sobota, 8 stycznia 2011

Granie na Fraakranie (13) - Zeus: Pan Olimpu


DVD z "CD-Action", nr 142
Fraa miała tak naprawdę pisać coś zupełnie innego. Potem jednak zmieniła zdanie i wymyśliła nowy temat na notkę. Później zaś uznała, że pomysł niezły, ale odłoży to na kiedy indziej, a dziś napisze o innych rzeczach. Ostatecznie jednak i tamto nie wypaliło i kawiarka została z Zeusem.

Wszystko zaczęło się od Facebooka. Fraa sadziła rzepę w którejś kolejnej z tamtejszych gier – na horyzoncie widziała już wyraźnie moment, w którym stwierdzi, że nie chce jej się dalej grać. Jednocześnie doszła do wniosku, że pograłaby sobie w jakąś taką spokojną strategię, gdzie można budować i rozwijać miasto, oglądać spacerujących po nim mieszkańców, a od czasu do czasu zsyłać kosmitę, który to wszystko obróci w perzynę. Jednocześnie mile widziany był tytuł inny niż SimCity 2000 i Settlers.
I tu pojawił się Zeus: Pan Olimpu. Wcześniej Fraa jakoś nie zwracała na tę grę uwagi, jako że zarówno podstawka, jak i dodatek Posejdon, ginęły w gąszczu innych tytułów na gratisowej płycie z „CD-Action”.

Podstawową rekomendacją dla Zeusa... powinien być fakt, że grę wydała Sierra Entertainment, a więc marka odpowiedzialna również za wydanie doskonałego Arcanum. Graficznie Zeus... nie przedstawia sobą cudów, choć właściwie w 2002 roku można by spodziewać się nieco więcej – tu zawsze nasuwa się Heroes of Might and Magic III, które – choć jest z roku 1999 – ma piękną grafikę. Wiadomo jednak, że nie wszystko może być jak HoMM III. Wygląd Zeusa... mieści się jednak swobodnie w granicach tolerancji i w żadnym razie nie odbiera przyjemności z gry.

Fraa obawiała się, że przyjemność z gry odbierze coś innego: polska wersja językowa. Zeus: Pan Olimpu został spolszczony od początku do końca, zarówno napisy jak i dźwięk. Jeśli idzie o napisy, to akurat korzystne, bo czytania jest dużo. Zwłaszcza na początku, przy misjach treningowych. Ale i później warstwa tekstowa gry jest dość istotna. Z dubbingiem natomiast różnie bywa. Kiedy Fraa usłyszała intro, miała ochotę się pochlastać tępą łyżeczką. Narrator był z rodzaju tych żenująco wczuwających się, niestety. Kawiarka postanowiła sprawdzić oryginalną wersję i... o dziwo, okazało się, że oryginalny narrator robi dokładnie to samo! Chcąc nie chcąc, należy się ukłon w stronę polskiego dubbingu: fantastycznie naśladował oryginał!
Gadanina w samej grze już nie jest taka zła. Fakt, Fraa ma wrażenie, że wszystkie męskie wypowiedzi podkładał jeden człowiek, ale jakoś to nie przeszkadza.
Czasem co prawda kawiarka zauważała rozbieżności między tym, co napisane, a tym, co czytał lektor, ale zazwyczaj różnice nie były duże. Wyjątkiem tu był tekst, który wypowiedziany brzmiał: „Pod względem wyglądu i organizacj, to miasto nie ma sobie równych. A tobie, jako władcy, należą się słowa uznania”, natomiast na ekranie widniało: „Nic pod żadnym względem nie może się równać z naszym miastem! Chwała naszemu przywódcy!”. To największa rozbieżność, jaką Fraa zauważyła.

Skoro już kawiarka wspomniała o napisach, to zatrzyma się na chwilę przy tym temacie.
Zasadniczo, jak na tyle tekstów, błędów nie jest dużo. Tym niemniej gra nie jest od nich wolna. Chodzi zarówno o literówki (na przykład sojusznik może napisać, że oto gracz budzi jego „szcunek”), ale też o potknięcia w spolszczeniu – odmiana imion („Menandera” zamiast „Menandra” – ehh, niecne ruchome e!), w ogóle wariacje imion (pojawia się zarówno grecka wersja imienia herosa „Herakles”, jak i rzymski odpowiednik - „Herkules”) i kuriozalne zdania w stylu: „Siły Grek z miast Nemea posłane przez Ronfos, aby nas nękać, zostały pobite przez naszych dzielnych żołnierzy!”, „Świątynia ku czci Dionizos” albo „Mieszkańcy rozpaczliwie poszukają żywności.”.
Wciąż jednak Fraa twierdzi, że te potknięcia nie psują zabawy, nawet jeśli nieco obniżają ogólną ocenę.

Bo przecież nie o poprawność językową w tej grze się rozchodzi.
Gracz buduje grecką polis – musi zapewnić obywatelom jedzenie, dostęp do obiektów kulturalnych, dbać o bezpieczeństwo, ozdabiać osiedla i tak dalej. Jeśli mieszkańcom czegoś zabraknie, to opuszczą swoje domy, co nieprzyjemnie odbije się na całej gospodarce. Poza tym, bezdomni później szlajają się po ulicach. Dochodzi też element handlu z innymi poleis oraz walki, chociaż to ostatnie można łagodzić przekupstwem, więc ogólnie rozgrywka może być całkiem miła i spokojna.
Mimo że całości ogólnie daleko do nadzwyczajnego realizmu (koślawe domki i bardzo inspirujące imiona – o czym za chwilę), to jednak gra wcale nie jest taka głupia. Dość trafnie oddaje strukturę społeczną polis (na przykład organizację wojska), nawiązuje do mitów (na przykład żeby pokonać hydrę, trzeba przyzwać na pomoc Heraklesa, do cyklopa zaś potrzebny jest Odyseusz), pojawiają się autentyczne sztuki teatralne (po kliknięciu prawym przyciskiem myszy na teatr można przeczytać, jakie przedstawienie aktualnie się odbywa i jak długo jeszcze będzie trwało – podane są tytuły oraz autorzy; i nie sprowadza się to tylko do Króla Edypa i Antygony Sofoklesa, ale jest też Siedmiu przeciw Tebom Ajschylosa, Hipolit Eurypidesa czy Odludek wspomnianego wcześniej Menand(e)ra oraz wiele, wiele innych), odbywają się też igrzyska w rozmaitych poleis i – co ciekawe – uwzględniono nawet to, że wieńce dla zwycięzców, choć powszechnie mówi się tylko o laurowych, bywały też na przykład z selera, w zależności od miasta. Zresztą, o czymś musi świadczyć fakt, że gra zyskała rekomendację Ministerstwa Edukacji Narodowej jako materiał dydaktyczny na poziomie gimnazjum i szkoły ponadpodstawowej.

Tak naprawdę, Zeus: Pan Olimpu kupił kawiarkę jednym:
Screen z gry Zeus: Pan Olimpu
W ogóle jeśli idzie o imiona Greków, to warto klikać we wszystkich po kolei – bo, oprócz strażnika Brudnyharyklesa, można spotkać uzdrowiciela Aspirynosa, aktorów Gibsonipusa czy Kondratesa, albo woziwodów (ci występują parami): Jingorasa i Jangorasa, Abbotosa i Kostellosa, a także bardziej greckich – Kastora i Polideukosa. Tych prawdziwie historycznych bądź mitycznych imion jest więcej. Po ulicach może spacerować arystokrata Krezus czy filozof Epikur. Choć dość komicznie jest wyłowić wśród mieszkańców filozofa Hedona – bo akurat hedonizm należy do tych szkół filozoficznych, których nazwa nie pochodzi od imienia założyciela.

Podsumowując:
Mimo potknięć w spolszczeniu, gra się bardzo przyjemnie. Spokojna, odstresowująca strategia dla ludzi, którzy niekoniecznie muszą oglądać fontanny krwi, żeby się dobrze bawić. Misji treningowych jest dużo, ale warto je przejść, żeby poznać wszystkie aspekty rozgrywki (kawiarce zajęło to dwa dni). Nawet jeśli pewne rzeczy opanuje się i tak dopiero podczas kampanii.
Z tymi słowy Fraa wraca do swojej polis.
A grze daje solidne 8/10.







PS. I, oczywiście, wszystkiego najlepszego w nowym roku!

sobota, 18 grudnia 2010

ZaFraapowana filmami (39) - "Ned Kelly"


Ned Kelly - okładka
Dawno temu Fraa nabyła drogą kupna DVD z filmem Ned Kelly z 2003 roku, w reżyserii Gregora Jordana. Zakup co prawda nie był szokująco drogi, tym niemniej zaszło coś, co bardzo kawiarkę zirytowało: płyta nie uruchamiała się. Oczywiście, Fraa w pierwszej chwili zrzuciła to na karb coraz bardziej fiksującego CD-romu, toteż spróbowała włączyć film jeszcze na dwóch innych, sprawnych, komputerach. I nadal nic. Ostatecznie zdegustowana faktem wyrzucenia pieniędzy w błoto, odłożyła DVD na półkę.
Wczoraj podjęła próbę włączenia filmu na czwartym komputerze.
I zadziałało.

Kilka słów od wydawcy:
„Film zrealizowany na podstawie powieści Roberta Drewe'a Our Sunshine, opowiada historię Neda Kelly, legendarnego bandyty, który żył w XIX wieku. Był synem irlandzkiego złodzieja, który został skazany na banicję do australijskiej kolonii karnej. Tam Ned wraz ze swym bratem i dwójką przyjaciół stworzył Gang Kelly, z którym przemierzył całą Australię, dokonując przez ponad 2 lata napadów rabunkowych głównie na banki. Ned Kelly stał się bohaterem Australijczyków, którego legenda trwa do dziś.
Wielkim atutem filmu jest brawurowa gra aktorska Heatha Ledgera (Tajemnica Brockeback Mountatin) i Orlando Bloom (Piraci z Karaibów) oraz oddająca klimat tamtych czasów muzyka.”
A więc: XIX wiek, Irlandczycy, napady na banki, klimatyczna muzyka – Fraa miała wielkie oczekiwania. Obawiała się nieco Orlando Blooma, ale i tak spodziewała się naprawdę fajnego widowiska.

Kawiarka dawno nie widziała równie irytującego filmu.
kadr z filmu Ned Kelly (Gang Kelly w komplecie)
Po pierwsze: główny bohater, Ned Kelly (Heath Ledger) – postać bardzo w typie bohaterów granych przez Michała Żebrowskiego. Albo Wyatta Earpa odtwarzanego przez Kevina Costnera. Czyli cierpiętnik. Smutny, smętny cierpiętnik, wiecznie odczuwający ból egzystencji z powodu tego, co musi robić. I jak okrutnie obszedł się z nim los. Tylko że Fraa ma już serdecznie dość takich bohaterów, wystarczył Wiedźmin, Pręgi i – wspomniany już – Wyatt Earp. Toteż podstawowym problemem kawiarki był fakt, że odczuwała głęboką niechęć do tytułowej postaci. Trudno wtedy się zaangażować w jej losy inaczej, niż: „Matko z córką, może w końcu cię zastrzelą...”. Zresztą, kawiarka nie wyklucza, że była w ogóle negatywnie nastawiona, bo Ledgera nie cierpi odkąd zobaczyła go jako Jokera (każdy wie, że jest tylko jeden Joker!), więc może to jakoś rzutowało... Trudno powiedzieć.
Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest poszukiwanie pozytywów wśród innych bohaterów. O ironio!, Fraa znalazła pozytyw w przyjacielu Neda: Orlando Bloom jako Joe Byrne dał radę. Kawiarka jeszcze nie będzie się rozpędzała z chwaleniem aktora, ale istotnie w tym filmie zaprezentował coś innego niż jego wieczny kowal-patetyczny frajer. Nie przypominał Legolasa ani nie brał udziału w błyskotliwych dialogach w stylu:
– Jestem kowalem.
– A ja jestem królem.
– A ja jestem kowalem.
– (…)
To było naprawdę miłym zaskoczeniem. Ale Fraa już raz tak się dała zaskoczyć, kiedy zobaczyła Blooma w jednym z odcinków Morderstw w Midsomer, gdzie kawiarka dopiero musiała przeczytać nazwisko na liście płac, żeby uwierzyć, iż to istotnie ten Orlando. Najwyraźniej ten facet jak chce, to potrafi.
Szkoda, że rzadko chce.

Natomiast bardzo słabo sprawa przedstawia się z relacjami między bohaterami. Tak naprawdę tylko z opisu na pudełku było wiadomo, że są dwaj bracia i dwaj przyjaciele. Wielkiej uwagi wymagało zorientowanie się, który z członków gangu jest tym bratem – Danem Kelly (Laurence Kinlan). Tak naprawdę na początku, zanim Fraa przeczytała opis, przez cały początek filmu była przekonana, że ma do czynienia z samymi braćmi. W żaden sposób nie zaakcentowano więzi łączących bohaterów, trzymali się razem w zasadzie „bo tak”.

Oczywiście, pojawiła się też kobieta – Julia Cook (Naomi Watts). Na wszystkich bogów kurzu, pajęczyn i innych atrybutów dość dużego nieporządku! Trudno o bardziej irytującą babę. Fraa nie wie, czy Julia miała wzbudzać taką niechęć, czy to wyszło przypadkiem, ale wzbudzała. Bo najpierw przychodzi do głównego bohatera i spędza z nim upojną noc, a potem odmawia przyznania się do tego (jej zeznanie mogłoby ocalić całą rodzinę, fałszywie oskarżoną o napaść na policjanta – szczególnie pomogłoby matce braci, która została aresztowana), bo mąż i dzieci. Mało tego, pod koniec ma czelność wyskakiwać z żalami, moralizatorskimi gadkami i dobrymi radami, kiedy za głowy członków Gangu Kelly są wyznaczone wysokie nagrody. Chciałoby się wykrzyczeć: „Teraz to już trochę musztarda po obiedzie, głupia krowo! To przez ciebie to wszystko, więc łzawe wyznania, że nie chcesz musieć opłakiwać Neda schowaj sobie w buty!”.

kadr z filmu Ned Kelly (Francis Hare)
Jeśli o bohaterach mowa, to trzeba tu koniecznie wspomnieć o komisarzu policji. Francis Hare (Geoffrey Rush, czyli Barbossa z Piratów z Karaibów) był naprawdę niezły. Dość przekonujący, wyróżniał się tym, że traktował przeciwnika poważnie, właściwie jak równego – z szacunkiem. Najlepsze sceny w filmie są w większości z jego udziałem. Fajna scena bez niego, to napad na bank, kiedy to Joe gzi się z jakąś nieutuloną w żalu, jurną wdową, Dan plotkuje z jej służącą, ogólnie sielanka i tylko herbatki brakuje. No plus wątek Aarona Sheritta (Joel Edgerton) zasługuje na uwagę. Przykry, ale pozytywnie zapisał się w kawiarczej pamięci – wywołał chyba dokładnie takie emocje, jakie miał wywołać.
Skoro już Fraa wspomniała o policji,to wróci jeszcze do postaci Neda – jego relacje ze stróżami prawa, od samego początku napięte, prowadzą oczywiście do paru strzelanin. Są to te chwile, w których kawiarka miała ochotę zapłakać. Bo gdyby nie to, że policjanci strzelali chyba z zamkniętymi oczami, bo notorycznie pudłowali, właściwie nie byłoby o czym kręcić filmu. Ned ma wyjętą broń, celuje w przeciwnika, każe mu podnieść ręce albo coś takiego. I co się dzieje? Ten przydybany przeciwnik spokojnie wyjmuje rewolwer i strzela (jako pierwszy!) w naszego bohatera. Dopiero potem Ned naciska spust. Skoro nie zamierzał strzelać, to Fraa pyta: po kiego wafla wyjmował broń i celował? Jasne, zapewne chodziło o to, żeby pokazać, jaki to pozytywny bohater. Bo to nie on zaczyna. On tylko w obronie, jak ktoś do niego otworzy ogień, to on ewentualnie. Tak sam z siebie to nigdy. Ale na bogów, w efekcie głównym bohaterem jest wkurzający frajer i pierdoła, nie żaden szef gangu!

W ogóle z tym gangiem to też nieciekawa sprawa: film trwa godzinę czterdzieści. Przez pierwsze czterdzieści minut trwa coś w rodzaju wstępu – jak w ogóle doszło do tego, że Ned musiał uciekać, co go zmusiło do zejścia na drogę przestępstwa. Jak niesprawiedliwie był traktowany. Właściwa akcja zaczyna się gdzieś tak w połowie, kiedy Fraa już od dwudziestu minut co i rusz zerkała na zegarek, bo smęcenie zaczynało ją potężnie nudzić.
Zresztą, smęcenie było akurat cały czas – narratorem całej historii jest sam Ned Kelly, pociskając co i rusz jakieś farmazony o tym, że jechał na koniu próbując złapać własny cień i wyglądał jak centaur. Fraa nie wie, od kiedy centaury łapią cień, ale mniejsza o to. Generalnie elokwencja Neda pozostawia wiele do życzenia. Raz czy dwa w filmie pojawiają się momenty, w których bohater przemawia, ale za każdym razem jest to bardziej jakiś poplątany zbiór ogólników, niż faktycznie porywający spicz. Nie no, Fraa nie oczekuje od razu Henryka V, ale jeśli w czasie przemowy widz (a przede wszystkim w tej sytuacji: słuchacz) siedzi i czeka, kiedy przemawiający przejdzie w końcu do rzeczy, i czeka tak do momentu, w którym okazuje się, że przemawiający już skończył, no to coś jest nie tak.

Dodatkową słabością filmu była sama Australia – ukazana bardzo, bardzo mizernie. Fraa wie, że nie ma co się spodziewać Propozycji, gdzie australijska przyroda była właściwie jeszcze jednym bohaterem. Ale tutaj, gdyby nie parę kangurów, które przewinęły się przed kamerą, Fraa w ogóle by nie zauważyła, że rzecz się dzieje w Australii. Zero klimatu.
A skoro już o klimacie mowa: muzyka – jest. Wiele więcej powiedzieć się nie da. Jest nawet sympatyczna momentami, kiedy Irlandczycy chleją w barze i ktoś tam przygrywa. Acz kiedy tylko następowała cisza, kawiarka zapominała, co w ogóle przed chwilą słyszała. Żadnej specjalnej uwagi, ot, po prostu muzyka nie przeszkadza.


Podsumowując, Fraa bardzo się rozczarowała. Obecnie ma silne postanowienie obejrzeć film o tym samym tytule z roku 1970, z Mickiem Jaggerem – może będzie ciekawsze. Bo materiał na kawał fajnego widowiska bez wątpienia jest. A póki co? Dobry Bloom, fajny Rush, parę niezłych scen, a reszta raczej kiszkowata.



3/10







– Witaj, Aaron.
– Joe? Ned.
– Więc co u ciebie, Aaron?
– Nie tak źle. Cóż... Nie jest źle. Sporo o tobie czytałem, Ned. Razem siejecie niezły postrach, czyż nie?
– Chcieliśmy z tobą porozmawiać, Aaron. Zastanawialiśmy się, czy mógłbyś zostać naszym zwiadowcą. Udajemy się do Beechworth obrabować bank.
– Zwiadowca? Cóż, bardzo mi to pochlebia, chłopaki, ale...
– Nie jesteś zainteresowany?
– Skądże. Z przyjemnością. Gdyby to tylko zależało ode mnie, to byłbym tam w mgnieniu oka. Sami przecież wiecie. Ale muszę się teraz opiekować moją żonką.

piątek, 17 grudnia 2010

ZaFraapowana filmami (38) - "Czas Apokalipsy: Powrót"


Czas Apokalipsy: Powrót - okładka
Dziś macie Państwo jeden z argumentów na to, dlaczego właściwie dział filmowy nosi tytuł „ZaFraapowana filmami”. Bo dziś kawiarka jest w rzeczy samej – zafrapowana. Krąży teraz po pokoju... no dobrze, teraz nie, bo teraz wsuwa kapustę, ale przed chwilą krążyła po pokoju i zastanawiała się, co o tym wszystkim myśleć.
Ale po kolei.
Chodzi tu o film Czas Apokalipsy: Powrót w reżyserii Francisa Forda Coppoli, z... pierwotnie z 1979 roku, ale ponieważ to – jak Fraa wspomniała – „Powrót”, to pojawia się wątpliwość, czy nie datować dzieła na rok 2001. Cóż, mniejsza o większość.

Po odpaleniu płyty pierwsza rzecz, która zwraca uwagę, to muzyka. Wykorzystane do filmu utwory to klasyczne klasyki, począwszy od Doorsów, a na Wagnerze kończąc. Nawet jeśli w tle nie ma żadnego aż tak znanego kawałka, to i tak widz ma do czynienia z muzyką hipnotyzującą, idealnie wpasowaną w fabułę i pogłębiającą klimat.

Dalej – oczywiście, bohaterowie. Tych widz dostaje bardzo bogatą kolekcję, a o każdym można by pisać rozbudowane charakterystyki. Takie właśnie są postacie w tym filmie: wyraziste. Wystarczy wspomnieć o tym, że przecież najbardziej znany tekst Czasu Apokalipsy, najbardziej rozpoznawalna scena i najpopularniejszy bohater to podpułkownik Kilgore (Robert Duvall), który przecież zniknął kilkanaście minut po tym, jak się pojawił, chyba nawet nikt go później nie wspominał. Ale to właśnie „Uwielbiam zapach napalmu o poranku” nasuwa się w pierwszej kolejności, jeśli pomyśli się o Czasie Apokalipsy. To i Walkirie.
Nie tylko Kilgore zapada w pamięć. Jest też Laurence Fishburne jako wyjątkowo irytujący Czyścioch, Dennis Hopper jako fantastyczny dziennikarz czy w końcu Marlon Brando, czyli genialny pułkownik Kurtz.

W przypadku tego ostatniego, film jest naprawdę zadziwiający. W swoim czasie Fraa pisała o Starciu Tytanów i o tym, że cały czas widz był nakręcany opowieściami o Krakenie, a ostatecznie potwór kompletnie nie spełnił tych – tak już wywindowanych – oczekiwań. Na szczęście pułkownik Kurtz to nie Kraken. Widz od samego początku filmu słyszy w kółko, że zbuntowany oficer jest okrutny, niebezpieczny, genialny, nieuchwytny... i masę innych rzeczy. Oczekuje więc nie wiadomo czego.
...i to dostaje.
Marlon Brando dał radę nie rozczarować po takiej reklamie, a to, zdaniem kawiarki, jest wybitne osiągnięcie.

kadr z filmu Czas Apokalipsy (Kilgore)
Pułkownik Kurtz jest kulminacją filmu. Zanim jednak dojdzie do jego spotkania z głównym bohaterem i narratorem historii, kapitanem Willardem (Martin Sheen), ten ostatni musi przebyć długą drogę w głąb Wietnamu, aż do Kambodży. Tutaj Fraa nie mogła opędzić się od porównywania Czasu Apokalipsy z Truposzem. Zwłaszcza w drugiej połowie filmu Coppoli. Bo o ile początkowo – mimo wszystko – całość jest dość lekka i zawiera sporo humoru (no przecież Kilgore!), o tyle później atmosfera się zagęszcza. Klimat staje się ciężki w nieco podobny sposób jak w Truposzu. Trudno już powiedzieć, czy to nadal chodzi o podróż przez Wietnam, czy może już o wędrówkę w głąb siebie. Narrator, Willard, obserwuje otaczającą go rzeczywistość jakby nieco z niej wyłączony, ma do czynienia z okrucieństwem i egzotyką, z jakimi wcześniej się nie spotkał, więc patrzy – z szeroko otwartymi oczami. William Blake spoglądał na świat, prowadzony przez Nikogo, w nieco podobny sposób. A atmosfera była równie gęsta. Z tym, że w Truposzu trwało to właściwie od samego początku, podczas gdy w Czasie Apokalipsy ten nastrój narasta stopniowo.

Ale Fraa nie oglądała przecież zwykłego Czasu Apokalipsy! Obejrzała Powrót, a więc wersję rozszerzoną o około pięćdziesiąt minut, zawierającą sceny niegdyś wycięte ze względu na cenzurę i inne kwiatki.
Królestwo za tę ocenzurowaną wersję filmu!

Co tu kryć – dodatkowe sceny są po prostu ni przypiął, ni przylutował. No bo co widz dostaje? Dobieranie się bohaterów do króliczków Playboy'a: jedna opowiada o hodowli ptaków, druga o tym, że kazali jej przeciągać wstążkę między nogami. A jeden żołnierz w tym czasie ustawia swoją „wybrankę” w pozie z którejś rozkładówki, drugi zaś odkrywa w sobie artystyczną duszę przy użyciu szminki i cieni do powiek. Super, tylko że to tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla fabuły.
Albo inna scena, jeszcze dłuższa, niestety – na francuskiej plantacji. Najpierw niemożebnie długa rozmowa przy stole, potem Francuzka machająca cycem dookoła łóżka. Znów: jakie to u licha ma znaczenie dla fabuły? Dla bohaterów? Otóż, mili Państwo, żadnego. Scena jest walnięta nie wiadomo po co i na co komu. Oczywiście, w czasie kręcenia filmu mogła być dla ówczesnego widza interesująca – podczas rozmowy pojawiają się liczne odwołania do aktualnych zdarzeń, do posunięć politycznych, są wymieniane nazwiska. Wtedy mogło to ruszać. Teraz? Kompletnie nie, tym bardziej, że naprawdę w całej tej dyskusji nie ma niczego odkrywczego.

Sceny te wyrządzają filmowi jeszcze jedną szkodę: zupełnie rozbijają rytm. Stopniowo budowany nastrój pryska na kilkanaście minut, jakby nigdy go nie było. Widz siedzi przykuty do ekranu, zahipnotyzowany mroczną wizją dzikich ostępów skąpanych we krwi, po czym nagle bam! i może iść zrobić sobie kawę. A potem znów zostaje wrzucony w historię, która przed chwilą była tak bezczelnie przerwana. Jak mawiał hrabia do hrabiny: „Bez sensu”.

kadr z filmu Czas Apokalipsy (dziennikarz)
Jest jeszcze jedna scena, która mocno poirytowała kawiarkę: tym razem – wyjątkowo – bez cyca, za to z Kurtzem. Otóż pułkownik czyta Willardowi wycinki gazet i bardzo łopatologicznie tłumaczy, że media i rząd kłamią społeczeństwu. Dlaczego Fraa odczuła niesmak przez tę scenę? Z kilku powodów.
Po pierwsze – sama strona wizualna: wcześniej Kurtz był pokazywany bardzo konsekwentnie i charakterystycznie. Otoczony cieniami, tajemniczy, groźny. Ba! Później też jest tak pokazywany, właściwie to do samego końca. A nagle, gdzieś w środku, widz dostaje pułkownika w biały dzień, przychodzącego jako ten dobry wujek do więźnia, coby mu poczytać i palnąć moralizatorską pogadankę. Pogadanka skądinąd nie jest głupia (o tym zresztą za chwilę), ale Kurtz na tle błękitnego nieba, otoczony małymi dziećmi, odarty z całego mistycyzmu jednak boli. No i znów rozbija się cały, misternie budowany, klimat.
Po drugie – to, o czym Fraa wspomniała, a więc treść pogadanki: gazety piszą, że Amerykanie wygrywają w Wietnamie, tratata, kłamstwo jest be, rząd jest be. Bardziej prosto tych treści - jakkolwiek słusznych, przecież i teraz w Polsce tego typu kwiatki mają miejsce - przekazać się już nie dało. Przez cały film widz wszystko sam sobie układa, wyciąga wnioski na podstawie podsuwanych obrazów i sugestii, a tu nagle coś takiego. Poza tym pułkownik w tej scenie wyraźnie mówi, że Willard jest wolny, ale pod strażą i jeśli próbuje uciec, to zginie. W obliczu tego traci sens późniejsza refleksja kapitana, że od kilku dni może tu swobodnie chodzić i nie wie o co chodzi. Widz już wie, że Willard może się cieszyć pewną wolnością. Widz wie, jak do tego doszło. Jałowe rozważanie tego jest bez sensu.

Michał Chaciński na łamach Esensji zrecenzował rozwiniętą wersję Czasu Apokalipsy, nazywając ją „przedłużoną i rozwodnioną”. I Fraa musi przyznać, że to dość udatne sformułowanie.
Choć, korzystając z miejsca, kawiarka pozwoli sobie nie zgodzić się z PeeSem recenzji – zdaniem kawiarki, końcówka filmu wcale nie pokazuje ostatecznego zwycięstwa systemu, triumfu kłamstwa i przegranej Kurtza. Willard nie zabija pułkownika tak po prostu ze względu na rozkaz, przecież wyraźnie wspomina o tym, że pułkownik sam chce zginąć, że nawet dżungla mówi, że umrze. To nie było tylko wykonanie rozkazu, to była zawieszona gdzieś w próżni umowa między Kurtzem a Willardem. Triumf kłamstwa nie jest znów taki oczywisty, jeśli wziąć pod uwagę to, że przecież kapitan, opuszczając siedzibę pułkownika, zabrał jego notatki. A wcześniej wysłuchał jego historii. Poznał prawdę, a być może podjął się misji, zleconej mu przez Kurtza – walki z kłamstwem.
Stąd też Fraa jest zdania, że owszem, jak najbardziej zakończenie jest niejednoznaczne. Tyle tylko, że dla kawiarki to akurat jest ogromnym plusem, więc Fraa rozumie konsternację i popiera ocenę zarzutu jako „absurdalnego”.

I teraz pojawia się kłopot z oceną. Krótszej wersji Czasu Apokalipsy Fraa bez mrugnięcia dałaby 10/10. Ale, niestety, to była ta wersja popsuta. Popsuta w sposób bolesny i rażący.



8/10







I love the smell of napalm in the morning!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...