?

Gdybym miała porównywać Rekiny Lodołamacze do Atomowego Rekina, muszę chyba przyznać, że podobały mi się nawet nieco bardziej. Mam wrażenie, że było mniej humoru, choć całość i tak wypadła całkiem zabawnie, w dodatku najwyraźniej twórcy dostali większy budżet (jakikolwiek budżet?), bo dostaliśmy nawet jakieś plenery i efekty specjalne. W sumie te ostatnie nie powinny dziwić, skoro reżyserem i scenarzystą filmu jest Emile Edwin Smith, gościu właśnie od efektów. Owszem, CGI wygląda jak „moja siostrzenica umie w 3D Studio, zrobi to za darmo”, ale i tak bardzo doceniam starania!
Jest bardzo dynamicznie i w pewnym momencie nawet bardziej gore, niż się spodziewałam. Zdecydowanie dobrze spędzone półtorej godziny i serdecznie polecam tę produkcję wszystkim amatorom niezobowiązującej, głupkowatej rozrywki o morderczych rekinach.

wtorek, 15 stycznia 2019

Tydzień z rekinami 1/7: "Atomic Shark"

(źródło)

Miałam napisać coś mądrego. W sensie, na przykład notkę o ostatnio przeczytanej zachwycającej książce Neila deGrasse Tysona. Ale jakoś tak się złożyło, że notka na temat książki wciąż układa mi się w głowie, a w międzyczasie pomyślałam: tydzień z rekinami! No bo co może pójść źle? Myślę, że każdy, kto mnie tyle o ile zna, zna również moją słabość do Sharknado. Ale mój sentyment do rekinów sięga głębiej i postanowiłam go w tym roku pielęgnować ze szczególną pieczołowitością (hej, każdy ma postanowienia noworoczne na miarę swoich możliwości!).
Rekiny mają w sobie to coś. Może to te okrągłe, nieprzeniknione oczka, a może ogólna sylwetka rakiety, a może te zęby… w każdym razie rekin aż się prosi, żeby pokazać go jako totalnego badassa, machinę do zabijania i niemal niepowstrzymane nemezis. Kino (w szczególności jedno studio) w piękny sposób to wykorzystuje, wsadzając rekiny w każdą możliwą scenerię: mamy więc rekinowe tornado, rekiny w kosmosach, toksyczne rekiny, nuklearne rekiny, ludzi-rekiny, wielkie prehistoryczne rekiny, mechaniczne rekiny… ogranicza nas tylko wyobraźnia. Z rekinem wszystko się sprzeda.
I ja to naprawdę doceniam. Nie wszystkie te produkcje wychodzą, oczywiście. Na ten przykład Hammerhead był stosunkowo nudny i mało tam miałam rekina w rekinie.

Stąd, oczywiście, pełna obaw zasiadłam do Atomic Shark, produkcji z 2016, co do której wciąż nie mam pewności, co ja tak naprawdę obejrzałam. To znaczy jest tak: IMDB mówi, że są dwa filmy o takim tytule z tego roku. Jeden to thriller w reżyserii Lisy Palenica, drugi – komedia A.B. Stone’a. Wydaje mi się, że to, co z Ulvem obejrzeliśmy, to ta drugi rzecz. IMDB jest tu o tyle kłopotliwe, że przy obu filmach pojawiają się zdjęcia z tego, co obejrzeliśmy. Ale jednak po stężeniu humoru podczas naszego seansu obstawiam tę komedię (Atomic Shark Lisy Palenica to ponoć thriller).
Tak czy owak: jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Naprawdę. Nie ukrywam, że spodziewałam się, iż z całego filmu najlepszy będzie tytuł, a całość raczej mnie znudzi. Tymczasem nic z tych rzeczy. Nie wiem, czy humor był zamierzony, czy to wszystko wyszło przypadkiem: w każdym razie naprawdę świetnie się bawiłam. Przemieszanie podniosłych scen i epickiej muzyki z równie epickimi failami i ogólną głupkowatością wyszło nadspodziewanie fajnie. Film jest stosunkowo świeży, więc nieźle nadąża za trendami i technologicznymi nowinkami, po czym dość udatnie je wyśmiewa – mamy drony, cykanie sobie słit foci czy pogoń za lajkami, a to wszystko pokazane z jakąś taką lekkością i dystansem, bez zbędnego moralizatorstwa. Nie jest to subtelne, co to to nie – ale też nie razi. Po prostu bawi.

(źródło)
Żeby nie było nieporozumień: ten film w ogóle jest pozbawiony subtelności. Kaman, mamy atomowego rekina, świecącego i dymiącego, który jara wszystko wokół. Podpala nawet plażowe parasole, kiedy przypadkiem wyskoczy na brzeg. Serio, to nie brzmi jak fabuła, która domagałaby się subtelności. Naszymi bohaterami będą młodzi i piękni, no bo konwencja zobowiązuje. Wśród nich znajdzie się nawet Fletcher, czyli David Faustino, czyli stary, dobry Bud Bundy! No dobra, tak naprawdę jego obecność w filmie była jednym z najjaśniejszych punktów. Prawdę mówiąc, to nie pamiętam w ogóle imion pozostałych bohaterów. Funkcjonowali raczej jako „ten z cyckami”, „ta od fotek” i tak dalej…
Tyle tylko, że tym razem akurat bohaterowie nie mają najmniejszego znaczenia. Szczytem pogłębienia psychologicznego postaci jest Rottger (Jeff Fahey), no bo mamy całe dwa zdania, kiedy pojawia się wątek, że jest ojcem i cośtam cośtam. Łotewer. Przecież nie ogląda się tego filmu dla relacji rodzinnych. Choć szacun, że mimo wszystko twórcy nie pominęli obowiązkowego motywu pojawiającego się w tytułach o bohaterach ratujących ludzkość, czyli „rozbita rodzina godzi się w obliczu straszliwego zagrożenia”.

Jest świecący rekin. Jest humor – czasem trochę przaśny, czasem głupawy, czasem taki, że zastanawiałam się, czy oni to zrobili celowo, czy ten żart wyszedł im przypadkiem.
Jest też, ma się rozumieć, masa głupot i luk. Przede wszystkim: dlaczego w ogóle założono, że ten rekin będzie jakiś niezniszczalny? Był napromieniowany – ot, tyle. Czy ludzie, którzy byli zbyt długo wystawieni na promieniowanie podczas ogarniania syfu po Czernobylu stali się niezniszczalni? No jakoś mi się nie wydaje. Dlaczego więc ten rekin został jakimś rozpierdalatorem, kiedy tak naprawdę powinien co najwyżej zapaść na chorobę popromienną? Dlaczego nie można go było zabić normalnym harpunem czy czymś w ten deseń? Całe to założenie nie trzyma się kupy, no ale czy komukolwiek to przeszkadza? No raczej nie, przecież to atomowy rekin!
Mimo że naprawdę starałam się oglądać film uważnie (parę razy nawet cofałam w obawie, że coś mogłam przegapić), mam wrażenie, że coś z fabuły mi umknęło. Jakieś plany, jakieś koncepcje, które pewnie spinały intrygę. Nie to, żeby mi to przeszkadzało. To film, w którym raczej nic nie przeszkadza. Lekki, niezobowiązujący, z napromieniowanym rekinem i krzyczącymi plażowiczami. Nic mniej i nic więcej, czego można by się spodziewać po tego typu produkcji. Owszem, niczego nie urywa. Ale zapewnia po prostu przyjemnie spędzone półtorej godziny, pozwala się pośmiać i wyluzować.
Jeśli ktoś lubi tego typu produkcje – na pewno nie pożałuje. Jeśli nie lubi – nie ma czego szukać.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...