(źródło i opis) |
Książka, której nienawidzę.
To pytanie jest durne. Jedno z głupszych w tym
wyzwaniu. Znaczy no: serio? Mam wymienić książkę, której nienawidzę? Może się
mylę, ale nienawiść jest chyba najmocniejszą negatywną emocją, jaką można
odczuwać wobec kogoś… TAK, wobec kogoś,
a nie wobec czegoś. Nie wyobrażam
sobie, jak martwy przedmiot może wzbudzić nienawiść. Co niby miałaby zrobić
taka książka, żeby zapracować sobie na moją nienawiść? Rozjechać mi kotka?
Sprzedać kolekcję Asterixów? Bwah, nawet wtedy trudno byłoby mi nazwać moje
emocje nienawiścią. A cóż dopiero, skoro taka książka co najwyżej może być… no,
gówniana. Nie wydaje mi się, żeby to był powód do nienawiści.
Przez pół dnia głowiłam się nad tym problemem. Może
jakaś stara, znienawidzona lektura szkolna…? Ale nie, obawiam się, że jeśli mi
jakaś lektura nie podchodziła, to po prostu jej nie doczytałam i ot, cała
filozofia. Szkoda nerwów na płonną nienawiść. Ulv podpowiedział, że może jakiś
podręcznik do znienawidzonego przedmiotu na studiach – cóż, to wprawdzie
odpadło z tego względu, że po pierwsze: nie miałam na studiach znienawidzonych
przedmiotów, po drugie zaś: nie miałam na studiach podręczników. Ale okazało
się, że te całe studia to całkiem niezły trop.
Nie mogę powiedzieć, żeby to była nienawiść w
czystym tego słowa znaczeniu, ale jest książka, której rzeczywiście nie cierpię
– przy czym to nie wynika z faktu jej grafomańskiej gównianości, bo obiektywnie
rzecz biorąc jest – podobno – dobra.
Eneida Wergiliusza. To znaczy ja w
ogóle nie przepadam za Wergiliuszem. O ile Homera kupuję bez szemrania, o tyle
Wergiliusz zawsze mnie śmiertelnie nudził. Ale Eneida – o, to już szczyt wszystkiego. Nie obchodzi mnie, że
warsztatowo to jest wybitne. Eneasz to wnerwiający, egocentryczny ciul bez
śladowych ilości kręgosłupa moralnego ani własnej woli. Dydona, która mogła być prawdziwą
babeczką z jajem, ostatecznie wychodzi na szokującą frajerkę (choć na tle
innych bohaterów i tak plasuje się w niewkurzającej czołówce). Lawinia – ach,
Lawinia! Nie hejtuję jej co prawda tak mocno jak Heleny, niemniej to podobny
typ kobiety: rozwydrzona pindolina, która ma pod nosem fajnego faceta, ale nieeee,
on tutejszy, czyli nuda i szaruga dnia codziennego, prawda? No więc olewa go i rzuca
się w ramiona jakiemuś głupawemu przybłędzie, który nie tak dawno wystawił do
wiatru i spowodował śmierć dumnej, choć może nieco zbyt naiwnej, kobiety. I którego,
nawiasem mówiąc, kompletnie nie zna! Ale spoko – sprowadźmy wojnę i śmierć na
kilka plemion, będzie fajnie. No i wreszcie Turnus! Gdybym miała wskazać
jakąkolwiek fajną postać w Eneidzie,
byłby to Turnus. I co? No i dupa, ofkoz musi zginąć, prawda? Bądź co bądź to
Hektor tego syfu.
W ogóle samo założenie jest dla mnie fatalne – mówcie
co chcecie, dla mnie to bezczelna zrzynka z Homera, mimo wszelkich zmian i
okoliczności historyczno-kulturowych. Kilka lat tułaczki, a potem wojna i niemal
przekalkowany układ osób. Hura, hura. Jestem wielkim rzymskim poetą, nie
potrafię wymyślić własnej historii na narodową epopeję.
Wrr.
Khem, przecież cala kultura Rzymu była zerżnięta z Grecji. Wliczając bogów, więc skąd ten bulwers, że i epos sobie wzięli ;)
OdpowiedzUsuńBo to trochę inna sytuacja. Ok, bogowie i herosi zostali zapożyczeni i nazwani po swojemu (dostali też inne charaktery, ale mniejsza o to). Ale to politeizm - to tak działało. Grecy zapożyczali sobie bogów ze wschodu. Rzymianie od Greków. I Celtów. I wogle. Politeizmy się chyba zawsze i wszędzie mieszały.
UsuńNatomiast "Eneida" to samodzielne dzieło, które nie ma konkretnego odpowiednika w Grecji. Bo przecież Homer to nie jest pierwowzór na tej zasadzie, na jakiej dla rzymskich bogów są pierwowzorami greccy bogowie. Przecież ani Eneasz nie jest Odysem, ani Lawinia Heleną, bo Odys to Ulisses, a Helena... to Helena. To są dwie oddzielne historie. "Eneida" powinna być właśnie tym, co jest ich własne - rzymskie. Taki... no nie wiem, jakiś taki wyznacznik rzymskości, skoro ma być eposem narodowym, nie? Konstruowanie tej historii na kalce z Homera było idiotyczne i niczym nieuzasadnione. Zresztą dziwię się, że przeciętny Rzymianin nie robił fejspalma, kiedy zapoznawał się z literaturą: czyta sobie najpierw o wielkiej wojnie pod Troją, o Achillesie, Helenie, Hektorze, o tułaczce Odysa... a potem "Eneidę"... aż się prosi, żeby nad głową zapaliła się lampka "eeeej, ich losy są zwodniczo podobne do czegoś, co już czytałem".
Zresztą, bulwers nie dotyczy samej zrzynki, ale też tego, że po prostu bohaterowie Wergiliusza są w tym wszystkim wkurwiający, podczas gdy herosi Homera byli fajni.^^ ...zazwyczaj.