piątek, 19 marca 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.23) - "Propozycja"

Ta notka pojawiła się wczoraj. Naprawdę. To tylko tak wygląda, że dzisiaj...



Od maja zeszłego roku można było (i nadal można) nabywać co dwa tygodnie filmy z Wielkiej Kolekcji Westernów. Do każdej płytki dołączone jest coś w rodzaju książeczki z informacjami o filmie, o obsadzie oraz z garścią ciekawostek historycznych, do których w jakiś sposób nawiązuje dany film. Fraa kupuje te westerny regularnie, od samych „Siedmiu Wspaniałych” włącznie. Trzymała tę informację w tajemnicy, żeby całą serię opisać kiedyś w długie, zimowe wieczory... Szlag, za trzy dni 21. marca. No dobrze, z zimowymi wieczorami Fraa wtopiła, ale w każdym razie miała plan opisania systematycznie całej serii. Kiedyś.

Proposition
Tym niemniej ostatni nabytek, „Propozycja” z 2005 roku, w reżyserii Johna Hillcoata, wręcz wymusza opisanie go wcześniej i poza kolejką. Co też właśnie Fraa czyni.

Należy zacząć od tego, że „Propozycja” nie jest westernem. No naprawdę. Może raczej... Antipodern? Tak, Fraa ma świadomość, że toporny żart – grunt, że film traktuje nie o Dzikim Zachodzie, tylko o Australii.

Grudzień roku 1880, wszyscy smażą się w promieniach bezlitosnego, australijskiego słońca. Kapitan Morris Stanley schwytał w końcu dwóch z trzech braci Burns, Mikey'ego i Charlie'go, brakuje mu tylko najstarszego z nich: Arthura. Ponieważ kapitan sam ma kłopot ze schwytaniem przestępcy, którego Aborygeni nazywają Człowiekiem-Psem, Stanley składa Charlie'mu propozycję.

Tyle tytułem zajawki do filmu. Pomysł – mogłoby się wydawać, że nic nadto oryginalnego. Ale ale! Scenariusz do „Propozycji” napisał Nick Cave (ten sam, ten od „Where the Wild Roses Grow”), jest też odpowiedzialny za muzykę w filmie. Ponieważ reżyser i scenarzysta współpracowali ze sobą już wcześniej, szansa na stworzenie świetnego filmu musiała wzrosnąć.
No i oto jest antipodern – rewelacja w każdym calu.

Przede wszystkim, należą się gratulacje dla scenariusza, reżyserii i obsady aktorskiej, bo postacie są po prostu bezbłędne.
Teoretycznie głównym bohaterem jest Charlie Burns, grany przez Guy'a Pearce'a. Niektórzy mogą go kojarzyć z takich produkcji jak „Wehikuł czasu” czy „Hrabia Monte Christo” – co prawda Fraa nie była zadowolona z żadnego z tych filmów, tym razem jednak wyszło bez porównania lepiej. Charlie musi wybierać między braćmi, trudno więc oczekiwać, żeby podjął decyzję szczególnie szybko. Tym bardziej, że więzi między braćmi są – co widać najwyraźniej w przypadku Arthura – bardzo silne.
proposition3
Najstarszy z tej trójki, Arthur, na początku w ogóle się nie pojawia. Widz ma czas, żeby zatopić się w legendzie, jaka narasta dookoła bezwzględnego przestępcy, żyjącego gdzieś w jaskiniach na pustyni. W rolę Arthura wcielił się Danny Huston, który co prawda nie ma nadzwyczaj imponującej filmografii, tym niemniej potrafił stworzyć postać budzącego grozę mordercy, dla którego najważniejszymi wartościami są miłość i rodzina. Trzeba przyznać, że Arthur Burns ma w sobie coś ujmującego.
Najmłodszy brat, Mikey (Richard Wilson) głównie siedzi w więzieniu i cierpi. Jest właściwie jeszcze chłopcem i – chociaż poczuł się dostatecznie dorosły, żeby dopuścić się gwałtu i morderstwa – jednak to on jest przedstawiany jako ten, którego można by jeszcze „nawrócić” z całej tej potępionej rodziny. Należą się słowa pochwały za dobór aktora do roli Mikey'ego: Fraa ceni, kiedy trzydziestolatkowie nie usiłują grać trzynastolatków. Tymczasem Richard Wilson to rocznik '84., więc rola zagubionego i przerażonego chłopaczka wyszła mu bardzo naturalnie.

Mr and Mrs Stanley
Po stronie prawa stoi kapitan Morris Stanley, czyli Ray Winstone. Jak tylko się odezwał, Fraa miała jedno skojarzenie: „Russel Crowe?!” – i, o ile się zorientowała, nie była w tym odosobniona. Winstone brzmi jak Crowe, a co więcej: mają nawet coś podobnego w wyglądzie. Czy to mimika, czy spojrzenie, czy uśmiech – Fraa nie potrafi powiedzieć, ale po prostu ci dwaj panowie, choć kompletnie niepodobni, po prostu są podobni. Na początku Fraa zrzucała to na karb Antypodów. Crowe to Australijczyk, tutaj film australijski, widocznie oni tak mówią. Konsternacja przyszła z chwilą, w której Fraa przeczytała, że Winstone jest rodowitym Brytyjczykiem. Zresztą, takiego grał: Brytyjczyka, który przybył do Australii z zamiarem „ucywilizowania” tego kraju. Bezwzględnego w pracy, za to oddanego męża w domu.

W misji towarzyszy mu małżonka, Martha, grana przez Emily Watson, aktorkę nominowaną do Złotego Globu i dwukrotnie nominowaną do Oscara. Aktorkę, która użyczyła swojego głosu Victorii w Burtonowskiej „Gnijącej Pannie Młodej”. Martha jest brytyjską damą w każdym calu. I Fraa chyli czoła przed panią Watson, bo Martha jest fantastyczna. Czasem kobiety w filmach są po prostu odpicowanymi seksbombami, paniusiami, które tylko irytują. Czasem są „utwardzane” na siłę i wychodzi kuriozalna hybryda w stylu Ellen z „Szybkich i Martwych”. Tymczasem Martha jest po prostu naturalna – oddana żona, przyjaciółka i gospodyni. Jej dom i ogród to mały skrawek Anglii w tej piekielnej Australii. Fraa nie zdołała wykrzesać z siebie ani odrobiny niechęci do Marthy, bo po prostu nie było się do czego przyczepić. Poza tym, Martha nosi świetne kiecki.

W filmie pojawia się też niejaki Fletcher, a w tej roli – David Wenham, którego można kojarzyć jako Faramira z „Władcy Pierścieni” albo Diliosa z „300”. Fraa do tej pory widziała Wenhama właśnie w takich rolach: pozytywnych, drugoplanowych, uczciwych (choć dzielnych!) frajerów. Tymczasem okazuje się, że Wenham doskonale radzi sobie z rolą brytyjskiej szychy, która chce wystrzelać Aborygenów i wychłostać Mikey'ego. Fraa musi przyznać, że w pierwszej chwili nie poznała aktora, choć miała dziwne przeczucie pod tytułem „skądś znam tę twarz...”.

Kolejnym, bez wątpienia wartym wzmianki, bohaterem jest łowca nagród – Jellon Lamb, a w tę rolę wcielił się John Hurt. Aktor co prawda nie zaczynał fortunnie, bo od podkładania głosu w wybitnie nieudanej produkcji „Władca Pierścieni” z 1978 roku, ale na szczęście później miał więcej szczęścia (ot, choćby Kaligula w serialu „Ja, Klaudiusz” – Fraa wspominała, że to świetny serial?), co zaowocowało nominacjami do Oscara i Złotym Globem. Ponadto, John Hurt od 2004 roku jest komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego. Fraa ma tylko jedno, zasadnicze zastrzeżenie: dlaczego, u licha, Lamba w „Propozycji” jest jak na lekarstwo? Naprawdę – Fraa była tym bardzo zawiedziona, ponieważ postać zapowiadała się arcymiodnie, tymczasem okazało się, że skończyło się na dwóch scenkach.

Skoro już mowa o wybitnych jednostka „Propozycji”, trzeba tu wrócić do Nicka Cave'a i do muzyki. A ta jest również świetna. Nie ma co prawda epickich utworów, które Fraa mogłaby teraz wymienić z tytułu, ale muzyka idealnie wpasowuje się w australijski klimat filmu, od czasu do czasu przeplatając się z – dla odmiany – klimatem irlandzkim, jako że część bohaterów jest pochodzenia irlandzkiego. Muzyka nie odciąga uwagi od fabuły jako takiej, za to świetnie buduje atmosferę, pogłębia emocje i podkreśla różnorodność kulturową, z jaką widz styka się w filmie.

Charlie and Arthur
Sama Australia też robi wrażenie: ogromne przestrzenie, zachody słońca, piach i muchy – tak wygląda codzienność bohaterów „Propozycji”. Dla jednych jest to przekleństwo, piekło, ale dla innych – jak dla Arthura – ta natura jest piękna. Poddanie się jej sprawia, że człowiek staje się spokojniejszy. W tę naturę wchodzą z buciorami Anglicy i usiłują „cywilizować” Aborygenów. Część się udaje, część nie: widz dostaje tu klasyczny motyw „Europejczycy vs. Indianie”, ale tu widać wyraźnie, że te relacje nie są takie proste.


Fraa jest pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Jego dopracowanie, plenery, rewelacyjne postacie, stanowiąca spójną całość z akcją muzyka – to wszystko sprawia, że widz wlepia wzrok w ekran i z zapartym tchem śledzi losy bohaterów, jednocześnie nie potrafiąc zdefiniować, z którą stroną sympatyzuje. Bo każdy ma tam swoje racje i swoje wartości, zgodnie z którymi stara się postępować. Na dobrą sprawę żadne zakończenie nie wydaje się dobre, bo dla kogoś zawsze to będzie niesprawiedliwe.

Po raz pierwszy Fraa musi zgodzić się z opisem na pudełku: „Widowiskowy, mocny i brutalny, niezwykle wciągający” [Scott Weinberg, efilmcritic.com]





„– Forgive me, sir, but I've been stuck here with no-one but this sorry sack of Hibernian pig shit for conversation. Poor, poor Dan O'Reilly! Sit, sir. Drink with me.– One more crack about the Irish, Mr Lamb, and I'll shoot you. Am I clear?– Oh, as the waters of Ennis, sir. Let us drink, then, to the Irish. No finer race of men have ever... peeled a potato.– Do you pray, Mr Lamb?– Good Lord, son. No, I do not. I was, in days gone by, a believer. But, alas, I came to this beleaguered land and the God in me just... evaporated. Let us change our toast, sir. To the God who has forgotten us. But first... cardinal rule: never raise a glass with a man whose name you do not know.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...