piątek, 7 lutego 2014

Fraa w czytelni (67) - "Starship: Bunt"

Autor: Mike Resnick
Tytuł: Starship: Bunt
Tytuł oryginału: Starship: Mutiny
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Miejsce i rok wydania: Lublin 2009
Wydawca: Fabryka Słów

Dwa dni zbieram się w sobie, żeby wreszcie napisać coś o pierwszej części cyklu „Starship” Resnicka. Złapałam za tę powieść kompletnie na wariata, nie mając pojęcia ani o fabule, ani o autorze. Uznałam, że coś o kosmosach, więc będzie w porządku. Dopiero później doczytałam na Wikipedii, że ten cały Mike Resnick to, zdaje się, dość znany pisarz sci-fi, popełnia kolejne cykle od pięćdziesięciu lat, pięciokrotnie otrzymał nagrodę Hugo, w dodatku miał pierdyliard nominacji i mnóstwo innych nagród zagranicznych – między innymi z Polski. „Starship” to jego najnowszy cykl.
I właściwie może to i lepiej, że tego nie wiedziałam, bo tom Bunt jest… cóż. No dobrze, nie mogę zaprzeczyć temu, że są kosmosy, statki, tunele czasoprzestrzenne i to wszystko jest fajne. Czyta się szybko, jest nieco humoru, czasem wchodzimy na poważniejsze tony, a dyskusje nad sytuacją na statku, nad brakiem dyscypliny i zachowaniami niektórych załogantów, faktycznie fajnie rysują obraz całkiem nieciekawej sytuacji.
Ale ta powieść ma jednak mnóstwo problemów, które sprawiały, że czytając miałam myśli typu „kurde, gościu, masz fajny koncept, ale naucz się pisać” – przyznam, że chwilę nad tym rechotałam, czytając potem Wikipedię.

Po pierwsze, ktoś tu cierpi na syndrom „moi czytelnicy to idioci”. Naprawdę, czasem miałam wrażenie, jakby mi ktoś nakładał treść powieści łopatą przez uszy. Ot, przykładowo mamy kapitana statku, który jest opisany jako potężny, wysoki gościu. Ma długie i trudne do wymówienia nazwisko, więc nasz bohater, nowy na pokładzie „Teodora Roosevelta”, dowiaduje się, że załoga nazywa go „Góra Fuji”. Zasadniczo to by wystarczyło, prawda? Chyba żarcik jest jasny, prawda? Otóż nie. Nasz bohater musi powiedzieć: „Rozumiem, jest wielki jak góra, to fakt” – serio? To było potrzebne? Mało rzeczy jest równie żałosnych co tłumaczenie własnych żartów. Pomijam już fakt, że w ogóle nie kupuję ksywki „Góra Fuji”, jest dwuczłonowa i zupełnie niekomfortowa do wymawiania (tak szczerze, lepiej już wypada prawdziwe nazwisko i ma dokładnie tyle samo sylab)  – powiewa sztucznością. Ale to już może być kwestia tłumaczenia, może w angielskim to robi trochę inne wrażenie. A może brzmi równie głupio, ale znów: samo „Fuji” byłoby zbyt subtelne i autor bał się, że czytelnicy nie załapią…? Podobnie moje szare komórki czuły się nieco obrażone, kiedy czytałam zdania typu „Wojna to piekło, sir.” Albo te wszystkie wstawki informujące o tym, że bohater powiedział coś z sarkazmem albo ironicznie. Na bogów, przecież to wynika z kontekstu, średnio rozgarnięty czytelnik chyba umie rozpoznać sarkazm, prawda?

(źródło)
Poza zatrudnieniem Kapitana Oczywistość jako ghost writera, autorowi zdarzały się inne wpadki – albo może to wpadki tylko dla mnie, ale nic na to nie poradzę. Kiedy czytam o tym, że czyjeś córki zginęły w wojnie o Diablo III, nie mogę przestać się śmiać. Gdybym miała zliczyć, ile razy w tej powieści ktoś szamał ciasto, pomyślałabym, że to wszystko są pracownicy cukierni, a nie członkowie załogi okrętu wojennego. Szczególnie durny dla mnie był moment, w którym bohaterowie szykowali się na uberważną, błyskawiczną misję, liczyła się każda sekunda, musieli tylko wsiąść do wahadłowców i polecieć. I serwują nam rozmowę:

„– Kto będzie dowodził wahadłowcami? – zapytał Fujiama.
– Ja poprowadzę jeden, drugi możemy powierzyć komandorowi Forrice’owi.
– Ale mamy cztery wahadłowce, każdy nazwany imieniem jednego z dzieci Teodora Roosevelta – powiedział kapitan Fujiama.”

Serio?! To jest dokładnie ta chwila, w której trzeba przypominać czytelnikom, że wahadłowce mają imiona po dzieciach Roosevelta?! Tym bardziej, że ta informacja już się pojawiła wcześniej, kiedy główny bohater zwiedzał statek. Znaczy idea rozmowy jest taka, że bohater dziwi się, dlaczego mają wziąć dwa wahadłowce, skoro mają cztery, ale ta wstawka o imionach po prostu zgwałciła ten dialog. W takich chwilach Fryy płaczą. W ogóle cały dalszy ciąg rozmowy przypominał mi, wiecie Państwo:

video

Dalej: sporym problemem dla mnie byli obcy w powieści. Miałam wrażenie, że oglądam raczej opis obrazka narysowanego przez sześciolatka. Trochę jakby ktoś na rympał dorzucał losowe elementy w jakimś radosnym szwungu: i… i będzie miał cztery ręce! I trzy nogi! Kopyta! Kwadratową głowę! Penisa na plecach! – ale to wszystko jest jakoś tak okrutnie pozbawione sensu. Między innymi dlatego właśnie myślałam, że to powieść raczej jakiegoś mniej znanego pisarzyny, stąd też moje ogromne zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się nieco o autorze.
Jest parę ciekawszych rozwiązań, które nawet są jako-tako opisane (i tu, niestety, poważnie mówiłam o tym penisie na plecach), ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że pilot jednak mocno zalatuje Pilotem z Farscape (w ogóle pilot, jakkolwiek fajny, jest też dość niekonsekwentny, bo najpierw wszyscy – z nim na czele – przyznają, że imię ma tak trudne, że nikt go nie wymówi i najlepiej będzie nazywać go po prostu pilotem, a zaraz potem strzela focha, że bohater zwraca się do niego per „pilocie” – wtf, autorze?).

No i autor dużo informacji powtarza czytelnikowi – i to takich, których tak naprawdę nie powinien mówić wprost ani razu. A on mówi. Stale. I mam tu na myśli Zajebistość Głównego Bohatera. Najgorsze jest to, że główny bohater faktycznie ma wszystkie niezbędne cechy do bycia zajebistym, jest przystojny, odważny, inteligentny i tak dalej – tak, tak, nieco merysuiczny, ale w tej konwencji tego typu bohater akurat fajnie się sprawdza. I właściwie wcale nie ma potrzeby podkreślania ciągle, jaki to jest superheros i jak wszyscy mają go za superherosa. Mimo wszystko to się ciągle pojawia w powieści i zaczęło mnie w końcu denerwować. On mógłby być najlepszy, ale jak mi autor będzie to wciskał jak gęsi, to i tak zacznę biednego bohatera w końcu hejtować.

(źródło)
Inną rzeczą, którą autor (a właściwie narrator i bohaterowie) namiętnie wciska czytelnikowi, jest przekaz Dowództwo Jest Gupie. Od początku do końca przewija się jedna myśl: że dowództwo galaktycznej floty to zupełne ćwoki, wszyscy ci admirałowie i generałowie to banda półgłówków, którzy nic nie wiedzą o wojnie, o dowodzeniu, o polityce… o niczym. Jakiś pomniejszy oficerzyna jest bez pudła mądrzejszy i zna tożsamości tajnych agentów we wszystkich flotach, ale dowództwo – nigdy. Od tego poglądu nie ma odwołania, nie ma ani jednej osoby, która miałaby odmienne zdanie, nie ma ani jednego przedstawiciela „z góry”, który jakkolwiek przełamywałby ten schemat. Dowództwo jest fuj i już, kropka. Przez to bezrefleksyjne generalizowanie ja tego zupełnie nie czuję.

Kolejna rzecz: sam bunt. Ten tytułowy, bo wiecie: tytuł tomu to Bunt. Co na swój sposób mnie rozbawiło, kiedy byłam w połowie książki, a tam wciąż żadnego buntu. Ot, drobne przejawy niesubordynacji, ale do buntu to daleko. Nie ukrywam, że patrząc na tytuł, liczyłam na to, że przez pierwsze pół powieści będą knuć, a potem zrobią rozpierduchę.
Nope.
Bunt w końcu się pojawił, to prawda, ale okazał się raczej rozczarowaniem. Co ja mówię… okazał się ogromnym rozczarowaniem, no! Gdybym mrugnęła, to bym mogła nawet nie zauważyć, że w ogóle coś się działo. Później tylko czytelni dostaje jeszcze jakiś strasznie rozdmuchany problem, które wciąż do końca nie ogarniam. To znaczy miał być sąd, sprawy nie układały się po myśli pewnych osób, a kiedy ktoś tym pewnym osobom zasugerował dość rozsądne rozwiązanie ich problemów, w odpowiedzi padało „Nie, bo nie. Bo wiesz, jakie jest dowództwo” – mam niejasne wrażenie, że autor po prostu bardzo chciał osiągnąć pewną konkretną sytuację, ale nie bardzo wiedział, jak do niej doprowadzić.

No i ostatnia bolączka: aneks. Tak, do powieści dołączony jest obszerny aneks. Czytelnik znajdzie w nim historię cywilizacji (łącznie z wypunktowaniem epok), historię tego, jak Resnick zaczynał pisanie w tym settingu, krótkie charakterystyki bohaterów itp. Dlaczego ten aneks mnie boli? Bo jest głupi i tylko zużywa papier. Ogólnie w większości przypadków wychodzę z założenia, że jak autor chce, żeby czytelnicy wiedzieli coś o jego świecie czy bohaterach, niech umieści te informacje w powieści. Dobra powieść nie potrzebuje aneksów. Zresztą, najzabawniejsze jest to, że ten aneks naprawdę nie jest do niczego potrzebny. Bohaterowie akurat są fajnie zarysowani, dość zwięźle, mają charakterystyczne cechy, resztę czytelnik bez problemu może sobie dopowiedzieć – wszystko jest cacy. Ich opisy w aneksie do niczego nie są potrzebne. Nawet wszystkich nie czytałam, bo i po co? Autorze, brakuje ci pewności siebie czy co…? Z kolei całe te historie świata – owszem, tego nie ma w powieści. Czytelnik widzi tylko czubek jakiejś góry lodowej, wie, że jest jakaś Republika, jakaś Federacja, istoty z różnych planet walczą ramię w ramię przeciw jeszcze innym istotom, są tunele czasoprzestrzenne i takie tam detale. I to w zupełności wystarczy. Do niczego nie jest mi potrzebna informacja, że jak się skończy epoka, w której żyją bohaterowie, będzie epoka Demokracji, a trzy tysiące lat później będzie epoka Oligarchii. Nie potrzebuję też dokładnego opisu statku, którym podróżują bohaterowie – przecież nasz główny heros zwiedzał go przez kilka rozdziałów! Tak samo nie do końca widzę sens umieszczania w aneksie biografii Teodora Roosevelta. Co innego, gdyby faktycznie chodziło o jakąś nieznaną postać historyczną, wtedy zrozumiałabym, że autor chce ją niejako przywrócić światu. Ale Teodor Roosevelt?! No i już zupełnie, ale to zupełnie nie muszę wiedzieć, w jakiej kolejności autor pisał swoje opowiadania i co powiedział o nich który wydawca. Naprawdę.

Starship: Bunt nie jest wybitną powieścią. Jeśli ktoś chce się bezrefleksyjnie odmóżdżyć przy kosmosach, to w porządeczku, sprawdza się, czyta się lekko i szybko. Ale zdecydowanie nie radzi sobie z banałami, oczywistościami i naciągnięciami fabularnymi. To po prostu takie nie najgorsze czytadło.





– „Teodor Roosevelt” nie wygląda może na latający ancel, ale prawdę powiedziawszy spełnia wszelkie wymagania, które pozwalają na określenie go taką właśnie nazwą – wyjaśnił kapitan. – Ten okręt trafił do służby ponad sto lat temu. Zgodnie z regulaminem powinien leżeć na złomowisku od pięciu dziesięcioleci, ale nasze nieustanne zaangażowanie w kolejne wojny sprawiło, że potrzebujemy wszystkich jednostek, które wciąż potrafią przemierzać przestrzeń. Znaczna część załogi także powinna dawno przejść do cywila, z takich czy innych powodów, ale nasza Republika nie ma zwyczaju nagradzać złych poddanych, odsyłając ich w domowe pielesze.

4 komentarze:

  1. Trzeba by faktycznie sprawdzić oryginał. Bo może tam mówili na kapitana po prostu: "Fuji San" (czyli tak, jak mówią na tę górę Japończycy dodając owo "san" na znak szacunku)? Wtedy brzmi to naturalnie, bo w końcu "san" to mnie więcej tyle co grzecznościowe "pan", więc pasuje do kapitana. Wtedy plamę dałby tłumacz.

    Resnick jest naprawdę świetnym pisarzem, tylko tłucze strasznie dużo powieści, przez co część z nich jest zwyczajnie słaba. W tym kłopot, że aby cieszyć się Resnickiem trzeba go trochę znać, a tego nie da się wymagać od przypadkowego czytelnika. Ogólnie - opowiadania prawie zawsze ma świetne. Z powieści "Na tropie jednorożca" ma wiele uroku, a "Kirinyaga" to jedna z jego najlepszych książek. "Siedem spojrzeń na wąwóz Olduwai" to też znakomita rzecz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli chodzi o dopowiadanie oczywistości i tłumaczenie żarcików - idę o zakład że to moja nemesis Robert J. Szmidt. Miałam okazję przeanalizować bardzo dokładnie jego "tłumaczenie" i oryginał "Potężnej fortecy" Webera. Czy się dało, czy się nie dało, do każdego zdania średnio dopisywał 3 niepotrzebne słowa, standardem były konstrukcje "zrobił coś jak X, którym faktycznie był". Że poza tym styl i gramatyka leżały i kwiczały to jest inna sprawa.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...