środa, 4 sierpnia 2021

"Czarnobyl" - nie, nie ten dobry

(źródło)
O ile dobrze policzyłam, to mój trzeci wpis o Czarnobylu. Pierwszy, czyli parę słów o Czarnobylskiej modlitwie Swietłany Aleksijewicz, popełniłam w 2014 roku – jak widać więc, jest to temat nadal niezmiennie żywy i inspirujący. Chociaż tym razem chyba nie tyle twórców zainspirowała do czegokolwiek sama katastrofa z 1986, ile świetny serial HBO. Ale po kolei.
W 2019 roku wspominałam o tym, że Rosjanie bardzo źle odebrali amerykańską produkcję i zapowiedzieli, że nakręcą własną wersję tej historii – wersję, w której pokażą, jak to było naprawdę. W której pokażą, jak agent CIA szpiegował w elektrowni.
No i, kurde, pokazali…
Znaczy okej – wydaje mi się, że zrezygnowali z pomysłu amerykańskiego szpiega. A w każdym razie nie zauważyłam takiego wątku. Ale, jeśli mam być szczera, mam niejasne wrażenie, że w pokazywaniu „prawdziwej historii” katastrofy czarnobylskiej zrezygnowali z bardzo wielu pomysłów. Takich jak na przykład, nie wiem, walka ze skutkami tej katastrofy albo sięgnięcie po dosłownie jakąkolwiek historyczną postać, która miała swój wkład w wydarzenia tamtych tygodni, nie wspominając już o pokazaniu, co w ogóle doprowadziło do wybuchu. Najwyraźniej Elena Ivanova i Aleksiej Kazakov, scenarzyści rosyjskiej produkcji, zgodnie uznali, że to nie są istotne elementy tej opowieści. Nie są, gdyż najważniejszy jest Dzielny Strażak.

Dzielny Strażak imieniem Aleksiej Karpuszin (Danila Kozlovsky – zarazem odpowiedzialny za reżyserię) właśnie odchodzi na emeryturę i chce się zejść na powrót z Olgą (Oksana Akinszina), z którą niegdyś coś go łączyło. I wtedy dochodzi do wybuchu, Aleksiej początkowo trochę się miga, że on przecież na emeryturze już jest, ale ostatecznie oczywiście postępuje jak należy i dołącza do strażaków uwijających się przy rozrastającym się pożarze. Cały czas jednak uwaga zarówno jego, jak i widzów (bo to z jego perspektywy obserwujemy wydarzenia) skupia się mniej na elektrowni, a bardziej na Oldze i jej dziesięcioletnim synu, imienniku strażaka. Kilka razy się tak schodzą i rozchodzą, dzieciak choruje, więc trzeba go zabrać do lepszego szpitala i tak dalej. Ot, zupełnie kameralna historyjka z Czarnobylem jako takim mało istotnym tłem.
I jeszcze gdyby to faktycznie była kameralna, osobista historia trojga ludzi, którzy znaleźli się w tej strasznej i niezwykłej sytuacji, to byłoby pół biedy. Co więcej, to mogłoby być ciekawe. Tylko że tak naprawdę nie mamy tu trojga ludzi, tylko trzy kukiełki, które nie budzą żadnych emocji. Ani się im nie współczuje, ani nie kibicuje. I to chyba nawet nie jest kwestia jakiegoś dramatycznie złego aktorstwa, tylko po prostu te postacie są bardzo słabo napisane.

Bohaterowie jeszcze w Krainie Szczęśliwości
(źródło)
Przy czym żeby nie było: to nie jest jakiś przeokrutnie zły film. Widziałam wiele gorszych. Mam wrażenie, że jednym z problemów 
Czarnobyla jest jego czas powstania: tak pi razy drzwi ćwierć wieku za późno. Bo przecież bardzo dobrze znamy te wszystkie filmy o przystojnych, dzielnych bohaterach, którzy jedną ręką dokonują bohaterskich czynów, drugą zdobywają miłość życia, a to wszystko na tle powiewającej nad nimi amerykańskiej flagi. Tylko że Pearl Harbor miało premierę w 2001 roku, a Armageddon w 1998. I już wtedy zostały obsypane z jednej strony Oscarami, z drugiej zaś – Złotymi Malinami.
Tylko czy to za sprawą umiejętności twórców, czy budżetu, czy charyzmy aktorów, te produkcje mimo wszystko bardzo często były bardzo angażujące. Tak, człowiek widział ten nachalny patriotyzm, widział trzeszczący banał wątków miłosnych i dziury fabularne, ale to nie przeszkadzało aż tak.
Wtedy.
Bo obecnie te hity sprzed dwudziestu czy dwudziestu pięciu lat ogląda się z uśmiechem politowania, jakie to było głupkowate. Jaki widz był głupkowaty, że go to jarało.
I tu, cali na biało, wkraczają Rosjanie. I dają nam dzieło całkowicie anachroniczne, w dodatku nawet abstrahując od tego, niezbyt dobrze zrealizowane. A co gorsza, robią to dwa lata po tym, jak świat zobaczył świetny i przejmujący serial na ten sam temat. Któż mógł pomyśleć, że widzowie będą porównywać te dwa tytuły?

Dzielny Strażak (źródło)
A porównywanie ich to już jest rzeczywiście kopanie leżącego. Film Danily Kozlovskiego nie mówi nic o niczym tak naprawdę. Nie mówi nic o ludziach, bo nie widzimy tam prawdziwych ludzi z krwi i kości. Nie mówi nic o katastrofie, bo nie skupia się ani na przyczynach wybuchu, ani na przebiegu gaszenia pożaru i powstrzymywania promieniowania, ani na pociągnięciu do odpowiedzialności właściwych osób.
Och tak, pojawia się w którymś momencie dialog: Aleksiej pyta kolegę, co spowodowało wybuch. Kolega odpowiada: „ludzie”. Aleksiej pyta dalej: „jacy konkretnie ludzie?” A kolega na to: „a czy to ważne?” Potem milczą znacząco i to koniec tematu, pozamiatane. Aha, a całość odbywa się w trakcie misji odpompowania wody spod reaktora, która to misja sama w sobie faktycznie miała miejsce, ale jej przebieg wyglądał zupełnie inaczej. Więc brawo, filmie – pokazałeś jedną rzecz z całej akcji gaśniczej i zabezpieczającej, a i tak zrobiłeś to źle. Paradoksalnie, w obrazie Kozlovskiego wtedy właśnie ginie jeden z głównych bohaterów, podczas gdy w rzeczywistości misja ta – o dziwo! – zakończyła się bez ofiar.

Okej, żeby nie było: scena narady
była w sumie fajna (źródło)
Zresztą, kiedy tak myślę o tej scenie, to jest nawet dość przykre: trzech gości (Walery Bezpałow, Aleksiej Ananenko, Borys Baranow) zanurkowało pod podstawę reaktora, żeby otworzyć dwa zawory, co pozwoliło na pozbycie się resztek wody ze zbiorników rozbryzgowych. Zrobili robotę i wyszli z tego cało – wow, taki sukces, coś niesamowitego. Co robi film? Usuwa ich z całej tej historii. Po kogo oni obchodzą, kiedy można tam wrzucić fikcyjnego głównego bohatera i zrobić jakąś wzruszającą scenę albo ze dwie.
I jak się teraz nad tym zastanawiam, to jest chyba największy grzech Czarnobyla. Nie anachronizm, nie brak charyzmatycznych bohaterów i już nawet nie pominięcie większej części tej historii. Super słabe jest to kompletne zlanie prawdziwych bohaterów, którzy się tam dwoili i troili, żeby zabezpieczyć teren i ogarnąć jakoś tę sytuację. Przykro mi, Danila, ale muszę podtrzymać to, co pisałam dwa lata temu: potrzeba było Amerykanów, żeby pokazać heroizm ludzi radzieckich. Bo ty i twój Dzielny Strażak spieprzyliście to.

Te film jest tak zwyczajnie słaby. Nie wiadomo, po co w ogóle powstał, ale wiadomo, że to było zbędne.

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...