No dobra. Ostatnimi czasy moje internety
rozbrzmiewają płaczem i zgrzytaniem zębów, gdyż ABC anulowało pierdylion
seriali. No i nie będzie kolejnego sezonu Galavanta, Agentki Carter, Castle,
American Crime, The Real O’Neils… wiecie, czyli – poza Galavantem – nie będzie
iluś tytułów, które przepisałam właśnie z jakiejś tabelki, bo przecież albo
nigdy o nich nie słyszałam, albo słyszałam gdzieś przelotnie, ale i tak nie
wiem, o czym to. No i internety mi huczą, że łojzicku, drama, wszyscy zginiemy.
I to mi uświadomiło dwie sprawy:
Po pierwsze: jak strasznie społeczeństwo w
ostatnich latach uzależniło się od seriali. Wow. Pamiętam, że jeszcze jakiś
czas temu seriale to były takie zapychacze, ot, telewizor sobie brzęczał, a
człowiek zajmował się swoimi sprawami. Wyjątki stanowiły opery mydlane i inne
tasiemce, oglądane przez szacowne gospodynie domowe. A teraz seriale kwitną.
Gdzie się nie obejrzę, ludzie oglądają seriale, namiętnie, po kilka jednocześnie.
Na nic nie mają czasu, no bo serial. Czy one naprawdę stały się tak bardzo lepsze,
że są tego wszystkiego warte? Nie wiem. Nie mam pojęcia, z czego wynika
serialowy boom. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to jakoś szczególnie pasjonowało,
niemniej odczułam lekkie zaskoczenie, że hej – ludzie serio uzależniają się na
całe lata od śledzenia losów serialowych bohaterów.
Po drugie: jakie zatrzęsienie jest tych
seriali! Jak, kiedy one wszystkie się pojawiły?! W dodatku one się ciągną tak straszliwie…
o tytułach, które porzuciłam kilka lat temu, dowiaduję się, że one wciąż są
kręcone, dziewiąte, dziesiąte sezony… nie wiem, co w nich się dzieje, bo
myślałam, że fabuła już dawno się domknęła, ale jednak coś ktoś z tego jeszcze
wyciska.
I nie, nie mam tu na myśli tego, że ja jestem
taka twarda i hipsterska, bo nie oglądam. Wspominałam już nie raz: to po prostu
kwestia braku cierpliwości i systematyczności. Obejrzę parę odcinków, nawet mi
się spodoba, ale potem trzeba się zająć czymś innym i jakoś to przywiązanie do
historii opada w międzyczasie, że koniec końców w ogóle mi wylatuje z głowy,
żeby obejrzeć kolejne epizody. Nie wykluczam, że tracę przez to sporo fajnych
fabuł i nie znam wielu ciekawych bohaterów.
Czasem jest tak, że jednak serial na tyle mocno
przykuje moją uwagę, że łykam go w całości – tak było z Deadwood, z Kompanią braci
(no, plus to oglądałam z Ulvem, zawsze jakoś lepiej się zebrać, jak pilnuje
mnie druga osoba), a potem z Galavantem.
Wszystkie te seriale mają jedną wspólną cechę: są krótkie. Oczywiście, Deadwood miało być dłuższe. To widać, że
wszystko było rozgrzebane pod czwarty sezon. Ale ja i tak się cieszę, że nigdy
go nie nakręcono. Dzięki temu jeden z moich ulubionych seriali nigdy nie spadł
poniżej pewnego poziomu – nie zdążył (w przeciwieństwie do Dra House’a, Dextera, Supernatural, Big Bang Theory i miliona innych serii, które podglądałam na
początku, a potem odpadłam). Z tego samego powodu cieszę się, że anulowano Galavanta. Nie chciałabym oglądać, jak
ci wszyscy cudowni bohaterowie zaczynają sami się plątać w tym, o co im w ogóle
chodzi, jak twórcy próbują coraz mocniej kombinować, żeby zrobić coś „bardziej”
niż poprzednie sezony. Nawet jeśli trochę mi szkoda, że nie będzie więcej
Garetha ani Richarda – to dobrze. To taka pozytywna tęsknota.
I w ten sprytny, płynny sposób, chcę tak
naprawdę napisać, że oglądałam drugi sezon Galavanta
na bieżąco, a kiedy skończyłam, w ogóle zapomniałam o tym opowiedzieć na blogu.
Dopiero wokół-anulacyjna histeria jakoś mi o tym przypomniała. No więc opowiadam.
Po pierwsze, motyw muzyczny drugiego sezon
wydał mi się o wiele słabszy. Melodię z pierwszego mogę nucić do tej pory, z
drugiego zaś – z trudem sobie przypominam. Po prostu nie wywarła żadnego
wrażenia.
Po drugie, zdaje się, że wspominałam o tym przy
okazji pierwszego sezonu: miałam wrażenie, że kolejne odcinki powstają w ten
sposób, że twórcy patrzą na to, co nakręcili do tej pory i widzą, że hej, ta
totalnie epizodyczna postać jest strasznie fajna jednak – szkoda odstawiać na
boczny tor, wykorzystajmy ją jeszcze! No i postaci epizodyczne dołączały do „drużyny”.
Każdy, kto pojawiał się na ekranie, miał swoją znaczącą rolę do odegrania w
całej historii. Początkowo wydawało mi się to dziwne, ale koniec końców to
właśnie wyszło super, bo nikt nie pojawia się bez sensu, wszyscy są mocno
osadzeni w fabule. W drugim sezonie właśnie tego strasznie mi brakowało. Galavant jakoś się rozdrobnił. Pojawia
się z piosenką Kylie Minogue czy Sheridan Smith, ale później znikają i widz
zostaje z dziwnym poczuciem, że tych lasek równie dobrze mogło przecież nie
być. Kaman, Isabella mogła zrzucić diadem choćby potykając się o dywan czy
cokolwiek w tym stylu. Te występy brzydko pachniały mi komunikatem do widza: „patrzcie,
wykosztowaliśmy się na Kylie Minogue, lubcie nas!”.
W dodatku miałam wrażenie, że miejscami intryga
jest już nieco przesadzona w ten czy inny sposób. „Telefoniczne” odwołanie do
współczesności było dla mnie zbyt nachalne. Z kolei w ogóle całe
nieporozumienie z krową – naciągane. Przez to odrobinę trudniej było mi kupić
całą tę historię.
Nie jest jednak tak, że drugi sezon mi się nie
podobał. Po prostu miał pewne… cienizny. Ale między nimi mamy mnóstwo
świetnego, zabawnego materiału, bah!, trafiają się też momenty całkiem
wzruszające! Wątek Garetha i Madaleny zupełnie mnie urzekł, szczególnie w
scenie z kolczykami, które Gareth wręczył królowej – piszczałam z uciechy jak
debil, widząc, jak bardzo ta dwójka do siebie pasuje… no, na pewnych
płaszczyznach, oczywiście. Richard był, jak zawsze, doskonały, nawet jeśli
stopniowo stracił nieco ze swojej safandułowatości. Bezbłędni do samego końca
zostali Kucharz i Gwyn, którzy stworzyli jedną z najfajniejszych par, jakie w
życiu widziałam. Szkoda, że zabrakło piratów, ale dobrze, że byli chociaż przez
ten krótki czas. Uradowało mnie pojawienie się Nicka Frosta w roli giganta. Wormwood
też był fajny – szczególnie w tym swoim rozdwojeniu między mściwym czarnoksiężnikiem
a organizatorem ślubów, gdzie oba te „etaty” traktował równie poważnie. No i
wreszcie sama historia, choć osadzona na słabej bazie, rozkręciła się w fajny,
ciekawy sposób, była finałowa rozwałka, ciekawie też się wszystko skończyło.
Oczywiście, daje się tam dostrzec solidną furtkę do kolejnego sezonu, ale
jednocześnie najważniejsze rzeczy są domknięte na tyle definitywnie, że nie ma konieczności kręcenia go.
No i nikt go nie kręci. I dobrze.
Po prostu o ile pierwszy sezon Galavanta to było objawienie i parę
godzinek niepohamowanej radochy, o tyle sezon drugi jest… świetny. Tylko tyle w porównaniu z wcześniejszymi
odcinkami, niemniej aż tyle w ogólnym
kontekście tego, co można napotkać w kinie i telewizji.
A skoro już odhaczyłam Galavanta, to siłą rozpędu wspomnę jeszcze o innym serialu, który
ostatnio obejrzałam, gdyż – tak właśnie! – jest krótki. No, przynajmniej na
razie.
The Expanse –
podsunął mi go Ulv (jak większość serialowo-filmowych niespodzianek),
uspokajając, że to tylko dziesięć odcinków. Oczywiście, będzie drugi sezon, ale
to nie szkodzi. Mam tolerancję maksymalnie do trzech.
Serial jest historią osadzoną około dwieście
lat w przyszłości. Ludzkość zdołała wychylić się nieco poza granice Ziemi,
skolonizowała Marsa, usadowiła się też na stacjach w obszarze pasa asteroid. I
wszystko byłoby pięknie, ale z czasem narosły różnice między poszczególnymi
społeczeństwami, a wraz z różnicami – przyszły antagonizmy. Skutek jest taki,
że wojna między Ziemią, Marsem i Pasem wisi w powietrzu.
W takich realiach poznajemy bohaterów: a będzie
to z jednej strony detektyw z Pasa, z drugiej – niedobitki z rozstrzelanego w
przestrzeni statku. Z trzeciej: mamy też politykę na najwyższych szczeblach i
próbę zapobiegnięcia wojnie. Choć początkowo miałam wrażenie, że historia toczy
się dość chaotycznie, z czasem jednak wątki bardzo ładnie i coraz mocniej zaczynają
się zazębiać, a fabuła wciąga. Fantastycznie są zarysowane te antagonizmy
między poszczególnymi społecznościami: każdy ze światów ma swoje racje i w
każdym znajdzie się ktoś, kto wzbudza sympatię. Widać, jak ludzie na
przestrzeni lat wpadli w pułapkę strachu i wzajemnych oskarżeń, z której nie da
się teraz ot tak po prostu wyjść. Jedno, czego na tym polu żałuję, to że tak
skromnie pokazano nam na razie Marsjan. Ale liczę na to, że to się może zmienić
w drugim sezonie.
Klimat panujący na stacjach momentami przywodzi
mi na myśl Blade Runnera – mamy ciemne,
niemal duszne przestrzenie, rozświetlone neonami i zatłoczone. Między tym wszystkim
chodzi detektyw Miller (Thomas Jane)
i poszukuje zaginionej dziewczyny. Wyobrażam sobie, że gdyby serial chciał
koncentrować się bardziej na nim, a nie na kilku wątkach jednocześnie, całość
mogłaby bardzo ładnie zagrać w klimatach noir. Ale, oczywiście, to luźna uwaga,
a nie faktyczne życzenie. Bo inne wątki są równie fajne.
Ocaleńcy z Canterbury to dziwna zbieranina
ludzi, którzy tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą. Podoba mi się, jak z czasem
się poznają i „docierają”. Podoba mi się lojalność Amosa (Wes Chatham) wobec Naomi
(Dominique Tipper), a także historia Alexa
(Cas Anvar). Tak naprawdę z nich wszystkich najmniej lubię Holdena (Steven Strait) – jest jakiś taki bez wyrazu, przez cały
sezon nie potrafiłam się do niego przekonać. Właściwie nie rozumiem, czemu wszyscy
go słuchają.
Fantastyczna jest Chrisjen Avasarala (Shohreh Aghdashloo), choć przyznam, że w którymś
momencie trochę się zgubiłam, czego ona naprawdę chce. Ale to już taki mój
defekt, że w intrygach politycznych się zawsze gubię. Zawsze. Nie przeszkadzało
mi to kibicować bohaterce, a niekiedy też współczuć jej i bać się o nią.
Przed kamerą przewija się też masa postaci
epizodycznych, z których właściwie każdy jest bardzo wyrazisty i wnosi do
historii coś ciekawego. Policjanci, szpiedzy, żołnierze, a nawet prostytutki –
oni wszyscy mają do odegrania swoją rolę w fabule, a ponadto bardzo fajnie
wzbogacają nasz obraz tego świata.
Kolejnym elementem, o którym muszę wspomnieć, jest
niesamowita oprawa wizualna i rozmach The
Expanse. Byłam zaskoczona, że takie zdjęcia widzę w serialu telewizyjnym –
przecież to by wyglądało imponująco w kinie! Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że
ten tytuł marnuje się trochę na małym ekranie. Naprawdę jest na co popatrzeć.
Przyznam, że kiedy pojawiły się napisy po
finale dziesiątego odcinka, byłam przekonana, że Ulv się pomylił – że gdzieś
tam są kolejne epizody, no bo przecież to się strasznie no… no nie, tak nie
wolno kończyć. W ogóle jak to? Dlaczego? Ale jednak: to nie pomyłka. Serial
bardzo skutecznie zawiesił mnie w stanie najwyższej ciekawości. Nie wiem, czy
ta ciekawość utrzyma się do 2017 r., kiedy ma powstać drugi sezon, ale na razie
daje radę. Ogólnie cóż… polecam.
When you spend your whole life living under a dome,
even the idea of an ocean seems impossible to imagine.
[porucznik Lopez,
The Expanse]