środa, 13 stycznia 2021

Apostazja: z pamiętniczka grzesznika

Dzień dobry. 2 stycznia 2021 roku złożyłam w kancelarii mojej parafii zamieszkania oświadczenie woli o wystąpieniu z Kościoła katolickiego, zwane też apostazją. Jak komuś teraz nasuwa się myśl „No i po co o tym piszesz? To twoja prywatna sprawa” – to, prawdę mówiąc, ma zupełną rację i mogę powiedzieć tylko „do zobaczenia przy następnej notce”. Ale ja i tak mam pewną potrzebę rozpisania się, więc tak czy owak zamierzam to uczynić. Dla higieny własnego mózgu i może by odpowiedzieć komuś na niezadane pytanie.


(licznikapostazji.pl) Mój szczęśliwy numerek to także 
rok wybuchu epidemii w Krakowie oraz upadku Adrianopola.
 (wiedza sponsorowana przez Wikipedię).
 
Wstęp

O odejściu z Kościoła myślałam już dość długo. Na tyle długo, że kiedy zaczynałam to myślenie, obowiązywała zasada o dwojgu świadków, którzy mieli towarzyszyć osobie występującej podczas wizyty u proboszcza. Pamiętam, że przeglądałam na stronie apostazja.info wskazówki krok po kroku, co trzeba zrobić, by wyjść z KK, i miałam bardzo silne poczucie „ugh, tak bardzo mi się nie chce”. I tak się bujałam z tym „chciałabym, ale trochu za leniwa”, jednocześnie przemyśliwując, czy aby na pewno jest to dla mnie w ogóle właściwe rozwiązanie. Próbowałam się określić, w co właściwie wierzę, jak to się ma do dogmatów katolickich, jak oceniam działalność duszpasterską Kościoła i tak dalej. A kiedy już się określiłam z tym wszystkim, wciąż gdzieś w tle wisiał dylemat „a czy rodzinie nie będzie przykro”.

Później nastąpił rok 2020. Co się działo w jego drugiej połowie, nie trzeba chyba przypominać. I w sumie nie mam pojęcia, jak doszło do tego, że trafiłam na grupę facebookową Apostazja 2020, ale w jednej chwili zorientowałam się, że hej: po pierwsze, te przepisy cztery lata temu się zmieniły i teraz to całkiem proste. Po drugie, jest masa osób z podobnymi jak ja dylematami. A wzajemne motywowanie się potrafi, jak widać, zdziałać cuda, bo w parę tygodni było po wszystkim. Gdyby nie święta i fakt, że w mojej parafii proboszcz był przez pewien czas niedostępny, pewnie wyrobiłabym się ze wszystkim jeszcze w tamtym roku.

Nie wiem, ile faktycznie jest takich osób jak ja: co to właściwie chcą, mogłyby, ale przecież po co tam w ogóle iść do tego kościoła, po co gadać z proboszczem, przecież i tak nic mnie nie łączy z katolicyzmem. Ale śmiem twierdzić, że całkiem sporo.


Po co apostazja?

Najprościej mogłabym powiedzieć, że po to, żeby móc znów patrzeć w lustro. Jeśli firma produkująca kosmetyki testuje swoje produkty na zwierzętach, staram się tych produktów nie kupować, bo to sprzeczne z moim światopoglądem i z moją moralnością. Jeśli właściciel browaru jest jawnym homofobem, nie będę kupowała piw z tego browaru – gdyż jak wyżej. To się wydaje logiczne, że jako konsumentka głosuję portfelem i w ten sposób wyrażam swoje poparcie bądź jego brak dla konkretnych postaw. W przypadku Kościoła nie jestem do końca „konsumentką”, bo teoretycznie nie kupuję odeń żadnych towarów. Jeśli więc Kościół reprezentuje coś, z czym się bardzo mocno nie zgadzam (czy to w zakresie dogmatów, czy działalności duszpasterzy), nie mogę przestać korzystać z ich produktów – bo nigdy tego nie robiłam. Muszę więc znaleźć inną metodę na wyrażenie sprzeciwu. A realia są takie, że złożenie oświadczenia woli o wystąpieniu jest bodaj jedynym prawnie usankcjonowanym sposobem.

Z jakiegoś powodu jednak – przyznam, dla mnie trochę niejasnego – o ile ludzie raczej bez większego problemu przyjmą „nie kupuję koszulek tej firmy, bo szyją je wyzyskiwane dzieci w Bangladeszu”, o tyle już „występuję z Kościoła, bo nie wierzę/wierzę w innego Boga” albo „występuję z Kościoła, bo pedofilia/rasizm/homofobia” nie jest takie oczywiste. A w gruncie rzeczy chodzi o to samo. O to, że bierność i milczenie oznaczają zgodę. Bardzo wygodnie uznać, że „po prostu nie daję na tacę”, ale to jest usprawiedliwianie własnego lenistwa – been there, done thatBo nawet jeśli nie chodzę na msze i nie daję na tacę, w świetle prawa nadal jestem katoliczką i dokładam się do ogólnego obrazka Polski jako kraju podporządkowanego Kościołowi.


Jak dokonać apostazji?

Banalnie. Jak dobrze pójdzie, musimy ruszać tyłek do jakiegokolwiek kościoła raptem raz. Wszystko inne dzieje się już bez naszego udziału, ewentualnie przy udziale mailowym lub telefonicznym. Nie będę tu rozpisywać, co i jak, bo takich instrukcji można znaleźć w Internecie całe mnóstwo (na apostazja.info chociażby jest opis wraz z piękną infografiką).


Co napisać w oświadczeniu woli?

I tutaj tak naprawdę chciałabym się zatrzymać i na tym skupić – bo takie pytanie pojawia się bardzo, bardzo często. W Internecie bez problemu można znaleźć bardziej lub mniej elokwentne gotowce, ludzie też dość chętnie doradzają, co można napisać – krok po kroku, akapit po akapicie.

Oczywiście, jeśli pytanie dotyczy wymogów formalnych, nie mam żadnych wątów – też szukałam wzorów, bo byłoby głupio, gdyby moje oświadczenie zostało odplute, bo nie wpisałam jakiegoś adresu, daty czy innej formułki. Ale pytanie dość często dotyczy także centralnej części oświadczenia, czyli uzasadnienia.

Uzasadnienie potrafi przyjąć naprawdę dowolną formę. Niektórym wystarczy jedno ogólnikowe zdanie, że dogmaty Kościoła są sprzeczne ze światopoglądem, koniec i kropka. Inni smarują wielostronicowe wypracowania, w których sięgają do najdawniejszych przewin Kościoła, by wygarnąć absolutnie wszystko, od krucjat, przez inkwizycję, aż do Rydzyka i Dziwisza. No i jest całe spektrum pośrodku – ja zresztą gdzieś tam się umościłam, jako że chciałam, by moje uzasadnienie było zarazem rzetelne i szczere, ale jednocześnie żeby całe oświadczenie ładnie zmieściło mi się na jednej stronie. Więc żadnego drobiazgowego wygarniania.

Moja robocza teoria jest taka: jeśli nie wiesz, co napisać w uzasadnieniu, nie składaj oświadczenia woli o wystąpieniu z Kościoła. Najwyraźniej jeszcze nie przyszedł na Ciebie czas. Może jak sobie to głębiej przemyślisz, wcale nie przyjdzie. Nie rób tego pod wpływem impulsu, bo to nie o to chodzi.

Wiem, że księża potrafią patrzeć podejrzliwie na niektóre oświadczenia i odrzucać je na podstawie „pan/i to ściągnął/ściągnęła z internetu, nie napisał/a tego sam/a”. I ja wiem, że w gruncie rzeczy to nie jest interes proboszcza, kto mi napisał moje oświadczenie (zresztą, bardzo często się mylą), ale z drugiej strony, trochę rozumiem, że oni – jako duszpasterze – chcą, by parafianin naprawdę podejmował taką decyzję świadomie. A na pewno trudniej uwierzyć w tę świadomość, mając przed sobą gotowca z internetu.

To jest całkiem proste: nikt mi nie powie, co mam napisać w uzasadnieniu, bo to przecież moja decyzja i tylko ja tak naprawdę wiem, dlaczego to robię. Jeśli ktoś mi podpowie albo podsunie szablon, w którym będzie akapit o ukrywaniu pedofilii przez Jana Pawła II, to skopiuję to niezależnie od własnej opinii na temat tego papieża? No raczej nie.

Potencjalny apostato: po prostu to przemyśl. A jak przemyślisz, to uzasadnienie przyjdzie samo, jako efekt tych przemyśleń.

Jasne, częściowo te pytania mogą wynikać po prostu z tego, że ktoś nie czuje się mocny w słowie pisanym. Tylko że pamiętaj, potencjalny apostato: oświadczenie woli to nie wypracowanie na polski. Nikt nie będzie go oceniał ze względu na powtórzenia czy styl. O ile zawsze coś mnie trzącha, kiedy słyszę o „przelewaniu swoich myśli na papier” (koszmarnie nieapetyczna metafora), o tyle w tym przypadku to jest bardzo adekwatne. Daj sobie czas, przemyśl temat, a potem napisz, co Ci wyszło z tych przemyśleń. Jeśli masz potrzebę rozpisywania się – zrób to. Jeśli chcesz krótko, bo nie podoba Ci się tłumaczenie proboszczowi ze swoich poglądów – napisz krótko. Ale niech to będzie Twoje własne.

Sama w swoim oświadczeniu miałam parę mocno niegramotnych zdań. Wiem o tym. Ale gdybym miała je szlifować bez końca, to pewnie nadal byłabym w proszku. Grunt, że napisałam to, co miałam do napisania – czego napisania odczuwałam potrzebę.


Kościół a apostazje

Och, problemów przy składaniu apostazji jest całe mnóstwo, choć mimo wszystko większość przypadków przebiega bezboleśnie. Niemniej księża potrafią sięgać po rozmaite środki, żeby wymigać się od przyjęcia oświadczenia, a czasem nawet na pierwszej linii nie stoi żaden ksiądz, a np. organista, który z jakiegoś powodu za wydanie odpisu świadectwa chrztu domaga się obowiązkowej cołaski w wysokości stu złotych czy coś. Najczęściej pomagają maile do kurii bądź KIOD.

Głównym problemem w całej tej sytuacji wydaje mi się jednak fakt, że – jakkolwiek nie mam pojęcia o podstawie programowej w seminariach – najwyraźniej duchowni nie mają bladego pojęcia, z czym się je apostazję. Nie znają procedur, które przecież nie spadły z kosmosu, tylko zostały ustalone przez decyzyjne organy w ramach samego Kościoła katolickiego. Nie mają dogłębnej świadomości tego, że Kościół we własnych dokumentach ma zapisy o wolności religijnej i o możliwości wystąpienia ze wspólnoty. Więc kiedy przychodzi do nich ktoś w takiej sprawie, wpadają w panikę i zachowują się irracjonalnie. Chciałoby się rzec: są po prostu niekompetentni. I to jest super słabe, bo myślę, że gdyby byli naprawdę przygotowani do pełnienia posługi (kurde, nierzadko przecież pełnionej już przez dziesiątki lat), udałoby się uniknąć bardzo wielu nieprzyjemnych sytuacji – podejrzewam, że nieprzyjemnych dla obu stron. No bo chyba nie wierzą, że jeśli zwyzywają osobę występującą, to ta osoba zmieni zdanie? Co najwyżej utwierdzą ją w przekonaniu, że to była słuszna decyzja. Serio, duszpasterzu, chyba nie taka twoja rola?

Ale ja mam jeszcze jeden, duży zarzut i duży problem z całym tym występowaniem z Kościoła.

Problem ma brzmienie semel catholicus, semper catholicus. To taki katolicki lifehack, w myśl którego chrzest jest niezbywalny i nawet jeśli wystąpimy ze wspólnoty, nadal jesteśmy katolikami (po prostu takimi ch*jowymi). Tylko że to taki lifehack małego dziecka, któremu się wydaje, że jeśli po przegranej w piłkarzyki dostatecznie dużo razy wykrzyczy, że wygrało, to rzeczywistość się zagnie i dziecko wygra.

Śmieszno-żałośnie wygląda dla mnie zdanie z Dekretu Ogólnego Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty z Kościoła, gdzie napisano o osobach występujących: „Gdy jednak od tego zamiaru nie odstąpią, respektując ich wolny wybór, należy im przypomnieć zasadę semel catholicus, semper catholicus” – bo to takie „respektując ich wolną wolę, należy im przypomnieć, że w sumie to wcale jej nie mają”. Zasadę tę przypomina też chociażby publikacja KIOD Praktyczne wskazania z dnia 1 grudnia 2020 r. dotyczące ochrony danych osobowych przy wystąpieniach z Kościoła.

Oczywiście, to by nie było bardzo problematyczne (no, nadal trochę, ale jednak mniej), gdyby nie to, że aby wstąpić do wspólnoty katolickiej, wcale nie muszę podejmować świadomej decyzji i składać oświadczenia woli – bo chrzcimy niczego nieświadome dzieci (hej, a co z zapisem w Deklaracji o wolności religijnej z II Soboru Watykańskiego: „Jednym z zasadniczych punktów nauki katolickiej, zawartym w słowie Bożym i nieustannie głoszonym przez Ojców, jest zdanie, że człowiek powinien dobrowolnie odpowiedzieć Bogu wiarą; nikogo więc wbrew jego woli nie wolno do przyjęcia wiary przymuszać.”  czy kilkumiesięczne dziecko aby dobrowolnie odpowiedziało Bogu wiarą?). Podwójne standardziki, czyżby?

Ogółem, to ten: brawo, Benedykcie XVI – bo to ty w 2009 r. byłeś tym dzieckiem, które zaczęło krzyczeć, że wygrało.


I w ogóle, to mili Państwo, może z lekkim poślizgiem, ale wszystkiego dobrego w rozpoczynającym się roku 2021! Zdrówko!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...