![]() |
| Prometeusz - plakat |
Ridleya
Scotta darzę ogromną sympatią jako reżysera. Mimo pewnych potknięć (arcynudny Robin Hood) trudno zapomnieć o jego
wcześniejszych dokonaniach – mam tu na myśli przede wszystkim doskonałego Łowcę androidów oraz Obcego: 8. pasażera Nostromo. Z jakiegoś
jednak powodu Scott najwyraźniej uznał, że spróbuje wytarzać własną legendę w…
no, powiedzmy, że błocie.
Jasna
sprawa, że dorównanie pierwszej części Obcego
byłoby jakimś cudem i na to raczej nie liczyłam. W obliczu jakichkolwiek
porównań Prometeusz wypadał tu od razu na straconej pozycji. Tylko że to
nie jest do końca tak, że najnowszy film Scotta nie dorównał produkcji z 1979
roku. On był zły nawet w zupełnym oderwaniu od całej serii Obcego. To po prostu
wybitnie słabiutki film z kilkoma udanymi scenami.
Nie
powiem – zdjęcia są ładne. I efekty. Wizualnie całość rzeczywiście robi
wrażenie. Szczególnie spodobała mi się otwierająca scena, a także jedna z końcowych,
z wizualizacją galaktyk. Na dużym ekranie (i, chwała bogom, w 2D) prezentowało
się to imponująco. Być może była dobra muzyka – tu muszę przyznać, że
najzwyczajniej w świecie nie wiem, bo jakoś mi umknęła. To znaczy chyba po
prostu była dobrze wpasowana w poszczególne sceny, podkreślała nastrój (nawet
jeśli rujnowały go inne elementy, ale o tym później), ale jakieś szczególnie
epickie kawałki nie utkwiły mi w pamięci.
To, co
mi natomiast utkwiło, to piętrzące się sterty bezsensów, głupoty, bolesnej
amatorszczyzny i pytań, które pozostały bez odpowiedzi. Postaram się uniknąć
spoilerów, ale niczego nie obiecuję.
Po
pierwsze: bohaterowie. Bohaterowie są tutaj wzorcami tego, jacy nie powinni być. Z paroma chlubnymi
wyjątkami, którzy co prawda są nieźli, ale jeszcze sporo im brakuje. No dobrze –
z jednym wyjątkiem i od niego zacznę:
David (Michael Fassbender) miał szansę. Co prawda od pierwszej chwili
widać, że jest androidem, co prawda nie jest to Bishop (a zdecydowanie nie jest
to Roy Batty!), ale i tak prawie daje radę. Jego problemem, w moim odczuciu,
jest pewna niekonsekwencja. To znaczy wiem, że się starał upodobnić do ludzi,
więc pewne jego zachowania należy wyjaśnić zwykłym wyuczeniem (swoją drogą,
samo pokazanie tego wyuczania było całkiem fajne), ale wydaje mi się, że nie
wszystko można pod to podciągnąć. Choćby tego, że ma i cytuje ulubiony film,
ale mimo tego na przykład jest mu obce pojęcie „chcieć”. Co dla mnie jest jakąś
bzdurą, bo akurat chęć uczynienia czegokolwiek wydaje mi się dużo mniej „ludzkim”
odczuciem niż lubienie czegoś. Nie rozumiem też jego niemego zachwytu we
wspomnianej już scenie z galaktykami. To znaczy rozumiem, sama też bym się
zachwycała, ale przecież on był wtedy sam. Właściwie nie musiał przed nikim
grać człowieka, tymczasem robił to, w dodatku bardzo entuzjastycznie, i – jak odniosłam
wrażenie – bezwiednie. Oczywiście, może tu wchodzić w grę opcja, że Scott
celowo postawił widza przed dylematem, czy David – jako android – czuje czy
nie. Byłoby to nawet całkiem ciekawe. Nadałaby się do tego nawet rozmowa Davida
z Charliem (Logan Marshall-Green, nota bene postać tak nijaka, że nawet mi
się o nim nie chce pisać…) przy stole bilardowym, kiedy pada uwaga (nie
zacytuję dokładnie, ale to było coś w tym stylu) „Na szczęście nie znasz
uczucia rozczarowania”. Ale jeśli taki w istocie był zamysł, to został
zdecydowanie zbyt stłumiony. Powiem tak: David jest za mało „sztuczny” na
normalnego androida, za mało ludzki na człowieka, a jednocześnie za mało
zaakcentowana jest ta niepewność i rozchwianie, żeby zrobić z niego jeden z
tematów, którego konkretniej dotyka film.
![]() |
| kadr z filmu Prometeusz |
Niestety,
reszta postaci wypada tylko gorzej.
Główna
bohaterka, Elizabeth Shaw (Noomi
Rapace) jest głównie irytująca. W ogóle nie przekonuje jako najważniejsza „twarda
laska”. Widać – tak bardzo wyraźnie widać – że ma być zastępstwem Ripley, ale
zupełnie nie daje rady. Jest przegięta tak bardzo, że aż nie tyle ociera się o
śmieszność, ile po prostu wpada w nią po czubek nosa. Rambo mógłby jej
sznurowadła wiązać, a sama Ripley nie jest godna, żeby jej zszywki z brzucha wyciągać.
Plus, oczywiście, wątek wiary i zadawania fundamentalnych pytań wciska niemal w
każdym zdaniu, motyw krzyżyka jest nieprzyjemnie ostentacyjny (co tu dużo gadać
– pani wanna-be-Ripley to straszna dewotka…), że ogólnie podczas seansu uduchowienie
wylewało mi się uszami.
Reszta
bohaterów to takie trochę kukiełki, które muszą otaczać Shaw, żeby lepiej było
widać jej zajebistość. I jak to kukiełki, są dość proste, każdym elementem
wyglądu akcentując charakter. Jest więc naukowiec – biolog – w hipsterskich
brylach (Millburn – Rafe Spall),
jest dla kontrastu jeden w typie „zwariowanego” (Fifield – Sean Harris), jest wyluzowany Murzyn (o wdzięcznym
imieniu Janek – Idris Elba), dwóch
zupełnie nijakich kolesi, odpowiedzialnych za Elementy Komiczne… Jest też
twarda głównodowodząca ekspedycją, Vickers
(Charlize Theron) – jej twardość objawia się głównie tym, że jest uczesana. Cóż,
prawdę mówiąc, jest uczesana w każdej scenie inaczej, i ciągle się zastanawiam,
że skoro na serio ona nie miała nic lepszego do roboty na „Prometeuszu”, niż
tylko sobie wiązać i rozpuszczać włosy co chwilę, to może faktycznie trzeba
było nie lecieć? Zresztą, Vickers rozbawiła mnie już na początku, kiedy robiła
pompki: w ujęciach, w których była widoczna z przodu, robiła te pompki mega
głębokie, że prawie cyckiem smyrała podłogę. Tymczasem w ujęciach z boku –
ledwie zginała ręce. Ot, takie zadziwiające zaginanie czasoprzestrzeni.
![]() |
| To mój dzień! Będę jak Ellen Ripley, tylko bardziej! (dr Shaw) |
Skoro
już przy tym jestem, to przejdę do mniejszych i większych bzdur.
Otóż Prometeusz może i próbuje dotykać
poważnych, egzystencjalnych zagadnień, ale robi to kosztem zupełnego
zignorowania zdrowego rozsądku i zaniedbania fabuły na tym najbardziej
podstawowym poziomie, czyli co i jak robią bohaterowie.
Bohaterowie
bowiem robią absolutnie wszystko, żeby w mniej lub bardziej spektakularny
sposób się zabić. Zdejmowanie hełmów na totalnie obcej planecie tylko dlatego,
że teoretycznie powinni móc tam oddychać? WTF? W ogóle nie bardzo wiem, po co
im były całe te kombinezony, skoro później Shaw swobodnie popylała bez rękawic,
błyskając sygnetem, i nic jej się z tego powodu nie działo. I dlaczego, u
licha, kiedy za kimś toczy się jak po sznurku wielki rogal, ten ktoś ucieka
dokładnie po torze, po jakim będzie jechał rogal, zamiast odbić po prostu
odrobinę w bok? No i czemu ci przeklęci naukowcy – a myślę sobie, że do tego typu
misji wybrano przecież najlepszych – widząc obce formy życia po prostu lecą do
nich z łapami jak turyści nad Morskim Okiem do niedźwiedzi? Szkoda, że se fotek
nie zaczęli strzelać. I czy szczytem zabezpieczania się przy badaniu kosmity
mają być rękawiczki? Serio? Jak już Rusty wspominała (punkt ósmy) - sterylnych komór do pracy z niebezpiecznymi substancjami na „Prometeuszu”
nie mają bo nie. No i, żeby zakończyć ten żenujący wątek dodam, że wciąż nie
mam pojęcia, po co Vickers wzięła udział w misji. Na serio: jej rola
sprowadziła się do… bycia (och, zamknąć się, wielki mi spoiler!).
![]() |
| Oj tam, oj tam, zasady BHP są przereklamowane...! |
Oczywiście,
ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko ma małe znaczenie, bo przecież w tym
filmie chodzi o coś innego. O refleksję, pytanie o pochodzenie człowieka i sens
istnienia. No tak. Tylko że w tej warstwie Prometeusz też zasysa. Bo to pytanie
jest postawione tak nachalnie, wprost i nieciekawie, że bardziej już się nie
da. Przez to ich ciągłe kłapanie dziobami o spotkaniu ze stwórcą ja po prostu
przestałam im wierzyć. Miałam wrażenie,
że to takie kłapanie dla kłapania. Dla przekonania siebie i widzów, że ten film
w ogóle jest o czymś, a nie że oni
tak sobie polecieli i miotają się właściwie bez celu. Podkreślę, że nie
zarzucam wtórności pomysłu – mamy XXI wiek, raczej nie wyobrażam sobie
całkowitego uniknięcia wtórności – ja zarzucam, że ten pomysł, sam w sobie
neutralny, jest fatalnie zrealizowany. Nie czuje się tej podniosłości, film nie
skłania do żadnej refleksji. Aha, a mit Prometeusza jest przytoczony akurat jakoś z dupy, bo tytan nie zamierzał zastępować ludźmi bogów, po prostu chciał im pomóc. To tak na marginesie.
Nie
będę już chyba trącać kijem tego trupa. Prometeusz jest po prostu bardzo złym
filmem, takie 2/10. Ma parę fajnych
momentów, jest bardzo ładny wizualnie i niezły muzycznie. Ogląda się nawet
przez pewien czas bez bólu zębów i momentami można się naprawdę nieźle uśmiać –
tylko że chyba jednak nie o to chodziło.
- There's nothing to learn.
- I understand, Mr. Weyland. Have a safe journey.










