piątek, 28 maja 2010

ZaFraapowana filmami (32) - "Amadeusz"

Fraa jest dość nieufnie nastawiona do informacji, że jakiś film został wyróżniony jakąś nagrodą. Nie ma też jakiegoś nadzwyczajnego sentymentu do Miloša Formana – prawdę mówiąc, zna jego pięć filmów, z czego w całości obejrzała dwa, z czego na pamięć zna jeden.
I o tym jednym Fraa chce powiedzieć kilka słów.

Amadeusz
Amadeusz z 1984 roku w reżyserii Miloša Formana został nagrodzony ośmioma Oscarami (za scenografię, kostiumy, scenariusz adaptowany, rolę pierwszoplanową – F. Murray Abraham, reżyserię, film, charakteryzację oraz dźwięk), nominowany do jeszcze trzech (znów rola pierwszoplanowa – tym razem dla Toma Hulce, montaż oraz zdjęcia), czterema Złotymi Globami (dramat, aktor w dramacie – znów F. Murray Abraham, reżyser i scenariusz), nominowany był jeszcze do dwóch (aktor w dramacie – Tom Hulce, rola drugoplanowa – Jeffrey Jones), otrzymał cztery nagrody BAFTA (charakteryzacja, zdjęcia, dźwięk, montaż), pięć nominacji do nagrody BAFTA (film, scenografia, kostiumy, scenariusz adaptowany, rola pierwszoplanowa – F. Murray Abraham), ponadto dostał jednego Cezara (film zagraniczny), trzy nagrody David di Donatello (aktor zagraniczny – Tom Hulce, film zagraniczny, reżyser filmu zagranicznego), został wyróżniony nagrodą DGA za najlepsze osiągnięcie reżyserskie w filmie fabularnym, dostał też nagrodę Eddie za montaż. W 1998 roku Amadeusz znalazł się na liście stu amerykańskich najlepszych filmów wszech czasów. Został też wyróżniony trzema nagrodami LAFCA (film, reżyser, scenariusz). Słowem: Fraa mogłaby napisać oddzielną notkę o samych wyróżnieniach Amadeusza. Dwadzieścia pięć otrzymanych prestiżowych nagród, dziesięć nominacji plus zaliczenie do jednego ze stu amerykańskich filmów wszech czasów, co w sumie daje trzydzieści sześć wyróżnień wszelakiego rodzaju.

Amadeusz 01
I Fraa z czystym sumieniem stwierdza, że wszystkie te nagrody są w pełni zasłużone. Film naprawdę robi niesamowite wrażenie. Nic dziwnego, że po obejrzeniu Amadeusza oglądanie takich produkcji jak Kopia Mistrza czy Farinelli muszą kończyć się refleksją „No niezłe, ale Amadeuszowi to do pięt nie dorasta”.

Film ma formę spowiedzi starego Antonio Salieriego (F. Murray Abraham), który po latach trafia do przytułku, a tam odwiedza go młody ksiądz. Duchowny niby trochę się zna na muzyce, ale nie potrafi rozpoznać żadnego z dzieł kompozytora – dopiero kiedy usłyszy fragment dzieła Mozarta, brzmi mu to znajomo. Taki początek rozmowy oczywiście wcale nie nastraja Salieriego pozytywnie, tym niemniej starzec decyduje się opowiedzieć księdzu historię swojego życia i historię tego, jak zniszczył największego geniusza swoich czasów.

Amadeusz 02
Elementem, który chyba najszybciej i najtrwalej zapada w pamięć, jest śmiech Wolfganga Amadeusza Mozarta (Tom Hulce). Nie pozwala on zapomnieć, jakiego rodzaju postacią jest młody kompozytor: to niedojrzały lekkoduch, od najwcześniejszego dzieciństwa wychowany na atrakcję dworów, lekceważący dobre obyczaje prostak, wulgarny młokos. Takim widzi go Salieri, któremu bardzo trudno wobec tego pogodzić wizerunek zwykłego chama z genialną, wręcz boską muzyką Mozarta, którą słyszał. Stąd właśnie bierze się początkowe rozgoryczenie Salieriego. Wielokrotnie daje on wyraz swojemu zdumieniu i niezrozumieniu, dlaczego Bóg przemawia przez tak odrażającego dzieciaka. Dlaczego nie zechciał przemówić muzyką jego – Salieriego – który całe życie w swoich utworach wychwalał Pana, wiódł egzystencję cnotliwą i pobożną.
I to pytanie jest gdzieś zawieszone przez cały film. Trudno czuć odrazę do Salieriego, bo jego uczucia są całkowicie zrozumiałe: całe życie wyrzeczeń i mozolenia się nad kolejnymi utworami, a wszystko po to, żeby spotkać na swojej drodze durnego dzieciaka, który w kilkanaście minut stwarza – ot tak po prostu – prawdziwie niebiańską muzykę? Każdy by się zdenerwował, choćby i na samego Boga.

Amadeusz 03
Kontrast między tymi dwoma charakterami, między Mozartem a Salierim, czyli geniuszem a rzemieślnikiem, jest bardzo wyraźny. No właśnie – film nie próbuje zwalczyć mitu „cudownego dziecka”. I Fraa to pochwala. Zamiast bawić się w „prawdziwe historie”, Amadeusz pokazuje pogłębioną legendę geniusza. Nie demaskuje jej, ale wzbogaca. Bez żadnych wątpliwości, filmowy Mozart jest cudownym dzieckiem. Jest też młodym mężczyzną, który kocha ludzi i życie, a który żyje w cieniu surowego ojca, Leopolda Mozarta. Amadeusz ma świadomość swojego talentu, momentami nawet jest dość rażąco zarozumiały, więc tym bardziej dotkliwie odczuwa jawną niesprawiedliwość, kiedy jego kompozycja nie odnosi sukcesu w Wiedniu. Bezradność, samotność i niezrozumienie wpędzają go w alkoholizm i chorobę.

Swoją drogą, filmowy wizerunek Mozarta zgadza się właściwie z tym, co Fraa przeczytała w książce Mozart. Portret geniusza Norberta Eliasa. Kompozytor ponoć kochał życie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego muzyka jest genialna, a do tego był nadzwyczaj wrażliwy, więc bieda, samotność i niepowodzenia bardzo mocno odciskały się na jego kondycji zarówno psychicznej, jak i fizycznej.
Ale na tym kończą się podobieństwa między tym, co Fraa znalazła w książce, a filmem. Bo potem pojawia się kwestia małżonki Mozarta, Konstancji. Wedle Eliasa, właściwie nigdy nie kochała męża, a jedynie ceniła go za jego sukcesy w dziedzinie muzyki. Ich relacje, od początku chłodne, oziębiły się jeszcze bardziej, kiedy Amadeusz przestał być uwielbiany w Wiedniu.
Tymczasem filmowa Konstancja to naprawdę wspaniała, oddana żona, która wspiera Amadeusza praktycznie do samego końca, nawet mimo krótkiego kryzysu.

Amadeusz - Salieri i Jozef II
Nie można też pominąć cesarza Józefa II Habsburga (Jeffrey Jones) – mimo bardzo oryginalnego śmiechu Mozarta, to właśnie cesarz stanowi akcent humorystyczny w filmie. Jednocześnie zostało bardzo wyraźnie pokazane, jak strasznie jest, kiedy władca jest, że tak Fraa to ujmie, niezbyt rozgarnięty. Jedno ziewnięcie i geniusz może być zrujnowany. Odpowiednio wyrażone namowy i cesarz może wydać najbardziej absurdalne rozkazy. Józef II był niesamowity – najwspanialszą operę potrafił skwitować stwierdzeniem: „Za dużo nut”. Postać z jednej strony zabawna, ale z drugiej – przerażająca.

Tyle o postaciach – ale przecież nie wolno zapominać o muzyce i scenografii. A te są w Amadeuszu prawdziwie epickie i zapierające dech w piersi. Wspaniałe, bogate wnętrza, fragmenty oper, no i bardzo dużo Mozarta w Mozarcie... Ale też pojawiają się utwory innych kompozytorów, choć oczywiście w mniejszym zmasowaniu. Zwieńczeniem „soundtracku” Amadeusza jest fantastyczne i poruszające Requiem.

I jakkolwiek Fraa słyszała od dość kompetentnej osoby, że Amadeusz jest pełen fikcji, to jednak lektura Listów Mozarta opracowanych przez Ireneusza Dembowskiego daje sporo do myślenia. W zamieszczonym w Listach kalendarium można przeczytać przy kolejnych datach o intrygach Salieriego wymierzonych przeciwko Mozartowi. Tak samo owe „intrygi Salieriego” pojawiają się w samej korespondencji Amadeusza, między innymi do ojca. Jednocześnie z listów wynika, że Salieri i Mozart utrzymywali kontakt i że – tak jak w filmie – Salieri żywił głęboki podziw dla dorobku muzycznego Amadeusza.

Fraa nie wie jak to było naprawdę, ale wie, że Amadeusz jest porywającym filmem, w którym każda z postaci przykuwa uwagę, a całość jest zrobiona z rozmachem i fantazją.
Warto, zdecydowanie warto obejrzeć. To nie są zmarnowane trzy godziny.





– Mój plan był prosty. Przerażająco prosty. Najpierw postaram się o mszę żałobną. A potem o jego śmierć.
– Co?!
– Jego pogrzeb! Niech ksiądz sobie wyobrazi: w katedrze zebrałby się cały Wiedeń. W centrum stałaby mała trumna Mozarta. I wtedy w grobowej ciszy... Muzyka. Kościół wypełnia boska muzyka, wspaniała msza żałobna. Requiem dla Wolfganga Mozarta, skomponowane przez jego oddanego przyjaciela, Antonia Salieriego... Co za majestat. Co za głębia! Co za pasja! Na Salieriego nareszcie spłynęła łaska Boża... I Bóg musi go słuchać. Nie wstrzyma muzyki. Nareszcie ja będę się z Niego śmiał! Martwiło mnie tylko jedno: zabójstwo. Jak się to robi? Jak się zabija człowieka? Co innego marzyć o tym. A co innego wykonać to własnymi rękami.

czwartek, 27 maja 2010

Fraa w czytelni (19) - "Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie"

Walery Pisarek - Slownik jezyka niby-polskiegoAutor: Walery Pisarek
Tytuł: Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie
Miejsce i rok wydania: Wrocław 1978
Wydawca: Zakład Narodowy im. Ossolińskich


Fraa domyśla się, że dla przypadkowego obserwatora może to wyglądać idiotycznie: człowiek zaczytujący się w słowniku. Co gorsza, człowiek płaczący ze śmiechu nad tą lekturą! Zaplątać w kaftan z długimi rękawami i czym prędzej oddać pod opiekę miłych panów, którzy umieszczą delikwenta w miękkim, przytulnym pokoiku...
Rzecz w tym, że tym delikwentem była Fraa – i wcale nie czuje się szczególnie niepoczytalna. Nie bardziej niż zwykle. Właściwie czuje się świetnie. Cóż poradzić: ten słownik po prostu jest świetny, lepszy od niejednej pozycji beletrystycznej.




Autor, Walery Pisarek, już na wstępie zaznacza kilka rzeczy: po pierwsze, słownik jest dla ludzi z poczuciem humoru. Nie należy go brać na poważnie, nie jest to pozycja do wykorzystywania w naukowych opracowaniach. Po drugie, autor tłumaczy się ze specyficznego układu słownika: hasła są ułożone wedle błędnych form. I całkiem słusznie – przecież jeśli ktoś zna bezbłędną formę i umiałby znaleźć jakieś słowo czy związek frazeologiczny w jego poprawnej wersji, to nie potrzebowałby żadnego słownika. Po trzecie, sama kwestia języka niby-polskiego: Walery Pisarek zawiera z czytelnikiem umowę, w której błędne formy nie są po prostu niepoprawnymi słowami po polsku, tylko należą do innego języka. Do niby-polskiego. To podejście zresztą jest dość niecodzienne i sprawia, że słownik zaczyna intrygować.

Tyle tytułem wstępu. A zawartość? Bardzo, bardzo ciekawa. Przede wszystkim Fraa dowiedziała się o wielu wyrażeniach, których używała na co dzień, że z tych lub innych powodów są błędne lub przynajmniej niepożądane (przez swoją śmieszność, dwuznaczność czy niedopasowanie do tonu wypowiedzi). Prawdę powiedziawszy, Fraa pewnie nadal ich używa, bo po prostu trudno po jednorazowym przeczytaniu wbić sobie do głowy cały słownik (nawet jeśli jest nieduży – a ten istotnie jest nieduży). Fraa najchętniej kupiłaby sobie egzemplarz do domu, choć prawdopodobnie skończyłoby się to ciężką paranoją, w obliczu której Fraa z drżącymi rękami i rozbieganym wzrokiem sprawdzałaby każde słowo przed zapisaniem go. Może lepiej, że widuje tę książkę tylko w bibliotece...
Kilka przykładów haseł ze słownika:


BEZ RESZTY – po polsku raczej: całkowicie, w pełni, zupełnie. Np.: „Troska o idealną równość, rzecz niby elementarna i szkolna, a jednak nie zawsze udająca się bez reszty (○ w pełni), doszła w tym wykonaniu do perfekcji”. „Pozorny chaos wytwarza nastrój, któremu widownia musi się poddać bez reszty (○ całkowicie) i trwać pod jego urokiem do samego końca”. „Behapowiec odpyskował tak, że bez reszty (○ bez śladu) zlazła z niego urzędowa uprzejmość”.
Wyrażenie bez reszty powstało zapewne pod wpływem niemieckiego wyrazu restlos 'całkowicie, zupełnie'. Używa się go także w jęz. polskim, ale w nieporównywalnie węższym zakresie: zwykle w związkach z czasownikami oddawać się lub poświęcać się czemuś.
Albo:
ICHNIEJSZY – zaimek dzierżawczy odpowiadający polskiemu gwarowemu zaimkowi ichni (w literackiej polszczyźnie ogólnej używa się tylko formy ich). Np.: „Noc mieliśmy spędzić w jakimś ichniejszym (○ ich) Zakopanem”.
Czy też:
ILE BY NIE BYŁO, ILE BY NIE MIAŁ – po polsku: ilekolwiek by było, ile by było; ile by miał. Np.: „Ile by nie było (○ ile by było) zadane, zawsze wszystko odrobił”. „Ile by nie miał (○ ile by miał) pieniędzy, będzie mu mało”.

Jakkolwiek niektóre wyrażenia są dość oczywiste, to jednak część z nich zaskoczyła kawiarkę. Fraa nie wiedziała, że słowo nieudacznik jest zapożyczeniem z rosyjskiego, tak samo jak rusycyzmem jest zwrot przedstawiać sobą kogoś/coś (po polsku po prostu być kimś/czymś) czy żyć w mieście/domu (po polsku: mieszkać); albo że nostalgia w języku polskim oznacza wyłącznie tęsknotę za ojczyzną. Słownik zawiera też wiele form, które drażnią kawiarkę nie od dziś, typu oddziaływujesz zamiast oddziałujesz, przekonywuje zamiast przekonuje, pod rząd zamiast z rzędu (ze specjalnymi pozdrowieniami dla Zięby, która zawsze mi o to marudziła) i wiele innych.

Oczywiście, ponieważ słownik jest z roku 1978, należy wziąć pod uwagę, że część wyrażeń, które Walery Pisarek uważał za błędne, obecnie są już oficjalnie przyjęte. Tym niemniej warto zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę znaczą używane na co dzień słowa i spróbować stosować je z większą rozwagą. Fraa myśli, że językowi polskiemu na pewno wyjdzie to na dobre.

A już zupełną rewelacją jest zamieszczony na końcu Dodatek: Przeczytajmy to jeszcze raz! – są to urywki z tekstów prasowych z lat 1966 – 1975. Fraa uważa, że dodatek ten powinien być Biblią analizatorów, bo w tym właśnie słowniku Pisarek popełnił prawdopodobnie jedne z pierwszych analiz... może nie blogasków, ale to tylko kwestia czasów, w jakich przyszło zyć profesorowi.
Kilka fragmentów Dodatku (Fraa dla wygody wypisała wybrane cytaty w punktach, ponadto zastąpiła przypisy dolne strzałkami, żeby niepotrzebnie nie rozstrzeliwać tekstu na multum linijek):

  • Jest pewne, że Bolesław Krzywousty zmarł w Sochaczewie i trzymając się relacji Długosza, został przewieziony do Płocka i tam pochowany. → Oczywiście ani Bolesław Krzywousty nie trzymał się relacji Długosza, a ni się jej nie trzymali ci, którzy przewozili zwłoki Bolesława (...).
  • Był złym człowiekiem dla ludzi, zdjęli go z zawiadowcy, zdjęli go z kontrolera, miał trzy kolegia, wszystkie przegrał, więc się teraz już nie czepia. → Albo ów zły człowiek rzeczywiście odczuwał niezdrowy pociąg do kolejarzy, albo należało napisać: … zwolniono go ze stanowiska zawiadowcy...
  • Sam fakt skromnych, a nawet złych warunków bytowania nie warunkuje konieczności popełniania przestępstw. → A więc niektóre warunki warunkują tylko warunkowo.
  • Trudno się więc dziwić, że fakt pobicia młodego człowieka przez kelnera, którego wkrótce potem znaleziono martwego, tak zbulwersował opinię publiczną. → Można by podejrzewać, że to ów młody człowiek zabił kelnera, mszcząc się za pobicie; skądinąd jednak wiemy, że kelner żyje, a młody człowiek zmarł. (…)
  • Trzech młodych mężczyzn po pobiciu swej ofiary zaczęło przeszukiwać mu kieszenie. → A więc to była t e n ofiara!
  • Działanie ich miało charakter chuligański, w wyniku czego sędzia był 7 dni niezdolny do pracy. → Czy liczba dni niezdolności sędziego byłaby niższa czy wyższa, gdyby ich działanie nie miało charakteru chuligańskiego?
  • Dane te wskazują, że nastąpił wzrost nieletnich sprawców przestępstw o 21,9 proc. → Nic dziwnego, że nieletni rosną, ale w tym przypadku chodzi o wzrost liczby przestępstw popełnianych przez nieletnich sprawców.
  • Bliższe zbadanie wisielca wykazało, że nie daje on oznak życia, co i prawidłowe, bowiem jest z papieru. → (…) Tylko w języku niby-polskim wisielec normalnie daje oznaki życia, jeżeli nie jest z papieru.
  • Obyło się na szczęście bez ofiar w ludziach. Ciężkich obrażeń doznał jedynie maszynista pociągu. → Maszynista pociągu – to też człowiek.
  • Samochód z przyczepą przy wykonywaniu skrętu w prawo potrącił kierującego motorowerem m-ki Jawa, który doznał obrażeń ciała, oddalając się w kierunku Kocmyrzowa. → Widocznie obrażenia ciała m o t o r o w e r u nie były zbyt ciężkie, jeżeli się mógł oddalać w kierunku Kocmyrzowa (…).
  • W sądzie w Puławach odbył się proces przeciwko oskarżonym o niedopilnowanie przepisów bhp, w wyniku czego uległ śmiertelnemu wypadkowi pracownik kotłowni. → Czyżby rzeczywiście proces był przyczyną śmiertelnego wypadku?
  • Gdyby objawy zatrucia u Stanisława Wojdyły wystąpiły równocześnie z jego dziećmi, powtórne wezwanie nie nastąpiłoby z tak dużym opóźnieniem. → Widocznie najpierw wystąpiły dzieci, a dopiero później objawy zatrucia.
  • Zajmuje się zresztą nie tylko mieszkańcami oceanów, mórz, wielkich jezior i rzek, ale i czworonogów, a także ptaków. → O ile nam wiadomo, najpospolitszymi mieszkańcami czworonogów i ptaków są pchły.
  • Wtedy konwojenci Zakładów Jajczarsko-Drobiarskich w Lublinie zażądali od spółdzielców łapówki za zaklasyfikowanie ich do wyższej klasy drobiu. → Spółdzielcy jednak łapówki nie dali i teraz pewnie żałują, że ich do wyższej klasy drobiu nie zaliczono.
  • Georg Sand uchodziła za potężny buldożer postępu, który miażdżył bezlitośnie reakcję. → Porównanie kobiety do buldożera brzmi dość ryzykownie, nawet jeśli jest to buldożer postępu.
  • Mamy trupę Grotowskiego, którą znaczącą część koneserów całego świata uważa za szczytowanie w teatralnym orgazmie. → Można tę przenośnię uznać za szczytowanie w językowym orgazmie autora.
  • 15 tysięcy rozwiedzionych małżeństw miało jedno dziecko. → Jedno dziecko na 30 tysięcy osób? (…)
  • Dalsze lata to walka ojca o odzyskanie dziecka, który czterokrotnie porwał syna. → Krótko mówiąc: ojciec chce odzyskać dziecko, a ono mu porywa syna.

Co więcej, na samym końcu Walery Pisarek zamieszcza Ćwiczenia – trzy teksty do „przetłumaczenia” z języka niby-polskiego na polski. Fraa jeszcze się nie podjęła, ale jak opanuje już zawartość słownika, to nie omieszka sięgnąć i do Ćwiczeń.

Fraa po raz pierwszy spotkała się z tym, że słownik można napisać ciekawie i zabawnie. Wydaje jej się, że to stanowi pewien ewenement i dlatego warto zwrócić na niego uwagę. Między innymi dlatego.

środa, 26 maja 2010

Granie na Fraakranie (6) - "Call of Juarez"

Być może Fraa już wspominała, że jeśli chodzi o gry FPS, to raczej nie radzi sobie zbyt dobrze, wobec czego oczywistym jest, że nie jest fanką tego typu rozrywki. Gra musi naprawdę czymś przyciagnąć. Call of Juarez przyciąga.

Call of Juarez - Ray
Fraa od początku się dziwiła, jak to się stało, że tak fajną grę w westernowym klimacie wydali Polacy. Za Call of Juarez odpowiedzialny jest Techland. I chociaż Fraa nie ma pochlebnego zdania o rodzimych grach komputerowych (owszem, z Wiedźminem włącznie), to jednak tym razem trzeba przyznać: kawał fajnej, klimatycznej rozrywki.

Mówiąc o Call of Juarez należy pamiętać, że aktualnie są dwie gry spod tego znaku: w pierwszej, z 2006 roku, gracz wciela się w Ray'a McCall – księdza, który na wieść o tym, że Billy, jego bratanek (no nie do końca bratanek, bo brat Ray'a, Thomas, to zaledwie ojczym, ale Fraa nie chce już komplikować), uśmiercił swoich rodziców i uciekł, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. W ręce Ray bierze też dwa stare rewolwery i rusza w pogoń, stając się awatarem iście boskiego gniewu.
Żeby było ciekawiej, gra się naprzemiennie: Ray'em oraz Billym, który po prawdzie wcale nie zabił rodziców, ale kto by go tam słuchał...

Call of Juarez: Więzy Krwi to prequel z 2009 roku. Gracz znów może wcielić się w Ray'a, a jako druga postać pojawia się jego brat – Thomas McCall. W ciągu rozgrywki dołączy do nich najmłodszy brat, William, który jest młodym księdzem. Gracz nie może nim sterować, ale William bywa przydatny na przykład jako przewodnik, nawet jeśli jego pacyfistyczne gadki działają nieco na nerwy.
Teraz można przejść do zachwytów i marudzenia.
Call of Juarez1
Fraa zacznie od zachwytów: klimat. Obie części gry są pod tym względem miodne. Gracz biega po klasycznych, znanych z westernów miasteczkach Dzikiego Zachodu – pełnych bandziorów, gdzie trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i za co nagle ktoś ogłosi nagrodę za głowę takiego na przykład Billy'ego. Poza miasteczkami są oczywiście fantastyczne „plenery”. Na każdym kroku odczuwa się tę westernową atmosferę i to jest właśnie niesamowicie fajne. Są Meksykanie, bandyci, piękne niewiasty i oczywiście – bez tego nie mogłoby się obejść – pojedynki rewolwerowców. Fraa jest naprawdę dumna, że coś takiego powstało w Polsce.


Call of Juarez: Wiezy Krwi


Dalej: grafika. W ogóle między pierwszym Call of Juarez a prequelem jest spora różnica w jakości grafiki. Najlepiej widać tę różnicę w tym, że o ile pierwsza część odpala na kawiarczym sprzęcie, o tyle Więzy Krwi już niekoniecznie... No cóż. Życie. Fakt faktem, gra przedstawia się naprawdę ładnie. Począwszy od krajobrazów, a skończywszy na broni. I tu, oczywiście, ze szczególnym wskazaniem na prequel. Może ruchy postaci nie są do końca naturalne, ale i tak gra przedstawia się bardzo atrakcyjnie pod kątem wizualnym.

A teraz minusy:
Po pierwsze, Billy. Naprawdę, Fraa z przykrością to przyznaje, ale bez Billy'ego pierwsza część byłaby o wiele przyjemniejsza. Rzecz w tym, że z Ray'em sprawa jest prosta: gracz prze do przodu i strzela do wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka. Ray McCall jest stosunkowo odporny, ma pancerz, więc koszenie nim to sama przyjemność. Z Billym sprawa ma się inaczej: Billy się czai. Billy ma bacik i gra tym chłopaczkiem w dużej mierze sprowadza się do skakania i przekradania się. Jeśli Fraa jest w czymkolwiek gorsza niż w strzelaniu, to tym czymś jest przekradanie się. Całość jest o tyle irytująca, że Fraa na przykład z powodzeniem była w stanie zabić bandziorów z obozowiska, obok którego miała się przekraść. Mogła strzelić dwa razy, kogoś udusić batem i pójść dalej. Tyle tylko, że – ponieważ nie przekradła się – i tak kończyło się to niepowodzeniem misji i trzeba było zaczynać jeszcze raz. A potem jeszcze... I jeszcze.
I wiecie Państwo, do czego to doprowadziło?
Fraa nigdy nie skończyła Call of Juarez. Zacięła się na którymś etapie z Billym i zabrakło motywacji do dalszej gry.

Call of Juarez - bracia McCall
W Więzach Krwi, gdzie zamiast Billy'ego jest Thomas, wygląda to dużo lepiej. Co prawda Thomas też ma skłonność do przekradania się, ale nie jest to aż tak upierdliwe. No i Thomas równie dobrze może strzelać, nawet jeśli nie jest do końca tak pancerny jak Ray.
Ponadto w prequelu gracz w większości przypadków może wybierać, czy dany etap chce przejść Ray'em czy Thomasem. W pierwszej części nie ma tego komfortu.

Marudzenie drugie, to fabuła. I tutaj chodzi oczywiście o fabułę Więzów Krwi, jako że Fraa najzwyczajniej w świecie nie zna do końca fabuły części z 2006 roku...
Rzecz w tym, że fabuła niestety jest dość liniowa. Pewne rzeczy staną się niezależnie od tego, co będzie robił gracz i to jest dość irytujące. Wskutek tego Fraa naprawdę poczuła silną niechęć do jednego z braci, którego do pewnego momentu naprawdę lubiła.
Inna sprawa, że to całkiem fajne: gracz, oprócz oczywiście uczestniczenia w standardowej jatce, obserwuje perypetie rodziny – może więc być świadkiem tego, jak zmieniają się relacje między braćmi, na czym w istocie polegają te ich „więzy krwi” i jak to wszystko się kończy. Pozwala to jeszcze lepiej wczuć się w klimat i zaangażować w losy braci McCall.


To właściwie tyle, co Fraa chciała powiedzieć.
Jeśli ktoś lubi postrzelać i bawią go westerny, z całą pewnością powinien wypróbować którąś z części Call of Juarez, a może i obie. I nie irytować się tym, że znowu pojedynek się nie udał... Nie od razu jest się szybkim i celnym rewolwerowcem.


A tutaj bonusy w postaci ruchomych obrazków:

Call of Juarez:

Call of Juarez: Więzy Krwi:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...