sobota, 18 grudnia 2010

ZaFraapowana filmami (39) - "Ned Kelly"


Ned Kelly - okładka
Dawno temu Fraa nabyła drogą kupna DVD z filmem Ned Kelly z 2003 roku, w reżyserii Gregora Jordana. Zakup co prawda nie był szokująco drogi, tym niemniej zaszło coś, co bardzo kawiarkę zirytowało: płyta nie uruchamiała się. Oczywiście, Fraa w pierwszej chwili zrzuciła to na karb coraz bardziej fiksującego CD-romu, toteż spróbowała włączyć film jeszcze na dwóch innych, sprawnych, komputerach. I nadal nic. Ostatecznie zdegustowana faktem wyrzucenia pieniędzy w błoto, odłożyła DVD na półkę.
Wczoraj podjęła próbę włączenia filmu na czwartym komputerze.
I zadziałało.

Kilka słów od wydawcy:
„Film zrealizowany na podstawie powieści Roberta Drewe'a Our Sunshine, opowiada historię Neda Kelly, legendarnego bandyty, który żył w XIX wieku. Był synem irlandzkiego złodzieja, który został skazany na banicję do australijskiej kolonii karnej. Tam Ned wraz ze swym bratem i dwójką przyjaciół stworzył Gang Kelly, z którym przemierzył całą Australię, dokonując przez ponad 2 lata napadów rabunkowych głównie na banki. Ned Kelly stał się bohaterem Australijczyków, którego legenda trwa do dziś.
Wielkim atutem filmu jest brawurowa gra aktorska Heatha Ledgera (Tajemnica Brockeback Mountatin) i Orlando Bloom (Piraci z Karaibów) oraz oddająca klimat tamtych czasów muzyka.”
A więc: XIX wiek, Irlandczycy, napady na banki, klimatyczna muzyka – Fraa miała wielkie oczekiwania. Obawiała się nieco Orlando Blooma, ale i tak spodziewała się naprawdę fajnego widowiska.

Kawiarka dawno nie widziała równie irytującego filmu.
kadr z filmu Ned Kelly (Gang Kelly w komplecie)
Po pierwsze: główny bohater, Ned Kelly (Heath Ledger) – postać bardzo w typie bohaterów granych przez Michała Żebrowskiego. Albo Wyatta Earpa odtwarzanego przez Kevina Costnera. Czyli cierpiętnik. Smutny, smętny cierpiętnik, wiecznie odczuwający ból egzystencji z powodu tego, co musi robić. I jak okrutnie obszedł się z nim los. Tylko że Fraa ma już serdecznie dość takich bohaterów, wystarczył Wiedźmin, Pręgi i – wspomniany już – Wyatt Earp. Toteż podstawowym problemem kawiarki był fakt, że odczuwała głęboką niechęć do tytułowej postaci. Trudno wtedy się zaangażować w jej losy inaczej, niż: „Matko z córką, może w końcu cię zastrzelą...”. Zresztą, kawiarka nie wyklucza, że była w ogóle negatywnie nastawiona, bo Ledgera nie cierpi odkąd zobaczyła go jako Jokera (każdy wie, że jest tylko jeden Joker!), więc może to jakoś rzutowało... Trudno powiedzieć.
Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest poszukiwanie pozytywów wśród innych bohaterów. O ironio!, Fraa znalazła pozytyw w przyjacielu Neda: Orlando Bloom jako Joe Byrne dał radę. Kawiarka jeszcze nie będzie się rozpędzała z chwaleniem aktora, ale istotnie w tym filmie zaprezentował coś innego niż jego wieczny kowal-patetyczny frajer. Nie przypominał Legolasa ani nie brał udziału w błyskotliwych dialogach w stylu:
– Jestem kowalem.
– A ja jestem królem.
– A ja jestem kowalem.
– (…)
To było naprawdę miłym zaskoczeniem. Ale Fraa już raz tak się dała zaskoczyć, kiedy zobaczyła Blooma w jednym z odcinków Morderstw w Midsomer, gdzie kawiarka dopiero musiała przeczytać nazwisko na liście płac, żeby uwierzyć, iż to istotnie ten Orlando. Najwyraźniej ten facet jak chce, to potrafi.
Szkoda, że rzadko chce.

Natomiast bardzo słabo sprawa przedstawia się z relacjami między bohaterami. Tak naprawdę tylko z opisu na pudełku było wiadomo, że są dwaj bracia i dwaj przyjaciele. Wielkiej uwagi wymagało zorientowanie się, który z członków gangu jest tym bratem – Danem Kelly (Laurence Kinlan). Tak naprawdę na początku, zanim Fraa przeczytała opis, przez cały początek filmu była przekonana, że ma do czynienia z samymi braćmi. W żaden sposób nie zaakcentowano więzi łączących bohaterów, trzymali się razem w zasadzie „bo tak”.

Oczywiście, pojawiła się też kobieta – Julia Cook (Naomi Watts). Na wszystkich bogów kurzu, pajęczyn i innych atrybutów dość dużego nieporządku! Trudno o bardziej irytującą babę. Fraa nie wie, czy Julia miała wzbudzać taką niechęć, czy to wyszło przypadkiem, ale wzbudzała. Bo najpierw przychodzi do głównego bohatera i spędza z nim upojną noc, a potem odmawia przyznania się do tego (jej zeznanie mogłoby ocalić całą rodzinę, fałszywie oskarżoną o napaść na policjanta – szczególnie pomogłoby matce braci, która została aresztowana), bo mąż i dzieci. Mało tego, pod koniec ma czelność wyskakiwać z żalami, moralizatorskimi gadkami i dobrymi radami, kiedy za głowy członków Gangu Kelly są wyznaczone wysokie nagrody. Chciałoby się wykrzyczeć: „Teraz to już trochę musztarda po obiedzie, głupia krowo! To przez ciebie to wszystko, więc łzawe wyznania, że nie chcesz musieć opłakiwać Neda schowaj sobie w buty!”.

kadr z filmu Ned Kelly (Francis Hare)
Jeśli o bohaterach mowa, to trzeba tu koniecznie wspomnieć o komisarzu policji. Francis Hare (Geoffrey Rush, czyli Barbossa z Piratów z Karaibów) był naprawdę niezły. Dość przekonujący, wyróżniał się tym, że traktował przeciwnika poważnie, właściwie jak równego – z szacunkiem. Najlepsze sceny w filmie są w większości z jego udziałem. Fajna scena bez niego, to napad na bank, kiedy to Joe gzi się z jakąś nieutuloną w żalu, jurną wdową, Dan plotkuje z jej służącą, ogólnie sielanka i tylko herbatki brakuje. No plus wątek Aarona Sheritta (Joel Edgerton) zasługuje na uwagę. Przykry, ale pozytywnie zapisał się w kawiarczej pamięci – wywołał chyba dokładnie takie emocje, jakie miał wywołać.
Skoro już Fraa wspomniała o policji,to wróci jeszcze do postaci Neda – jego relacje ze stróżami prawa, od samego początku napięte, prowadzą oczywiście do paru strzelanin. Są to te chwile, w których kawiarka miała ochotę zapłakać. Bo gdyby nie to, że policjanci strzelali chyba z zamkniętymi oczami, bo notorycznie pudłowali, właściwie nie byłoby o czym kręcić filmu. Ned ma wyjętą broń, celuje w przeciwnika, każe mu podnieść ręce albo coś takiego. I co się dzieje? Ten przydybany przeciwnik spokojnie wyjmuje rewolwer i strzela (jako pierwszy!) w naszego bohatera. Dopiero potem Ned naciska spust. Skoro nie zamierzał strzelać, to Fraa pyta: po kiego wafla wyjmował broń i celował? Jasne, zapewne chodziło o to, żeby pokazać, jaki to pozytywny bohater. Bo to nie on zaczyna. On tylko w obronie, jak ktoś do niego otworzy ogień, to on ewentualnie. Tak sam z siebie to nigdy. Ale na bogów, w efekcie głównym bohaterem jest wkurzający frajer i pierdoła, nie żaden szef gangu!

W ogóle z tym gangiem to też nieciekawa sprawa: film trwa godzinę czterdzieści. Przez pierwsze czterdzieści minut trwa coś w rodzaju wstępu – jak w ogóle doszło do tego, że Ned musiał uciekać, co go zmusiło do zejścia na drogę przestępstwa. Jak niesprawiedliwie był traktowany. Właściwa akcja zaczyna się gdzieś tak w połowie, kiedy Fraa już od dwudziestu minut co i rusz zerkała na zegarek, bo smęcenie zaczynało ją potężnie nudzić.
Zresztą, smęcenie było akurat cały czas – narratorem całej historii jest sam Ned Kelly, pociskając co i rusz jakieś farmazony o tym, że jechał na koniu próbując złapać własny cień i wyglądał jak centaur. Fraa nie wie, od kiedy centaury łapią cień, ale mniejsza o to. Generalnie elokwencja Neda pozostawia wiele do życzenia. Raz czy dwa w filmie pojawiają się momenty, w których bohater przemawia, ale za każdym razem jest to bardziej jakiś poplątany zbiór ogólników, niż faktycznie porywający spicz. Nie no, Fraa nie oczekuje od razu Henryka V, ale jeśli w czasie przemowy widz (a przede wszystkim w tej sytuacji: słuchacz) siedzi i czeka, kiedy przemawiający przejdzie w końcu do rzeczy, i czeka tak do momentu, w którym okazuje się, że przemawiający już skończył, no to coś jest nie tak.

Dodatkową słabością filmu była sama Australia – ukazana bardzo, bardzo mizernie. Fraa wie, że nie ma co się spodziewać Propozycji, gdzie australijska przyroda była właściwie jeszcze jednym bohaterem. Ale tutaj, gdyby nie parę kangurów, które przewinęły się przed kamerą, Fraa w ogóle by nie zauważyła, że rzecz się dzieje w Australii. Zero klimatu.
A skoro już o klimacie mowa: muzyka – jest. Wiele więcej powiedzieć się nie da. Jest nawet sympatyczna momentami, kiedy Irlandczycy chleją w barze i ktoś tam przygrywa. Acz kiedy tylko następowała cisza, kawiarka zapominała, co w ogóle przed chwilą słyszała. Żadnej specjalnej uwagi, ot, po prostu muzyka nie przeszkadza.


Podsumowując, Fraa bardzo się rozczarowała. Obecnie ma silne postanowienie obejrzeć film o tym samym tytule z roku 1970, z Mickiem Jaggerem – może będzie ciekawsze. Bo materiał na kawał fajnego widowiska bez wątpienia jest. A póki co? Dobry Bloom, fajny Rush, parę niezłych scen, a reszta raczej kiszkowata.



3/10







Witaj, Aaron.
Joe? Ned.
Więc co u ciebie, Aaron?
Nie tak źle. Cóż... Nie jest źle. Sporo o tobie czytałem, Ned. Razem siejecie niezły postrach, czyż nie?
Chcieliśmy z tobą porozmawiać, Aaron. Zastanawialiśmy się, czy mógłbyś zostać naszym zwiadowcą. Udajemy się do Beechworth obrabować bank.
Zwiadowca? Cóż, bardzo mi to pochlebia, chłopaki, ale...
Nie jesteś zainteresowany?
Skądże. Z przyjemnością. Gdyby to tylko zależało ode mnie, to byłbym tam w mgnieniu oka. Sami przecież wiecie. Ale muszę się teraz opiekować moją żonką.

piątek, 17 grudnia 2010

ZaFraapowana filmami (38) - "Czas Apokalipsy: Powrót"


Czas Apokalipsy: Powrót - okładka
Dziś macie Państwo jeden z argumentów na to, dlaczego właściwie dział filmowy nosi tytuł „ZaFraapowana filmami”. Bo dziś kawiarka jest w rzeczy samej – zafrapowana. Krąży teraz po pokoju... no dobrze, teraz nie, bo teraz wsuwa kapustę, ale przed chwilą krążyła po pokoju i zastanawiała się, co o tym wszystkim myśleć.
Ale po kolei.
Chodzi tu o film Czas Apokalipsy: Powrót w reżyserii Francisa Forda Coppoli, z... pierwotnie z 1979 roku, ale ponieważ to – jak Fraa wspomniała – „Powrót”, to pojawia się wątpliwość, czy nie datować dzieła na rok 2001. Cóż, mniejsza o większość.

Po odpaleniu płyty pierwsza rzecz, która zwraca uwagę, to muzyka. Wykorzystane do filmu utwory to klasyczne klasyki, począwszy od Doorsów, a na Wagnerze kończąc. Nawet jeśli w tle nie ma żadnego aż tak znanego kawałka, to i tak widz ma do czynienia z muzyką hipnotyzującą, idealnie wpasowaną w fabułę i pogłębiającą klimat.

Dalej – oczywiście, bohaterowie. Tych widz dostaje bardzo bogatą kolekcję, a o każdym można by pisać rozbudowane charakterystyki. Takie właśnie są postacie w tym filmie: wyraziste. Wystarczy wspomnieć o tym, że przecież najbardziej znany tekst Czasu Apokalipsy, najbardziej rozpoznawalna scena i najpopularniejszy bohater to podpułkownik Kilgore (Robert Duvall), który przecież zniknął kilkanaście minut po tym, jak się pojawił, chyba nawet nikt go później nie wspominał. Ale to właśnie „Uwielbiam zapach napalmu o poranku” nasuwa się w pierwszej kolejności, jeśli pomyśli się o Czasie Apokalipsy. To i Walkirie.
Nie tylko Kilgore zapada w pamięć. Jest też Laurence Fishburne jako wyjątkowo irytujący Czyścioch, Dennis Hopper jako fantastyczny dziennikarz czy w końcu Marlon Brando, czyli genialny pułkownik Kurtz.

W przypadku tego ostatniego, film jest naprawdę zadziwiający. W swoim czasie Fraa pisała o Starciu Tytanów i o tym, że cały czas widz był nakręcany opowieściami o Krakenie, a ostatecznie potwór kompletnie nie spełnił tych – tak już wywindowanych – oczekiwań. Na szczęście pułkownik Kurtz to nie Kraken. Widz od samego początku filmu słyszy w kółko, że zbuntowany oficer jest okrutny, niebezpieczny, genialny, nieuchwytny... i masę innych rzeczy. Oczekuje więc nie wiadomo czego.
...i to dostaje.
Marlon Brando dał radę nie rozczarować po takiej reklamie, a to, zdaniem kawiarki, jest wybitne osiągnięcie.

kadr z filmu Czas Apokalipsy (Kilgore)
Pułkownik Kurtz jest kulminacją filmu. Zanim jednak dojdzie do jego spotkania z głównym bohaterem i narratorem historii, kapitanem Willardem (Martin Sheen), ten ostatni musi przebyć długą drogę w głąb Wietnamu, aż do Kambodży. Tutaj Fraa nie mogła opędzić się od porównywania Czasu Apokalipsy z Truposzem. Zwłaszcza w drugiej połowie filmu Coppoli. Bo o ile początkowo – mimo wszystko – całość jest dość lekka i zawiera sporo humoru (no przecież Kilgore!), o tyle później atmosfera się zagęszcza. Klimat staje się ciężki w nieco podobny sposób jak w Truposzu. Trudno już powiedzieć, czy to nadal chodzi o podróż przez Wietnam, czy może już o wędrówkę w głąb siebie. Narrator, Willard, obserwuje otaczającą go rzeczywistość jakby nieco z niej wyłączony, ma do czynienia z okrucieństwem i egzotyką, z jakimi wcześniej się nie spotkał, więc patrzy – z szeroko otwartymi oczami. William Blake spoglądał na świat, prowadzony przez Nikogo, w nieco podobny sposób. A atmosfera była równie gęsta. Z tym, że w Truposzu trwało to właściwie od samego początku, podczas gdy w Czasie Apokalipsy ten nastrój narasta stopniowo.

Ale Fraa nie oglądała przecież zwykłego Czasu Apokalipsy! Obejrzała Powrót, a więc wersję rozszerzoną o około pięćdziesiąt minut, zawierającą sceny niegdyś wycięte ze względu na cenzurę i inne kwiatki.
Królestwo za tę ocenzurowaną wersję filmu!

Co tu kryć – dodatkowe sceny są po prostu ni przypiął, ni przylutował. No bo co widz dostaje? Dobieranie się bohaterów do króliczków Playboy'a: jedna opowiada o hodowli ptaków, druga o tym, że kazali jej przeciągać wstążkę między nogami. A jeden żołnierz w tym czasie ustawia swoją „wybrankę” w pozie z którejś rozkładówki, drugi zaś odkrywa w sobie artystyczną duszę przy użyciu szminki i cieni do powiek. Super, tylko że to tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla fabuły.
Albo inna scena, jeszcze dłuższa, niestety – na francuskiej plantacji. Najpierw niemożebnie długa rozmowa przy stole, potem Francuzka machająca cycem dookoła łóżka. Znów: jakie to u licha ma znaczenie dla fabuły? Dla bohaterów? Otóż, mili Państwo, żadnego. Scena jest walnięta nie wiadomo po co i na co komu. Oczywiście, w czasie kręcenia filmu mogła być dla ówczesnego widza interesująca – podczas rozmowy pojawiają się liczne odwołania do aktualnych zdarzeń, do posunięć politycznych, są wymieniane nazwiska. Wtedy mogło to ruszać. Teraz? Kompletnie nie, tym bardziej, że naprawdę w całej tej dyskusji nie ma niczego odkrywczego.

Sceny te wyrządzają filmowi jeszcze jedną szkodę: zupełnie rozbijają rytm. Stopniowo budowany nastrój pryska na kilkanaście minut, jakby nigdy go nie było. Widz siedzi przykuty do ekranu, zahipnotyzowany mroczną wizją dzikich ostępów skąpanych we krwi, po czym nagle bam! i może iść zrobić sobie kawę. A potem znów zostaje wrzucony w historię, która przed chwilą była tak bezczelnie przerwana. Jak mawiał hrabia do hrabiny: „Bez sensu”.

kadr z filmu Czas Apokalipsy (dziennikarz)
Jest jeszcze jedna scena, która mocno poirytowała kawiarkę: tym razem – wyjątkowo – bez cyca, za to z Kurtzem. Otóż pułkownik czyta Willardowi wycinki gazet i bardzo łopatologicznie tłumaczy, że media i rząd kłamią społeczeństwu. Dlaczego Fraa odczuła niesmak przez tę scenę? Z kilku powodów.
Po pierwsze – sama strona wizualna: wcześniej Kurtz był pokazywany bardzo konsekwentnie i charakterystycznie. Otoczony cieniami, tajemniczy, groźny. Ba! Później też jest tak pokazywany, właściwie to do samego końca. A nagle, gdzieś w środku, widz dostaje pułkownika w biały dzień, przychodzącego jako ten dobry wujek do więźnia, coby mu poczytać i palnąć moralizatorską pogadankę. Pogadanka skądinąd nie jest głupia (o tym zresztą za chwilę), ale Kurtz na tle błękitnego nieba, otoczony małymi dziećmi, odarty z całego mistycyzmu jednak boli. No i znów rozbija się cały, misternie budowany, klimat.
Po drugie – to, o czym Fraa wspomniała, a więc treść pogadanki: gazety piszą, że Amerykanie wygrywają w Wietnamie, tratata, kłamstwo jest be, rząd jest be. Bardziej prosto tych treści - jakkolwiek słusznych, przecież i teraz w Polsce tego typu kwiatki mają miejsce - przekazać się już nie dało. Przez cały film widz wszystko sam sobie układa, wyciąga wnioski na podstawie podsuwanych obrazów i sugestii, a tu nagle coś takiego. Poza tym pułkownik w tej scenie wyraźnie mówi, że Willard jest wolny, ale pod strażą i jeśli próbuje uciec, to zginie. W obliczu tego traci sens późniejsza refleksja kapitana, że od kilku dni może tu swobodnie chodzić i nie wie o co chodzi. Widz już wie, że Willard może się cieszyć pewną wolnością. Widz wie, jak do tego doszło. Jałowe rozważanie tego jest bez sensu.

Michał Chaciński na łamach Esensji zrecenzował rozwiniętą wersję Czasu Apokalipsy, nazywając ją „przedłużoną i rozwodnioną”. I Fraa musi przyznać, że to dość udatne sformułowanie.
Choć, korzystając z miejsca, kawiarka pozwoli sobie nie zgodzić się z PeeSem recenzji – zdaniem kawiarki, końcówka filmu wcale nie pokazuje ostatecznego zwycięstwa systemu, triumfu kłamstwa i przegranej Kurtza. Willard nie zabija pułkownika tak po prostu ze względu na rozkaz, przecież wyraźnie wspomina o tym, że pułkownik sam chce zginąć, że nawet dżungla mówi, że umrze. To nie było tylko wykonanie rozkazu, to była zawieszona gdzieś w próżni umowa między Kurtzem a Willardem. Triumf kłamstwa nie jest znów taki oczywisty, jeśli wziąć pod uwagę to, że przecież kapitan, opuszczając siedzibę pułkownika, zabrał jego notatki. A wcześniej wysłuchał jego historii. Poznał prawdę, a być może podjął się misji, zleconej mu przez Kurtza – walki z kłamstwem.
Stąd też Fraa jest zdania, że owszem, jak najbardziej zakończenie jest niejednoznaczne. Tyle tylko, że dla kawiarki to akurat jest ogromnym plusem, więc Fraa rozumie konsternację i popiera ocenę zarzutu jako „absurdalnego”.

I teraz pojawia się kłopot z oceną. Krótszej wersji Czasu Apokalipsy Fraa bez mrugnięcia dałaby 10/10. Ale, niestety, to była ta wersja popsuta. Popsuta w sposób bolesny i rażący.



8/10







I love the smell of napalm in the morning!

czwartek, 16 grudnia 2010

ZaFraapowana filmami (37) - "Henryk V"



Henryk V - okładka
Jest kilka powodów, dla których Fraa chciała obejrzeć Henryka V z 1989 roku. Po pierwsze: reżyseria – Kenneth Branagh, którego kawiarka uważa za generalnego gwaranta jakości (patrz: Hamlet, Wiele hałasu o nic, Mary Shelley's Frankenstein). Po drugie, to film kostiumowy, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Po trzecie, ekranizacja sztuki Shakespeare'a. Słowem: cud, miód i orzeszki.
I trzeba przyznać, że nie było rozczarowania.

Fabuła nie powinna nikogo zaskakiwać, w końcu jeśli nie z Shakespeare'a, to jest mniej-więcej znana z lekcji historii: młody Henryk V po śmierci ojca obejmuje tron Anglii i zamierza wyruszyć na Francję. Niejako „po drodze” pojawia się spisek przeciwko monarsze, w końcu jednak wojsko odpływa z Portsmouth, potem następuje długi i męczący marsz, bitwa pod Azincourt w 1415 roku, aż ostatecznie ślub Henryka i córki francuskiego króla, Katarzyny de Valois kończy wojnę – taką przynajmniej wszyscy mają nadzieję.
I nie, to nie są spoilery. To jest po prostu historia. Filmu nie ogląda się po to, żeby dowiedzieć się, co się stanie, ale jak się stanie.

A staje się naprawdę przemiło.
Henryk V to reżyserski debiut Kennetha Branagha, co nie przeszkodziło w dwóch nominacjach do Oscara (aktor pierwszoplanowy i reżyseria – w obu przypadkach Branagh) i w jednej wygranej (kostiumy). Fraa już nie będzie tu wymieniać reszty nagród jak BAFTA czy Felix, w każdym razie film został doceniony po obu stronach Atlantyku. Kawiarka się nie dziwi.
Od samego początku Henryk V robi bardzo dobre wrażenie. Po pierwsze – dlatego, że Kenneth Branagh (tak jak i w późniejszych produkcjach) nie tłumaczy scenariusza „z szekspirowskiego na nasze”, tylko pozostaje wierny oryginalnemu tekstowi. Za to duży plus, bo widz od razu czuje ten klimat – ma do czynienia ze sztuką, z Shakespearem, a nie z byle filmidłem historycznym!
Dużym atutem jest oczywiście obsada: po pierwsze, Narrator (Derek Jacobi). Fantastycznie wpleciony w film – ni to współczesny widzowi, ni to bohaterom, czasem niemal uczestniczy w akcji, innym znów razem przechadza się wzdłuż klifu, w czarnym płaszczu i nonszalancko zarzuconym szalikiem. Fraa wielbi tego aktora od czasu Ja, Klaudiusz i Kronik braciszka Cadfaela.

Tytułowy monarcha, a więc sam Kenneth Branagh, to z kolei 100% teatru w teatrze. Każde słowo wypowiada wyraźnie, ma niesamowicie bogatą mimikę, wkłada w grę ogromną ekspresję. Z jednej strony może to bawić, bo ta przesada jest aż nienaturalna. Ale z drugiej strony, znów nie wolno tu zapomnieć, że widz nie ma do czynienia z „normalnym” filmem, ale ze sztuką teatralną. Gra Branagha tylko to podkreśla.
Inni bohaterowie są już bardziej realistyczni – Exeter (Brian Blessed), król Karol VI (Paul Scofield), Fluellen (Ian Holm) i inni grają świetnie i przekonująco, ale bez tej przesady. Kenneth Branagh, zdaniem kawiarki, zdecydowanie się tu wyróżnia.
Nie można jeszcze wspomnieć o jednym bohaterze, młodym chłopcu granym przez Christiana Bale'a. Niniejszym i oficjalnie jest to jedyna rola, w której Fraa toleruje Bale'a. Na tym powinien poprzestać, a nie pchać się do psucia kolejnych filmów (3:10 do Yumy, Batman).

Fraa nie mogłaby tutaj pominąć przemowy Henryka tuż przed bitwą pod Azincourt. Na chwilę obecną jest to najlepszy motywujący spicz, jaki kawiarka widziała i słyszała. Bardzo epicki, oczywiście znów dość nierealistyczny, bo wiadomo, że do żołnierzy trzeba mówić krótko i zwięźle, tym niemniej jest po prostu piękny. I działa. Nawet jeśli tylko siedzi się przed monitorem. Fraa nie wie do końca, ile w tym geniuszu samego Shakespeare'a, a ile Branagha, ale przypuszcza, że doszło do potężnego i wybuchowego combo.

kadr z filmu Henryk V (od lewej: Posłaniec, Exeter, Henryk)
Nie jest tak, że Fraa zupełnie nie ma zastrzeżeń do filmu. Ma.
Po pierwsze, Francuzi. Są.
No dobrze, mimo całej niechęci do żabojadów, tym razem nie w tym sęk. Tym bardziej, że akurat tutaj niech sobie będą, bo przecież dostają ostro po zadkach.
Problem w Katarzynie (Emma Thompson), która mówi po francusku. Bo ona sobie wypluwa te kłaki z gardła, a Fraa nic nie rozumie. To znaczy łapie piąte przez siedemnaste, bo francuskiego uczyła się w liceum, a część sensu można wywnioskować z kontekstu, ale jednak Fraa bardzo by się cieszyła, gdyby dorzucić napisy w jakimś zjadliwym języku. Polskie czy angielskie, wszystko jedno. Zwłaszcza w przypadku końcowej rozmowy Henryka z Katarzyną, gdzie naprawdę umknęła spora część tekstu.
Inna sprawa, że boli tu pewna niekonsekwencja: Katarzyna mówi po francusku, ale już Karol VI ze swoimi szlachcicami – po angielsku. W dialogach z Anglikami niech będzie, ale we własnym gronie? Niby dlaczego?
W ogóle w sprawach językowych kawiarka ma jeszcze kilka zastrzeżeń. Nazwa „Azincourt” – z jednej strony, nawet na mapie, która jest przez chwilę pokazana, widnieje przez „z”. Z drugiej jednak, Anglicy używają wersji „Agincourt”. Tak też widnieje w polskich napisach – a więc jest francuska mapa, ale angielskie tłumaczenie. Trochę dziwnie. Dziwnie jeszcze bardziej, skoro już nazwa „konetabl” w polskim przekładzie jest podana właśnie w tej wersji, a więc francuskiej, podczas gdy przecież w filmie używa się wariantu przez „s”. I znów kawiarka była skonfundowana: widzi „konetabl”, słyszy „constable”.

Wracając jeszcze do bohaterów – szczególną uwagę Fraa zwróciła na Herolda (David Parfitt), który krąży pomiędzy władcami Anglii i Francji. Mimo że żabojad, to jednak bardzo pozytywny. Od siebie mówi niewiele, raczej ogranicza się do przekazywania wiadomości i obserwowania, ale jednak widać wyraźnie, że podziwia Anglików i w którejś chwili może nawet nieco z nimi sympatyzuje, choć to już oczywiście kwestia dyskusyjna, bo przecież w żadnym momencie nie wypowiada się źle o rodakach. Jest mu przykro, kiedy widzi skazanego na porażkę Henryka i jego poddanych. Znaczący jest moment, w którym posłaniec zdejmuje nakrycie głowy, okazując szacunek wrogowi. No, może nie tyle znaczący, co... ładny.

Jeśli chodzi o potężne rozjechanie się merytoryczne tu i ówdzie, to Fraa nie zamierza niczego zarzucać ani reżyserowi, ani poecie. Skoro kawiarka kupuje Duńczyków, wracających do Anglii przez Polskę, to tym bardziej kupi drobne przestrzelenie liczebności i proporcji wojsk pod Azincourt.


Ahh, no i jeszcze jeden grzmot na dzień dobry: Fraa dość długo gapiła się w startowe menu płyty i ewidentnie widniało tam wielką, ozdobną czcionką: "dźiwęk". To bolało.


Tym niemniej Fraa z całą świadomością mówi, że Henryk V to arcydzieło. Ocenia na pełne 10/10, wiedząc przy tym, że jeśli kiedyś przyjdzie do opisywania tutaj Hamleta, to najprawdopodobniej zabraknie skali.








This story shall the good man teach his son;
And Crispin Crispian shall ne'er go by,
From this day to the ending of the world,
But we in it shall be remember'd;
We few, we happy few, we band of brothers;
For he to-day that sheds his blood with me
Shall be my brother; be he ne'er so vile,
This day shall gentle his condition:
And gentlemen in England now a-bed
Shall think themselves accursed they were not here,
And hold their manhoods cheap whiles any speaks
That fought with us upon Saint Crispin's day.

środa, 8 grudnia 2010

Granie na Fraakranie (12) - World of Warcraft: Cataclysm



(źródło)
W swoim czasie Fraa już pisała o WoW-ie jako takim. Wspominała tam również o mającym nadejść dodatku. Otóż Cataclysm – bo to o niego się rozchodzi – miał premierę wczoraj (7. grudnia), czas więc na opis pierwszych wrażeń

Cataclysm nie jest takim dodatkiem jak dwa poprzednie. One sprowadzały się do tego, że dodawano jeden kontynent, jakieś rasy lub klasy (no dobra, jedną – death knighta) i jazda. I jakkolwiek Fraa bardzo lubi Northrend, który – cytując – „cały wygląda jak skandynawska wiocha”, to jednak była wyraźna granica: tu się kończy podstawka, potem postać przechodzi przez portal i oto jest w dodatku The Burning Crusade. Później z kolei wsiada na zeppelina i leci do Wrath of the Lich King.
W przypadku Cataclysmu jest zupełnie inaczej. Cataclysm polega nie tylko na dodaniu czegoś, ale też na potężnym zmodyfikowaniu tego, co istniało od podstawki. Wpływa na kształt całej rozgrywki, od pierwszego poziomu.

Najpierw może intro, bo najsprawniej i najładniej pokaże zarys fabularny ostatniego dodatku:


Deathwing – jeden z pięciu Aspektów, stworzonych przez Tytanów z potężnego i ogromnego proto-dragona Galakronda do opieki nad Azeroth – który do tej pory czaił się w Deepholmie, lizał rany i zbierał siły, w końcu wydostaje się na powierzchnię. A skoro już się wydostaje, to zaczyna siać chaos i zniszczenie, zostawiając za sobą jeno spaloną ziemię. Proste.
Natomiast zagadnieniem dużo bardziej złożonym są konsekwencje uwolnienia się Deathwinga.

I tutaj właśnie należy wspomnieć, że całe to zdarzenie miało miejsce na długo przed premierą dodatku – zmiany, jakie zaszły wskutek pojawienia się smoka na horyzoncie, wprowadził jakiś czas temu patch, tym samym mogli je odczuć wszyscy gracze, choćby mieli wykupioną jedynie podstawkę. To właśnie tak się spodobało kawiarce: przeniknięcie Cataclysmu do samego rdzenia gry. Patch odświeżył cały Azeroth, sprawił, że znów chce się w to bawić (a Fraa jakiś czas temu niemal już postanowiła, że nie wykupi nowego pre-paida, bo WoW zrobił się nieco nudny – ileż można szlajać się po Icecrown Citadel i robić te same daily questy...?). Pojawiły się nowe kombinacje rasowo-klasowe (kawiarcza ulubiona opcja sprzed premiery dodatku: nieumarły hunter), a część terenów i questów zmieniła się nie do poznania. Również przed premierą dodatku można było nabyć tabarda i ruszyć na podbijanie sobie reputacji z goblinami (pewnie z worgenami też, Fraa nie wie, nie sprawdzała, przecież kto chciałby mieć wysoką reputację z czymś, co ma pchły i liże się po jajkach? Zresztą, w ogóle kto chciałby być po stronie aliantów...?). Zresztą, pierwszy dzień po wprowadzeniu patcha upływał i tak w większości na lataniu w tę i z powrotem po całym Azeroth i podziwianiu samych zmian terenu. A te miejscami są istotnie znaczące – właściwie dość dobrze widać to w intrze: posąg goblina przy Booty Bay uległ dotkliwym zniszczeniom (Oposie, może Piratka się ucieszy wiedząc, że Blizzard pozazdrościł Oj-Gobbosa i postanowił też takiego zrobić...?), tak samo tama w Loch Modan czy dwie wieże Stormwind, na których przysiadł Deathwing, z kolei Thousand Needles zalała woda (na czym, zdaniem kawiarki, kraina ta sporo zyskała). Oczywiście, zniszczeń i modyfikacji jest dużo więcej. Barrens zostało rozorane na dwie części, Azshara... Azshara to szczególnie ciekawy przypadek, bo zamieszkały ją gobliny, które – poza wybudowaniem przez całą krainę fantastycznego toru do podróżowania rakietą – przerobiły linię brzegową na symbol Hordy.
Azshara przed i po katakliźmie

Kto nie chciałby mieć takich sojuszników?

Obok ukształtowania terenu, zmieniły się relacje między poszczególnymi frakcjami. Trolle odzyskały Echo Isles (zresztą, event z tym związany pojawił się sporo przed patchem), a Thralla zastąpił Garrosh Hellscream. To zaś niekoniecznie spodobało się innym, wskutek czego stosunki między rasami w obrębie Hordy są bardzo napięte. Dołączyły też gobliny, ale znów – nie wygląda to wcale różowo, a Trade Prince, przywódca goblinów, to gość ze wszech miar podejrzany.
Znów – Fraa nie do końca wie, jak kształtują się relacje w Sojuszu, ale na pewno gnomy opuściły Ironforge i odzyskały Gnomeregan (no, walki właściwie dalej trwają, ale zasadniczo stolica została odzyskana).
Na tym tle na przykład bardzo biednie przedstawiają się krwawe elfy, których questy i krainy praktycznie są niezmienione, więc w chwili obecnej to rasa, która nie ma za bardzo czym konkurować z innymi.
Bardzo mocno z kolei widać wpływ Cataclysmu na nieumarłych. Od pierwszej chwili, w której gracz zaczyna martwy, a wskrzesza go jedna z Val'kyr, które niegdyś służyły Lich Kingowi. Potem przychodzi czas na questy w Silverpine Forest – no i tam zaczyna się prawdziwa jazda, bo są one fantastyczne: urozmaicone, z bardzo silnie wyeksponowanym elementem fabularnym, wciągają bez reszty. Fraa nie może tu wiele opisywać, żeby nie zarzucić parszywymi spojlerami, ale grunt, że są to questy, które nawet kawiarka czytała i składała sobie z nich do kupy całą historię, podczas gdy przed Cataclysmem questowanie sprowadzało się do pospiesznego wyłapania z treści questa co i ile zabić (zresztą, ta informacja zazwyczaj była powtórzona, więc wystarczyło przeczytać samą końcówkę), po czym biegło się wykonać zadanie. Fakt, że przez to Fraa w tej chwili nabija poziomy o wiele wolniej, skoro wszystko nagle zaczęła czytać, ale o ileż więcej frajdy to daje!

Oddając honor Sojuszowi, tam też kawiarka natknęła się na rewelacyjne elementy: no dobrze, na jeden póki co, ale to dlatego, że mimo wszystko Fraa jest zapaloną fanatyczką Hordy. Elementem tym są questy na lotnisku nad Ironforge – piękny widok, cudowna, prawdziwie epicka muzyka, a przede wszystkim radość, że w końcu coś się dzieje. Przedtem ten teren był niedostępny, a dało się go dostrzec jedynie przelatując na płatnym gryfie – kawiarce zawsze wydawało się to miejsce smutno martwe. Teraz w końcu odżyło i jest zachwycające.
No i nowe dowództwo krasnoludów, Council of Three Hammers, też jest ciekawym rozwiązaniem – Fraa szczególnie polubiła Moirę Thaurissan, głównie za pięknie wypowiadane: You stand before Moira, Queen-Regent of the Dark Iron Clan. Watch your tongue!

Jak już Fraa wspomniała, do Hordy dołączyły gobliny – i są grywalną rasą. Również ich początkowe questy zasługują na uwagę. Nie dość, że są często przekomiczne i takie... takie goboskie po prostu (trudno to wyjaśnić, jeśli ktoś nie poznał WoW-owych goblinów), to jeszcze – tak jak w przypadku nieumarłych – są bardzo mocno naznaczone fabułą. To nie jest „idź, zabij, zabij, przynieś, zabij”, tylko ciąg zdarzeń, które doprowadzają do tego, że gobliny w ogóle trafiają pod opiekę orków i dołączają do jednej ze stron, wyrwane z dotychczasowego życia.

W ramach pozostałych smaczków Fraa może wspomnieć, że obecnie można latać po całym Azeroth, no i naturalnie gracz ma dostęp do kilku nowych krain, dungeonów, jest oczywiście raid, w którym głównym przeciwnikiem jest sam Deathwing, plus pojawiły się nowe umiejętności, profesja (archeologia), a limit poziomów podniesiono do 85.

I naprawdę Fraa myśli w tej chwili, na co może ponarzekać – niestety, nic nie przychodzi do głowy. Z początku kawiarce było nieco szkoda wyścigów na Shimmering Flats, ale odkąd pobawiła się nieco w tych okolicach po zmianach (czyli w obecnym Shimmering Deep), doszła do wniosku, że po pierwsze – jednak nadal jest świetnie, a po drugie – jeden z NPC-tów twierdzi, że trwają prace nad reaktywacją wyścigów. Toteż jeśli Fraa zobaczy tam kiedyś śmigające motorówki, będzie zachwycona.

Teraz można jeszcze przejść do World of Warcraft: Cataclysm jako do towaru.
Dodatek był dostępny w trzech opcjach: on-line, czyli po zapłaceniu dostaje się sam kod, który wklepuje się w stosowne miejsce na battlenet.net... i to właściwie tyle. Konto się upgrejduje i oto jest Cataclysm. Druga możliwość to nabycie drogą kupna pudełka z grą – właściwie więcej roboty, a satysfakcja niewiele większa. Zaś trzecia opcja, to zakup edycji kolekcjonerskiej (choć Fraa nie jest pewna, czy ta możliwość jeszcze istnieje – z tego co kawiarka się zorientowała, liczba egzemplarzy Cataclysmu w edycji kolekcjonerskiej w Polsce była mocno ograniczona) – i to już jest ciekawe.
Oprócz gry, dostaje się artbook z fantastycznymi grafikami związanymi z Cataclysmem, kolekcjonerskiego companiona – małego Deathwinga, karty do gry World of Warcraft: Trading Card Game, podkładkę pod mysz, DVD zza kulis tworzenia dodatku oraz płytę z soundtrackiem. Fraa nie ukrywa, że szczególną radość czerpie z posiadania w domu tego ostatniego – niektórymi utworami kawiarka jest naprawdę zachwycona.

Pierwszy z utworów na płycie, The Shattering, jest dość długi i zmienia się kilkukrotnie w ciągu tych dwunastu minut. Od mniej-więcej połowy robi się szczególnie epicki.

Jeśli zaś ktoś pamięta motyw z Ulduaru:

...to na pewno rozpozna też jego odnowioną, podrasowaną wersję, czyli Thaurissan's Reach:

Na uwagę zasługuje też fantasytyczny Nightsong:

Bo jeśli chodzi na przykład o artbook, to ten zachwyt był nieco mniejszy. Fraa przemyślała sprawę i nawet wie, skąd się to wzięło: otóż kiedy kawiarka przeglądała artbook z dodatku Wrath of the Lich King, było to coś nowego. Fraa nie miała pojęcia, jak będzie wyglądał Northrend, więc każdy concept art wywoływał rozdziawienie ust i wytrzeszcz oczu. W przypadku Cataclysmu, kawiarka naoglądała się screenów, filmików i innych rzeczy tyle, że w artbooku zobaczyła stosunkowo niewiele nowego. I choć całość jest, oczywiście, ładna, to jednak jest już po prostu „opatrzona”.
Jeśli chodzi o płytkę Making of..., to Fraa jeszcze jej nie oglądała, ale spodziewa się, że może być to coś całkiem przyjemnego i sprawiającego, że Cataclysm zachwyci jeszcze bardziej. Tak przynajmniej było w przypadku poprzedniego dodatku.

Cóż więcej Fraa może powiedzieć?
Świetny dodatek, wspaniałe odświeżenie gry, a kawiarka nie ma teraz wątpliwości, że jednak kupi kolejnego pre-paida, ot co.


10/10


poniedziałek, 29 listopada 2010

ZaFraapowana filmami (36) - "Czarny Korsarz"


Czarny Korsarz - okładka
Jeśli Fraa miałaby wymieniać ulubione rodzaje fil... [tu Fraa poszła ponawalać kijem od szczotki w sufit, może w końcu Murzyn przestanie podskakiwać tak, że drżą wszystkie ściany (...) o proszę, przestał. Jeśli ktoś z Państwa zastanawia się, co kawiarka chciałaby na święta – Fraa podpowiada: dubeltówkę] … Jeszcze raz.

Jeśli Fraa miałaby wymieniać ulubione rodzaje filmów, bez wątpienia na pierwszym miejscu obok westernów musiałyby się pojawić opowieści o piratach. Dlatego też jeśli coś ma tytuł Czarny Korsarz (Il Corsaro Nero), kawiarka nie mogłaby odpuścić i tego nie obejrzeć.
Na film z 1976 roku w reżyserii Sergia Sollimy można patrzeć dwojako: jak na klasyczny, prześmieszny kicz albo jak na porządny film o piratach. Ale przyjmowanie go na serio może skończyć się dużym niesmakiem.
Po kolei.

Zacząć może należałoby od tego, że ta akurat wersja na DVD nie jest zbyt dobra. Po pierwsze, nie ma możliwości wyboru języka, menu składa się wyłącznie z wyboru scen i z przycisku „start”. Jedyna słuszna opcja: lektor. Na szczęście lektor nie wywołuje bólu zębów, tym niemniej początkowo Fraa myślała, że drugi raz obejrzy Czarnego Korsarza w oryginale, tak coby włoski poćwiczyć, tymczasem tutaj psikus. Drugą kwestią jest fatalna, naprawdę fatalna jakość obrazu. Kawiarka rozumie, że to lata siedemdziesiąte, ale w Wielkiej Kolekcji Westernów dużo starsze produkcje wyglądają jednak lepiej. Czarny Korsarz sprawia wrażenie, jakby był zgrany z YouTube. To nie jest wersja zremasterowana, co to to nie.

Fabuła:
Niejaki książę van Gould (Mel Ferrer) wymordował rodzinę trzech braci: Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Ci poprzysięgli mu zemstę. Pech chciał, że kiedy dochodzi do wyczekiwanego spotkania z wrogiem, na scenie są tylko Czerwony i Zielony Korsarz. Van Gould zabija ich podstępnie, tym samym jeszcze bardziej narażając się najstarszemu z braci. Tytułowy bohater (Kabir Bedi) rusza w pościg za księciem, ale po drodze się zakochuje w pięknej Honoracie (Carole André) – jak się szybko okazuje, córce księcia – i jego chęć zemsty jakoś tak przygasa. Jest jednak związany przysięgą, toteż kontynuuje misję. W tak zwanym międzyczasie nawiązuje jeszcze współpracę z niejakim Morganem (Angelo Infanti), Anglikiem.

kadr z filmu Czarny Korsarz
Skoro już Fraa wspomniała o Morganie, od tego zacznie: od historii. Kawiarka próbowała umiejscowić w czasie akcję filmu i przyznać musi, że poniosła porażkę. Jeśli założyć, że Morgan jest istotnie tym Morganem (a to się właściwie samo nasuwa – trudno uwierzyć, żeby filmowy pirat nosił nazwisko jednego z najsłynniejszych korsarzy w historii przez zbieg okoliczności), to wychodziłyby okolice roku 1658 – wtedy to Henry Morgan miał zacząć korsarską karierę, a w filmie ten właśnie moment został ukazany: bohater jest jeszcze nieznany, ale pracuje nad tym. Fakt, że piraci rezydują na Tortudze, w pełni wpasowuje się w tę datę. Psuje koncepcję natomiast bandera Czarnego Korsarza: tak jak zresztą w Piratach z Karaibów, bohater posługuje się jolly rogerem jednej z większych pirackich safanduł, Calico Jacka. Na zdjęciu może to być słabo widoczne, w ogóle było to słabo widoczne przez wzgląd na – wspomnianą wcześniej – fatalną jakość obrazu, ale dało radę rozpoznać.
Rzecz w tym, że kiedy Henry Morgan piął się w korsarskim cursus honorum, Jacka Rackhama nie było jeszcze w błysku w oku listonosza. Kiedy zaś Calico Jack przyszedł na świat, na Tortudze nie było już ani jednego pirata. Tak więc ta akurat bandera znalazła się wybitnie nie na swoim miejscu i czasie.

Fraa musi przyznać, że nie lubi czegoś takiego. Jeśli już serwuje się widzowi historię fikcyjnego pirata, to niechże on ma fikcyjnego jolly rogera, a nie jakiś podchwycony z rzeczywistości wzór. Bandera to ważna rzecz. Wizytówka, tylko większa. I powiewa. Podbieranie wizytówek historycznym kapitanom razi. Przynajmniej kawiarkę.

Jest oczywiście jeszcze jedna rzecz, która razi – radosne mieszanie pojęć „korsarz” i „pirat”. Wygląda na to, jakby w Czarnym Korsarzu to pierwsze określenie było używane jako doskonały odpowiednik drugiego, tylko fajniej brzmiący. I to nie tylko w polskim tłumaczeniu – niestety, w oryginale te słowa również są używane wymiennie bez żadnej refleksji. Tak więc pierwsza rzecz, o której należy pamiętać: Czarny Korsarz wcale nie był korsarzem. Był piratem.

Ale Fraa tu się rozwodzi nad historycznymi grzmotami, a tymczasem film to przecież coś więcej.
Sama fabuła nie byłaby gorsza od wielu innych. Kapitan chcący pomścić braci – nie ma sprawy, kawiarka to kupuje bez mrugnięcia. Natomiast sami bohaterowie wołają o pomstę do nieba. Książę van Gould, żeby nie było wątpliwości, kto tu jest postacią negatywną, gra nieczysto. Zabija podstępem, strzela do ludzi uzbrojonych jeno w szpady. Cała reszta jest do bólu uczciwa i sprawiedliwa – zarówno piraci, jak i szlachcice czy służący. Nad bohaterami wciąż i nieustająco wisi kodeks honorowy, którego każdy, oprócz oczywiście van Goulda, przestrzega bez mrugnięcia. Przy tym wszyscy, bez wyjątku, zdecydowanie za dużo ględzą.
Podczas pogrzebu braci tytułowy bohater sadzi taką przemowę, że wszystkie kończyny więdną. Czysty patos bez ani grama sensu. Oto więc na tle czarnego, nocnego nieba stoi Czarny Korsarz (swoją drogą, Fraa na dziedziczeniu zna się tak średnio, ale jednak to wygląda zabawnie, kiedy jeden z braci jest płomiennorudy, drugi to blondyn, a trzeci wygląda, jakby się urwał z Bollywoodu...) oddaje duszę samemu szatanowi i poprzysięga zemstę, a jeśli jej nie dopełni, to niechaj morze pochłonie jego statek, a jego kości obgryzą koniki morskie... Nie, wróć. Koników morskich nie było. To przez Ulva.
Przed i po upojnej nocy z ukochaną Emilio znów popada w ten słowotok. Zresztą, Honorata nie pozostaje mu dłużna, w wyniku czego widz może podziwiać najbardziej odrealniony, kiczowaty i patetyczny do urzygu romans ever.
Jeśli mowa o sztuczności bohaterów, to niestety, trzeba też wspomnieć Indiance, Yarze (Sonja Jeannine). Jest to absolutnie najmniej przekonująca Indianka, jaką Fraa widziała. Począwszy od wyglądu, a skończywszy na wyjątkowo biegłym, jak na dzikuskę, posługiwaniu się językiem włoskim. Swoją drogą – czy to nie dziwne, że zawsze jak jest wybita wioska Indian, jedyna osoba, której udaje się przeżyć, to seksowna, młoda dziewoja?
Fraa już zupełnie pominie długie, rozpuszczone włosy Indianki. Wszyscy wiedzą, że nic tak nie podnosi efektywności pracy na statku, jak wkręcające się w każdą linę włosy.

Zresztą, kawiarka tak naprawdę wykazuje się nadmiernym optymizmem pisząc o pracy na statku. Jakiej pracy? Jeśliby na podstawie Czarnego Korsarza kształtować swoje wyobrażenie o życiu piratów, ba!, w ogóle marynarzy, otrzymałoby się obraz zgrai wesołków, którzy trzymają się oczywiście wspomnianego już kodeksu honorowego, dużo wiwatują, a w przerwach tańcują na pokładzie. I to trzeźwi jak świnie, ma się rozumieć. Szczerze mówiąc, więcej realizmu można by doszukać się w Piratach z Karaibów.

Fraa wspomniałaby jeszcze o traktowaniu widza jak kretyna i opowiadaniu przez bohaterów każdego elementu, który mógłby nosić jakieś znamiona intrygi, ale nie kopie się leżącego...

Kawiarka nie potrafi wyłuskać z filmu jakichś niezliczonych zalet, które miałyby zrekompensować wszystkie mankamenty, poza jedną: całość jest śmieszna. Śmieszna w swojej kiczowatości, w patosie; w tym, że jedyny główny bohater, który nie jest Włochem (Anglik Morgan – nota bene ulubiony kawiarczy bohater w całym filmie, wyjątkowo nie plecie trzy po trzy i nie jest baranem) jest grany przez jedynego aktora pierwszoplanowego, który jest Włochem (wśród pozostałych trafi się Francuzka, Amerykanin czy Hindus).
Na szczęście Fraa czegoś takiego się spodziewała – w końcu to nie jedyny film o piratach, który tak bardzo rozjeżdża się z rzeczywistością. Jeśli tylko podejść do tego dzieła z dystansem, oglądanie może dać sporą frajdę. Bez dystansu... nie warto się męczyć.
Ostatecznie – kawiarka powiedziałaby, że film jest słaby, ale ze względu na jego przezabawność podniesie ocenę o dwa punkciki.


5/10







Patrzyłem na ciebie i mówiłem sobie: „Zdobyłem wszystko, o czym marzyłem, ale ta kobieta nigdy nie będzie moja”. Tymczasem to ciebie pragnę z całego serca.
Nawet nie wiesz, ile razy powtarzałam sobie, że jesteś zabójcą i piratem. Ale serce szeptało mi: „On jest twoim przeznaczeniem! Najszlachetniejszym, najdzielniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek w życiu możesz spotkać”. Próbowałam uciec, ale serce ciągle krzyczało: „Biegnij do niego! Obejmij go i ucałuj! Bo on się nie ośmieli”.
Byłoby lepiej, gdybyś uciekła. Wybacz mi i zapomnij. Nie możemy być razem. Złożyłem przysięgę i dlatego muszę być sam. Błagam cię, odejdź.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...