czwartek, 14 listopada 2019

Nie tak to miało być: "Zaginiony horyzont"



(źródło)

Autor: James Hilton
Tytuł: Zaginiony horyzont
Tytuł oryginału: Lost Horizon
Tłumaczenie: Witold Chwalewik
Miejsce i rok wydania: Katowice 2004
Wydawca: Książnica

Tak się wydarzyło, że ostatnio spędzam sporo czasu nad pewnym tomem poezji, którego autorzy kilkukrotnie (bo zarówno w wierszach, jak i w tytule całej książki) używają nazwy Shangri-La. Nigdy wcześniej tego określenia nie słyszałam i jedyne, co miałam o tym do powiedzenia, to że brzmi jak jakaś nazwa wyjęta z mitologii Lovecrafta. Pomyślałam sobie jednak, że skoro poeci tak się tym zainspirowali, to może jednak to jest coś ważnego i znanego – no więc w te pędy poleciałam do internetów, żeby sprawdzić.
Ku mojemu smutkowi, okazało się, że to nie ma nic wspólnego z Lovecraftem. Ale w zamian znalazłam informację o powieści Zaginiony horyzont Jamesa Hiltona. Opis na Wikipedii brzmiał dość interesująco, zaraz więc zaopatrzyłam się w książkę, żeby nie być już dłużej prostakiem.

Zespół barwnych budowli uczepił
się ściany 
skalnej, nie zasępiając się groźnie
jak zamczysko 
nadreńskie, lecz delikatnie
wykwitając na opoce 
jak gdyby płatkami
kwiatu. Był to przepyszny 
w swej wytworności
efekt. Wzrok wzruszonego 
widza gonił wyżej,
biegnąc ponad mlecznobłękitne 
dachy hen
ku szczytowi skarpy kamiennej, 
potężnej
jak Wetterhorn nad Grindelwaldem. 
Ponad
ścianą tą zaś, oparta o nią, pięła się wzwyż 
olbrzymia, śnieżnobiała piramida Karakal.
Książka zauroczyła mnie z wielu względów. Po pierwsze, bardzo podoba mi się język, styl (choć tu akurat patrzę, ma się rozumieć, przez pryzmat tłumaczenia) i formuła: to powieść z lat trzydziestych XX wieku i da się to wyczuć. Czytanie daje mniej-więcej podobną satysfakcję jak lektura Conan Doyle’a czy Verne’a. Dostajemy piękne opisy zarówno bohaterów jak i scenografii, egzotykę i tajemnicę ocierającą się o fantastykę, ale w sumie mocno osadzoną w rzeczywistości wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe. Akcja w powieści toczy się bardzo powoli, całość jest też mocno statyczna: przez większość czasu śledzimy losy czworga bohaterów, którzy siedzą we wspomnianym już Szangri-La. Obserwujemy ich postawy, relacje, obserwacje, patrzymy na nich, jak się kłócą, jedzą posiłki czy piją herbatę. Jakże łatwo byłoby zanudzić czytelnika czymś takim! A jednak niezwykły klimat odizolowanego od świata klasztoru zagubionego gdzieś w Himalajach nie pozwalał mi się oderwać od lektury. Podobnie z ogromnym zainteresowaniem czekałam na decyzje, jakie mieli koniec końców podjąć bohaterowie i w napięciu śledziłam ich wzajemne relacje, a także reakcje na odsłaniającą się stopniowo tajemnicę. Pod każdym względem powieść trafiła tym samym w mój gust.

Choć tu od razu przyznam, że po przeczytaniu jakiegoś jednego czy dwóch opisów i tyluż opinii, spodziewałam się czegoś innego. Spodziewałam się tego wspaniałego Szangri-La – utopii, do której sama zapragnęłabym trafić. Dostałam zaś miejsce na pewno pod wieloma względami przyjemne, ale przede wszystkim jednak dość przerażające.
Szangri-La to żaden tam raj na Ziemi. Bo nikt nie porywa samolotu, żeby tylko wrzucić pasażerów do raju, bez pytania i bez możliwości powrotu. W raju nie daje się do zrozumienia ludziom, że czy tego chcą czy nie, pokochają to miejsce, a jeśli spróbują uciec, to wprawdzie nikt ich nie zatrzyma, ale z całą pewnością zginą wśród niedostępnych górskich szczytów, zanim dotrą do jakiejkowiek cywilizacji, więc niech po prostu siedzą na tyłkach i docenią rajskie wspaniałości. Co to za raj, gdzie na przejawy buntu reaguje się protekcjonalnym uśmiechem i machnięciem ręki, stwierdziwszy, że luz, teraz się rzuca, ale za maksymalnie pięćdziesiąt lat mu przejdzie?
   – Oni przyjdą.
   – Ach tak? A ja przypuszczałem, że cała 
ta historia o tragarzach to piękna bajeczka, 
zmyślona, żeby na razie było nam tutaj znośnie!
   – Nic podobnego. Choć w Szangri-La 
nie uznajemy i na tym punkcie pedanterii, 
jesteśmy jednak umiarkowanie prawdomówni. 
Zapewniam, że wszystko, co wspomniałem 
o tragarzach, to niemal co do joty prawda. 
Rzeczywiście oczekujemy ich przybycia 
w chwili, którą mniej więcej określiłem.
Szangri-La to klatka, z której nie ma ucieczki. Wrzuca się do niej ludzi wbrew ich woli i przetrzymuje. W Szangri-La ludzie są długowieczni, więc nie umierają zbuntowani, bo mają tyle czasu, że w końcu udaje się ich złamać. To okropna perspektywa pełna przemocy i manipulacji, choć wszystko pod płaszczykiem szczęśliwości, samorealizacji i odpoczynku od szaleńczego pędu tego świata. A przecież klatka, choćby nie wiem jak złota była, wciąż jest klatką.
Zresztą, przecież jeden z mnichów z Szangri-La nazywa rzecz całkiem po imieniu: „Lepiej nam się udaje z Chińczykami, ale i z nimi eksperyment często zawodzi. Najlepiej czują się u nas przedstawiciele narodów nordyckich i łacińskich; być może tak samo dobrze reagowaliby i Amerykanie, dlatego też cieszę się bardzo, że w osobie jednego z twoich towarzyszów pozyskaliśmy wreszcie przedstawiciela Stanów.” – piękne słowa, czyż nie? Pozyskali Amerykanina do swojego eksperymentu.
Przywodzi mi to na myśl pilotażowy odcinek Star Treka – Oryginalnej Serii, The Cage: tak jak mnisi z Szangri-La, Talosianie zaczęli niewinnie, bo rzeczywiście uratowali Vinę, ale w momencie, kiedy ich widzimy, są już wypaczeni i kompletnie zagubieni, porywając przedstawicieli rozmaitych gatunków do swojego prywatnego ZOO. Też są w stanie zaoferować swoim więźniom „raj”. Ale jednak nikt nie ukrywa, że to nie jest właściwe postępowanie i że nie ma zgody na zniewolenie, nawet jeśli na pozór przyjemne.
Dlatego choć Conway od samego początku budził moją sympatię w powieści, bo to po prostu fajna postać, którą pod wieloma względami całkiem nieźle rozumiem, to jednak koniec końców najmocniej kibicowałam Mallinsonowi.

Zaginiony horyzont to bardzo zacna książka. Nie zostawia może kaca, ale budzi sporo emocji, mimo leniwego tempa i pewnej kameralności. A jeszcze dochodzi wątek ślicznej i skrytej Lo Tsen, który też wywołuje we mnie mieszane uczucia, ale nie chcę się zanadto rozwodzić, no i chciałabym mimo wszystko uniknąć chociaż trochę spoili Myślę, że warto poświęcić na Zaginiony horyzont wieczór lub dwa i samodzielnie wyrobić sobie zdanie na temat tajemniczego klasztoru wzniesionego w dolinie Błękitnego Księżyca w cieniu Karakalu.




Napawając oczy pysznym widokiem, czuł się uszczęśliwiony, że są jeszcze na kuli ziemskiej odludzia niedostępne, po dziś dzień nie objęte ekspansją człowieka. Długi bastion lodowy Karakorum wyraziściej zamajaczył ku północy na tle nieba, co przybrało barwę ponurą o mysioszarym odcieniu. Wierchy zalśniły chłodno, dalekie i majestatyczne, i jakoś szczególnie dostojne poprzez swoją bezimienność.

wtorek, 5 listopada 2019

Dawno, dawno temu: "Życie codzienne na Pomorzu wczesnośredniowiecznym"


Autor: Teresa i Ryszard Kiersnowscy
Tytuł: Życie codzienne na Pomorzu Wczesnośredniowiecznym
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1970
Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Rzadko kiedy piszę tutaj o książkach popularnonaukowych, ale jednak czasem zdarza mi się zrobić wyjątek – i tym razem też mam taki zamiar. Książka, która ostatnimi czasy wpadła w moje ręce, nie jest może ani nowa, ani nie wyczerpuje tematu, niemniej widzę bardzo solidne powody, dla których warto do niej sięgnąć.
Oczywiście, zakładając, że w ogóle z jakiegokolwiek względu interesuje nas życie nadbałtyckich Słowian.

Nie ukrywam, że - jakkolwiek ogólnie lubię serię "Życie codzienne" - miałam pewne obawy, zabierając się za lekturę. Książka, jakby nie patrzeć, ma swoje lata, a badania idą naprzód. Istniała spora szansa, że wiedza zaprezentowana przez państwo Kiersnowskich będzie mocno nieaktualna.
Okazało się, że wbrew pozorom nie jest tak źle: głównie dlatego, że o Słowianach nie było wiele wiadomo w latach siedemdziesiątych i, prawdę mówiąc, niewiele o nich wiadomo obecnie. Może gdyby autorzy mocniej wdawali się w szczegóły i omawiali konkretne odkrycia archeologiczne, całość rzeczywiście mogłaby się zdezaktualizować, ale Życie codzienne... to opracowanie raczej ślizgające się po temacie, dość ogólnikowe.
To zresztą można traktować jako walor książki i jej wadę zarazem. No bo dobrze, przyznaję, że po jej przeczytaniu moja wiedza o życiu dawnych Pomorzan nie zrobiła się nagle nie wiadomo jak obszerna. Specjalista od słowiańszczyzny być może nie znalazłby tu niczego ciekawego. Ale szczerze? Przynajmniej jest w ogóle jakaś ta moja wiedza. Dla nie-eksperta w zupełności satysfakcjonująca. Bo bez większego trudu mogłam tę książkę przeczytać od deski do deski i myślę, że zapamiętałam naprawdę sporą jej część, co byłoby znacznie utrudnione, gdybym zmagała się z fachową cegłówką, w której więcej jest przypisów niż właściwej treści.
Autorzy omówili pokrótce poszczególne aspekty życia wczesnośredniowiecznych Pomorzan – od warunków naturalnych panujących na tych terenach w wiekach X–XII, przez organizację grodów i miast, oczywiście codzienne obowiązki, krótką charakterystykę pomorskiej garderoby czy kulinariów, a kończąc na zagadnieniach wojskowych, no i oczywiście religijnych. Poruszone zagadnienia są ładnie osadzone w czasie i w kontekście zarówno kontaktów (mniej i bardziej pokojowych) z innymi ludami z basenu Morza Bałtyckiego, jak i z chrześcijańskimi książętami w rodzącym się na południu państwie polskim.
Swoją drogą, państwo Kiersnowscy są dość surowi dla chrześcijan i zalążków władzy centralnej, niejednokrotnie wskazując na sytuacje, w których oto w pomorskim grodzie zaczyna obowiązywać prawo takiego a takiego księcia, dzięki czemu mieszkańcy grodu nadal wykonywali te same prace co wcześniej, tylko cały dochód szedł do jakiegoś jaśniepana, który nawet nie rezydował na Pomorzu. Dawało się w tym wyczuć jakąś delikatną niechęć Autorów, jednakże nie było to nachalne ani nie przesłaniało merytorycznej wartości Życia codziennego...
Jednocześnie książka nie próbuje udawać, że wie więcej niż można by się spodziewać. Nie raz pojawia się zastrzeżenie, że dane informacje to raczej tylko domysły w oparciu o to, co wiadomo o innych ludach bliskich kulturowo Pomorzanom.

Życie codzienne… jest świetnym tytułem czy to na początek przygody z północną słowiańszczyzną, czy to dla ogólnego poszerzenia horyzontów. To bardzo przystępnie napisana lektura, wciągająca i zawierająca – mimo całej swojej skrótowości – szereg informacji, którymi zazwyczaj się nie dysponuje, albo które wyleciały z głowy, nawet jeśli człowiek w dzieciństwie prześlizgnął się po tym w szkole. A jeśli kogoś temat mocniej zainteresuje, wtedy już można zabrać się za obszerniejsze i bardziej szczegółowe opracowania. Moim zdaniem takie książki są bardzo potrzebne właśnie dla popularyzowania nauki: zwięzłe, ciekawe i niegłupie. Jeśli miałabym na coś rzeczywiście narzekać, to brak map. Bardzo bym chciała mapę ówczesnego Pomorza z zaznaczonym, kto skąd i kiedy.




Ostatni bogowie słowiańscy padli pod siekierami Duńczyków na Rugii w 1168 r., ale nikt nie wie, ilu ich pozostało jeszcze w lasach, na bagnach i w domostwach pomorskich. Stuletni okres wojen z Polską i z Danią był w każdym razie także okresem walki Pomorzan o ich wiarę, nie tak zresztą twardej i krwawej, jak walka o wolność, władzę i dobytek.

wtorek, 29 października 2019

W poszukiwaniu życia: "Zielona planeta"

Autor: Andrzej Ostoja
TytułZielona planeta
Miejsce i rok wydania: Łódź 1973
Wydawca: Wydawnictwo Łódzkie

Czytałam ostatnio coś, gdzie była wspomniana powieść Piętaszek Heinleina. Całkiem szczerze, nie pamiętam już nawet za bardzo, gdzie się pojawił ten element (wpadłam w pułapkę czytania kilku książek jednocześnie – efekt: żadnej nie mogę skończyć i wszystkie mi się mieszają), ale pamiętam myśl, że hej: w sumie znam tytuł, znam nazwisko, ale nigdy tego nie czytałam. No to siup, idę w internety poszukać sobie nowej książki. Nie liczyłam, ma się rozumieć, na ebooka, ale pomyślałam, że może znajdę po taniości papier. Przeczytam i oddam na bookcrossing albo coś takiego. Rzeczywiście, znalazłam, za piątaka w pakiecie z Władcami marionetek, których też nie czytałam, więc wygrałam życie. Pech chciał, że sprzedawca miał naprawdę obszerną ofertę literatury fantastycznej średnio po cztery złote książka, więc cóż… będę miała duży ładunek na ten bookcrossing.
Oczywiście Heinleina jeszcze nie tknęłam, ale za to łyknęłam rzecz najmniejszą z tych zakupów, czyli Zieloną planetę. Zaczęłam od niej centralnie dlatego, że jest – jak wspomniałam – najmniejsza. Dokładniej rzecz ujmując: na jedno popołudnie. Serio, zaczęłam po pracy i skończyłam przed snem.

Jedno muszę Autorowi przyznać: umie wciągnąć od pierwszych zdań. Bo oto leci rakieta, która szuka obcych form życia w galaktyce. Ale, wbrew temu, do czego czytelnik może być przyzwyczajony, rakieta nie jest obsadzona przez ludzką załogę. A nasi kosmiczni bohaterowie prezentują tak fantastycznie odmienny gatunek, że sam ich opis oraz opis ich rodzimej planety wciąga bez reszty – nawet jeśli to przecież tylko solidny infodump.
Coś jest takiego w krzemowych kulkach z mackami, że z miejsca budzą sympatię. Kibicuje się komandorowi Rhin-Jaspisowi, profesorowi Rhen-Onyxowi czy młodemu Rhan-Heliotropowi. Choć zupełnie inni od ludzi, mieszkańcy planety Uum jednak, podobnie jak my, szukają sensu dla własnego istnienia, pragną rozwiązywać zagadki wszechświata, dyskutują ze sobą, emocjonują się, smucą. Andrzej Ostoja świetnie wyczuł linię, na której postaci w jego powieści będą na tyle obcy, by zaintrygować, ale na tyle bliscy człowiekowi, by móc się z nimi identyfikować i angażować w ich losy.
W dodatku poczynania Uumitów stanowią ładne zwierciadło dla poczynań ludzi, którzy myślą o życiu we wszechświecie. Zielona planeta pokazuje, jaką pułapką jest zakładanie, że inteligencja może rozwinąć się tylko na planecie podobnej do naszej. Rakieta UHUM 1010 nieomal ominęła napotkany układ planetarny, wychodząc z założenia, że krążące wokół gwiazdy globy są za zimne i w ogóle do niczego się nie nadają, na pewno nie będzie tam życia. Przy bliższych oględzinach jednak okazuje się, że nie dość, że życie tam istnieje, to jeszcze jest dużo bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać.
Podoba mi się też poruszenie kwestii upływu czasu przy podróżach międzygwiezdnych w poszukiwaniu kosmicznej inteligencji. Wyprawa Uumitów trwa sześćdziesiąt tysięcy lat. Dla nich to nie problem, bo żyją nawet miliony lat, są niemal nieśmiertelni. Ale inne formy życia mogą nie być tak długowieczne, czyż nie? Biorąc pod uwagę długość lotu, nie jest jakieś nieprawdopodobne „minięcie się” z obcą inteligencją. Może jest jej pełno wokół, ale trudno się spotkać w jednym miejscu i czasie.
Przy czym autor absolutnie nie rozwodzi się nad tym tematem. Bah, biorąc pod uwagę długość Zielonej planety, autor prawdę mówiąc nad niczym się nie rozwodzi, czasem nawet przeskakuje nad całymi miesiącami działań bohaterów. Pewne rzeczy po prostu są zaakcentowane i to celnie.

Interesująca jest też druga część powieści (czy też drugi rozdział – z całych dwóch), czyli historia opowiedziana z drugiej strony. Początkowo byłam rozczarowana takim wyrwaniem z tej obcości Uumitów, ale z czasem przywykłam i polubiłam narratorkę tej opowieści. Zgrabnie udało się pokazać narastające osamotnienie, popadanie w obłęd, wreszcie też taką zwykłą refleksję, jak łatwo o samozniszczenie gatunku.

To nie jest powieść, która wyrwała mnie z kapci i wgniotła w fotel. Ale zahaczyła o kilka niegłupich pomysłów – zrobiła to trafnie, bez słowotoku i nie pozostawiając niedosytu. Są emocje związane z Uumitami, są te towarzyszące ostatnim mieszkańcom planety. Pojawia się smutek i żal, ale zaraz potem też i nadzieja, i jakaś satysfakcja, i wreszcie też taka zwykła refleksja „co my właściwie wyprawiamy?”. Naprawdę fajny sposób na spędzenie jednego popołudnia.




– Przyjaciele – nadawał w specjalnym, często przerywanym, uroczystym tonie – jak się zdaje, jesteśmy o krok od zadziwiającego, niebywałego wydarzenia, które na zawsze zapisane zostanie w dziejach kosmonautyki. Otrzymałem do tej pory dostateczną ilość danych, aby przypuszczać, że planeta ta posiada jakieś formy życia, że może nawet jest zamieszkana przez istoty inteligentne…
– Sprawdzają się moje przewidywania – triumfalnie wykrzyknął adiutant Rhan-Heliotrop. – Uniwersalny Mózg Elektronowy nie popełnił błędu. Zbliżamy się do momentu, na który czekaliśmy miliony lat.

wtorek, 8 października 2019

GMO, weganizm i kosmici: "Gorąca linia z Wężownika"

(źródło)

Autor: John Varley
Tytuł: Gorąca linia z Wężownika
Tytuł oryginału: The Ophiuchi Hotline
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1996
Wydawca: Prószyński i S-ka

26 maja 2014 roku, czyli w czasie, kiedy uczestniczyłam w akcji „Eksplorując nieznane”, pod moją notką poświęconą Trudnej operacji Jamesa White’a niejaka Trishina poleciła mi Gorącą linię z Wężownika. A ja polecanki szanuję. Dlatego też już pięć lat później książka wylądowała w moich rękach. Bo jestem słowną Frąą.

Od razu może napiszę, że Gorąca linia z Wężownika nie stała się z miejsca moją ulubioną powieścią. Prawdę mówiąc, nie jest chyba nawet w puli dziesięciu ulubionych. Ale jedno muszę jej przyznać: jest cholernie wciągająca. Zaprezentowane w niej pomysły niewątpliwie mają rozmach (zapewne w latach siedemdziesiątych robiło to jeszcze większe wrażenie), świat jest przestronny i bardzo różnorodny, bohaterowie wyraziści, a akcja wartka – wszystko to sprawia, że przez książkę człowiek się w zasadzie prześlizguje, nie bardzo nawet zauważając, gdzie znikają te kolejne strony.
Ale z drugiej strony, właśnie chyba ta lekkość i tempo sprawiają, że powieść nie zalazła mi jakoś mocniej za mózg. Dodatkowo zirytowało mnie zakończenie, bo pomyślałam sobie, że jest jakieś takie urwane i wygląda jakby to był dopiero wstęp do czegoś. Potem doczytałam w internetach, że istotnie: to jest pierwsza część cyklu Eight Worlds, ale – jeśli mnie Wikipedia nie okłamuje – kolejne tomy nie zostały wydane po polsku. Z drugiej strony, między Gorącą linią… a kolejną częścią, Steel Beach, jest piętnaście lat odstępu, więc nie wiem tak naprawdę, czy pierwszy tom był rzeczywiście pomyślany jako początek cyklu, czy cykl pojawił się dużo później, a tamto należy jednak rozpatrywać jako samodzielną całość.

To, co mnie chyba najbardziej cieszy w Gorącej linii…, to ta dwojaka wizja przyszłości gatunku ludzkiego: bo z jednej strony to jest wizja pesymistyczna, w której ludzkość została wypchnięta z własnej planety i żyje w rozproszeniu na pozbawionych atmosfery kawałkach kosmicznych skał, drąży w nich tunele i walczy o przetrwanie. A tak naprawdę to, co widzimy w powieści, to dopiero początek tej walki, bo zapewne będzie jeszcze gorzej.
Z drugiej jednak strony, ludzkość fantastycznie wykorzystała wiedzę płynącą z tytułowej gorącej linii. Zwalczyła choroby, nawet samą śmierć, mięso rośnie na drzewach, a bardzo szeroko pojęte kwestie seksualności przestały stanowić temat tabu. Człowiek przyszłości jest racjonalny i, o dziwo, bardzo pokojowo nastawiony. A jednak nie aż tak wyidealizowany jak w Star Treku, no bo nadal są krętacze i przestępcy, wciąż istnieje też chociażby taka zwykła próżność, która każe ot tak, dla ozdoby, w bardzo wymyślny sposób modyfikować własne ciało.

Z całą pewnością też Gorąca linia… stawia pytania – i to dość duże. Począwszy od potencjalnego kontaktu z obcą cywilizacją i miejsce człowieka we wszechświecie, przez genetyczne i biologiczne modyfikacje, a na nowoczesnym systemie karnym kończąc. Szczególnie istotne miejsce w tym wszystkim zajmują kwestie klonowania, nieśmiertelności i związanych z tym konsekwencji – zarówno te dobrych jak i złych. Mam jednak wrażenie, że te tematy jakoś nadzwyczaj nie poruszają czytelnika, choć właściwie powinny, i to teraz nawet bardziej niż w czasie, kiedy powieść powstawała, bo stopniowo przecież wchodzimy w epokę, w której to wszystko wychodzi z domeny fikcji i staje się rzeczywistością. Jakby mnie ktoś pytał o zdanie, obstawiłabym, że to wynika z pewnego przedobrzenia: prezentowani w powieści ludzie w bardzo niewielkim stopniu przypominają nas. Dane przesyłane z Wężownika przez kilkaset lat tak bardzo odmieniły nasz gatunek, że bardzo trudno identyfikować się z Lilą i innymi bohaterami. Wszystko jest trochę zbyt odmienne, zbyt odległe, żeby czytelnik mógł się w pełni zaangażować. Przynajmniej u mnie w ten sposób to podziałało. Nawet Javelin, która teoretycznie powinna być bliższa odbiorcy, jak na ironię jest chyba najbardziej egzotyczna – a to ze względu na jej profesję i tryb życia. Choć, tu muszę nadmienić, w ogóle łowców dziur uwielbiam z całym dobrodziejstwem inwentarza, a Javelin jest kapitalna.
Zresztą, jak już wspominałam, bohaterowie są wyraziści. I to tak naprawdę, prawdziwa galeria pomysłowych indywiduów. Począwszy od nadzwyczaj egzotycznej Javelin, przez Parameter/Solstice czy Vaffę, po tajemniczego szefa Tweeda. Prawdę mówiąc, najbanalniej w tym zestawieniu jawi się główna bohaterka, Lila. Niemniej nawet ona ma swoje charakterystyczne cechy i łatwo zapada w pamięć. Ich perypetie i – skądinąd bardzo skomplikowane – interakcje śledzi się z przyjemnością.

Gorąca linia z Wężownika to tryskająca pomysłami, śmiała wizja przyszłości, przy tworzeniu której autor najwyraźniej bardzo wziął do siebie powiedzonko „ogranicza cię tylko twoja wyobraźnia”. A tej, jak widać, Johnowi Varleyowi nie brakuje. Zdecydowanie rozrywkowa lektura na kilka miłych wieczorów.
Tylko uprzedzam: do wizyty Najeźdźców zostało nam jakieś trzydzieści lat.



Najazd na Ziemię miał drugorzędne znaczenie. Został dokonany ze względu na trzy zamieszkujące ją inteligentne gatunki: kaszaloty, mieczniki i delfiny butelkonose. (zdjęcia archiwalne ssaków morskich)
Bronson twierdzi, że we wszechświecie istnieje kilka poziomów inteligencji. Na szczycie znajdują się Jowiszanie i Najeźdźcy. Poziom niżej – delfiny i wieloryby. Ludzie, ptaki, pszczoły, bobry, mrówki i korale nie są uważane za gatunki inteligentne.

wtorek, 1 października 2019

A teraz coś z zupełnie innej beczki: "Disenchantment"

(źródło)
Czy mam cierpliwość do długich seriali? Nie, od dawna to powtarzam. Czy Netflix służy mi głównie do oglądania kreskówek? Tak, w sumie – jak się nad tym zastanawiam – owszem. Raz, że jakoś tak wychodzi, że są bardziej pomysłowe i wciągające od filmów czy seriali fabularnych, za które się biorę. Dwa, że mają krótkie, zazwyczaj dwudziestominutowe odcinki i stosunkowo niewiele epizodów w sezonie.
Co mnie wkurza? Że w Polsce Netflix jest Netflixem Trzeciego Świata i kiedy za granicą leci trzeci (bądź siódmy) sezon jakiegoś serialu (animowanego lub aktorskiego, to uniwersalny problem), ja mogę legalnie obejrzeć najwyżej drugi (bądź piąty). Ogarnij się, Netfliksie.

Czy pisałam już o Final Space? Nie mam bladego pojęcia. Zdawało mi się, że tak, ale chyba wcale niekoniecznie.
Dlatego na wszelki wypadek dziś napiszę o Rozczarowanych.

To jeden z tych tytułów, do których od samego początku byłam raczej sceptycznie nastawiona. Chodzi o to, że to animacja Matta Groeninga i Josha Weinsteina – czyli panów odpowiedzialnych za Simpsonów i Futuramę. I jakkolwiek ogromnie lubię Futuramę, to jednak od Simpsonów skutecznie się odbiłam i jakoś mnie ta rodzinka irytuje. Toteż Rozczarowani byli tacy trochę „na dwoje babka wróżyła”. Choć za pewien argument służył fakt, że Weinstein współtworzył Gravity Falls.
I faktycznie, Rozczarowani to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Przede wszystkim miałam kłopot z księżniczką Bean (Abbi Jacobson), która zrobiła na mnie wrażenie bardzo banalnego i nadmiernie powtarzanego żartu z współczesną pijaczką-nastolatką wrzuconą do średniowiecznego świata. Księżniczka, która jest zaprzeczeniem stereotypowej księżniczki – no brawo, tego jeszcze nie grali.
Moja pomyłka polegała na tym, że w gruncie rzeczy ten żart stanowi tylko tło dla historii, w której ciężar jest położony w zupełnie innym punkcie. W sumie mam wrażenie, że charakter Bean dość szybko przestaje być elementem humorystycznym, tylko no… cóż, Bean po prostu taka jest i tyle. To nie ona dźwiga tę opowieść.

(źródło) (przy okazji w linku jest dużo bardziej
krytyczna recenzja, jakby ktoś był ciekaw)
Prawdę mówiąc, w tej chwili nie potrafię do końca określić, co ją dźwiga, choć niewątpliwie serial ma kilka mocnych punktów.
Poza wspomnianą już księżniczką Bean, mamy więc cały pakiet barwnych (dosłownie i w przenośni) bohaterów zarówno z pierwszego, jak i z dalszych planów, którzy ani przez moment nie pozwalają widzowi na nudę. Przede wszystkim jest cyniczny demon Luci (Eric André) oraz dobry i naiwny elf Elfo (Nat Faxon). To, co ładnie udało się z nimi zrobić, bo ukazanie przemian, jakie stopniowo w nich zachodzą na skutek wielu niecodziennych doświadczeń, przy jednoczesnym zachowaniu sedna ich osobowości. Po dwóch sezonach nadal są sobą, choć już nie tacy jak na początku.
A w tle przewija się cała masa równie nietuzinkowych postaci, począwszy od samego króla Zoga (John DiMaggio), przez rybioludzką królową Oonę (Tress MacNeille), ich syna – księcia Dereka (również Tress MacNeille) czy gadająca świnię, czyli księcia Merkimera (fantastyczny Matt Berry – tak, brzmi dokładnie jak w IT Crowd). I mnóstwo innych. W samym plemieniu elfów znajdą się jednostki, które zapadają w pamięć, a nie tykam nawet osób kręcących się po królewskim dworze.

(źródło)
Z taką galerią postaci aż się prosi o fajną fabułę, żeby nie zmarnować potencjału. No i Rozczarowani niczego nie marnują. Historia Bean, Luciego i Elfo jest dynamiczna, wciągająca i zaskakująca. Zdecydowanie bardziej skręca w stronę Futuramy niż… no, tego drugiego. Tylko tym razem wyobraźnia scenarzystów znalazła ujście nie w futurystycznej fantastyce naukowej, a w na pozór generycznym, okołośredniowiecznym świecie fantasy. Mówię, że na pozór generycznym, no bo tak naprawdę trudno pomylić ten świat z jakimkolwiek innym. Rasy mamy niby znane, ale zaprezentowane jednak po swojemu. W dodatku udało się w bardzo akuratnym stopniu wmieszać w to aluzje do popkultury i w ogóle współczesności, bez jednoczesnego rozbijania magicznego klimatu. Myślę, że to się udało w dużej mierze dzięki umiejętnemu doborowi owych popkulturowych elementów – odnajdziemy w kreskówce nawiązania do tytułów, które same należą do fantasy, średniowiecza i baśni (Piotruś Pan, Tolkien, Monty Python i Święty Gral i wiele innych), więc ich obecność w Rozczarowanych nie tworzy dysonansu.
No i muzyka – jest świetna i dynamiczna, podobnie zresztą jak czołówka, którą nawet nie zawsze przeskakuję, co naprawdę należy do wyjątków.

Podobnie jak Archer czy Futurama, Rozczarowani to głównie humor i przygoda. W przeciwieństwie do Archera, a podobnie jak Futurama, w tej przygodzie widać jakiś głębszy sens. On jest bardzo dobrze ukryty, to prawda. Nie mamy głębokich wzruszeń i walenia w emocje rodem z Ricka i Morty’ego czy Final Space. Ale to tam jest: przyjaźń, lojalność, samotność, rodzina… te tematy są poruszone niby lekko, a jednak jakoś tak ładnie i nienachalnie.

Rozczarowani to bardzo przyjemny serial. Dwa krótkie sezony póki co sprawiają wrażenie, jakby scenarzyści wiedzieli, co robią i dokąd zmierzają. Każdy sezon kończy się parszywym cliffhangerem, więc oczywiście teraz czekam na sezon trzeci. Obawiam się, że nie skończy się na jednorazowym obejrzeniu.



– I’m gonna have to kill him or something.
– Do it! Do it! And after you kill him, we can hide the body. Then we could join the search party and you and I can look at each other and try not to laugh.

wtorek, 24 września 2019

Another time, another world: "Dark Crystal"

(źródło)

Film Jima Hensona Ciemny Kryształ dawno już uzyskał status kultowego. Po trosze dlatego, że to film Jima Hensona. Po trosze zaś ze względu na dość specyficzną estetykę, mrok, pomysłowość i bogactwo świata. Ja sama wprawdzie jakoś nigdy nie byłam fanką, ale być może to dlatego, że widziałam ten film gdzieś kiedyś za dzieciaka (może za wcześnie?) i po prostu niewiele z tego wszystkiego pamiętałam. Niemniej nawet ja byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że Netflix sięga po tę markę. Szczególnie że to się dość zgrabnie wpisuje w trwający obecnie czas powszechnych remaków i rebootów (dziś się dowiedziałam, że będzie reboot Strażnika Teksasu. Chucka Norrisa zagra Jared Padalecki. TAK BARDZO nie ma już pomysłów, co rebootować). Nie miałam więc w sumie żadnych oczekiwań.
I może to dzięki temu, że nie pamiętałam oryginalnego filmu. A może dlatego że to jednak nie jest remake, tylko prequel. W każdym razie serial Dark Crystal: Age of Resistance zadziwiająco daje radę.

Owszem, owszem, początkowo miałam wątpliwości. Użycie prawdziwych lalek do nakręcenia serialu było decyzją dość odważną, przyznaję. O ileż łatwiej i efektowniej można by ogarnąć temat z postaciami generowanymi komputerowo! Przecież te lalki to nic innego jak mapety. Zaawansowane i bardzo fancy, ale jednak mapety. I nic nie poradzę na to, że podczas oglądania pierwszego odcinka czekałam, aż zza krzaka wyskoczy Wielki Ptak albo Oskar. Z czasem dopiero pojęłam, że byłam niesprawiedliwa. Bo te lalki to nie jest Wielki Ptak ani Oskar (mimo całej mojej sympatii do Oskara). Są naprawdę przepięknie zaprojektowane i wykonane. To znaczy – zazwyczaj. Jestem całkowicie zachwycona Skeksami: są przekonujący, paskudni, okrutni i odrażający, a przy tym każdy z nich ma indywidualne cechy i może budzić rozmaite emocje. Fakt, w oryginalnym filmie Skeksowie też mocno zapadają w pamięć, bah, chyba są jeszcze bardziej odrażający niż w serialu (choć serialowa Collector bardzo się starała), ich problemem jednak jest ruch dziobów podczas mówienia. Słabo to wypada, podczas gdy w serialu wręcz przeciwnie – zaskakująco dobrze.
Z różnym powodzeniem wypadają Gelflingi. Ale myślę, że nie ma co się dziwić. Te istoty są najliczniej reprezentowane wśród serialowych lalek, więc siłą rzeczy rzucają się w oczy różnice między nimi. I tak na przykład Rian do samego końca mnie nie przekonał z tym swoim dziwnym, przyklejonym uśmieszkiem (naprawdę, czasem trudno było mi zinterpretować, jakie emocje  w danej chwili mu towarzyszą), Gurjin był jeszcze gorszy i szczerze męczyło mnie oglądanie go, z kolei Deet byłam zachwycona. No i Aughrą. Aughra jest fenomenalna. Ma świetną mimikę i niesamowity dizajn. No i jest genialnie zagrana – w sensie chodzi mi o głos… Nie da się jej dokleić ani do złych Skeksów, ani do dobrych Gelflingów.
I mamy też Podlinga Hupa – Hup jest bardzo prostą lalką i od razu rzuca się w oczy, że to pacynka. Ale jednocześnie to też postać o bardzo fajnym, prostym charakterze, który ładnie współgra z tym wyglądem.

Łowca. Nie napisałam nic o Łowcy.
Łowca jest przekozakiem.
Z cholernie creepy końcówką
wątku. (źródło)
Z czasem więc doszłam do wniosku, że problem serialu tkwi w czymś innym. Paradoksalnie to nie lalki przeszkadzają, a CGI. Komputerowo generowane scenerie, odległe plenery i efekciarskie sceny z fruwającymi powozami czy mknącymi wierzchowcami. Bo jedno z drugim się trochę gryzie. Lalki są fajne. I CGI jest fajne. Ale widać, że to dwie różne bajki. Sceny wygenerowane przez komputer po prostu trochę wybijają z tego lalkowego świata.
Świata, który swoją drogą jest piękny i bardzo malowniczy. Twórcy rzeczywiście przyłożyli się, żeby oddać klimat Thra z filmu z 1982 roku. Owszem, jest nieco pogodniej, bo to prequel, ale w tym wszystkim siedzi ta sama estetyka. Mamy te same rośliny, wzornictwo, architekturę. I tu muszę w ogóle przyznać, że zrobienie serialu rzeczywiście miało sens.
Nie chodzi o to, że teraz chcę marudzić na film. To wciągająca opowieść w niesamowitym świecie. Ale w gruncie rzeczy widz dostaje tam bardzo niewiele tego świata. Są jakieś szczątkowe wskazówki tu i tam na temat samego kryształu, powstania Skeksów, wyginięcia Gelflingów i tak dalej, ale tak naprawdę nie mamy pojęcia, co i jak. To trochę tak jakby rozprawiać o mitologii Tolkiena wyłącznie na podstawie Hobbita. No bo pełnometrażowy, oryginalny Ciemny Kryształ to taki Hobbit: krótka opowiastka o nie do końca świadomym czegokolwiek bohaterze, który nagle ma udać się na niebezpieczną misję. Tu i ówdzie ktoś go popchnie naprzód, ale wydaje się równie zagubiony w tym świecie, jak i widz (czytelnik). Ale między wierszami rodzą się pytania.

Historia jest niezbyt skomplikowana, ale jednak bez porównania bardziej złożona niż w filmie. Każdy z bohaterów ma swoje motywacje i cele, co czasem prowadzi do owocnej współpracy, a czasem wręcz przeciwnie. Szczególnie warto wspomnieć tutaj o Seladon, która zalicza chyba największego mindfucka i której wątek nie raz zaskoczy widza.
Zresztą, tu znów wrócę do Skeksów: sam główny antagonista, Cesarz, jest świetny w swoim obsesyjnym lęku przed śmiercią. Właściwie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy on jest nie tyle zły, ile raczej bardzo, bardzo zdesperowany. Robi wrażenie tym bardziej, jeśli połączyć to z jego rolą w pełnometrażowym filmie (nie chce spoilować).

Z kolei Biegacze mnie
nie przekonują. Wyglądają
efektownie, ale imho są
ewolucyjnie wyjątkowo
głupim tworem.
No, ale grafika ładna.
(źródło)
Widać, że to opowieść napisana starannie i tak też zrealizowana. I chociaż nie podobają mi się sceny wygenerowane komputerowo, to one nie odbierają przyjemności z seansu na tyle, żeby miało to o czymkolwiek przeważyć. Tak, musiałam do tego serialu się przekonać. Zajęło mi to dwa odcinki, kiedy miałam głównie ekspozycję. A potem już poszło. Muszę tu dodać, że aktorzy głosowi są fantastyczni (Jason Isaacs, Mark Hamill, Simon Pegg, Helena Bonham Carter, Natalie Dormer, Andy Samberg, Mark Strong… i masa innych, ale wymieniam tylko tych, których po prostu lubię z innych ról).
Prawdę mówiąc, obecnie jestem na etapie, że serial powinien doczekać się drugiego sezonu. Nie wiem, czy taki jest w planie, ale historia świata zdecydowanie się tego domaga. Bo między tym prequelem a filmem z 1982 roku jest jeszcze spora przepaść, kiedy wydarzyło się… cóż, właściwie wszystko. Cała wojna. Kiedy moglibyśmy dowiedzieć się, co stało się z Hupem i Lorem? Jak potoczyła się historia Riana i Deet? W którym momencie Cesarz zapadł na zdrowiu? Co dalej knuł Szambelan? I tak dalej – to można mnożyć, bo niemal każda postać, która pojawiła się w serialu, ma potencjał na oddzielną opowieść.
To dobry prequel, który zdecydowanie wniósł coś do wykreowanego przez Jima Hensona świata. Nie nazwę tego odcinaniem kuponów – przynajmniej jeszcze nie. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.


A na marginesie: zauważyliście, że Aughra w pełnometrażowym filmie ma sutki…? Co musi być z człowiekiem nie tak, żeby robić sutki pacynce w baśni dla dzieci?

wtorek, 17 września 2019

Ścieżki wyobraźni: "Rozstaje"


Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Rozstaje
Miejsce i rok wydania: Katowice 2019
Wydawca: Śląski Klub Fantastyki

Śląski Klub Fantastyki jest jednym z prężniej działających klubów fantastyki, jakie znam. W szczególności mam tu na myśli sekcję literacką, z którą zdarzyło mi się mieć do czynienia i której totalnie zazdroszczę Katowicom i okolicy (i oficjalnie wyrażam focha, że na północy czegoś takiego nie ma). Kolejną antologią Logrus udowadnia, że jest czego zazdrościć.
Właściwie głupia sprawa, ale jestem w stanie wyłuskać z siebie stosunkowo niewiele czepów odnośnie do zamieszczonych w tym zbiorku tekstów. To znaczy najpoważniejsze zastrzeżenie mam chyba wobec samego układu książki: jeśli jest coś, co naprawdę przypadło mi do gustu w zbiorze Hardej Hordy, to kolejność elementów – najpierw opowiadanie, potem notka biograficzna o autorce. I tutaj bardzo chętnie widziałabym to samo, niestety jednak zapadła inna decyzja i informacje o autorach dostajemy przed opowiadaniami. Całkiem szczerze: omijałam te notki, bo nie chciałam czytać opowiadań przez ich pryzmat i przedwcześnie się ustosunkowywać. A później, cóż, nie chciało mi się do nich wracać, choć wiem, że takie skonfrontowanie utworu z twórcą potrafi być całkiem ciekawe. Ot, taki hint na kolejny tom: najpierw opowiadanie, potem notka o autorze.

A same teksty?
Kurde, sama jestem zaskoczona, jak są fajne. I nie mówię tu o takiej zwykłej fajności, że interesujący wątek czy udany bohater. To są opowiadania profesjonalnych, doświadczonych i dojrzałych twórców – przynajmniej takie sprawiają wrażenie (mało wiem o doświadczeniu twórców, bo – jak wspominałam – nie czytałam notek biograficznych, a nazwiska kojarzę tylko nieliczne). Dostajemy ciekawe, oryginalne pomysły, sprawną narrację, przyjemne tempo, no i bardzo szeroki wachlarz interpretacji tematu przewodniego antologii, czyli tytułowych rozstajów.
Choć, przyznaję, wydaje mi się, że akurat ten temat jest dość łatwy. W takim sensie, że tak naprawdę bardzo szeroki, bo wszak rozstaje to podejmowanie decyzji, czyli jakiś konflikt, a na mniej lub bardziej dosłownie pojętym konflikcie opiera się gro twórczości w ogóle. Bez konfliktu trudno o opowieść.
Ale to tak naprawdę żaden zarzut, raczej spostrzeżenie. Bo nawet pozornie łatwy (bo szeroki) temat można ująć w sposób udany i ciekawy, a można zmarnować szansę.

Opowiadań jest na tyle mało, że nawet mogę pokusić się o parę zdań na temat każdego z nich.

Na pierwszy ogień więc czytelnik dostaje W taniej służbie Jej Królewskiej Mości Krystyny Chodorowskiej. I przyznaję, że nie jest to najlepsze otwarcie. Opowiadanie wydaje się dość nijakie: mamy raczej generyczny świat fantasy z magami i uciekającymi księżniczkami, magowie oczywiście niczym rycerze Jedi zmuszeni są do celibatu, a z tego wynika – a jakże – problem. Nie jest źle, ale też nie za dobrze. Sytuację jako-tako ratował Mikash, który okazał się szczególnie udanym bohaterem, choć może i epizodycznym.
Zaraz potem jednak mamy Wybór Anny Małgorzaty Binkowskiej i tu już sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wykreowany przez autorkę świat jest interesujący – nawet jeśli konfrontacja „naturalności” i zachłyśnięcia się zaawansowaną technologią ociera się o dość wyświechtany morał, to całość została bardzo zgrabnie i ciekawie ugryziona, a Annie bardzo łatwo jest kibicować, bo to po prostu sympatyczna dziewczyna.
Trzecie opowiadanie, Teru Czerwona Pięść Alicji Tempłowicz, momentalnie dołączyło do grona moich ulubionych – a raczej z przytupem w ogóle otworzyło tę pulę. To znaczy trochę się tego spodziewałam, bo nigdy nie ukrywałam, że ogromnie lubię twórczość tej autorki: zarówno jeśli chodzi o styl jak i o to, co siedzi w jej głowie. Tutaj dostajemy zgrabną historię miłosną w rodzaju takich, które lubię najbardziej, czyli tak bardzo realistycznych, z całym dobrodziejstwem inwentarza: niezręcznością, lękami i niewypowiedzianymi słowami. Przywodzi mi to na myśl wątki romantyczne u Pratchetta i to jest bardzo dobre skojarzenie. Dodatkowo tekst jest głęboko zanurzony w mitach – zarówno tych bardziej znanych greckich, jak i może nieco mniej popularnych (wydaje mi się, że indiańskich, ale przyznaję, że trochę strzelam, skąd Alicja Tempłowicz zaczerpnęła inspirację). Tekst jest bardzo emocjonalny, bywa wzruszający, a zakończenie w gruncie rzeczy mnie zaskoczyło.
Myślałam sobie nawet, że no ładnie, po czymś takim to kolejne teksty w antologii będą miały twardy orzech do zgryzienia – ale muszę przyznać, że poszło łatwiej niż się spodziewałam. Nie chodzi o to, że nagle okazało się, że Teru… jednak wcale nie jest taka dobra. Po prostu kolejne opowiadania były na tyle odmienne, że mój mózg nawet nie próbował ich porównywać i bez większego problemu mogłam je czytać.
A kolejnym opowiadaniem są Mieszkańcy Olgi Niziołek – przez moment myślałam, że zastosowany w narracji czas teraźniejszy będzie mnie irytował, ale okazało się, że świetnie się wpasował w tę formułę. Dawno nie czytałam niczego z realizmu magicznego, a tymczasem antologia serwuje nam bardzo fajny kąsek właśnie z tego gatunku. Jest zgrabnie ujęte rozstaje, jest też opowieść, którą trudno streścić, bo nie o to tu chodzi, ale która każe płynąć wraz z nią.
Piąte w kolejności jest Splątanie Marty Potockiej – no dobrze, może to mnie aż tak nie porwało. Doceniam pomysł sięgnięcia po fizykę kwantową, nie wątpię w świetny risercz, całość jest też napisana bardzo sprawnie – po prostu trudno było mi się zaangażować w tę opowieść emocjonalnie. Całość odebrałam raczej jako zabawę koncepcją, do której trzeba było dokręcić jakąś historyjkę.
Coś zupełnie innego zaserwował Michał Niedźwiedzki w Morderstwie nad Saharą: oto bowiem mamy tekst przywodzący na myśl klasykę kryminału, tylko zamiast Orient Expressu jest sterowiec sunący ponad kontynentem afrykańskim i tajemnicze choroby. Jest klimat, są ciekawi bohaterowie, no i przemyślana, interesująco poprowadzona intryga – czegóż chcieć więcej? W dodatku naprawdę spodobało mi się podsumowanie, dlaczego jeden z bohaterów na rozstaju podjął taką decyzję a nie inną. Niby proste, ale jakoś tak daje do myślenia.
Agnieszka Żak w Długo wyczekiwanej samotności odmalowuje świat zgoła inny niż Małgorzata Binkowska w Wyborze Anny, choć trudno mi tych dwóch tekstów jednak trochę nie porównywać. Oto bowiem znów jest przyszłość, znów konflikt natury i technologii. Z tą różnicą, że – w każdym razie takie odniosłam wrażenie – nieco inaczej rozkładają się sympatie. Przynajmniej ja odebrałam całość dość optymistycznie, choć bohaterkom nie dzieje się zbyt dobrze i być może po prostu nie zrozumiałam tekstu.
Kąt załamania Jesiona Kowala znów skręca w stronę kryminału – tym razem z domieszką czegoś, co początkowo można opacznie postrzegać jako magię, choć w tym opowiadaniu nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Pointa mnie zaskoczyła, a jeśli już muszę malkontencić, to może została pod sam koniec trochę zbyt łopatą wyłożona, niwelując całe, tak zgrabnie nabudowane napięcie.
Zaskoczyła mnie Marta Magdalena Lasik – dotąd miałam pewien problem z jej twórczością: technicznie świetne opowiadania, bez wątpienia super zriserczowane i oparte zawsze na fantastycznych, oryginalnych pomysłach, mimo wszystko jakoś no… nudziły mnie. Tymczasem Bajki do opowiedzenia są naprawdę super. Trochę kojarzą mi się z Równymi bogom Asimova, trochę zaś współtworzą – obok Wyboru Anny i Długo wyczekiwanej samotności – tryptyk sci-fi o możliwej drodze, którą podąży ludzkość; o tym, jak się w tym ponowoczesnym świecie odnajdzie człowiek i jak wykorzysta dostępną mu technologię. To dojrzałe, fascynujące opowiadanie, które zdecydowanie jest na podium razem z Teru… i Morderstwem…, choć oczywiście każde znalazło się tam w zupełnie innej kategorii.
Antologię zamyka Wiara Anny Hrycyszyn – przyznam, że byłam zaskoczona tym tekstem, bo autorka przyzwyczaiła mnie do czegoś innego. Element fantastyczny jest bardzo subtelny, czytelnik dostaje za to wyważoną i stonowaną opowieść o… cóż, o wierze właśnie. Nie jest to do końca mój konik, ale religijne dylematy Anna Hrycyszyn bez wątpienia ubrała w ładne i przemyślane słowa, które niejednego mogą skłonić do refleksji.

Rozstaje to zdecydowanie świetna pozycja, z którą warto się zapoznać. Dostajemy ogrom pomysłów, a w zasadzie wszystkie świetnie zrealizowane. Na tle ostatnich antologii, które czytywałam, to jest zbiór nieomal wybitny. Myślę, że zdecydowanie warto śledzić dalsze pisarskie dokonania autorów z Logrusa. Nie dlatego, że dużo piszą o tym, kim są i jak się poznali (bo nie piszą) – ale dlatego, że prezentują swoimi tekstami jakość, której nikt by się nie powstydził.



– Znasz opowieści o motylach? – spytała w końcu przyciszonym głosem, bo wcześniej wędrowna śpiewaczka przyznała się, że poszukuje nowych historii, które mogłaby podać dalej.
– Znam – odpowiedziała dziewczyna. – Znam opowieści o krainie, do której trafiają zmarli i w której dostają skrzydła. I wiem, jak do niej trafić.
Teru poderwała głowę, nagle cała napięta i skupiona.
– Mów – niemal zażądała.

wtorek, 10 września 2019

"Archer": Bond, tylko bardziej

(źródło)
Właściwie to nawet dość dziwne, że dotąd nie napisałam tej notki. Najwyraźniej pewne tematy zaskakują u mnie z opóźnieniem, podobnie jak miało to miejsce z Gravity Falls i, co dopiero teraz sobie uświadomiłam, z Rickiem i Mortym, o których pisałam póki co tylko w kontekście komiksu, a nie kreskówki…
No ale do rzeczy:
Archer to jeden z wielu seriali przetestowanych najpierw przez Ulva i przez niego mi poleconych. I nie pierwszy, który początkowo za bardzo mnie nie ujął. Zapowiadało się na – humorystyczną, owszem – serię o fikcyjnej agencji wywiadowczej ISIS, której pracownicy mają spory problem z alkoholem. Od pierwszego wejrzenia nieco irytował mnie wątek Sterlinga Archera i Lany Kane, bo zbyt nachalnie wciskano widzom, jak to on chce się z nią przespać, a ona nigdy, przenigdy tego nie zrobi. W dodatku strona graficzna… cóż, z jednej strony kreska miała intrygujące nuty realizmu (w szczególności dość ładne tła, ale też wystarczy spojrzeć na styl, w jakim narysowano bohaterów), z drugiej jednak – serial zupełnie nie radził sobie z animacją. Każdy ruch postaci wyglądał mniej przekonująco niż w South Parku. To nawet nie był ruch, a raczej siermiężne zdeformowanie fragmentu obrazka w programie graficznym. Nie wspomnę, jak nieudolnie wyglądało choćby klikanie bohaterki po klawiaturze.
Ale Archer to jednocześnie jeden z tych przypadków, kiedy warto dać serialowi szansę. I to wcale nie znaczy, że trzeba się męczyć przez dwa sezony, żeby wreszcie zacząć czerpać jakąkolwiek frajdę z seansu. Tutaj sytuacja poprawiała się z odcinka na odcinek i już przy czwartym, może piątym epizodzie zupełnie przestałam zwracać uwagę na ewentualne wizualne niedociągnięcia, a co więcej: z czasem serial stał się naprawdę niesamowicie ładny. Bohaterowie dostali sugestywną mimikę, ich ruchy stały się naturalne, a poszczególne elementy kadru doskonale się ze sobą zgrały.

Doktor Krieger (źródło)
A jak już wspomniałam o bohaterach: jeśli cokolwiek w serialu rozkręca się lepiej niż grafika, to właśnie oni. Każda postać, choćby nawet nie była z pierwszego planu (przynajmniej na początku), staje się niesamowicie wyrazista i, jakby to ująć, specyficzna. Jedni z czasem się zmieniają i to jest w nich interesujące. Inni wręcz przeciwnie, od początku do końca są po prostu sobą, nie przechodząc na przestrzeni dziesięciu (jak na razie) sezonów żadnej szczególnej metamorfozy – i to też jest w nich fajne, bądź co bądź nie każdy musi się zmieniać. Duża w tym zasługa zarówno twórcy serialu – Adama Reeda – jak i aktorów. H. Jon Benjamin jako Sterling Archer jest najzupełniej bezbłędny, świetnie wypada również Aisha Tyler jako Lana Kane czy Judy Greer w roli Cheryl/Carol/Cristal Tunt, a wymieniać można by dalej: Chris Parnell, znany mi przedtem jako Jerry Smith, ojciec Morty’ego, wcielił się w rolę księgowego agencji, Cyrila Figgsa. Diaboliczną podstarzałą szefową firmy, przy okazji matkę Archera, czyli pannę Malory Archer, gra Jessica Walter – aktorka z pokaźnym dorobkiem, którą ja akurat po raz pierwszy chyba zobaczyłam w reżyserskim debiucie Clinta Eastwooda Play Misty For Me. Ale moim niekwestionowanym ulubieńcem jest doktor Krieger, bezbłędnie zagrany przez Lucky’ego Yatesa. Doktor Krieger z miejsca dołączył do grona moich ulubionych szalonych naukowców.

Sterling i Lana (źródło)
Jeśli chodzi o warstwę fabularną, muszę przyznać jedno: Archer to nie jest głęboka historia, która przybliży widzowi sens życia. Nie jest to nawet na pozór humorystyczna opowiastka, która w istocie przemyca głębsze treści. Nah, to po prostu humorystyczna opowiastka, a przemyca co najwyżej mniejszą lub większą dawkę absurdu. Jasne, są sceny poważniejsze, są może nawet takie, które mogłyby być smutne, gdyby tylko pociągnięto je nieco dłużej. Ale chyba twórcy o nic takiego nie chodziło. Final Space, Gravity Falls, Rick i Morty – tak, te seriale, poza masa energii i humoru, mają momenty emocjonalne, nawet wzruszające, które każą inaczej spojrzeć na bohaterów. Archer chyba w żadnym momencie nawet nie sugeruje innego spojrzenia. Nawet kiedy bohater ma raka, nawet kiedy pojawia się komplikacja w postaci dziecka, śpiączki czy utraty ukochanej, kiedy serial porusza problemy rasizmu, kanibalizmu, homofobii i mnóstwo innych – trudno się przy tym wszystkim nie uśmiechać właśnie przez ten poziom absurdu i totalnej socjopatii większości bohaterów. Na zagładę całej planety będą patrzeć… cóż, z lekkim zaskoczeniem i przestrachem porównywalnym do dziecka przyłapanego na zbiciu sąsiadom szyby podczas gdy w piłkę. Trudno wobec takich postaci przejawiać jakieś szczególnie płomienne uczucia i przeżywać ich bolączki ze łzami w oczach, ale jednocześnie jakoś tak się ich lubi. Chyba właśnie przez tę ich beztroskę. Pozwalają sobie na bycie kimś, kim żaden normalny człowiek nie będzie, bo – no właśnie – jest normalny. Ze sprawnie funkcjonującym poczuciem moralności.

Agencja wywiadowcza ISIS to bardzo krzywe, patologiczne zwierciadło MI6, a Sterling Archer to karykatura Jamesa Bonda. Ale karykatura bardzo sprawnie skonstruowana i zagrana, dzięki czemu potrafi szybko zaskarbić sobie sympatię (co nie zawsze wychodzi nawet oficjalnym filmowym Jamesom Bondom). Jeśli więc ktoś szuka sobie lekkiej, niezobowiązującej, generującej mnóstwo hermetycznych żartów rozrywki na zimowe wieczory (och, kaman, mamy wrzesień, zimowe wieczory już niedługo!), to Archer ma obecnie 10 sezonów, a na jeden sezon składa się średnio około dziesięciu odcinków. Odcinki są krótkie, dwudziestominutowe, więc wciąga się je między jednym łykiem kawy a drugim. Dzięki temu człowiek ani się obróci, a już czeka na sezon jedenasty, zachodząc w głowę, o czym będzie – no bo można odnieść wrażenie, że było już wszystko: narkotyki, mafie, piraci, klony, roboty, statki kosmiczne, country, rodziny królewskie, celebryci, pościgi, eksplozje, no i oczywiście dużo, dużo alkoholu. Ale ja i tak wiem, że Adam Reed nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.



– Yup, yup, yup.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...