piątek, 21 maja 2010

ZaFraapowana filmami (30) - "Dr Jekyll i pan Hyde"

No dobra. Fraa zawsze palnie jakąś głupotę. „Ja narysuję te plakaty, żaden problem!” albo „Nie musisz mi na razie oddawać tej kasy, nic pilnego...”, ale czasem jest jeszcze gorzej i kończy się to na: „Dzień dobry, chciałabym nabyć tę płytkę”. A potem Fraa ląduje w domu z podejrzanym DVD w torbie. I trzeba to obejrzeć.
A przecież, dokonując zakupu, Fraa doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ten film nie jest wart ani grosza.

Dr Jekyll i pan Hyde
Dr Jekyll i pan Hyde (Dr Jekyll And Mr Hyde) z 2008 roku w reżyserii Paolo Barzmana to uwspółcześniona wersja klasycznej opowieści Stevensona. Widz poznaje Henry'ego Jekylla (Dougray Scott – czyli Thomas Fairfax z To Kill a King), wybitnego lekarza, który ma niezwykłą teorię na temat ludzkiej skłonności do chorób, a żeby dowieść słuszności tej teorii, przeprowadza eksperymenty na sobie. Wskutek tego uwalnia złą stronę swojej osobowości – alter ego przedstawia się jako Edward Hyde i nocami sieje grozę w mieście.
Doktorowi ruszy na pomoc pani prawnik, Claire Wheaton (Krista Bridges).

Prawda jest taka, że już „uwspółcześniona wersja” zwiastuje jakąś katastrofę. I tak jest w istocie. Rzecz w tym, że Dr Jekyll i pan Hyde jest historią, która bardzo źle się zestarzała. To co brzmi dobrze w gotyckiej opowieści z drugiej połowy XIX wieku, niestety niekoniecznie musi brzmieć równie dobrze w filmie z początku XXI wieku. Nawiedzone wyznania doktora Jekylla u Stevensona były fajne. Kiedy czytało się o obsesji głównego bohatera, który ponad wszystko chciał rozdzielić dobrą część siebie od tej złej, naprawdę robiło to wrażenie i było wiarygodne. Kiedy te same brednie powtarza współczesny szanowany naukowiec i usiłuje to jeszcze wzbogacić o jakieś medyczne powiązania, całość brzmi już tylko żenująco. Kto jak kto, ale doktor Jekyll z filmu powinien akurat dość dobrze rozumieć pracę mózgu oraz przyczyny rozmaitych ludzkich działań. Jego gadanina o tym, że w człowieku siedzą dwie osoby i on chce je rozdzielić, po prostu nie trzyma się kupy. A właściwie kupa to jedyne, czego się trzyma... Bo już wybitnego naukowca, który nie potrafi znaleźć innej metody, jak tylko eksperymentowanie na sobie i szprycowanie się niesprawdzonymi specyfikami, to Fraa pominie milczeniem.

Skoro już Fraa jest przy bezsensach filmu: taka Claire. Młoda i odważna prawniczka, dobrze – banał, ale jeszcze nie boli. Boli natomiast, kiedy Claire – mając uzasadnione podejrzenie, że ma do czynienia z szalenie niebezpiecznym seryjnym mordercą – późnym wieczorem lub nawet nocą wchodzi do obskurnego mieszkanka tegoż mordercy i szlaja mu się po pokojach. Nie wiedzieć czemu, Claire wyszła z założenia, że jeśli zapukała i nikogo nie było w środku, to na pewno lokator nie wróci przez najbliższą godzinkę, więc prawniczka może sobie pozwiedzać. A tu nagle panika: wrócił! Nie może być! W środku nocy facet chce wejść do własnego mieszkania, bezczelny!
Fraa nie lubi, kiedy bohaterowie, którzy teoretycznie mają być inteligentni, zachowują się jak skrajni kretyni.

To samo dalej, w zakładzie dla umysłowo chorych: istnieje podejrzenie, że zamykają seryjnego mordercę. I co? I nic. Nie dość, że nikt nie pilnuje pacjenta, to jeszcze na jego pierwszy krzyk przybiega stróż nocny i beztrosko otwiera drzwi. Ucieczka Hyde'a była tyleż idiotyczna, co przewidywalna.

Momentami Fraa dostrzegała rozpaczliwe próby nawiązywania do literackiego oryginału. Chodzi tu o detale dotyczące pana Hyde'a: że jego spojrzenie było przeszywające, złe. Że – mimo iż to ta sama osoba – różnice w charakterach tak mocno odcisnęły się na fizjonomii bohatera, że nikt by nie skojarzył ze sobą tych dwóch osób. W końcu kwestie czysto fabularne, jak to, że Jekyll wynajmował Hyde'owi mieszkanie. Niestety, jeśli chodzi o tę trudność w rozpoznawaniu Hyde'a, o zło bijące z jego oblicza, twórcy filmu postawili przed sobą naprawdę trudne zadanie i nie podołali. Nic dziwnego. W powieści można napisać, że spojrzenie postaci było lodowate, emanowało od bohatera zło, wzbudzał odrazę mimo braku konkretnych deformacji ciała i tak dalej. Czytelnik wierzy na słowo narratorowi i wyobraża sobie postać po swojemu. Ale film, zamiast operować emocjami i dość abstrakcyjnymi opisami, ma do dyspozycji konkret. Przed kamerą stoi facet i on nie może powiedzieć, że jest zły. Po nim musi być widać, że jest zły. A coś takiego, to chyba tylko Jack Nicholson potrafi. Fraa przypuszcza, że to dlatego trzeba było podrasować nieco Hyde'a i wspomnieć o serii brutalnych morderstw, które wstrząsnęły miastem. Przecież u Stevensona, o ile Fraa pamięta, faktycznych zbrodni było niewiele. No ale jeśli wykasowałoby się z fabuły filmu kilka zabitych osób, widz dostałby tylko zwykłego, wyluzowanego gościa. Gościa, który co gorsza wygląda dokładnie tak jak doktor Jekyll, bijące z wewnątrz zło w żaden sposób nie odmienia wyglądu bohatera, więc wzbudza pewną wesołość, kiedy inni nie mogą zidentyfikować Hyde'a patrząc na Jekylla, bo widz przecież wyraźnie dostrzega, że ten facet jest dokładnie taki sam w obu wcieleniach.

Fraa uważa, że robienie tego filmu było karkołomnym zadaniem i nic dziwnego, że zakończyło się klęską. Już nawet pomijając efekty specjalne. Bo prawda jest taka, że Fraa bardzo podobne dramatyczne rozmazy, które miały miejce w momencie przemiany bohatera, zrobiła kamerą w komórce.

Żeby Dr Jekyll i pan Hyde był porządnym filmem, należałoby cofnąć bohaterów na powrót do takiego czasu, w którym brednie o dobrej i złej stronie ludzkiej natury nie będą brzmiały sztucznie, pretensjonalnie albo po prostu głupio, potem wziąć jakiegoś naprawdę nieziemsko utalentowanego aktora (bo to naprawdę nieziemsko trudna rola), a na koniec dorzucić jakichś porządnych gości od efektów. No i może jakoś by to było. A tak? Stracony czas.






– Mogę zadać ci osobiste pytanie?

– Wolałabym porozmawiać o tobie.
– Gdybyś musiała wybrać, uważałabyś się za dobrego, czy złego człowieka?
– Chyba dobrego.
– Ale miałaś złe myśli, czasami sama je prowokowałaś?
– Tak jak wszyscy.
– Widzisz, ja odkąd pamiętam, byłem tym zafascynowany. Jak w naszej podświadomości mogą znajdować się dwie różne osobowości? Jedna dobra, jedna zła. I obie walczą o przejęcie kontroli. I jako doktor, zastanawiam się: czy może to być klucz w zrozumieniu natury zdrowia i choroby? Cóż, przez lata to była tylko osobista teoria, którą trzymałem wyłącznie dla siebie. Ale rok temu coś niesamowitego wydarzyło się, co zmieniło wszystko, tak jakby to było mi pisane.

czwartek, 20 maja 2010

Granie na Fraakranie (5) - "The Settlers"

Fraa ma pewien kłopot, kiedy usiłuje grać na komputerze. To jest oczywiście sformułowanie bardzo eufemistyczne, bo kiedy Fraa usiłuje grać na komputerze, musi przecież najpierw stoczyć epicki pojedynek z coraz bardziej humorzastym CD-romem, potem z kartą graficzną, która nie obsługuje technologii stosowanych od jakichś ośmiu lat, a w końcu z emo-Vistą, której nic ani nikt nie rozumie, nie współpracuje i nie lubi. Kiedy jednak, jakimś dziwnym trafem, znajdzie się gra działająca mimo tych wszystkich przeciwności, Fraa nadal ma pewien kłopot. Chodzi tu o kawiarczą wrodzoną bądź nabytą pierdołowatość.
W grach, które sprowadzają się do mordowania, Fraa zazwyczaj ginie na potęgę, a że ginąć nie lubi, to gra na kodach, czerpiąc przyjemność z tego, że najbardziej wypasionego bossa zabija za pomocą kastetu (to nic, że walka trwa dwadzieścia minut!). Acz Fraa przypuszcza, że nie do końca tak powinno się to robić...
W strategiach z kolei Fraa idzie z torbami, bo pieniądze nie trzymają się kawiarki ani w rzeczywistości, ani w grach. Jeszcze gorzej jest ze strategiami w czasie rzeczywistym, bo wtedy w czasie bitew Fraa dostaje oczopląsu i jedyne co może zrobić, to wykonać brawurowy manewr zmylenia przeciwnika pozorowaną paniczną ucieczką. Zawsze wtedy jest szansa, że rzeczony zmylony przeciwnik, z braku lepszej alternatywy, pozabija się nawzajem.
O grach logicznych lepiej w ogóle nie wspominać, bo Fraa wyznaje logikę alternatywną, z którą jednak trudno się przebić.
Na szczęście od każdej reguły jest wyjątek. W przypadku gier oznacza to po prostu, że co jakiś czas znajdzie się taka, która z jakichś względów będzie miała głęboko w poważaniu wszelkie przeciwności i po prostu zaoferuje kawiarce miłą rozrywkę.
Dyskietki
I właśnie taka gra trafiła się siedemnaście lat temu, na trzech dyskietkach. O zgrozo, jest niemiecka – a chodzi tu o pierwszą część The Settlers (Die Siedler), której Fraa była szczęśliwą posiadaczką przez długi czas (i od niedawna jest nią ponownie).

Jest to strategia czasu rzeczywistego, a jakże. Polega z grubsza na tym, że gracz buduje państwo. Wznosi domy, rozszerza granice, gromadzi wojsko i tak dalej. W razie natrafienia na przeciwnika, siecze go. Albo ginie w bólach. Gra jest z 1993 roku, więc oczywiście graficznie ma się nijak do tego, co można nabyć obecnie. A jednak.
A jednak Settlersi są absolutnie urzekający.
Tak właśnie, to zawsze było i jest atutem Settlersów: są urzekający. Jest to gra pełna drobiazgów, które cieszą. Począwszy od pikselowych ludzików.
Mieszkańcy dzielą się naturalnie na rozmaite zawody, między którymi istnieje sieć zależności. Żeby państwo sprawnie funkcjonowało, gracz musi utrzymywać równowagę między wszystkimi gałęziami produkcji, bo tylko w ten sposób będzie zdolny zebrać armię, za pomocą której utoruje sobie drogę do potęgi. Sprawa jest prosta: żeby rekrutować rycerza (pierwsza część Settlersów to realia pi razy drzwi średniowieczne – w przeciwiestwie do drugiej części, która uderzyła w starożytność), potrzebna jest broń. Żeby rycerza wyszkolić na wypasionego rycerza, potrzebne jest złoto. Myndy za darmo nie chcą się trenować.
Settlers - budowa
Broń produkuje kowal. Potrzebuje do tego sztab żelaza i sporo węgla. Potrzebny jest też młotek, coby miał czym w to żelazo tłuc. Sztaby żelaza produkuje hutnik, któremu należy dostarczyć rudę żelaza i węgiel. Węgiel bierze się z kopalni, a górnik wsuwa jedzenie i tłucze kilofem. Złoto wykopane uprzednio w innej kopalni, przetapia się w mennicy, zużywając przy okazji węgiel. Narzędzia dla kowala i górnika produkuje no... inny rodzaj kowala – ze sztab żelaza i z drewna. Drewno tnie na deski tartak, ale najpierw drwal musi ściąć drzewa. A drzewa sadzi leśnik. Jedzenie dla górników pochodzi od rybaka, z piekarni albo z rzeźni. Piekarz bez mąki oczywiście niczego nie upiecze, a młynarz musi mieć zboże do zmielenia. Tak samo jak rzeźnik musi mieć świnię do przerobienia na kiełbasę. Toteż jest dwóch przedstawicieli wsi, z których jeden zajmuje się pracą na roli, a drugi hoduje świnie.

Proste? Proste.
Między budynkami gracz musi wytyczyć drogi, po których będą śmigać w tę i z powrotem tragarze. Tragarze, jak łatwo się domyślić, przenoszą towary. W momentach kiedy tego nie robią, czytają gazety. I to jest właśnie jedna z tych rzeczy, dla których warto grać w Settlersów (oprócz fantastycznego udźwiękowienia, dzięki któremu słychać chrumkanie hodowanych świń, łoskot ścinanych drzew czy dźwięczenie wykuwanych mieczy): bywa, że tragarzom się nudzi. Twórcy Settlersów zresztą chyba zorientowali się, że ten numer był niezły, bo nudzą się konsekwentnie tragarze w niemal wszystkich częściach serii. Czytają, podskakują, drapią się po głowach i skaczą na skakance. Ot, kolejny, zwykły dzień w robocie...
Settlers - budynki
Działania innych osadników gracz również może śledzić – nie ma co prawda nadzwyczajnej opcji zbliżania obrazu (na bogów, mowa o grze sprzed siedemnastu lat), ale wciąż w oknie rzeźni pojawia się rzeźnik, rolnik macha kosą na polu, drwal szlaja się po lesie i – za przeproszeniem – rżnie te biedne drzewa, no i tak dalej. Wszystko to sprawia, że łatwo wczuć się w klimat gry, przywiązać do tych nieszczęsnych osadników. Mimo jednakowego wyglądu, każdy mieszkaniec nowego państewka jest jednak bardzo konkretną osobą. Coś robi. Zresztą, wygląd osadników był w kolejnych częściach różnicowany, co dodatkowo wzmocniło ten efekt.

Plus oczywiście coś, co było rewelacyjnym posunięciem: budowanie. Budynki nie powstawały ot tak, od razu, tylko budowniczy najpierw powoli wznosił drewniany szkielet, a później spod młotka wyłaniał się ostateczny wygląd danej konstrukcji. Pal sześć, że budowniczy często walił tym młotkiem w zupełnie abstrakcyjnych miejscach...
Nie wolno tu zapominać o geologach, którzy wydawali radosny okrz... pisk, kiedy znaleźli złoże.
Settlers - teren
Oprócz ludzi, jest oczywiście teren: a ten był naprawdę ładny, nawet w pierwszej części Settlersów. Wszystko było bardzo dopracowane, a mapie niczego nie brakowało: łąki, lasy, góry (te większe pokryte śniegiem, te mniejsze – niekoniecznie), jeziora i tak dalej.

No i oczywiście element walki: był o tyle kłopotliwy, że nad rycerzami nie dało się zapanować. Gracz mógł wydać komendę, że na ten a ten garnizon wysyła pięciu rycerzy. Koniec. Oni sami decydowali skąd wyruszą, którędy będą szli oraz – co najważniejsze – jak będą walczyli. Większe bitwy zazwyczaj rozrastały się automatycznie do manewrów na całej mapie, bo przeciwnik momentalnie wysyłał swoje wojsko na te warownie, z których kawiarczy rycerze poszli walczyć i które pozostawały przez to mocno osłabione. Jeśli Fraa, widząc to, chciała umocnić rzeczoną warownię i na gwałt słała tam wojaków, wszyscy spotykali się najczęściej jeszcze gdzieś po drodze i zaczynali się tłuc. Bywało, że rycerze wybijali się po drodze, nie docierając nigdy do docelowych budynków.
Taktyka? Taktyka jest dla słabych! Jeśli gracz jest przyzwyczajony, że zaznacza kursorem wojsko i kieruje, dokąd ma ono iść i które jednostki z której strony powinny zaatakować, to... to jest słaby. Rycerze z pierwszych Settlersów się takimi bredniami nie przejmowali. Oni szli.
A zdobyty budynek bardzo atrakcyjnie płonął.
Jest jeszcze coś, co zasługuje na wzmiankę: kampania.
Kampania miała pierdylion poziomów i Fraa nigdy jej nie skończyła. Co prawda hardo brnęła przez kolejne mapy osiągając wyżyny, o jakich teraz nawet nie śni, właściwie to chyba była już-już niemal przy trzydziestym poziomie, ale gdzieś w tak zwanym międzyczasie miała miejsce brzydka awaria komputera czy coś takiego, a potem już niestety Fraa z tajemniczych przyczyn zacinała się bodaj na piątym scenariuszu. Najdalej na piątym. Bo teraz to na drugim.
Ale o czym chciała powiedzieć Fraa: w kampanii gracz mierzył się z kilkoma innymi władcami, których avatary mógł co jakiś czas oglądać. Na pierwszy ogień szła księżniczka w zielonym wdzianku, potem był jakiś kartoflonosy tłuścioch, pirat z hakiem zamiast dłoni i tego typu postacie. Abstrahując od tego, że wyglądali przecudownie, to jeszcze lepiej wyglądało ich pokonywanie – Fraa do tej pory pamięta dwie ilustracje towarzyszące zwycięstwom. Jeden obrazek przedstawia odzianą w zieloną kieckę księżniczkę, która leci na twarz na podłogę małego lochu, a za księżniczką, w uchylonych drzwiach, widać jeszcze stopę strażnika. Obrazek drugi prezentował sobą pirata, który – wyrzucony z okrętu – spada właśnie do wody. Fraa nie jest pewna, czy przypadkiem gdzieś w tej wodzie nie było widać płetwy rekina.
Małe rzeczy, ale jak cieszą.
Właściwie Fraa chciała opisać całą serię, ale widzi, że to się nie uda. Wobec tego kolejne części Settlersów muszą poczekać na lepsze czasy.
Fraa dziękuje za (nie)uwagę i pozdrawia! A na miłe zakończenie - intro do Settlersów. Widać w nim bardzo wyraźnie, jak twórcy gry ustosunkowali się do rycerskiego ideału, białego rumaka i tego typu bredni.


środa, 19 maja 2010

ZaFraapowana filmami (29) - "Kopia Mistrza"

Kopia Mistrza
Muzycznego dokształcania ciąg dalszy, czyli Fraa obejrzała Kopię Mistrza (Copying Beethoven) z 2006 roku, w reżyserii Agnieszki Holland.
I to, co teraz koniecznie musi zrobić, to machnąć sobie porządną terapię filmową, bo o Kopii Mistrza można powiedzieć różne rzeczy, ale rewelacyjne dzieło to to nie jest.

W filmie widz poznaje Annę Holtz (Diane Kruger, można ją kojarzyć na przykład z Bękartów wojny), najlepszą studentkę konserwatorium muzycznego, którą zatrudnia jako kopistkę sam Ludwig van Beethoven (Ed Harris, znany z filmów takich jak Truman Show czy Appaloosa). Maestro ma bardzo trudny charakter, toteż bohaterom nie jest łatwo współpracować, zwłaszcza że Anny nikt nie traktuje poważnie i ludzie biorą ją kolejno za służącą, kucharkę, a nawet prostytutkę, tym niemniej w końcu przywiązują się do siebie. Anna jest powierniczką wszystkich nadziei i rozterek Beethovena i nie potrafi od niego odejść, choć nie raz denerwuje ją chamstwo i prostactwo, które wychodzą z kompozytora.
I mimo że początkowo może się wydawać, iż cała historia będzie kręciła się wokół IX Symfonii, jej ostateczne wykonanie wcale nie zamyka filmu.

Tu należy wspomnieć o kompozycji całej tej produkcji: otwiera ją scena, w której Anna jedzie dyliżansem. W następnej scenie Anna jedzie dyliżansem, ale zaczyna się jej choroba lokomocyjna – przynajmniej tak to wygląda (co to jest w istocie, okaże się później). Ten stan rzeczy trwa jeszcze jakiś czas.
W końcu Anna dociera do mieszkania Beethovena i tam towarzyszy kompozytorowi, gdy ten wydaje ostatnie tchnienie.
Następnie zaczyna się obszerna retrospekcja, w której widz poznaje losy tych dwojga.
I tu Fraa ma pierwsze zastrzeżenie: wygląda na to, że Agnieszka Holland oglądała Amadeusza Formana – to dobrze. To świetny film, warto poświęcić na niego trzy godziny. Tyle tylko, że następnie Agnieszka Holland w Kopii Mistrza mocno inspirowała się Amadeuszem. Widz poznaje mistrza z punktu widzenia Anny, tak jak Mozart był pokazany z perspektywy Salieri'ego. Całość – tak jak w Amadeuszu – jest retrospekcją. Nie aż tak odległą, ale jednak. Na dodatek w jednej z końcowych scen Beethoven, leżąc właściwie na łożu śmierci, dyktuje Annie swoje dzieło, tak jak Mozart dyktował Salieri'emu.
Fraa uważa te podobieństwa za ogromny minus filmu – tak jakby Agnieszka Holland nie miała własnego pomysłu na jakąś ciekawą kompozycję dla całej historii.

W filmie nie ma olśniewających wnętrz ani zapierających dech w piersiach koncertów. Większość akcji rozgrywa się w skromnym, zagraconym mieszkanku Beethovena. Historia, choć dotyczy wielkiego kompozytora, pokazuje zwykłych ludzi z ich namiętnościami i słabostkami. Fraa za tym nie przepada, ale rozumie. Nie rozumie natomiast, dlaczego tak bardzo zmarnowana została scena premiery IX Symfonii.
Trwała chyba około dziesięciu minut – w tym czasie można było pokazać naprawdę imponujące widowisko – tymczasem przez te dziesięć minut kamera przeskakuje z twarzy bardzo natchnionej Anny na twarz natchnionego Beethovena, który łypie na Annę. Czasem pojawi się twarz chórzysty albo którejś z postaci drugoplanowych, zasiadających na widowni. Potem znów twarz Anny. Ręce Anny. Ręka Beethovena. Ręka Anny. Twarz Anny. Twarz Beethovena. Zwrot kamery na twarz starego kopisty Schlemmera, a potem znów ręce Anny. Mijają minuty. I tak w kółko. Zamiast dać się porwać pięknej muzyce, Fraa z nudów zaczynała liczyć włosy w nosie Beethovena i pory na twarzy Anny. Chyba nie chodziło o taki efekt.
Takie zwrócenie uwagi na emocje bohaterów i ich miłość do muzyki podczas tego koncertu byłoby dobre przez chwilę, ale po czwartej minucie to zwyczajnie nuży. Chciałoby się przewinąć, ale z drugiej strony szkoda jednak przewijać IX Symfonię, nad którą bohaterowie pracowali przez całą poprzednią część filmu. Więc człowiek siedzi. I się nudzi. I znowu ręka Anny się kolebie.

Diane Kruger - Anna Holtz
W ogóle jeśli chodzi o Annę, to Fraa nie była nią zachwycona. Musiał być ktoś, kto stanowiłby pretekst do pokazania widzowi tej nieznanej, bo bardzo prywatnej strony Beethovena (i nie chodzi tu o pośladki, choć to też...). Tym niemniej Anna była irytująca ze względu na swoją doskonałość. Najlepsza studentka. Kobieta, więc wszyscy z niej początkowo drwią, ale ona jest oczywiście twarda i przekonuje ten muzyczny beton, że kobieta też potrafi. Oczywiście wszyscy ją kochają – nawet Beethoven, który nie cierpi wszystkich innych. No, może za wyjątkiem Karla van Beethovena (Joe Anderson), ale to też nie jest takie oczywiste. Anna ma swoje Wielkie Marzenie, chce być wspaniałą kompozytorką – ciotka, która mogłaby ją najlepiej zrozumieć, doradza jej porzucenie tego celu i pozostanie w klasztorze. Ale Anna jest dzielna. Mimo wszystkich przeciwności, Anna nie rezygnuje. Jest odważna, wytrwała, szczera, uczciwa, dzielna, silna, zna się na węglu (ojciec jest górnikiem na Śląsku), czuła, wrażliwa, no i oczywiście najlepsza studentka... Wady? Nie, wady wieszają się na starych pończochach jak tylko Anna pojawi się na horyzoncie. Aura Anny jest przeciwwadowa. Fraa nie potrafi się przywiązać do tego typu postaci.

Ed Harris - Ludwig van Beethoven
Co innego sam Beethoven. Szczerze powiedziawszy gdyby nie on, Fraa chyba nie znalazłaby w tym filmie pozytywów. Kompozytor jest pokazany naprawdę fajnie. Z jednej strony istotnie cham i prostak, który lubi wypić. Wylewa wodę na sąsiadów, przed damą wypina tyłek, publicznie upokarza innych – jeśli poznałoby się kogoś takiego, to rzeczywiście trudno go polubić. Z drugiej strony Beethoven jest szalenie samotny, w dodatku walczy z postępującą głuchotą. Na kawiarce zrobiła ogromne wrażenie scena, w której Beethoven – jako dyrygent – stoi tyłem do widowni, która bije brawo. Rozlegają się oklaski, których Beethoven nie słyszy. To właśnie jest straszne: nie słyszy wiwatów na swoją cześć, nie słyszy tego, co sam skomponował. Może zapisywać muzykę, ale nie może jej usłyszeć, nie może usłyszeć własnego dzieła. Fraa jest zdania, że film naprawdę pięknie to pokazał. No i z trzeciej strony, Beethoven jest artystą – a więc jest w nim wrażliwość i poczucie piękna, mimo że dla postronnych osób kompozytor może wyglądać na gbura.
Fraa nie wie ile w tym zasługi Holland, a ile Eda Harrisa, ale w Kopii Mistrza widać całą złożoność głównego bohatera. Właściwie Fraa jest skłonna twierdzić, że to jednak zasługa Harrisa – w innych filmach też był dobry...
No i wszystkie dobre teksty wychodzą z ust Beethovena.







– Maestro?

– Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś na górze?
– W twoim pokoju są szczury. Duże szczury.
– Tak, odstraszają koty. Nienawidzę kotów.
– Dlaczego?
– Nie wydają dźwięków. Jak długo już tu jesteś?
– Jakieś dwie godziny.
– O mój Boże. Dziś już nie będziemy pracować. Możesz wrócić rano. Zawołam dla ciebie dorożkę. Możesz już jechać do domu. Gdzie mieszkasz?
– Klasztor Świętego Serca.
– Klasztor Świętego Serca! Mieszkasz w klasztorze z zakonnicami?
– Tak.
– Są gorsze niż koty.

wtorek, 18 maja 2010

ZaFraapowana filmami (28) - "Bibliotekarz: tajemnica włóczni"

Fraa lubi przygody Indiany Jonesa. Nie jakoś fanatycznie, ale lubi. Są dość radośnie przewidywalne, dużo akcji, stare ruiny i rozliczenie z kolejnymi legendami. W sam raz na długie, zimowe wieczory. Ale o ile Indianę Fraa lubi, o tyle wszelkich pociotków z tej kategorii już nie – a więc żaden tam Skarb Narodów, żadna Lara Croft czy... No dobrze, Fraa nie pamięta tytułu, ale był jeszcze taki głupawy serial o jakiejś dzielnej pani archeolog czy nauczycielce... W każdym razie też śmigała po grobowcach i ratowała świat przed zagładą.
Tym niemniej, ponieważ Fraa czuje się blisko związana z instytucją biblioteki, od dłuższego czasu (ściślej ujmując: od momentu, kiedy zobaczyła gdzieś przypadkiem plakat) nosiła się z zamiarem obejrzenia filmu pod chwytliwym tytułem: Bibliotekarz. I chociaż kojarzyło jej się to głównie z:


...to jednak ostatecznie Fraa zrealizowała swój szczwany plan.
Obejrzała.

Bibliotekarz
Najbardziej przerażające było to, że Fraa się naprawdę świetnie bawiła oglądając film Bibliotekarz: tajemnica włóczni (The Librarian: Quest for the Spear) z roku 2004, w reżyserii Petera Winthera.
Co odróżnia tę produkcję od innych tworów o poszukiwaczach skarbów, to dystans do materiału. Fraa nie wie czy to przez przypadek tak wyszło, czy celowo, ale film sprawiał wrażenie zrobionego z przymrużeniem oka. Poszczególne elementy są tak banalne, tak wpisują się w kanon, że aż przez to robią się zabawne.
Jako pewną odmianę zaś należy poczytywać fakt, że najbardziej komiczną postacią nie jest – tak jak to się zazwyczaj robi – ktoś z drugiego planu, a sam główny bohater. Nie jest to żaden twardy poszukiwacz przygód, ale niepozorny mól książkowy, który ma potężne problemy w relacjach międzyludzkich. Jedyne co robi, to czyta i się uczy. Nauka jest jego jedyną namiętnością. Wyrwany z uniwersytetu jest zagubiony jak pijane dziecko we mgle.

Ale Fraa zaczęła oczywiście od zadka strony.
Po kolei: widz poznaje studenta Flynna Carsena (Noah Wyle, znany być może niektórym z Ostrego Dyżuru), który skończył pierdylion fakultetów i tak właściwie, to wszyscy mają go dość, bo Flynn nie chce przestać studiować, chociaż wszystko co tylko się dało, on już wie. Po dramatycznej przeprawie z wykładowcą, Flynn dostaje zaliczenie z kolejnego fakultetu o pół roku za wcześnie – i zaczyna się trauma, bo bohater nie wie gdzie się podziać. Aż w końcu dostaje ofertę pracy w bibliotece.
Już w rozmowie kwalifikacyjnej objawiają się dwie kwestie:

  • Pracownica biblioteki, która przyjmuje kandydatów na rozmowę, niejaka Charlene, to nikt inny jak Jane Curtin, czyli Mary Margaret Albright z Trzeciej Planety od Słońca. Może to nie ma wielkiego znaczenia, ale Fraa zawsze miała sentyment do tego serialu, a ujrzenie w filmie znajomej twarzy cieszy.
  • Przy Flynnie każdy Sherlock Holmes może się schować. Flynn kosi i miażdży swoją dedukcją i spostrzegawczością. Zresztą ta jego cecha jest zaakcentowana również w późniejszych partiach filmu. Flynnowi wystarczy rzut oka na otoczenie, a opowie obcej osobie historię jej życia, chorób, wymieni liczbę jej potomstwa i określi precyzyjnie szerokość geograficzną, na jakiej akurat się znajdują. Jest to tak naiwne, że aż trudno się do tego przyczepić. Po prostu tak jest i już. Kropka. Przyjmuje się to z uśmiechem.

Kiedy już bohater otrzymuje pracę, okazuje się, że tu nie chodzi o zwykłą bibliotekę. Flynn ma pracować w sali, w której zgromadzone są takie bibeloty, jak prawdziwa Arka Przymierza, święty Graal, Puszka Pandory, jedna trzecia włóczni, którą przebito bok Chrystusa, Excalibur (wraz z głazem, w który jest wbity), a także przedmioty typu jet-pack. Skumulowaniem legendarnych artefaktów przebija więc wszystkie inne tego typu filmy razem wzięte.

Prawdziwa akcja zaczyna się, kiedy Braterstwo Węża (stosownie mroczna i bluźniercza nazwa, gdyby ktoś wątpił, kto w tej bajce jest czarnym charakterem) wykrada część Włóczni Przeznaczenia i wszystko wskazuje na to, że zamierza odnaleźć pozostałe dwa kawałki, żeby – przy pomocy skompletowanego artefaktu – zdobyć władzę nad światem.
Flynn zostaje brutalnie wrzucony w wir zdarzeń i zwiedzi kawał świata, a także dokona rzeczy, które do tej pory uważał za niemożliwe, żeby przeszkodzić Bractwu w osiągnięciu celu. W wyprawie będzie mu towarzyszyć twarda kobitka, Nicole Noone (Sonya Walger). Podział ról jest jasny: Flynn jest mózgiem, Nicole jest mięśniami. Znów: konwencja, drodzy Państwo, „konwencja zobowiązuje”, jak to powiedział Grek Dimitri.

Są zagadki starożytnych ludów, jest klasyczny, rozklekotany most, jest też ścigające bohaterów Bractwo Węża...
Przy finalnej walce warto zauważyć pewną rzecz, która jest zresztą ogólną tendencją w filmach: zazwyczaj po jasnej stronie Szmocy jest jakaś nadzwyczajna kobieta. Po ciemnej stronie wtedy też pojawia się jakaś kobieta i w kulminacyjnej scenie dwie panie poniewierają się gdzieś na uboczu, z dala od panów. Generalnie panowie pań nie biją. To stosunkowo urocze, że – choć widz ma do czynienia z bezlitosną szajką złodziei i morderców – nadal do poturbowania kobiety jest odsyłana samiczka. Jednak pan bijący panią na ekranie ewidentnie stanowi niepożądany widok.

Cóż można więcej powiedzieć o filmie poza tym, że główny bohater w parę minut rozwiązuje zagadki, nad którymi ludzkość głowi się kilka tysięcy lat?
Bibliotekarz: tajemnica włóczni jest doprawdy urokliwym dziełkiem. Świadomym pewnej dozy (no dobrze, całkiem pokaźnej dozy) kiczu, ale zamiast uciekać od tego i wpędzać się w coś poważniejszego, radośnie kroczy prosto w paszczę tandety i przewidywalności, dając widzowi nieco ponad półtorej godziny czystej, niczym nieskrępowanej radochy.
I wiecie co, Państwo?
Fraa zamierza obejrzeć kolejne części, ot co! I się tego nie wstydzi!





– Święty Graal... Rozbiłem Święgo Graala? Rozbiłem Świętego Graala pierwszego dnia pracy?

– Zrobił pan to...? Aby zniszczyć legendę, potrzeba trochę więcej, niż uderzenie w podłogę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...