sobota, 15 maja 2010

Odcinek 23

I oto koniec sobotnich zaległości. Fraa jest z siebie dumna.
Ponieważ to ten wpis jest u góry, tutaj Fraa zwróci uwagę, że właściwie tego odcinka nie należy oglądać ani czytać. To znaczy nie przed zerknięciem do dwóch poprzednich odcinków, których co prawda nie było, ale które w końcu się pojawiły.
Fraa postara się wreszcie jakiś odcinek wrzucić bez opóźnień, aczkolwiek realnie patrząc, raczej czarno to widzi.
W tym miejscu Fraa pragnie wyrazić podziękowania dla Kalevatar z Przyczajonej Logiki..., bo to jej tekst (Ctrl+F → potworem) wbił się tak mocno w kawiarczą pamięć, że ostatecznie musiał pojawić się gdzieś tutaj.


 

piątek, 14 maja 2010

Fraapujące mity (4) - gryfy

Gryf
O czym Fraa już wspominała w poprzedniej notce, to związek Arimaspów z gryfami. Mity dotyczące tego tajemniczego ludu mówiły o walce i o tym, że jeśli porwie się pisklę gryfa, można je sobie wytresować.


Michael Heaney sugeruje, że to powiązanie było jeszcze silniejsze, a akcent był położony zupełnie na coś innego.
Rzecz w tym, że jest całkiem prawdopodobne, iż Scytowie mogli natknąć się na kości protoceratopsa. Widząc tak niezwykły szkielet, najprawdopodobniej stwierdzili, że to martwy gryf. Więc coś musiało go zabić. Zabić w walce. Musiała być walka. Ktoś walczył. I tak, wskutek całkiem logicznego wywodu, Scytowie mogli dojść do legendy o Arimaspach. Wkrótce jednak mit przeobraził się w ten sposób, że to Amazonki zajęły miejsce Arimaspów w walce z gryfami. Arimaspowie nie byli więcej potrzebni, ale gryfy trwały.

I to gryfy, a nie Arimaspowie, przetrwały wieki.

U Herodota ich jedyną rolą było pilnowanie złota przed barbarzyńskimi rabusiami. Z czasem jednak te stworzenia otrzymały potężną rolę symboliczną. Jean C. Cooper pisze:

„Gryf może być strażnikiem; (...) W tej szacie staje się symbolem słońca, nieba, złocistej poświaty o poranku. W postaci gryfa splatają się moce ziemi i niebios. Jako strażnik, uosabia czujność i nieprzejednanie.”
Podobne znaczenie przypisuje gryfowi Stanisław Kobielus:
„Gryf należy do mitologicznych zwierząt o szponach, dziobie i skrzydłach orła, korpusie lwa oraz ostro zakończonych uszach kota. Podobnie jak orzeł i lew gryf miał znaczenie solarne. (...) Łączył w sobie ziemską siłę lwa i niebiańską energię orła, partycypował w ten sposób w Boskiej sile i mądrości, w sferze ziemskiej i niebiańskiej. Ostro zakończone uszy były symbolem czujności. Z tej przyczyny w wielu kulturach był uważany za strażnika miejsc świętych, grobów, mauzoleów, skarbów, kopalń złota, które per analogiam uważane było za metal solarny.”
Pojmowany w ten sposób gryf wykracza poza tradycję antyczną i sięga korzeniami do kultury semickiej. Martin L. West wskazuje na wspólną etymologię nazwy grúps oraz hebrajskiego kerûb. Również symbolika cheruba odpowiada znaczeniu gryfów: cherubin jest strażnikiem. W Księdze Rodzaju można przeczytać:
„Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia.” (Rdz 3, 24)

A więc tak jak gryfy Ajschylosa prowadzą walki z Arimaspami w mitycznej krainie, przez którą przepływa rzeka Plutona, tak samo cheruby w Biblii strzegą cudownego miejsca – Edenu i drzewa.
Cherub jednakże stoi nie tylko u bram ogrodu, z którego Bóg wygnał Adama i Ewę. W opisie Arki Przymierza, w Księdze Wyjścia, również mowa jest o dwóch cherubach ze złota, które mają zakrywać przebłagalnię skrzydłami. Znów w Świątyni w Jerozolimie miały się znaleźć dwa posągi uskrzydlonych cherubów (2Krn 3, 10-13). A więc są to kolejne przykłady na to, że cherubiny – tak jak gryfy – miały być strażnikami w świętych lub cudownych miejscach. A dopełnieniem tego wizerunku jest fragment z Ezechiela:


„Jako wielkiego cheruba 
opiekunem ustanowiłem cię 
na świętej górze Bożej, 
chadzałeś pośród błyszczących kamieni.” (Ez 28, 14)
Jest jeszcze inne podobieństwo, choć może nie tak oczywiste. W Psalmie 99 można przeczytać:

„Pan króluje: drżą narody; 
zasiada na cherubach: a ziemia się trzęsie.” (Ps 99, 1)

Analogicznie w Prometeuszu skowanym u Ajschylosa, kiedy do tytana przybywa Okeanos, dosiada on gryfa. Ale jak Fraa już powiedziała: nie jest to tak oczywiste. Problem w tym, że Ajschylos nie wspomniał bezpośrednio o gryfie, ale o „czworonożnym ptaku” (τετρασκελὴς οἰωνός – w. 396-397). Stanisław Witkowski w interpretacji tego fragmentu bierze pod rozwagę hippokampa, co by wydawało się o tyle logiczne, że hippokampy, w przeciwieństwie do poświęconych Apollonowi gryfów, były związane z bóstwami morskimi. Ale tu znów pojawia się kłopot, jako że hippokampy miały dwie nogi, a nie cztery.

W każdym razie Fraa z czystym sumieniem może stwierdzić, że mit o gryfach przyjął się na gruncie greckim. Po Aristeasie, Ajschylosie i Herodocie, wspomniał o nich Ktezjasz (znów jako o strażnikach złota), Pliniusz Starszy (ten z kolei pisał o gniazdach zawierających złoto), a dalej Pauzaniasz (przypomniał mit w wersji Aristeasa). Średniowiecze chętnie przejęło gryfy jako symbol dwoistej natury Chrystusa, aż w końcu mityczne stworzenie trafiło do heraldyki.

Co ciekawe (no, przynajmniej Fraa uważa, że to ciekawe), Adrienne Mayor twierdzi, że nawet przekaz o złotych gniazdach gryfów dowodzi prawdziwości tych stworzeń. Argumentem jest tu przykład sroki, która również zbiera w gnieździe błyszczące przedmioty. Być może więc podobnie postępowali jacyś krewni lub potomkowie protoceratopsa.

Mimo niewykluczonej prawdziwości gryfa, warto pamiętać, że stworzenie to nie różniło się właściwie od innych mitycznych bestii: stanowi połączenie dwóch zwierząt, tak jak harpia to pół-kobieta, pół-ptak, a pegaz to koń ze skrzydłami. Czy wspomniany wcześniej hippokamp: częściowo koń, a częściowo ryba. Będąc zlepkiem lwa i orła, gryf jest jednocześnie połączeniem tego, co symbolizuje lew i co symbolizuje orzeł. Nawet jeśli jacyś Scytowie znaleźli szczątki dinozaura w okolicach Tien Szan, nie ma powodów przypuszczać, że odbiło się to jakkolwiek na późniejszym podejściu Greków do tych stworzeń. Prawdopodobnie gryf szybko oderwał się od swoich korzeni i dołączył do innych fantastycznych bestii zamieszkujących nieznane Grekom tereny.



Lektury podstawowe:

  • Ajschylos, Prometeusz skowany. Persowie, red. S. Witkowski, tłum. J. Kasprowicz, Wrocław 2005
  • M. L. West, Wschodnie oblicze Helikonu, tłum. M. Filipczuk, T. Polański, Krakow 2008
  • J. C. Cooper, Zwierzęta symboliczne i mityczne, tłum. A. Kozłowska-Ryś, L. Ryś, Poznań 1998
  • S. Kobielus, Bestiarium chrześcijańskie, Warszawa 2002
  • W. Dobrowolski, Mity morskie antyku, Warszawa 1987
  • J. Schnayder, Z greckiej fantastyki podrożniczej [w:] Meander, 1947 nr 1
  • K. Głombiowski, Hekatajos z Miletu o ziemiach i ludach wschodu [w:] Meander 1971
  • A. Mayor, M. Heaney, Griffins and Arimaspeans [w:] Folklore, 1993 nr 1-2

czwartek, 13 maja 2010

ZaFraapowana filmami (27) - "Farinelli: ostatni kastrat"

Farinelli: ostatni kastrat
Fraa nie zamierza ukrywać: jest muzycznie upośledzona. Rozpozna paręnaście utworów Mozarta, nawet obstawi te, które są z opery Don Giovanni (no dobra, głównie chodzi tu o uwerturę...), ale to tylko dlatego, że Fraa lubi twórczość Mozarta. Bo na operze tak ogólnie, to Fraa kompletnie się nie zna i nie ma o tym pojęcia.
I tak jakoś się dzieje, że Fraa historię muzyki poznaje z filmów. W swoim czasie był genialny Amadeusz, ostatnio Farinelli: ostatni kastrat, a niebawem pewnie przyjdzie pora na Kopię Mistrza.

Film Farinelli: ostatni kastrat (Farinelli: il castrato) z 1994 roku, wyreżyserowany przez Gérarda Corbiau, przedstawia losy dwóch braci – Carlo (Stefano Dionisi) i Riccardo (Enrico Lo Verso) Broschi, z których jednego świat poznał jako genialnego śpiewaka Farinelli'ego, a drugi był utalentowanym i docenianym kompozytorem. To znaczy był, ale nie w filmie.

No właśnie – jakkolwiek Fraa naprawdę pozytywnie ocenia tę produkcję, to jednak ma poważne zastrzeżenia co do koncepcji głównych bohaterów.
Po pierwsze: wygląd. Kiedy się robi film o postaciach historycznych, warto zwrócić uwagę na portrety i/lub opisy, żeby maksymalnie upodobnić bohatera filmowego do autentycznego odpowiednika. Tutaj podobieństwa nie ma, niestety, za grosz:

Carlo BroschiCarlo Broschi - film


Riccardo BroschiRiccardo Broschi - film

Jeśli w ogóle chodzi o Riccardo, to w filmie jest on niezbyt utalentowanym, nieco neurotycznym typem, który całe życie żerował na powodzeniu brata, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i kobiety. Fraa może się najwyżej domyślać, jakie było uzasadnienie dla przedstawienia kompozytora jako małego, zazdrosnego człowieczka. Być może chodziło o uwypuklenie tragedii tytułowego bohatera i o pokazanie jego geniuszu.

No właśnie – życie kastrata bez wątpienia w pewnej mierze było tragiczne. Choć Farinelli akurat miał szczęście: Fraa dowiedziała się, że we Włoszech rocznie kastrowano około czterech tysięcy chłopców. Stanowili narzędzie, za pomocą którego rodziny – zazwyczaj ubogie – usiłowały się wzbogacić. Tymczasem w danym czasie prawdziwą sławę i bogactwo zdobywała w najlepszym razie setka kastratów. Pozostali byli już tylko okaleczonymi mężczyznami, którzy ewentualnie mogli śpiewać w chórach kościelnych. Częste były przypadki samobójstw. Carlo Broschi zdobył uznanie królów, przyczynił się do upadku teatru Händla, a więc osiągnął wszystko to, co mógł osiągnąć jako kastrat. Wciąż jednak był tylko narzędziem w rękach rodziny, okaleczonym przecież jako dziecko, a więc można się domyślać, że wbrew woli. No, chyba że ktoś potrafi wyobrazić sobie scenę, w której mały chłopiec wchodzi do salonu, ciągnie matkę za skraj sukni i mówi: „Mamo, mamo, utnijcie mi jajka, chcę cienko śpiewać, a dziewczyny i tak są gupie!”.
Fraa myśli, że to właśnie na ten tragiczny aspekt życia Farinelli'ego chciał zwrócić uwagę Corbiau w filmie i to dlatego trzeba było nieco zmienić postać Riccarda.

Jakkolwiek Fraa na muzyce się nie zna i cały czas zadaje sobie pytanie, dlaczego zamiast faceta śpiewającego jak baba ludzie w siedemnastym i osiemnastym wieku nie woleli słuchać po prostu prawdziwej baby, to jednak film obfituje w naprawdę robiącą duże wrażenie muzykę. Partie kastrata wykonuje polska sopranistka, Ewa Małas-Godlewska wraz z amerykańskim kontratenorem, Derekiem Lee Raginem. Głosy tych dwojga cyfrowo zmiksowano, żeby osiągnąć efekt śpiewu Farinelli'ego. Być może ktoś, kto ma lepszy słuch, niż Fraa, mógłby w istocie usłyszeć w filmie to, o czym pisze w wywiadzie Cecilia Bartoli, włoska mezzosopranistka:


Istnieje tylko jeden zapis śpiewu kastrata. Czy był dla pani punktem odniesienia?

Alessandro Moreschi śpiewał w Kaplicy Sykstyńskiej i był przyzwoitym śpiewakiem, ale na pewno nie wybitnym. Nagranie jest bardzo słabe, wykonawca zaś leciwy. Nie mamy więc dobrego przykładu śpiewu kastrata i nigdy go mieć nie będziemy. Jednak nawet na tych zachowanych próbkach słychać, że mamy do czynienia z prawdziwym, pełnym głosem. To nie jest kontratenor. I – oczywiście – nie jest to falset. To głos, jakiego współczesne ucho nie słyszało. Wysoki i silny, naturalny. Bowiem tajemnicą śpiewu kastratów było połączenie kobiecej skali głosu z męską siłą. Czy potrafimy sobie wyobrazić sopran z klatką piersiową mężczyzny? To namiastka kastrata.


Oprócz muzyki, film ma do zaoferowania fantastyczne, barwne stroje, barokowe wnętrza pałaców i teatrów oraz piękne dekoracje sceniczne. Wszystko to przenosi widza w świat osiemnastowiecznej opery i pozwala śledzić losy Carla Broschi nawet jeśli ktoś nie jest szczególnie zainteresowany historią kastratów. Zresztą, trzeba tu dodać, że Farinelli: ostatni kastrat został nagrodzony Złotym Globem (najlepszy film nieanglojęzyczny), dwoma Césarami (scenografia i dźwięk) oraz był nominowany do Oscara w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny.

Inna rzecz, że polski tytuł jest mylący: Farinelli w żadnym razie nie był ostatnim kastratem. Był jednym z najwybitniejszych, to prawda – obok takich nazwisk jak Senesino czy Caffarelli. Prawdziwy ostatni kastrat nazywał się Alessandro Moreschi, o którym mówiła Cecilia Martoli, że jego śpiew jest raczej mierny. Tu Fraa doda, że Moreschi zmarł w 1922 roku, a to uświadamia, jak bliską historią są występy tych okaleczonych mężczyzn.

Ach, no i Fraa musi wspomnieć jeszcze jedno: w filmie pojawia się znana z Lexxa Xev, czyli Xenia Seeberg. Nie jest wymieniona w czołówce, a występ trwa mgnienie oka, podczas którego aktorka uśmiecha się do braci siedzących przy stole i wychodzi, ale jednak Fraa od razu wiedziała, że to ona. W czepeczku i z pieczonym świniakiem pod pachą – nadal wygląda jak Xev.






– Słyszysz to, Riccardo? Mimo wszystko, nie jesteś głuchy. Zastępujesz inspirację wirtuozerią. Te wszystkie ozdobniki i wokalizy... Te wszystkie dekoracje, które piętrzysz w swoich partyturach!

– Wymyśliłem to dla twojego głosu.
– Zapomnij o moim głosie!
– Nie mogę. Wiesz, że nie mogę. Obiecałem naszemu ojcu.
– Lepiej myśl o muzyce. Powinna dotykać serca. Odkrywać prawdę, pierwotne uczucia. Chcę by twoja muzyka budziła ten fragment nieskończoności, który leży uśpiony pomiędzy dzwonkami. To jest to, o co cię proszę.
– Co za niewdzięczność! A co z „Orfeuszem”?
– „Orfeusz”! „Orfeusz” nie istnieje. Nigdy go nie skończysz.

środa, 12 maja 2010

Fraapujące mity (3) - Arimaspowie

Gryf i Arimasp
Jakiś czas temu Fraa liznęła nieco tematykę Scytów, a wraz z tym – Arimaspów i innych mitów związanych z tym regionem. I musi przyznać, że to naprawdę ciekawe. Czy będzie równie ciekawe dla Państwa – cóż, czas pokaże.
Albo i nie.

Zacząć należy od tego, że zdaniem Herodota, pośrednią przyczyną znalezienia się Scytów w obszarze nadczarnomorskim miała być agresja ludów znajdujących się daleko na niedostępnym wschodzie:

„Wszystkie te ludy, z wyjątkiem Hiperborejczyków, zawsze miały zaczepiać swych sąsiadów, przy czym rozpoczynali Arimaspowie; i tak przez Arimaspów wypędzeni zostali ze swego kraju Issedonowie, przez Issedonów Scytowie; Kimmeriowie zaś, którzy mieszkali nad morzem południowym, opuścili swój kraj, napierani przez Scytów.” (Hdt IV, 13)
I o ile Herodot bardzo szczegółowo i barwnie opisuje Scytów i ich tryb życia, o tyle wzmianki o ludach mieszkających dalej na północ i na wschód prezentują się nader skromnie. Ponoć był jeden poeta, na wpół legendarny poeta Aristeas z Prokonnezu, który widział na własne oczy tamte plemiona i stworzył dzieło Arimaspea, ale z jego relacji Herodot przekazuje tylko:
Aristeas, syn Kaystrobiosa z Prokonnezu, poeta epiczny, opowiada, że natchniony przez Apollina przybył do Issedonów i że za Issedonami mieszkali Arimaspowie, mężowie o jednym oku; za tymi pilnujące złota gryfy, a za tymi Hiperborejczycy” (Hdt IV, 13)

Tożsamość rzeczonego Aristeasa, jak również czas jego życia, stanowiły zagadkę już dla starożytnych. Strabon podaje, że poeta był nauczycielem samego Homera – rozwijając tę teorię, geograf stwierdza, że Cyklopi z Odysei są legendą wywodzącą się od Arimaspów. I choć tak naprawdę wciąż nie wiadomo, kiedy Aristeas żył, to jednak powiązanie walczącego z gryfami plemienia oraz Cyklopów sprawia całkiem przekonujące wrażenie.

Już same nazwy, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądają podobnie, wykazują jednak sporo wspólnych cech. Herodot pisał, że po scytyjsku arima znaczy „jeden”, a spu – „oko”. Z kolei termin kyklops (κύκλωψ) tłumaczy się jako „pierścieniooki”. Czyli w obu przypadkach chodzi o oko – jedno okrągłe oko na środku czoła.
Inna sprawa, że Herodotejska etymologia nazwy „Arimaspowie” wcale nie musi być tą właściwą. Według Michaela Heaney'a nazwa ta pochodzi od „pustynnego konia” czy też „posiadacza pustynnego konia”, co logicznie łączyłoby się z faktem, że na terenie zamieszkałym przez Arimaspów występował koń Przewalskiego.
Fraa jednak nie potrafi odrzucić powiązania Arimaspów z Cyklopami. Nie chodzi tu nawet tylko o jedno oko, ale też o tryb życia. Bądź co bądź, Cyklopowie mieli być pomocnikami Hefajstosa w kuźni, wykuwali pioruny dla Dzeusa, wykuli trójząb dla Posejdona, czapkę-niewidkę dla Hadesa i inne atrybuty bogów, jak choćby łuk i strzały dla Apollona i Artemidy. Byli specjalistami w obróbce metali.
Tymczasem wśród starożytnych panowało przekonanie, że ta sztuka – sztuka obróbki metali – pochodzi z niegościnnej północy. Ajschylos nazywa Scytię „ziemią w żelazo plenną” (A. Pr., w. 303-304). Do ludu Chalybów (również rejon nadczarnomorski) tragik stosuje jedno, wiele mówiące określenie: „kowale” (οἱ σιδηροτέκτονες). Powtarza się więc człon σἱδηρος oznaczający stal, żelazo, czy po prostu żelazny przedmiot – broń lub narzędzie.
Siedziby Arimaspów miały znajdować się więc tam, skąd do Greków przybyła sztuka obróbki metalu. W dodatku tragik napisał, że Arimaspowie żyli nad rzeką Plutona, a πλοῦτος oznacza bogactwo lub skarb – a więc na przykład złoto, którego pilnowały gryfy i z którego ludzie mogliby wytwarzać ozdoby, naczynia i inne przedmioty (zresztą na obszarach nadczarnomorskich zamieszkiwanych przez Scytów i inne ludy znaleziono imponujące złote skarby). Nie ma więc powodów nie wierzyć, że Arimaspowie byli plemieniem górniczo-hutniczym, tak jak i Cyklopowie.
W takim przypadku zresztą istniałoby całkiem logiczne wyjaśnienie dla owego „oka” - chodziłoby tu o lampkę zainstalowaną na czole, taką jakiej używali Grecy, gdy zapuszczali się w głąb kopalni, o czym pisał Kazimierz Michałowski:

„Prócz tego górnicy przytwierdzali sobie niekiedy do czoła małe lampki oliwne o jednym knocie, które nadawały im w ciemnościach wygląd jednookich cyklopów mitycznych."

Cały przekaz o Arimaspach byłby więc zmitologizowaną wersją opowieści o żyjącym na północ od Scytów plemieniu górniczo-hutniczym, którego wersja jeszcze bardziej zmitologizowana, to Cyklopowie.

Jednak nie na tym koniec.
Zabytki znad Morza Czarnego wyraźnie wskazują na popularność legendy Arimaspów w V-IV w. p.n.e. (a tak, Fraa całe życie używała formy „przed naszą erą” i nie zamierza tego zmieniać na żadne „przed Chrystusem” – tym bardziej, że od dawna wiadomo, iż Chrystus w żadnym razie nie narodził się w roku zerowym). Na licznych znaleziskach znajdują się wizerunki Arimaspów walczących z gryfami o złoto, którego te pilnowały.

W IV w. p.n.e. pojawiła się jednak pewna niejasność co do tożsamości przedstawianych wojowników. U Herodota wszystko jest jasne: są Arimaspowie, za nimi są gryfy. Amazonki też gdzieś są, ale to oddzielna bajka – to plemię wojowniczych kobiet, które walczyły ze Scytami, by ostatecznie się z nimi zmieszać. Jednak w sztuce nadczarnomorskiej stopniowo zatarły się różnice między ludami.

W VI w. p.n.e. znana była legenda o walce Amazonek z Hellenami. Kobiety te nosiły grecką odzież, a od przeciwników odróżniały się jedynie jaśniejszym odcieniem skóry (tak starożytni zaznaczali płeć na malowidłach). Stopniowo jednak zaczęto przedstawiać Amazonki w scytyjskim ubraniu i ze scytyjskim uzbrojeniem, a w IV w. p.n.e., oprócz Hellenów, dodawano im nowych przeciwników, a wśród tych – gryfy. Tak jak Arimaspowie.

W konsekwencji tego przemieszania mitów, często trudno stwierdzić, kto tak naprawdę został przedstawiony w scenie walki z mitycznymi zwierzętami poświęconymi Apollonowi: Arimaspowie czy Amazonki. Bo ani kolor skóry nic nie powie (scytyjskie odzienie zakrywało całe działo), ani fryzura (włosy były schowane pod scytyjskimi czapkami), ani nawet liczba oczu (postacie przedstawione z profilu).
I tak Arimaspowie powoli zaczęli znikać ze sceny.



Lektury podstawowe:

  • Herodot, Dzieje, przeł. S. Hammer, oprac. R. Turasiewicz, Wrocław 2005
  • Ajschylos, Tragedie, przeł. i oprac. S. Srebrny, Kraków 2005
  • K. Michałowski, Praca górnika i hutnika w starożytnej Grecji, Warszawa 1949
  • S. West, Aristeas u Herodota, tłum. W. Juszczak [w:] Konteksty: polska sztuka ludowa, red. Z. Benedyktowicz, 2003 nr 3-4
  • A. Mayor, M. Heaney, Griffins and Arimaspeans [w:] Folklore, 1993 nr 1-2
  • K. Rekucka-Bugajska, Elementy wierzeń i mitologii związane z metalurgią w starożytnej Grecji [w:] Nowy Filomata, red. S. Stabryła, 1999 nr 1
  • M. Nowicka, L. Press, Od Fanagorii do Apollonii, Warszawa 1962
  • L. I. Albaum, B. Brentjes, Strażnicy złota, tłum. A. Reiche, Warszawa 1982
  • Scythian art: the legacy of the Scythian world: mid-7th to 3rd century B.C., red. N. Kutovoi, tłum. V. Sobolev, Leningrad 1986
  • G. Sokolov, Antique art on the northern Black Sea coast, Leningrad 1974
  • M. Treister, Masters and Workshops of the Jewellery and Toreutics from Fourth-Century
  • Scythian Burial-Mounds [w:] Scythian and Greeks, red. D. Braund, Exeter 2005

wtorek, 11 maja 2010

ZaFraapowana filmami (26) - "Czarna Żmija"

Większość ludzi pewnie kojarzy Rowana Atkinsona głównie z Jasiem Fasolą. Kiedy w swoim czasie rozeszła się wieść, że ten brytyjski aktor ma zagrać jakąś turbomroczną postać w którymś Harrym Potterze, Fraa widziała w Internecie mnóstwo opinii, że no wszystko pięknie, ale Jaś Fasola nie pasuje do tego bohatera. A przecież Rowan Atkinson to nie tylko strojący głupie miny, sympatyczny przygłup. Wystarczy wspomnieć Cienką niebieską linię albo Czarną Żmiję.
I właśnie o tej ostatniej produkcji Fraa chce powiedzieć parę słów.

Konia za krolestwo
Na serial Czarna Żmija (1983-1989 rok) składają się cztery serie, z których każda liczy po sześć odcinków. Sam Rowan Atkinson, poza odgrywaniem głównej, tytułowej roli, zajął się również scenariuszem do pierwszej serii, jednakże później z tego zrezygnował, zostawiając to zadanie Richardowi Curtisowi – wskutek braku popularności, serial musiał przejść gruntowne przeobrażenie.
Rzeczywiście, pierwsza część – Czarna Żmija: Królestwo za konia (w oryginale: po prostu The Black Adder) – wyraźnie różni się od kolejnych. Tytułowy Czarna Żmija, czyli książę Edmund, syn Ryszarda IV, siostrzeńca Ryszarda III (który, nota bene, wygrał wojnę Dwóch Róż), jest przygłupem. Co prawda usiłuje być sprytny, no i – w przeciwieństwie do Jasia Fasoli – odzywa się, ale to Baldrick (Tony Robinson), sługa, jest tym inteligentnym i pozostali bohaterowie polegają na jego „szczwanych planach”. 
Za tą częścią serialu Fraa nie przepada jakoś do szaleństwa. Czarna Żmija jest tam – jakby to rzec – mało czarnożmijowaty. 
Warto natomiast wspomnieć tutaj o odcinku pilotowym, który diametralnie różni się od kolejnych epizodów pierwszej serii. Pierwotnie więc Edmund był jednak inteligentny, taki jak w późniejszych częściach. Właściwie szkoda, że nie trzymano się tego projektu, za to całe szczęście, że w rolę Baldricka wcielił się ostatecznie Robinson, bo Philip Fox absolutnie nie mógł się z nim równać (odcinek ten można obejrzeć chociażby na Youtubie).

Glupek Renesansu
Prawdziwa rewelacja jednak zaczyna się do drugiej części: Czarna Żmija: Głupek Renesansu (The Blackadder II – istotny jest tu łączny zapis, jako że z początkowego przydomka Black Adder, któryś z potomków Edmunda uczynił nazwisko). Rzecz się dzieje za rządów Elżbiety I, głupiutkiej, okrutnej i bardzo rozwydrzonej królowej, która ścina wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieka, chyba że ofierze uda się ją rozbawić albo przekupić jakimś atrakcyjnym prezentem. Co ciekawe, w tej roli występuje Miranda Richardson. I jest niezrównana.
Widz poznaje potomka Edmunda z pierwszej części. Lord Czarna Żmija pojawia się już jako dystyngowany dworzanin, prawdziwie arystokratyczny, inteligentny, błyskotliwy, choć nadal dość pechowy. Oczywiście tuż zanim postępuje, zawsze wierny, Baldrick, który w tej serii ustala już swoją pozycję jako etatowego głupka, brudnego i paskudnego sługi o inteligencji paproci. Jego bezradność i ogrom dobrej woli sprawiają jednak, że Baldricka nie da się nie lubić. Jest też lord Percy (Tim McInnerny), który uważa się za najlepszego przyjaciela Edmunda, choć w istocie Czarna Żmija chciałby go trzymać jak najdalej od siebie.
Bohater musi zmagać się z nienawiścią lorda Melchetta (Stephen Fry), z dowcipami i zachciankami królowej, głupotą Baldricka i innymi przeciwnościami, takimi jak konieczność porozmawiania o spadku z purytańską rodziną, podczas gdy urządza się konkurs picia, jak miłość do dziewczyny, o której się myśli, że jest chłopcem, jak niebezpieczna podróż morska i wieloma innymi.
W ostatnim odcinku pojawia się niemiecki książę Ludwig, a więc po raz pierwszy pojawia się niezrównany Hugh Laurie, który pełnię możliwości pokaże w kolejnej serii.

Rozwazny i Romantyczny
Fraa nigdy nie może się zdecydować, która część Czarnej Żmii jest jej ulubioną. Skłania się właśnie ku trzeciej, czyli Czarna Żmija: Rozważny i romantyczny (Blackadder the Third). Akcja rozgrywa się na początku XIX wieku, podczas rządów Jerzego, księcia Walii (czyli Hugh Laurie w najlepszej roli wszech czasów), który pod względem głupoty idzie ramię w ramię z Baldrickiem, do tego cechują go rozrzutność, pijaństwo, naiwność i słabość do kobiet. Edmund, inteligentny i wyrachowany lokaj, tym razem nie musi się obawiać egzekucji, tak jak jego przodek, ale ma za to wielkie ambicje. Głupota księcia jednocześnie mu pomaga i przeszkadza – bo z jednej strony łatwo manipulować Jerzym, a z drugiej – książę Walii jest tak tępy, że nie można mu powierzać najprostszego zadania.
Jest coś tragicznego w losach Edmunda – otaczają go sami głupcy, wśród których on jest jedynym inteligentnym. Chciałby się wyrwać ze służby księcia Jerzego, zdobyć fortunę i władzę, ale ciągle coś w tym przeszkadza.
W tej serii istotną postacią jest również pani Miggins (Helen Atkinson-Wood), która prowadzi podrzędną spelunę i zaopatruje kuchnię księcia.

Hugh Laurie - George

I wojna

Serial zamyka czwarta część, Czarna Żmija: Jak spędziłem I wojnę światową (The Blackadder Goes Forth). Rzecz się dzieje w okopach, w których spędzają czas kapitan Edmund, szeregowy Baldrick oraz porucznik George (czyli znów Hugh Laurie). Czarna Żmija porzuca aspiracje przodków i nie chodzi mu już o zdobycie fortuny i władzy, ale po prostu na przeżyciu. Przez sześć odcinków Edmund wciąż miga się od wykonywania rozkazów i od ruszenia do walki. W tej serii ponownie pojawiają się też znani z Głupka Renesansu Tim McInnerny jako kapitan Kochanie oraz Stephen Fry jako generał Melchett, a również Rik Mayall, czyli Łonogrzmot.

Fraa musi przyznać, że Czarna Żmija jest chyba jej ulubioną postacią z seriali. Inteligentny, wyrachowany i złośliwy – tak właśnie, złośliwy, a nie chamski. To jest piękne. To jest piękne w ogóle w angielskim humorze, który Fraa bardzo ceni.
Większość akcji dzieje się we wnętrzach. Zazwyczaj w każdej serii są dwa-trzy takie pomieszczenia. Jedynie w Konia za królestwo pojawiają się większe plenery, z których jednak później twórcy serialu zrezygnowali.
Atrakcyjność Czarnej Żmii leży głównie w teksach – dla nich warto całość obejrzeć.





– Baldrick, go forth into the streets and announce that Lord Blackadder wishes to sell his house. Percy, just go forth into the streets.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...