wtorek, 5 marca 2013

ZaFraapowana filmami (78) - "Jonah Hex"

Jonah Hex - plakat
Długo się zastanawiałam, jak ugryźć temat. Prawdę mówiąc, na początku chciałam po prostu napisać o komiksie. Ale potem szarpnęłam się jeszcze, żeby obejrzeć film (o tym, czemu uważam to za solidne szarpnięcie się – za chwilę) i doszłam do wniosku, że może by to jakoś połączyć, porównać. Im więcej jednak nad tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że jednak o wiele łatwiej wyrzygiwać pretensje odnośnie czegoś niż się konstruktywnie zachwycać, toteż ciężar notki właściwie w całości przerzucił się z komiksu na film. A potem zupełnie zwątpiłam, czy cokolwiek na ten temat popełniać, bo dziś rano Ulv przez telefon właściwie mi wypunktował, co tutaj napiszę i pomyślałam, że chyba nie ma sensu tworzyć notki, która już została stworzona. Nawet jeśli tylko w głowie czytelników. Czytelnika.
Ostatecznie zwyciężyła opcja „Lubię placki”. Do dzieła więc.

Moja przygoda z Jonahem Hexem zaczęła się w 2010 roku, kiedy pierwszy raz zobaczyłam zwiastun filmu w reżyserii Jimmy’ego Haywarda. Napaliłam się na to jak szczerbaty na suchary i, jak to zwykle ja, ostatecznie jakoś nie po drodze mi było z kinem. Przez długi czas miałam tylko mgliste pojęcie, że film jest na podstawie jakiegoś komiksu – co zresztą napawało optymizmem, bo przecież 300 też na podstawie komiksu, a jakie świetne. Spodziewałam się czegoś z porządnym przypierdem.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy spróbowałam kiedyś obejrzeć Jonaha Hexa na małym ekranie i zdzierżyłam chyba pół godziny, bo… po prostu było niemożebnie nudne!
Ale jak to?, myślałam sobie. Przecież zwiastun… no i WOGLE… western, Dziwny Zachód, komiksowy rozmach, western, szpetny bohater, western…? Jak to może być nudne? Wiele razy zadawałam sobie to pytanie, aż w końcu zrobiłam jedyną rzecz, jaka mi pozostała: sięgnęłam po komiks Jonah Hex.
Nie ukrywam, że wciąż mam ogromne braki. Prawdę mówiąc przeczytałam ledwie połowę serii wydawanej od stycznia 2006 roku, bo tylko do tego miałam łatwy dostęp. Ale to wystarczyło, żebym zaczęła się zastanawiać: jak to było z tym filmem? Może ja byłam chora albo zmęczona? Dlaczego miałoby mi się nie podobać? Przecież to genialna historia!
I się zawzięłam – i obejrzałam film jeszcze raz. Tym razem od deski do deski (to właśnie było owo szarpnięcie się).
Postawmy sprawę jasno: nie myliłam się. Nie byłam ani chora, ani skacowana po jakiejś świetnej książce. Ten film jest słaby. Bardzo słaby. Okropnie. To zadziwiające, że można nakręcić tak marny film mając jako bazę tak świetny komiks. Ogromny potencjał, w sumie wystarczyłoby kręcić kadr po kadrze, praktycznie zero kombinowania. Tymczasem Mark Neveldine i Brian Taylor (scenarzyści, więc podejrzewam, że to w dużej mierze oni są za to odpowiedzialni) wzięli z komiksu imię bohatera (bo, poza imieniem, niewiele ma wspólnego postać grana przez Josha Brolina z oryginałem), imię jednej z bohaterek (tu wspólnego jeszcze mniej), stworzyli idiotyczną intrygę, dodali najzupełniej kretyńskie efekciarstwo, okrasili to odrobiną magii i wio – wyszła nijaka papka z nudnymi, zupełnie niezapamiętywanymi postaciami.

Zacznijmy od bazy, a więc: kto zacz ten Jonah Hex?
Wychowany przez ojca-alkoholika, bo matka porzuciła ich (znaczy chłopa i potomka), kiedy Jonah miał kilka lat, i uciekła z jakimś absztyfikantem. Stary Woodson Hex przez jakiś czas jeszcze znęcał się nad synem, aż w końcu sprzedał go Apaczom i tyle go było. Jonah wychował się wśród Indian i wszystko byłoby cacy, gdyby nie poprztykanie się z synem wodza, Noh-Tantem, który był ździebko zazdrosny. Noh-Tante podczas wypadu po konie zostawił Jonaha na pewną śmierć. Tyle tylko, że Hex, uparta mynda, nie zechciał umrzeć i po kilkunastu latach wrócił. Stoczył z przybranym bratem pojedynek, został oskarżony o podstępne zabicie przeciwnika i oszpecony – wódz Apaczów wypalił mu na twarzy znak demona.
Ładna historia, widowiskowa, z Indianami, miłością, zazdrością, walką i bogowie wiedzą czym jeszcze. Prawie jak w Wielkim Małym Człowieku, tylko bardziej, mocniej i krwawiej. Dałoby się? Och, na pewno by się dało. Ale przypuszczam, że pokazywanie Indian, którzy wypalają znaki na twarzach białych przyjaciół byłoby może w złym guście czy coś. Bo filmowego Jonaha najzupełniej wykastrowano z całej tej przeszłości. W jakichś smętnych przebitkach mamy głównego antagonistę, Quentina Turnbulla (o zgrozo, John Malkovich, czemuś się na to zdecydował, człowieku?!), który ogólnie sprawia, że żyjący do tej pory długo i szczęśliwie Hex traci wszystko – wraz z symetrią twarzy. A potem, żeby było jeszcze śmieszniej, Jonah sam rozchrzania sobie do reszty facjatę. Ja rozumiem potrzebę pokazania, że główny bohater jest twardzielem, ale po prostu tego nie kupiłam. Gościu w całym filmie jawił mi się raczej mocno nijako i dowalenie mu tego idiotycznego akcentu po prostu zupełnie nie pasowało, gryzło się z całą resztą.

Ponieważ filmowy Jonah wciąż miał zdecydowanie za mały współczynnik zajebistości, trzeba było wykombinować coś jeszcze. Oto więc nasz bohater potrafi rozmawiać ze zmarłymi. I tu znów gwałtowny opad zainteresowania filmem.
To znaczy żeby nie było: ja lubię fantastykę, Weird West i wskrzeszanie zmarłych. W dzieciństwie, kiedy nie chciałam być grabarzem, to planowałam karierę nekromantki (gdzieś pomiędzy astronautką a sławną pisarką, ma się rozumieć). Rzecz w tym, że komiksowy Jonah ma charakter. I nie potrzebuje sztucznego podkręcania go supermocami (a przypominam, że mówimy tu o bohaterze od DC Comics, a więc Supermany, Justice League i cała ta czereda!), jakimiś od czapy dorzuconymi scenkami „utwardzającymi” (ekhm… jak fachowo nazwać takie sceny, które są dodane tylko po to, żeby podkreślić hardość i zajebistość delikwenta?) – jest spójny, konsekwentny i wyrazisty. On sam. I to do niego przywiązuje się czytelnik, a nie do tego, że łohoo, jak fajnie dotknął tamtego gościa, który od tego zmartwychwstał. Po prostu w filmie miałam wrażenie, że twórcy sięgnęli po każdy możliwy chwyt, który sprawi, że ich protagonista będzie interesujący, oprócz tego najbardziej oczywistego – czyli oprócz pi razy drzwi wiernego oddania ducha postaci z komiksu.
No właśnie, skoro już wspominam o udziwnieniach i sztucznym podkręcaniu klimatu: weźmy na przykład taką broń. W jednej z pierwszych scen prawie spadłam z krzesła, kiedy zobaczyłam to:
Jonah Hex - kadr z filmu
Jonah Hex - kadr z filmu
Nie znam się za dobrze ani na koniach, ani na militariach, ale niech ktoś mnie poprawi, jeśli się mylę: czy ten koń nie powinien dostać ciężkiego pierdolca, jeśli by mu te gatlingi waliły pod samymi uszami? Takie ustrojstwo chyba hałasuje, czyż nie? Ale znów: bohater jest sam w sobie bez wyrazu, więc trzeba go oblepić gadżetami, choćby te były bez sensu.
Jednak broń Hexa to nie jedyny problem filmu. Turnbull i jego Gwiazda Śmierci broń masowej zagłady też się nie popisali: wciąż mnie nurtuje, dlaczego te wszystkie kule musiały przed wystrzeleniem być turlane przez te wszystkie windy, tunele, podajniki, mijać całe puste przestrzenie pod pokładem statku? Staruszek lubił sobie na to patrzeć w długie zimowe wieczory? Jeśli mam być szczera, więcej sensu dla mnie miały steampunkowe wynalazki w Wild Wild West. Wiem, że to był głupi film, ale miał zasadniczą przewagę nad Jonahem Hexem: nie udawał, że jest na poważnie. No i miał o wiele większy rozmach, ale to już inna para kozaczków.
Ach, no bo właśnie: po filmie kręconym na podstawie komiksu oczekuję, wspomnianego już wcześniej, przypierdu. Jak we, wspomnianych już wcześniej, 300. Kij, że dużo komputera, że historia przemieszana z fantasy, że widowiskowe dla samej widowiskowości – ma być z rozmachem i fantazją. A Jonah Hex…? Wspominałam, że był nudny? No właśnie. Takie dziwne niewiadomoco, które nie może się zdecydować, czy być steampunkową opowieścią z Dziwnego Zachodu ze szczyptą grozy, czy poważnym, historycznym westernem. I wyszła kupa. A jak się dowiedziałam, że oblubienica Jonaha, Lilah (Megan Fox), to komiksowa Tallulah, miałam ochotę wyrzucić komputer za okno. W komiksie Tallulah to prawdziwa babka z jajem. Spójna i przekonująca, samodzielna, z bardzo konkretnymi pragnieniami. W dodatku oszpecona, co stworzyło fajną sytuację, w której wszyscy byli przekonani, że ona oszpecona, on oszpecony, więc na pewno w te pędy poleci jej pomóc. Tymczasem Lilah poci się i wzdycha do Hexa – na tym właściwie jej rola w filmie się kończy.

Film Jonah Hex mogę z czystym sumieniem zaliczyć do moich największych rozczarowań roku. Nie chodzi o to, że był wyjątkowo słaby. Bo oglądałam wiele słabych filmów i potrafiłam się na nich fantastycznie bawić. Chodzi o to, że miałam naprawdę spore oczekiwania wobec tego tytułu. A po przeczytaniu (części) komiksu – jeszcze większe.

Tu wrócę jeszcze do komiksów: jeśli ktoś w ogóle lubi te klimaty, niech, brońcie bogowie, nie sugeruje się filmem. Bo komiks jest naprawdę przedni. To znaczy nie przeczę, było kilka odcinków, które trochę mnie znużyły, w dodatku parskam jadem na niektórych rysowników, ale całokształt oceniam naprawdę wysoko. Świetne historie, rewelacyjny klimat, wyraziste postacie (ach, Bat Lash!) i przebijający tu i ówdzie steampunk (bah, jest nawet odcinek poświęcony Edisonowi i Tesli, choć akurat wypadł zdecydowanie poniżej moich oczekiwań). A na rysowników parskam z dwóch powodów: po pierwsze, niektórzy mają tendencję do beznadziejnego cieniowania, które wygląda, jakby bohaterowie spędzili cały poranek na mazianiu się smołą, a ja dzięki temu kompletnie nic nie widzę oprócz czarno-białej paciai. Po drugie, nie wszyscy są Lukiem Rossem. Tak, Ulvie, napiszę to!
Luke Ross rysował odcinki 1-7 tej serii, o której wspomniałam. Jego Jonah Hex wyglądał jak młody Clint Eastwood. I ja teraz zadam pytanie: jak, u licha, można, mając bohatera, który wygląda jak młody bóg Eastwood, przez resztę serii rysować go JAKKOLWIEK INACZEJ?!
fragment: Jonah Hex vol. 3, odc. 1, s. 3 (rys. Luke Ross)
W ogóle na temat komiksu miałabym do napisania dużo więcej, bo uwag nasuwa się przy lekturze wiele, ale wciąż nie czuję się kompetentna, by którykolwiek z tematów poruszać – może kiedyś, jak doczytam.

A film dostaje ode mnie 2/10 – tylko dlatego, że dwóch przydupasów Quentina Turnbulla było całkiem fajnych.






Do popełnienia tej notki zainspirowała mnie akcja „Cała Polska pisze o komiksach”, do udziału w której bardzo zachęcam.


piątek, 1 marca 2013

Fraa w czytelni (45) - "Równi bogom"

Autor: Isaac Asimov 
Tytuł: Równi bogom 
Tytuł oryginału: The Gods Themselves 
Tłumaczenie: Krzysztof Bednarek 
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012 
Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Media Markt to śmieszny sklep – człowiek nigdy nie wie, z czym z niego wyjdzie. Ja na przykład w którymś momencie zaczęłam opuszczać go z książkami. I dzięki temu na przykład wiem, że czas najwyższy zacząć zbierać cykl o robotach, a później może też Fundację i inne. A autora dopisuję do listy ulubionych.
Heh, a pomyśleć, że kiedyś mocno hejtowałam Media Markt, które zawsze miało tak idiotyczne kampanie reklamowe… 

Równi bogom to historia… cóż, przede wszystkim historia Pompy Elektronowej. A w praktyce oznacza to śledzenie losów osób z rzeczoną pompą związanych. Chciałoby się napisać „ludzi”, tyle że wcale nie. Pompa Elektronowa to – jak się zdaje – doskonałe źródło energii, którą czerpie z równoległego wszechświata, tak zwanego para-wszechświata, w którym działają nieco inne prawa fizyki. Za pośrednictwem pompy ludzie i para-ludzie wymieniają się materią (a także wspomnianymi prawami fizyki), otrzymując w ten sposób zupełnie za darmo i bez szkody dla środowiska niezmierzone ilości energii. Kłopoty zaczynają się, kiedy młody parafizyk, Peter Lamont, odkrywa, że przez ten nieustanny transfer praw fizyki z para-wszechświata nasze Słońce najprawdopodobniej niebawem eksploduje. Ludzie jednak, jak to ludzie, są na tyle zadowoleni z rozwiązania wszystkich ich energetycznych problemów, że nawet nie próbują wysłuchać naukowca. Ten podejmuje więc próbę skontaktowania się z para-ludźmi, żeby ostrzec ich o niebezpieczeństwie, które grozi im w takim samym stopniu co ludziom.

Tu już koniecznie trzeba zostawić streszczanie fabuły, bo najmniejszy nawet spoiler byłby mordowaniem tej powieści. 

Książka składa się z trzech części: pierwsza poświecona jest początkom Pompy Elektronowej, jej wynalazcy – Frederickowi Hallamowi – a także wspomnianemu już Lamontowi oraz jego towarzyszowi niedoli, który zgodził się pomóc Peterowi w próbach porozumienia się z para-ludźmi, Myronowi Bronowskiemu.
Tu pierwsza rzecz, która mnie zachwyciła w powieści: bohaterowie. Podobnie jak w Końcu Wieczności, tak i tutaj jest to środowisko naukowe, które dla mnie samo w sobie zawsze było interesujące. Dodatkowo bohaterowie są pełni pasji, a czytelnikowi trudno przejść obok ich losów obojętnie. Pompa jest tak naprawdę tłem – najpierw dla opowieści o Hallamie, który, jako całkowity przeciętniak, musi walczyć z kompleksami za pomocą przerostu ambicji, toteż kiedy w jego kierunku pada coś bardzo zbliżonego do lekceważącego „e tam, nie dasz rady”, niezbyt zdolny radiochemik wpada w berserka. W tej furii, która tak naprawdę ma na celu wyłącznie pokazanie niektórym, że owszem, właśnie on da radę, Hallam – niemalże niechcący – zostaje Ojcem Pompy Elektronowej. Prawda o wynalazku i historia rozpowszechniana przez samego Hallama to dwie zupełnie różne sprawy, ale wygląda na to, że jedyna osoba, która się tym przejmuje, to nieszczęsny Peter Lamont, młodziutki naukowiec, bezsilny wobec sławy i władzy Hallama. I właśnie tutaj Pompa przestaje być tłem dla swojego „Ojca”, a na pierwszy plan wysuwa się właśnie Lamont. Ten nie jest już takim zakłamanym, antypatycznym frajerem, tylko trochę zbyt emocjonalnym uczonym, który porywa się z motyką na słońce, ale którego upór dorównuje uporowi Hallama.
Jest też, ma się rozumieć, Myron Bronowski, choć niewątpliwie zajmuje nieco dalszy plan niż wyżej wspomniani panowie. Nie zmienia to faktu, że Bronowski jest najzwyczajniej w świecie fajny. Jako jedyny wspiera Lamonta, choć może tak do końca mu nie wierzy. No ale jaki paleograf oparłby się pokusie odczytania pisma istot z wszechświata równoległego? 
W tej części, oprócz świetnych charakterów, w ogóle fajnie też widać skrawek tego światka, w którym wielkich odkryć o historycznym znaczeniu dokonuje się przez przypadek albo z chęci dokuczenia komuś, w którym nierzadko nie jest najważniejsze to, kto jakie ma zasługi, tylko kto potrafi o nich głośniej krzyczeć. Trochę to gorzki obrazek, niemniej cóż… bagno wciąga, i to pokazane przez Asimova bagienko też mnie wessało. Zresztą, jest to obrazek, który pojawił się też w Końcu Wieczności, więc ewidentnie coś jest na rzeczy.
A poza wszystkim, pierwsza część w dużej mierze opiera się na retrospekcjach, które uwielbiam całym Froowym serduszkiem, o.

Część druga to bardzo gwałtowny przeskok, bo oto czytelnik ląduje w para-wszechświecie, wśród para-ludzi. To przedziwny świat, zamieszkały przez Miękkich oraz Twardych. Miękcy mają dziwną strukturę, bardzo… luźną, są trochę jak obłoki, trochę jak jakieś balony… tak naprawdę dość trudno mi to sobie wyobrazić, dlatego w mojej głowie podczas lektury ciągle tkwił ten obrazek:

(źródło)
 Twardzi zaś są tajemniczymi naukowcami, którzy nigdy o sobie nie mówią i głęboko w jaskiniach prowadzą dziwne badania – między innymi mają Pompę Pozytonową. Miękcy mieszkają bliżej powierzchni, gromadzą się w Triady złożone z Lewego Racjonalnego, Środkowej Emocjonalnej i Prawego Rodziciela. Te Triady, coś na kształt małżeństwa, mają za zadanie wydać na świat troje dzieci, które później rozproszą się po świecie i każde założy własną Triadę. Czytelnik pozna właśnie jedną z takich Triad: Odeen, Dua i Tritt (swoją drogą, bardzo przyjemna gra imionami, Fryy lubią takie rzeczy) nie są jednak zwykła Triadą. Racjonalny jest nadzwyczaj zdolny, Emocjonalna jest w głębi ducha Racjonalna, a Rodziciela cechuje niezwykła odwaga. To sprawia, że Twardzi wyjątkowo się nimi interesują. 
 To właściwie taka historia trochę o rodzinie, trochę o zasadach (czy naprawdę Emocjonalna nie może być Racjonalną BO TAK?), w dużym stopniu o szukaniu prawdy o swoim świecie – no bo co właściwie łączy Twardych i Miękkich? Kim są Twardzi? Czemu Miękcy po urodzeniu dzieci muszą odchodzić? A pytań jest o wiele, wiele więcej. Wreszcie pojawia się zagadnienie Pompy – czy można jej używać, wiedząc, że w ten sposób skazuje się ten drugi wszechświat na zagładę? 
Jest to też całkiem sporo wtapiania i miziania się wypustkami. 

Część trzecia to powrót do naszego wszechświata (choć nie na naszą Ziemię) i do bohatera, który w pierwszej części był ledwie wspomniany: Benjamina Denisona. To Denison powiedział niegdyś Hallamowi „a skąd TY to możesz wiedzieć?” i to właściwie dzięki niemu doszło do odkrycia Pompy. Po latach Benjamin ma złamaną karierę, nienawidzi Hallama, ludzi i świata w ogóle, ale wciąż pragnie wrócić do tego, czym kiedyś się zajmował: do nauki. Dowiedziawszy się o całej sprawie z Lamontem, a co więcej: podzielając jego obawy względem Pompy, Denison emigruje na Księżyc, by tam prowadzić badania. 
No właśnie: to właściwie trzeci świat, do którego autor zabiera czytelnika. Po Ziemi i para-wszechświecie mamy Księżyc i jego mieszkańców – Lunarytów, czyli oczywiście ludzi, którzy założyli na Srebrnym Globie miasto. Miasto zupełnie odmienne od tego, co widuje się na Ziemi – zarówno jeśli chodzi o architekturę, jak i kulturę. A więc trzeci świat, kolejny pakiet charakterów (oprócz przygaszonego Denisona jest też piękna Selene i inni) i kolejny etap historii Pompy Elektronowej. 

W efekcie powstała dość niezwykła powieść: historia niesamowitego wynalazku, nieco ugryzienie sprawy od strony socjologicznej, sporo świetnych postaci, do większości których czytelnik się przywiązuje. Zaskakujące rozwiązania poszczególnych wątków. Starcia kultur zarówno w obrębie tej samej rasy jak i różnych wszechświatów. Jeśli kogoś miałoby odstraszyć dużo naukowej terminologii, to nie ma obaw: generalnie większość się rozumie, jeśli tylko dramatycznie nie spało się w szkole. Ponadto w każdej części, jeśli dochodzi do jakiejś bardziej skomplikowanej kwestii, zawsze na podorędziu jest średnio rozeznany w temacie bohater, któremu trzeba wszystko wytłumaczyć trochę łopatologiczniej i czytelnik jest uratowany. W dodatku całość jest napisana z humorem i polotem, tak że naprawdę od czasu do czasu człowiek rechocze pod nosem. Naprawdę trudno mi wskazać, komu bym tej książki nie poleciła. 9/10.





Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.






Peter Lamont nie miał powodu wątpić w podstawy wspomnianego prestiżu, a kiedy pierwszy raz poprosił Hallama o możliwość dłuższego wywiadu z nim na potrzeby historii Pompy Elektronowej, jaką Peter zamierzał napisać, odczuwał względem Hallama coś w rodzaju czci, jaką darzy się bohaterów. Później na wspomnienie owej czci Peter czuł wstyd i starał się wykorzenić ją z siebie, co mu się do pewnego stopnia udało.

Hallam wydawał się otwarty na współpracę. W ciągu trzydziestu lat jego pozycja na drabinie społecznej stała się tak wysoka, że aż dziw, iż nie krwawił z nosa.

czwartek, 21 lutego 2013

Fraa w czytelni (44) - "Miasto i gwiazdy"


Autor: Arthur Charles Clarke
Tytuł: Miasto i gwiazdy
Tytuł oryginału: The City and the Stars
Tłumaczenie: Jacek Manicki
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1993
Wydawca: Amber



Miasto i gwiazdy to jedna z wcześniejszych powieści sir Arthura C. Clarke’a, napisana w 1956 roku (czyli od Piasków Marsa minęło raptem pięć lat). I właściwie nie jest to tak porażająca doskonałość jak cykl Odysei kosmicznej. Niemniej powieść ta zawiera pełen pakiet czegoś, co – na potrzeby tego bloga – muszę nazwać clarkizmami, bo inaczej nie potrafię: a więc czytelnik otrzyma przegląd egzotycznych, nieznanych światów, utopijne społeczeństwa, którym ta ich utopijność troszeczkę bokiem wychodzi, z ogromnym rozmachem zarysowaną wizję odległej przyszłości, sporo miejsca poświęconego potędze umysłu, dużo wiary w człowieka (ba!, w Człowieka nawet!), no i… cóż, bladych bohaterów…



Zacznę od tego ostatniego, bo tak mnie ten problem prześladował, że w pociągu o szóstej rano chyba wreszcie udało mi się dotrzeć do sedna.

Wiem już, czemu nie grają mi ludzie w powieściach Clarke’a: kłopot tkwi w opisywaniu ich uczuć. Są to postacie w ogromnej większości pozbawione fizjonomii, odruchów i… po prostu organizmu. Targają nimi co prawda wielkie emocje, lęki, czasem nagłe porywy gniewu czy ambicji, ale tak właśnie są też opisane: że ten a ten poczuł strach. Że się rozgniewał. Nie towarzyszą temu żadne konkretne zjawiska. W całym Mieście i gwiazdach główny bohater, Alvin, raz w nagłym ataku lęku ścisnął poręcze fotela. I to wszystko – na serio, ten drobny gest był dla mnie najbardziej emocjonującym momentem z życia tego człowieka. Bo ja, czytelniczka, jeśli mam napisane, że bohatera ogarnął strach, po prostu nie czuję tego strachu, jeśli tego się jakoś nie rozwinie, nie poprze konkretami. Clarke tego nie rozwijał, czytelnik musi wierzyć na słowo narratorowi w te wszystkie uczucia. Przypuszczam zresztą, że to dlatego tak świetnie autorowi wychodziły sztuczne inteligencje, ewentualnie inteligencje obce, których człowiek nie potrafi zrozumieć: bo tam te ludzkie emocje są właśnie nie na miejscu. Doskonały HAL czy zupełnie zagubiony w czasie i przestrzeni Vanamond zapadają w pamięci, podczas gdy ludzie szybko bledną.

Nie wiem, czy to co napisałam, jest w ogóle komunikatywne, ale jestem pełna entuzjazmu, że zrozumiałam. I już.

Teraz mogę spokojnie przejść do samej powieści:
W Mieście i gwiazdach przed czytelnikiem rysuje się obraz ludzkości za wiele milionów, a może raczej miliardów, lat. Człowiek żyje w Diaspar, podniebnym mieście odizolowanym od całego świata, zawieszonym w wieczności – żyje i jest nieśmiertelny. Każdy mieszkaniec Diaspar nie rodzi się, tylko wychodzi z Sali Tworzenia – od razu wyglądając jak dwudziestolatek. Po paru tysiącach lat zaś wraca do tej samej Sali i znika, a jego osobowość zostaje zapisana w Banku Pamięci, by po kolejnych setkach, tysiącach, a może i milionach lat, delikwent ożył sobie na nowo. I tak w kółko. Z Diaspar nie ma wyjścia, ale też nikt nigdy tego wyjścia nie szuka ani nie pragnie. Ludzkość jest pozbawiona ambicji, a lęk przed tym, co mogłoby być na zewnątrz, paraliżuje ją. A jednak jest jeden człowiek, który nie dzieli z innymi tego strachu – Alvin, Odmieniec. Odmieniec, który postanawia sprawdzić, co jest na zewnątrz, dlaczego Diaspar zamknęło się na świat i dlaczego ludzkość, która – jak głoszą legendy – panowała nad ogromnym Imperium Galaktycznym, wycofała się nazad na Ziemię i zamknęła w jednym mieście.
Przede wszystkim, w ostatecznym rozrachunku czytelnik dostaje aż dwie różne drogi, którymi za miliony lat mogłaby pójść ludzkość – i takie ich starcie niezmiernie mi się spodobało. Narrator nie ocenia żadnej z cywilizacji, a właściwie delikatnie daje do zrozumienia, że żadne z tych idealnych społeczeństw tak naprawdę nie jest idealne. I bardzo ładnie to widać. Niemniej, mimo tej krytyki utopii, w powieści widać nadzieje w ogromne możliwości Człowieka. Widać marzenie o gwiezdnym Imperium, o spotykaniu obcych inteligencji, o wspólnych badaniach i nauce tak zaawansowanej, że zdolnej podporządkować sobie przestrzeń. Niektóre z pomysłów trochę się zestarzały, jak choćby Sagi – porównywane w książce do czegoś lepszego i bardziej rozwiniętego od telewizji, podczas gdy dla dzisiejszego czytelnika ze wszech miar będzie to przypominało grę komputerową.
W przeciwieństwie do Pieśni dalekiej Ziemi, choć jeden, zasadniczy element jest bardzo podobny (konfrontacja dwóch kultur), tutaj jednak ciężar położony został na coś innego: na odkrywanie tajemniczej historii ludzkości. I na pytanie, czy do porzuconej przeszłości można wrócić. Dużo w tym wszystkim melancholii, tęsknoty za tym dawnym Imperium, za jakimiś potężnymi istotami, które odwiedziły nasz kosmos, ale – z bliżej nieznanych przyczyn – opuściły go. Los polipa tkwiącego w jeziorze i czekającego przez całe tysiąclecia na proroka, jest przygnębiający i smutny. Pragnienie Vanamonda, by spotkać stwórców, którzy porzucili go dawno temu – również porusza. Bo to taki świat, który opustoszał tak dawno, że już nikt nie pamięta kiedy, tylko że Diaspar nigdy tego nie zauważyło. Mocno czuć ten niezwykły klimat.

Wspomniałam już, że Alvin – jako nośnik postaciowej bezpłciowości, charakterystycznej dla bohaterów Clarke’a – nie wzbudził moich gorętszych uczuć. Zresztą, nawet gdyby był szalenie emocjonalny, wciąż pozostałby dla mnie bezmyślnym dupkiem z przerostem ego. Ale Miasto i gwiazdy, co dość wyjątkowe, ma również ludzkiego bohatera, którego polubiłam: jest nim Khedron. Po pierwsze, jako jednostka nieco enigmatyczna i jakby nieustannie drwiąca ze wszystkiego, ten facet nie mógł nie wzbudzić mojej sympatii. Po drugie, kiedy Khedron miał swój wielki moment emocji, faktycznie był roztrzęsiony i zdruzgotany i to było po nim widać. Po trzecie wreszcie, niezwykła była dla mnie jego funkcja: Khedron był bowiem Błaznem. W kontekście całego Diaspar jest to bardzo fajny pomysł – taki wentyl, który do tej idealnej stagnacji od czasu do czasu wpuszcza nieco niewinnego chaosu, żeby całość mogła funkcjonować. W kontekście czysto ludzkim zaś – było mi okropnie żal Khedrona, który na swój sposób również był Odmieńcem. I który musiał czuć się nieco schizofrenicznie, bo z jednej strony miał burzyć ład i porządek Diaspar, z drugiej przecież sam był elementem tego ładu, jego obecność była zaprojektowana od samego powstania miasta. Wszystko to sprawia, że Błazna raczej prędko nie zapomnę.

Sam zaś pomysł czystego intelektu, jaki usiłowała stworzyć Cywilizacja Galaktyczna, jest dla mnie zwiastunem metamorfozy, jaką przejdzie w Odysei kosmicznej Bowman. W obu przypadkach bardzo wyraźnie autor pokazuje opozycję energii do materii i przewagę tej pierwszej. I możliwości, jakie daje bycie samym umysłem.

Miasto i gwiazdy to powieść bardzo wciągająca i mająca – poza głównym wątkiem – całkiem dużo interesujących drobiazgów. Choć mniej tu odmalowanych wizji wszechświata, a więcej refleksji – raz smutnej, raz wyrażającej nadzieję – całość i tak bardzo przypadła mi do gustu. Właściwie nie mogło być inaczej. 10/10.



Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.







Alvin miał nigdy nie zapomnieć tego nieziemskiego spotkania, podczas którego Hilvar składał powoli ze strzępów historię Mistrza, proteinowy polip szukał po omacku słów, ciemne wody jeziora z pluskiem omywały ruiny Shalmirane, a trójoki robot obserwował ich swym nieruchomym wzrokiem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...