poniedziałek, 31 grudnia 2018

Wikingowie, tylko lepiej: "Norsemen"

(źródło)

Okej. Dzisiejszą notkę sponsorował Ulv. To znaczy nie sponsorował, ale gdybym wprowadziła te tagi, o których swego czasu myślałam (czyli: kto polecił mi dany tytuł), tutaj znalazłby się Ulv. Ja gdzieś tam na moim profilu netflixowym widziałam wprawdzie przewijające się zajawki Norsemen, ale nigdy się tym jakoś nie zainteresowałam, mając w pamięci umiarkowanie entuzjastyczne doświadczenia ze świętującymi sukcesy Wikingami.
Proszę nie zrozumieć mnie źle: uwielbiam muzykę z Wikingów, lubię część bohaterów, doceniam ogrom pracy włożony w to, żeby oddać klimat i realia czasów i miejsc. Po prostu Ragnar od któregoś momentu strasznie mnie wkurzał i z odcinka na odcinek oglądałam serial ratując się jedynie marzeniem o dole z wężami. A że to się ciągnęło i ciągnęło, jakoś w końcu przerwałam oglądanie. Od pół roku powtarzam sobie, że wrócę do tego i obejrzę do końca.
No ale Ulv mówił, że Norsemen są spoko. Ufam Ulvu, toteż zaczęłam oglądać.

Jeżusiu drogi, jak bardzo świetny to serial!
Po pierwsze: muzyka. Na czym polega myk? Mamy w serialu dokładnie te same kawałki, które pojawiają się w Wikingach. Tak, muzyka w Norsemen to też Einar Selvik i Wardruna! I to jest takie piękne. I, jak słusznie zauważył Ulv: Norsemen zdają się mieć dużo większe prawo do tej muzyki. A dlaczemu? Ano dlatemu, że Norsemen to tak naprawdę serial norweski. Z norweskimi plenerami, norweskim reżyserem i norweską obsadą. Nakręcony po norwesku. I po angielsku. Dwie wersje serialu kręcono jednocześnie. Zresztą, ta angielszczyzna bohaterów brzmi absolutnie przepięknie. W pierwszej chwili, kiedy zaczęłam oglądać, miałam nawet taką myśl, że no proszę, jak się Amerykanie wczuli w robienie serialu, że nawet udają skandynawski akcent... a potem się dowiedziałam, że lol nope, to jest całkowicie autentyczny skandynawski akcent. Cudność.

(źródło)
Z jednej strony, widać oczywiście inspirację – czyli osławionych Wikingów. W przypadku niektórych bohaterów bez większej trudności można nawet obstawić, którą postać z serialu HBO niejako grają. A jednak udało się idealnie wyważyć między nawiązaniami a oryginalnością, dzięki czemu jeśli patrzę na Lagertę-Froyę, widzę jednocześnie echa tej pierwszej, ale też pełnokrwistą, fajną postać, istniejącą w tym konkretnym serialu (jak więc widać, można nawiązywać do innych tekstów kultury, ale robić to umiejętnie - do ciebie piję, nieszczęsna Noco kota, dniu sowy…). Zresztą, skoro już mówię o bohaterach, to muszę tu naprawdę szapobasnąć, bo są najzwyczajniej w świecie rewelacyjni. Każda postać, która pojawia się na ekranie, jest niesamowicie wyrazista i zapada w pamięć. Jednocześnie, choć bohaterowie mają najczęściej sprzeczne interesy, człowiek miałby ochotę kibicować im wszystkim. Nawet nieszczęsny jarl Varg budzi sympatię, chociaż szuja nie z tej ziemi. Nie wspomnę oczywiście o Ormie, który jest absolutnie fantastyczną wikińską wersją Richarda z Galavanta  do tego stopnia, że musiałam dwa razy sprawdzać obsadę, żeby się upewnić, że to na pewno nie jest Richard. No więc nie jest. I, trzeba tu oddać sprawiedliwość Richardowi, Orm słabiej się broni jako człowiek do lubienia. Richard wszak w głębi duszy był poczciwym facetem, a Orm z odcinka na odcinek jest gorszym ciulem: samolubnym, tchórzliwym, okrutnym. Richard przez pewien czas próbował grać takiego, ale w istocie taki nie był. A jednak nie potrafię Orma nie lubić. Podobnie moją sympatię budzi Liv, która jest w gruncie rzeczy dobrą kobietą, a po prostu jara ją władza. Ale są też bohaterowie rzeczywiście poczciwi: niewolnik Kark czy może niezbyt bystry, ale za to ogromnie skuteczny w bitwie Arvid (który czasem przychodzi do swojej samotni na wybrzeżu, żeby posiedzieć i porozmyślać o Wielkich Rzeczach: górach... dużych głazach. Czasem nawet o wielorybie).

(źródło)
Humor nie zawsze jest wyrafinowany. W gruncie rzeczy, w większości przypadków jest nawet dość prosty, ale jednocześnie doskonale współgra z klimatem całej historii, która wszak traktuje o surowych, prostych ludziach z wikińskiej wioski. Jednocześnie widać przebijający tu i ówdzie dystans do całego materiału, dzięki czemu zobaczymy chociażby Wikinga w hełmie z rogami. I jest to scena, po której ja szczerze i serdecznie chcę, żeby oni zaczęli nosić te rogate hełmy. Bo to po prostu urzekający motyw.

Jakby mało było świetnych bohaterów, fajnego, niezobowiązującego humoru i przyjemnej dla ucha muzyki, serial ma do zaoferowania po prostu ciekawą historię: wbrew ewentualnym obawom, nie mamy tu kalki z Wikingów, tylko własną fabułę i intrygę, która zatacza coraz szersze kręgi i nie raz potrafi zaskoczyć. U podstaw wszystkiego jest brat wodza Olava, wspomniany już Orm. Orm chce przejąć władzę. Niestety, Orm kompletnie się do tego nie nadaje. Do tego dochodzą problemy małżeńskie w kilku domach, skomplikowana relacja z okrutnym jarlem Vargiem, rajdy na egzotyczne, położone na zachodzie ziemie, no i sztuka. To wszystko daje niesamowitą, wciągającą mieszankę  człowiek nawet nie zauważa, kiedy śmigną mu przed nosem dwa sezony i już trzeba czekać na dalszy ciąg.

(źródło)
Dla mnie to w dużej mierze serial idealny: krótki, wesoły, ale też widowiskowy, z fajnymi postaciami, mocnym, autentycznym klimatem i wciągającą fabułą. In your face, Wikingowie. Na co komu Ragnar, kiedy jest Arvid i Orm? Na co komu L... no dobra, Lagerta jest świetna. Froya też - na swój sposób. Mimo nasuwającego się skojarzenia, te dwie bohaterki są zupełnie inne. Każda doskonała.
Warto. Naprawdę warto.



 Farewell, brother!
 Why don't you just let me do that?!
 No, no, it's just that my hands are very cold. And these arrows are too slippery for my style of shooting.

2 komentarze:

  1. Jak ja bardzo mu wtedy kibicowałam, żeby w końcu trafił... Albo żeby ktoś mu zabrał ten łuk! :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...