sobota, 24 kwietnia 2010

Odcinek 20

Na wstępie Fraa pragnie przeprosić (ha! paradne, doprawdy...) za makabryczne opóźnienie z Odcinkiem 19. Został on już uzupełniony, gdyby ktoś pytał.


Fraa musi przyznać, że sprawia jej pewną radość obdarzanie martwego Frankiego większą porcją energii życiowej, niż Grabarza. Być może w istocie Fraa dużo lepiej bawi się z projektem Jedną Nogą w Grobie, niż potencjalny Czytelnik, ale to w niczym nie przeszkadza. Ponadto Fraa nie może się oprzeć parszywej pokusie dorzucenia do tych dwóch panów jakiejś miłej pani. To znaczy oczywiście oprócz Petunii. No ale w końcu Petunię dość trudno rozpatrywać w kategoriach „kobieta” czy też „miła pani”.

Właściwie wiele więcej nie można przy tej okazji już napisać.

Endżoj.


 

piątek, 23 kwietnia 2010

ZaFraapowana filmami (22) - "Underworld 2: Ewolucja"

Dawno, dawno temu, Fraa obejrzała (przypadkiem, to na pewno był zbieg złych okoliczności) film zatytułowany „Underworld”. Obiecała sobie wtedy, że więcej tego wytworu kijem przez szmatę nie tknie. Stało się tak, że jednak wygrało tak zwane prawo serii, w związku z czym, skoro Fraa już miała sposobność obejrzenia „Underworld 2: Evolution” – nie omieszkała z niej skorzystać.

Jeśli jeszcze raz Fraa wpadnie na jakiś równie świetny pomysł, niech ktoś z Państwa ją kopnie, dobrze?

Underworld 2 - Ewolucja
Oczywiście część uwag dotyczących tego filmu, siłą rzeczy odnosi się również do części pierwszej. (swoją drogą, Fraa była naprawdę przerażona, bo kiedy wpisała w Googlach „Underworld”, rozwinęły się w podpowiedziach hasła „Underworld 2”, „Underworld 3” oraz... „Underworld 4”, który ma wejść do kin w przyszłym roku – czyżby niebawem „Underworldów” w istocie miało być więcej niż „Akademii policyjnej” i „Gangu Olsena” razem wziętych?).

Zacząć więc należałoby od kwestii dotyczących całokształtu, bez szczególnego wskazania na konkretną część.
Bohaterką, która oczywiście swoją zajebistością ma rzucać na kolana widzów, jest Selene (Kate Beckinsale) – pomijając już jakże, ach jakże oryginalnie wymyślone, mhroczne imię, warto przyjrzeć się samej postaci. W gruncie rzeczy jest to kobiecina straszliwie nieporadna, która przez większą część filmu jest słabsza od wszystkich naokoło – dopiero na końcu, nie wiedzieć czemu, spina się do rozniesienia w pył wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka. To trochę jak filmy z van Damme'm. Jakkolwiek Fraa zawsze miała sentyment do tego aktora, to jednak zazwyczaj schemat był ten sam: najpierw grany przez van Damme'a bohater dostaje wciry od wszystkich, a w ostatnich pięciu minutach, mając połamane wszystkie kończyny, nagle spada na niego przypływ siły i mocy tak niespodziewany, jak Hiszpańska Inkwizycja. Tak jest i tutaj. Ten schemat jeszcze wyraźniej chyba rysuje się w przypadku drugiego bohatera, mieszańca Michaela (Scott Speedman).
Przy tym bohaterowie są tak płascy, że chciałoby się ich porównać do kartki papieru, ale przecież nawet kartka papieru ma jakieś znamiona trójwymiarowości. Oni są jak rysunek kartki papieru, popełniony na kartce papieru. Ich poszczególne charakterystyki można zawrzeć góra w trzech słowach i naprawdę wyczerpać tym samym temat.

Ale elementem, który Fraa zawsze uważała za szczególnie urokliwy, jest wygląd Selene. Po pierwsze, jak wszyscy dobrze wiedzą, po zostaniu wampirem, włosy stają się czarne... No dobrze, dobrze – w „Wywiadzie z Wampirem” Claudia też miała loczki. Powiedzmy, że coś w tym jest. I że to wcale nie jest dbałość dzielnej Selene o to, żeby wyglądać mrocznie w najbardziej kiczowaty i tandetny sposób. No bo jakimi ścieżkami, tak na oko, biegną myśli bohaterki? „Jestem wampirzycą. Czyli przefarbuję się na czarno, będę bardziej tró.”?
Najwyraźniej jednak coś w tym jest, bo wystarczy spojrzeć na obuwie Selene. Zaiste, nie ma nic lepszego, niż bieganie po bezdrożach, skałach, lasach, zrujnowanych zamkach – w butach na kilkucentymetrowym koturnie i obcasie, na którym można by uskuteczniać taniec na rurze. Człowiek mógłby pomyśleć, że Selene byłoby wygodniej w trampkach albo trzewikach, ale nie dajcie się Państwo zwieść! Trampki i trzewiki nie są przecież dość mroczne...
Fraa ma bardzo złe zdanie o wampirach, jeśli widzi, że to banda kretynów, dla których turbomroczny image jest istotniejszy niż zwykła wygoda. Wygląda na to, że to banda pustych jak portfel pod koniec miesiąca, lalkowatych kretynów, którzy przede wszystkim dbają o stosownie „wampiryczne” pozory, a potem o całą resztę.

Oprócz bohaterów, jest też kwestia efektów specjalnych. Film tego rodzaju mógłby nimi rekompensować idiotyczną, przewidywalną fabułę i durnych bohaterów. Niestety, Fraa momentami miała wrażenie, że „Underworld” jest produkcją niskobudżetową. Wszystko naturalnie dzieje się po ciemku, więc połowy rzeczy nie widać. Przemiany wilkołaków są absolutnie pozbawione płynności, a same wilkołaki nie wyglądają lepiej od wilkołaków z filmów z lat osiemdziesiątych. Ich kukłowata sztywność jest zwyczajnie irytująca. Z kolei półwilkołak Michael wygląda jak skrzyżowanie smerfa z "Avatara" i wampira z "Buffy".

A teraz nieco konkretniej, czyli na co szczególnie można zwrócić uwagę w filmie „Underworld 2: Ewolucja”?



1. Kiedy bodajże Marcus (Tony Curran) chłepcze krew Selene, widzi jej wspomnienia. Widz poznaje te wspomnienia w krótkich migawkach. Jak, na litość Phila – Księcia Półmroku i władcy Piekiełka, Selene mogła mieć we wspomnieniach coś, czego nie widziała, bo rozgrywało się za jej plecami? A to właśnie widać w jednej z tych migawek. Coś, co właśnie ukryto przed Selene.

2. Derek Jacobi – dlaczegóż, ach, dlaczegóż tak nisko upadł? Fraa rozumie, że przecież to tylko praca, zapłacili to zagrał, ale mimo wszystko... żal pozostaje. Fantastyczny w „Ja, Klaudiusz” i równie świetny w „Kronikach braciszka Cadfaela”, a tutaj nagle godzi się na bycie jakimś tandetnym Corvinusem. Z drugiej strony, może to i dobrze. Dzięki temu, że Corvinusa zagrał Derek Jacobi, Fraa była w stanie w ogóle znieść tę postać.
3. Kiedy Marcus, jako ten potwór straszliwy i skrzydlaty, leciał obok lub przed jadącą ciężarówką... Dlaczego nie powiewała mu kiecka? Jest tak zajebisty, że nawet pęd powietrza go omija?
4. Fraa z radością zauważyła, że w tym filmie wampiry częściej piją krew innych wampirów, niż kogokolwiek „z zewnątrz”. Właściwie Fraa w tej chwili nie może sobie przypomnieć, żeby jakiś człowiek został dziabnięty. Za to wampiry – każdy każdego. Swoją drogą, jak na istoty, które muszą pić krew, żeby przeżyć, wampiry z „Underworld” są niesamowicie mocno ukrwione. Posoka tryskała na wszystkie strony i rozlewała się w obfite kałuże.


Fraa nie ma siły pisać nic więcej. Film właściwie mógłby być pastiszem, gdyby był zrobiony troszeczkę z jajem. A tak, to jest zbyt kiczowaty i durny na poważną produkcję, ale zbyt smętny na parodię. I wychodzi takie nie wiadomo co... Tłajlajt dla dorosłych? Tylko nie błyszczeli. A reżyser, o ironio!, nazywa się Len Wiseman...




„Idę się odlać, Grucha, bo nie chcę na to patrzeć.”

czwartek, 22 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (18) - "Wojna Światów"

(bez zdjęcia, jako że książka była w bibliotecznej oprawie, czyli przedstawiała sobą jednolicie brązowy prostokąt... Fraa nie ma pojęcia, jak wyglądała oryginalna okładka tej książki)

Autor: Herbert George Wells
Tytuł: „Wojna Światów”
Przekład: Henryk Józefowicz

Tytuł oryginału: „The War of the Worlds”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1977
Wydawca: Iskry


Po przemiłej lekturze „Wehikułu Czasu”, Fraa radośnie zabrała się za czytanie „Wojny Światów” tegoż autora. I przyznać musi, że była to bardzo słuszna decyzja.
Być może części z Państwa tytuł ten kojarzy się głównie z Tomem Cruise'm i piszczącą dziewczynką z klaustrofobią. Fraa ma jednak nadzieję, że nie, bo to by było dość straszne.
Tak właśnie – najnowsza adaptacja filmowa „Wojny Światów” jest absolutnie straszliwa. Jest tak zła, że nawet nie sięga do dna, żeby zapukać w nie od spodu.
„Wojnę Światów” trzeba przeczytać.
Rzecz w tym, że po raz kolejny jest to historia, która nie przedstawia Bohatera uwikłanego w jakieś wydarzenia i rozprawiającego się z nimi, a przedstawia wydarzenia. Bohater jakiś jest, ale jest nieważny, jest jedynie czymś w rodzaju samobieżnej kamery w rękach czytelnika.
Powieść ma postać relacji czy pamiętnika pewnego wykształconego mężczyzny, który opowiada o tym, jak to był świadkiem ataku Marsjan na Ziemię. Ale – jak już Fraa wspomniała – ten człowiek nie ma wielkiego znaczenia. Wiadomo, że ów inteligent przetrwa tę straszliwą, choć stosunkowo krótką, wojnę, bo przecież trudno, żeby opowiadał tę historię po śmierci, prawda? Wiadomo też, że przeżyje jego brat, bo narrator wspomina, że o swoich perypetiach rzeczony brat opowiedział mu później. W ogóle od początku wiadomo, że ludzkość przetrwała i że Marsjanie ostatecznie przegrali wojnę, bo bardzo szybko pojawiają się wzmianki o późniejszych badaniach, jakie ludzie prowadzili na tym, co pozostało po niebezpiecznych agresorach.
„Wojny Światów” nie czyta się po to, żeby dowiedzieć się co się stanie. Czyta się po to, żeby zobaczyć jak dojdzie do tego, do czego dojdzie.
Bohater nie jest istotny, bo – tak jak w „Wehikule Czasu” – jest to tylko obserwator. Czytelnik widzi Anglię atakowaną przez Marsjan oczami wykształconego mieszkańca niewielkiego miasteczka niedaleko Londynu. Tym samym podczas lektury można poczuć się, jakby było się w środku wydarzeń. To właśnie dlatego Fraa z zapartym tchem czytała, jak to bohater tkwił nieruchomo pod węglem i drewnem w piwnicy zrujnowanego domu, podczas gdy macka Marsjanina pełzała dookoła w poszukiwaniu żywej istoty. A nie dlatego, że była ciekawa, czy bohaterowi uda się wymknąć.

Jest to zresztą podstawowa różnica między książką a filmami. Bo filmy traktują o Wielkich Bohaterach, którzy stawiają czoła straszliwemu zagrożeniu (zagrożeniu, które nawiasem mówiąc w filmach dotknęło cały świat, podczas gdy Wells ograniczył się do Anglii, a właściwie do okolic Londynu). Tymczasem Wells napisał powieść, w której pokazał rozwój nastrojów i zachowań społeczeństwa w obliczu takiego zagrożenia, pokazał też różnice, jakie mogą istnieć między Ziemianami a przybyszami z Kosmosu. Wskazał na uniwersalność pewnych mechanizmów (poszukiwanie przestrzeni do życia, chęć przetrwania gatunku), ale też na to, że – kolokwialnie mówiąc – „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Mimo że wielokrotnie w „Wojnie Światów” pojawia się wzmianka o tym, że Marsjanie byli odrażający, czytelnik znajduje też takie uwagi:

„Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko zwierzęta, bizony i ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stojące szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy. Czyż tacy z nas apostołowie litości, byśmy mieli prawo żalić się na Marsjan postępujących tak samo z nami?”
albo:
„Dla nas sama już myśl o tym jest niewątpliwie odrażająca, sądzę jednak, iż należy równocześnie pamiętać, jak odrażającymi musiałyby wydać się inteligentnemu na przykład królikowi nasze mięsożercze zwyczaje.”

Toteż sucha logika i pewna doza zrozumienia dla Marsjan mieszają się w powieści z przerażeniem i odrazą.

Wells zaprezentował też pewien wachlarz osobowości, z których każda przyjmuje inną postawę podczas tytułowej wojny. Jest więc artylerzysta, który stawia na siłę, rozum i wytrwałość. Który odmalowuje przed oczami narratora wizję świata, w którym ludzie co prawda przegrali bitwę, ale jednak przeżyli; z jednej strony są jak dzikie zwierzęta, żyją w ukryciu, z drugiej jednak nie tracą człowieczeństwa dzięki dbałości o spuściznę intelektualną. Aż w końcu, pewnego dnia może nawet ci ludzie, uśpiwszy czujność Marsjan, zdołaliby nauczyć się obsługi machin najeźdźców?
Fraa zresztą zatrzymała się na dłużej nad rozmową z artylerzystą, jako że wypowiada on naprawdę mądre słowa, jak choćby przy okazji omawiania zachowań ludzi podczas marsjańskiego panowania:

„A kiedy sprawy tak się układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się woli Stwórcy.”
I inne, przy których Fraa nie mogła powstrzymać radosnego wyszczerza:
„Bo ostatecznie żyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność.”
czy:
„Silne, mądre kobiety będą także potrzebne – nie żadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami.”

Inną postacią jest z kolei wikary, którego słaba wiara w żaden sposób nie jest w stanie ocalić przed postępującym szaleństwem i straszliwym losem.
Pojawia się, wspomniany wcześniej, brat narratora. Ten nie dość, że sam walczy o ocalenie, to ratuje również dwie damy z opresji i dba o nie w dalszej podróży. Podróż ta zresztą jest pełna niebezpieczeństw – nie ze względu na Marsjan, ale przez ludzi.
Początkowo obojętni, nawet nastawieni lekko drwiąco do nowinek o Marsjanach, ludzie stopniowo poddają się panice, aż w końcu bohaterowie są świadkami iście dantejskich scen, takich jak wzajemne tratowanie się uciekinierów, morderstwa i rabunki.

„O trzeciej ludzie tłoczyli się i tratowali nawet na ulicach Bishopsgate. O kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano z rewolwerów, kłuto się nożami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrony byli przecież powołani.”

Niektórzy ludzie do samego końca nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa – ci stawali się elementami przejmujących epizodów takich jak ten, w którym staruszek z uporem maniaka utrzymuje, że musi zabrać ze sobą skrzynkę z orchideami.

Jednocześnie – obok studiów zachowań ludzkich w obliczu ataku Marsjan, Wells daje fantastyczny pokaz wizjonerstwa. W powieści wydanej po raz pierwszy w 1898 roku opisał laser (Snop Gorąca) oraz wojnę totalną z użyciem gazów trujących (Czarny Opar). Artylerzysta w swojej koncepcji przyszłości opowiada o tym, jak to wśród ludzi – będących już pod panowaniem Marsjan – znajdą się i tacy, którzy będą służyć najeźdźcom, będą wystawiać własnych pobratymców i sprzedawać ich wrogowi dla uzyskania pewnych łask czy specjalnego traktowania. Narrator reaguje na coś takiego oburzeniem, twierdzi, że trudno wyobrazić sobie, żeby istota ludzka dopuściła się tak haniebnych czynów. I jakkolwiek Fraa szczerze i serdecznie nie lubi literatury wojennej i powojennej, to tutaj od razu nasunęło się skojarzenie z całkiem świeżą historią, z łagrami i nie tylko.

Pojawiają się też poruszające obrazy opustoszałego, zniszczonego Londynu. Ziemi porośniętej czerwonymi, marsjańskimi roślinami. Opisy świata, który znalazł się u progu zagłady.

Fraa naprawdę jest zachwycona „Wojną Światów” Wellsa. Adaptacja z 2005 roku okalecza to dzieło właściwie w każdym aspekcie. Wycina niezwykle istotny element narastania strachu, tej gęstniejącej atmosfery. Podczas gdy w książce tajemnicze walce lądują gdzieś na polu, po czym następuje marsz Marsjan na Londyn, a równocześnie ucieczka ludzi, w filmie obcy przywalają prosto w centrum miasta, momentalnie wywołując panikę i tradycyjną, efektowną papkę z Cruise'm na czele. Na czele papki, nie na czele efektowności...

Zdecydowanie warto przeczytać.





„Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś popchnął mnie tak silnie, że omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała wykręcić się do końca, gdyż dno upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie mężczyznę i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.”

środa, 21 kwietnia 2010

ZaFraapowana filmami (21) - "Święci z Bostonu: Dzień wszystkich świętych"

Popełnianie sequeli do genialnych dzieł jest ryzykowne. Żeby spełnić oczekiwania widza, który oglądał pierwszą część, trzeba wyprodukować coś równie świetnego, a najlepiej jeszcze trochę lepszego. Fraa ufa, że Troy Duffy starał się jak mógł. A jednak o nakręconej w 2009 roku kontynuacji można powiedzieć tylko tyle, że nie dorównuje pierwszym „Świętym z Bostonu”.
Co nie oznacza, że jest filmem, który ogląda się bez przyjemności.

Boondock Saints II
W ogóle sama koncepcja na popełnienie sequelu ma swoje plusy i minusy: w jakiś sposób wciąż cieszy oglądanie braci McManus (Fraa zauważyła, że nawet na oficjalnej stronie filmu raz jest MacManus”, a innym znów razem McManus”) w akcji. Poza tym, z jednej strony wiadomo, że wybicie paru gangsterów, w tym części na oczach dziesiątek ludzi, musi mieć jakiś ciąg dalszy. Takie rzeczy nie idą w zapomnienie – zemsta innych gangsterów wisi w powietrzu. W dodatku mała też szansa, żeby FBI tak po prostu odpuściło, a przecież Paul Smecker nie był jedynym agentem. Ponadto Il Duce jest postacią, która daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o dorabianie mu historii – budzący grozę zabójca, który z jakichś powodów nie uśmiercił braci McManus, bez wątpienia wzbudza ciekawość.
Pytanie jednak, czy ta ciekawość powinna być zaspokojona.
W tajemniczych postaciach piękne jest właśnie to, że są tajemnicze. Obnażenie wszystkich ich sekretów często odziera je z magii i sprawia, że tracą pierwotny urok.
Tak samo ma się sprawa z zemstą Yakavetty. To trochę jak z baśniami: księżniczka wychodzi za księcia na białym koniu po tym, jak uśmiercił on złą wiedźmę, po czym żyją długo i szczęśliwie. Jeśli ktoś zacznie snuć kolejną opowieść o tym, że zła wiedźma właściwie miała oddanego brata-nekromantę, który zwołał chłopaków z dzielnicy i razem czają się teraz na księcia w ciemnym zaułku, w dodatku książę wszędzie zostawia brudne skarpetki, a księżniczka zaczyna okropnie tyć, to pryska cała magia pierwotnej baśni. I tak to wyglądało ze „Świętymi z Bostonu” – okazało się, że po finalnym „żyli długo, szczęśliwie i do końca swoich dni mordowali złych” nastąpił ciąg zdarzeń, który odarł pierwszy film z magii.

Eunice Bloom
Z jakichś powodów Paul Smecker (Willem Dafoe) musiał zostać zastąpiony agentką specjalną Eunice Bloom (Julie Benz) – już to źle wróżyło, bo Paul Smecker był postacią absolutnie genialną. A jednak okazało się, że jest jeszcze gorzej. Eunice Bloom to twarda, błyskotliwa i złośliwa agentka, której wszyscy się boją i której nikt nie podskoczy. Jej ciętymi ripostami można kroić dojrzałe pomidory. Przynajmniej w założeniu. Bo prawda jest taka, że Fraa była niemożebnie zirytowana niemal każdym wystąpieniem Eunice. Począwszy od denerwującej intonacji, a skończywszy na nieustannym podkreślaniu zajebistości agentki i wtórne udziwnianie, typu retrospekcje z udziałem Eunice (a ubieranie jej przy tym w kowbojskie wdzianko to już w ogóle pasowało jak pięść do nosa) czy zatyczki do uszu, tak bardzo zalatujące popłuczynami po sposobie badania miejsca zbrodni wyznawanym przez Paula Smeckera. Owszem, Eunice zaplusowała w paru scenach, ale ogółem jednak działała na nerwy.

Kolejną różnicą jest zdecydowane rozwinięcie wątku Il Duce: widz poznaje całą jego historię. Czy to źle czy niedobrze – każdy musi ocenić to we własnym zakresie.
Romeo
Oczywiście ktoś musiał zastąpić Rocco. Tutaj akurat Fraa musi przyznać, że była całkiem pozytywnie zaskoczona tą zmianą. Meksykanin Romeo (Clifton Collins Jr.) jest (dosłownie) barwną postacią, zabawną w zupełnie inny sposób niż Rocco. Rocco (David Della Rocco) zresztą też się pojawia – w czymś w rodzaju snów, jako coś w rodzaju ducha. Mobilizuje braci McManus do działania. I trzeba przyznać, że po tych dziesięciu latach, które minęły od pierwszych „Świętych z Bostonu”, Rocco strasznie się roztył. Na szczęście jest solidnie zarośnięty i ma wielkie bryle przeciwsłoneczne, ale i tak widać, że buźkę ma mocno pucułowatą. Zresztą te dziesięć lat widać też w przypadku samego Connora McManusa (Sean Patrick Flanery). Fraa musi przyznać, że w niektórych momentach zastanawiała się, czy to ten sam aktor. Najlepiej przetrzymał czas między „Świętymi z Bostonu” a sequelem Murphy McManus (Norman Reedus) oraz Il Duce (Billy Connolly).

Boondock Saints II - all
Jeśli idzie o film całościowo, to zawiera pożądaną dawkę strzelaniny i skakania, ponadto postacie nadal są wyraziste. Po prostu brakowało lekkości i świeżości pomysłu z części pierwszej. Ale jak już Fraa mówiła: robienie sequelu do genialnego filmu to straszliwe ryzyko. Całe przedsięwzięcie jest praktycznie z góry skazane na ogólną tendencję spadkową.
Fraa musi też ze smutkiem przyznać, że muzyka w „Świętych z Bostonu II” to też nie to. Momentami pojawiają się dobrze znane kawałki z pierwszej części, ale są i nowe utwory, które nie tworzą, niestety, takiego klimatu, jaki był w „Świętych z Bostonu” z 1999 roku.

Fraa nie wyklucza, że będzie wracać do tego filmu. Zapewne nie tak często, jak do pierwszych „Świętych z Bostonu”, ale jednak bracia McManus, Romeo, Il Duce, trójka pierdołowatych policjantów i jedna cudna niespodzianka pod sam koniec sprawiają, że film naprawdę chce się oglądać, nawet jeśli agentka specjalna Eunice gorliwie pracuje nad zniechęceniem do tego widza.
Może to i lepiej, że „Święci z Bostonu II: Dzień wszystkich świętych” nie poszedł w kinach. Pewnie wiele osób plułoby sobie w brodę w związku z głupio wydanymi pieniędzmi. Bo film jako taki jest fajny, momentami bardzo fajny, ale trzeba pogodzić się z tym, że wciąż przyćmiewają go pierwsi „Święci z Bostonu” i tego się nie przeskoczy.




„And shepherds we shall be for Thee,

my Lord, for Thee.
Power hath descended forth from Thy hand,
that our feet may swiftly carry out Thy command.
So we shall flow a river forth to Thee
and teeming with souls shall it ever be.
In nomine Patris et Filii
et Spiritus Sancti.”

wtorek, 20 kwietnia 2010

ZaFraapowana filmami (20) - "Clash of the Titans"

Fraa jakiś czas temu wspominała o nowym filmie „Clash of the Titans”, wyreżyserowanym przez Louisa Leterriera – w końcu nadeszła pora na konfrontację z rzeczywistością.
Żeby było zabawniej, Fraa odświeżyła sobie film o tym samym tytule z roku 1981, w reżyserii Desmonda Davisa.

Clash of the Titans 1981 vs.   Clash of the Titans 2010


Fraa ma pewien kłopot z ustosunkowaniem się do najnowszej produkcji „Clash of the Titans” – bo z jednej strony to remake wersji sprzed trzydziestu lat, ale z drugiej, wprowadza dość duże innowacje w porównaniu do tamtego filmu. Z trzeciej zaś strony medalu, nadal ma się nijak do mitów. Stąd też Fraa nawet nie wie za bardzo, od czego powinna zacząć.

Może w ten sposób:


Perseus
Za Grimalem i Gravesem (obaj podają obszerny wykaz źródeł, Fraa więc pozwoli sobie wykazać się lenistwem i korzystać z tych „pośredników”, a nie z autorów starożytnych) – Perseusz wraz z matką, Danae, zamknięty w skrzyni został wrzucony do morza przez dziadka, Akrizjosa, gdyż ten bał się przepowiedni mówiącej, że zginie on z ręki wnuka. Rozbitkowie wylądowali na wyspie Serifos, gdzie znalazł ich rybak Diktys, brat tyrana tejże wyspy. Zaprowadził Danae z dzieckiem do władcy i tak Perseusz wychowywał się na dworze Polidektesa. Parę(naście?) lat później Polidektes chciał poślubić Danae, ale Perseusz bronił matki. Używając podstępu, Polidektes wysłał herosa po głowę Meduzy. Perseusz wyruszył, ale – wbrew oczekiwaniom ludności Serifos – istotnie zdobył żądaną głowę. W drodze powrotnej zobaczył Andromedę przykutą do skały. Używając głowy Meduzy, Perseusz pokonał morskiego potwora i już-już miał poślubić Andromedę, w której się zresztą zakochał, kiedy okazało się, że rodzice kobiety mają inne plany. Wobec tego, Perseusz zmienił wszystkich w kamień, po czym wraz z Andromedą wrócił na Serifos, gdzie znów zmienił wszystkich w kamień, jako że musiał uratować matkę przed zakusami Polidektesa, a rybaka Diktysa przed królewskim gniewem. W końcu Perseusz na tronie Serifos osadził Diktysa, a sam ostatecznie przypadkiem uśmiercił dziadka Akrizjosa celnym tudzież śmiertelnym ciosem dysku w stopę, spełniając tym samym wyrocznię.
Oczywiście, jak to bywa w przypadku mitów, dzieje Prometeusza występują w kilku wersjach, nie ma jednak większej potrzeby zagłębiania się w poszczególne podania, jako że filmy i tak mają się do tego nijak. Teraz więc, przytoczywszy już tę najbardziej klasyczną wersję mitu, należy przejść do szczegółów.

Początek – Akrizjos wrzuca do morza Danae i Perseusza... No, nie do końca. W wersji z 1981 roku, owszem. W nowej produkcji natomiast Fraa troszkę się zgubiła. O ile zrozumiała, Akrizjos był nie dziadkiem, ale ojczymem bohatera, niezadowolonym z faktu spółkowania małżonki z Zeusem. A Zeus z kolei spółkował z Danae w ramach dania lekcji ludziom... No właśnie: tu należy wspomnieć o całej otoczce, jaką dorobiono do historii Perseusza w najnowszej produkcji. O ile w mitach chodziło o lęk o własne życie (przepowiednia!), a w filmie z 1981 roku o odzyskanie honoru po tym, jak Zeus – jak to Zeus – zrobił dziecko śmiertelnej kobiecie, o tyle tegoroczne „Clash of the Titans” dokręca do tego całą filozofię. Mianowicie ludzie zaczęli odwracać się od bogów, burzyć ich świątynie i posągi. Zeusowy romans z Danae miał być nauczką dla rodu człowieczego, że tak to sobie pogrywać nie można.
Oczywiście motyw Kalibosa jest dokrętką już wyłącznie filmową, obecną w obu produkcjach, chociaż w tej 2010 roku Kalibos uległ połączeniu z Akrizjosem, podczas gdy w filmie z 1981 roku był to oddzielny bohater, pierwszy narzeczony Andromedy.

Andromeda i Perseusz - 1981
W ogóle film znany w Polsce jako „Zmierzch Tytanów” był głównie historią miłosną. Perseusz zakochał się w Andromedzie i dopiero potem, żeby ją ocalić, ruszył pokonać Kalibosa, a w końcu samego Krakena. „Starcie Tytanów” z kolei poszło w drugą stronę: Perseusz co prawda spotkał Andromedę raz czy dwa i kojarzył ją z widzenia, ale o obszernym, wypychającym film romansidle nie było mowy.

Jedno z zasadniczych jednak pytań to: dlaczego, do stu demonów, do Perseusza doczepiono w obu filmach Pegaza? Fraa już sama się pogubiła, ale po upewnieniu się, może z całą pewnością stwierdzić: Perseusz miał tyle wspólnego z Pegazem, że Pegaz wyskoczył z szyi Meduzy po odcięciu głowy stwory. Ale to nie Perseusz ujarzmił skrzydlatego konia, tylko Bellerofont, który nie zabijał morskiego potwora celem uratowania dziewicy, tylko Chimerę. Nie ta bajka, nie ten czas. Perseusz latał za pomocą sandałków ze skrzydełkami.
Za mało medialne? Pewnie tak.
Skoro już o Pegazie mowa, to zdecydowanie lepiej broni się tutaj „Zmierzch Tytanów”, w którym Perseusz musiał istotnie ujarzmić to piękne zwierzę. W filmie z 2010 roku Fraa z żalem patrzyła, jak z Pegaza zrobiono coś w rodzaju udomowionej chabety, która przyczłapuje na każde skinienie niczem wierny pies. Straszny upadek...

Postacie – w filmie z 1981 roku naprawdę dużo lepiej się bronią. Wystarczy spojrzeć na boginie: Herę, Tetydę czy Atenę. Zwłaszcza Herę i Tetydę. Są to postacie, które można określić jednym, jakże trafnym słowem: baby. No po prostu takie baby, co to plotkują, knują, awanturują się i tak dalej. Zeus (Laurence Olivier) – pan niebios – coś niby rozkazuje, ale rozkazuje to babom, więc z góry wiadomo, że polecenie będzie zignorowane. Hera (Claire Bloom) nie zamierza stawać po stronie Perseusza, który jest kolejnym dzieckiem z nieprawego łoża. Z kolei matczyna duma Tetydy (Maggie Smith) cierpi męki, ponieważ Zeus nie okazał litości synowi Tetydy, Kalibosowi. Takie przepychanki o dzieci są bardzo charakterystyczne dla bogów greckich i w filmie „Zmierzch Tytanów” były naprawdę świetnie ukazane. Widać było tę kłótliwość, upór i zazdrość bogów, którzy skazują na upadek całe miasta tylko za to, że ktoś ośmielił się porównać jakąś śmiertelną dziewuchę do boskiej nereidy. Perseusz (Harry Hamlin), jakkolwiek irytujący i niekiedy z miną „właśnie zaczyna mi się zaparcie, którego nie powstydziłby się sam Frodo Baggins”, również jest całkiem niezłym greckim herosem: sam właściwie jest w stanie zrobić bardzo niewiele, a niemal wszystkie zwycięstwa zawdzięcza pomocy bogów. Jest za to żądny czynów, niewątpliwie odważny i w którymś momencie odkrywa, co jest jego przeznaczeniem, zgodnie z którym musi postępować.

Te całkiem udatne charaktery w nowym filmie zostały bezlitośnie uwspółcześnione, przez co stały się absolutnie bezbarwne i straciły jedyny atut, jaki miały: egzotykę mentalności odmiennej od współczesnej, europejskiej. Nowy Zeus (Liam Neeson) to litościwa, miłująca ludzi pierdoła. Perseusz (Sam Worthington) to dresiarz w krótkiej spódniczce, któremu ktoś kazał recytować brednie o tym, że on nie chce być bogiem, chce być człowiekiem i żyć z ludźmi oraz dla ludzi. Co jest bzdurą, bo Fraa nie przypomina sobie żadnego greckiego herosa, który by chciał żyć jak zwykły, szary człowiek. Herosi mieli swoistą „heroiczną” mentalność. Ich matki owszem, próbowały czasem powstrzymywać synów od rzucenia się w wir heroicznych czynów, ale ciągnie swój do swego i żaden bohater nie mógł (a wiedząc o tym – nawet nie chciał i nie próbował) uniknąć przeznaczenia.
No i dlaczego w nowym filmie bogowie na Olimpie chodzili cały czas w zbrojach?

Charon - 2010
Żeby jednak nie było, że Fraa tylko marudzi – przyznać trzeba, że nowy film „Clash of the Titans” jest naprawdę efektowny. Pomijając Krakena, który w ogóle nie powinien być pokazany (bo najpierw jest godzina nakręcania się, że to taki potwór, że sami bogowie się go boją, po czym wyłazi klocowaty, zmokły stwór z pazurami – no i jest rozczarowanie), wizualnie film przedstawia się ładnie. Charon, choć w starym filmie jest jak najbardziej fajny, bo klasyczny, tutaj jest naprawdę z jajem. W sensie metaforycznym, oczywiście – Fraa aż tak dobrze mu się nie przyglądała... No rzecz w tym, że Charona zrobili naprawdę pomysłowo. Graje również są nieco „odnowione”, oczywiście mają już mniej z ludzi, a więcej z nieludzkich stworów, ale nadal robi to niezłe wrażenie. Meduza jak najbardziej poprawna, choć Fraa miała wrażenie w niektórych scenach pościgu, że śmiertelna Gorgona wręcz hamowała, żeby przypadkiem nie dogonić Perseusza.

Hades - 2010
Ze szczególnym upodobaniem Fraa wraca myślami do Hadesa (Ralph Fiennes). Sceny z nim są naprawdę fajne. Te, w których rozmawia z bratem, Zeusem, wyraźnie pokazują całą dwulicowość bogów, którzy oszukują się na lewo i prawo. Tutaj uległy i kochający braciszek, a tam kręci coś na boku – to takie... boskie. Z kolei wśród ludzi Hades jest niemal wszechpotężny, jego pojawienia się są dynamiczne, mocne i naprawdę robią wrażenie. Dodatkowo uświadamia to, jaka jest różnica między ludźmi i bogami: Hades, między śmiertelnikami – pan życia i śmierci. Między bogami – pokorny brat, który siłą niczego nie wskóra i pozostaje mu podstęp.
Fraa sobie myśli, że dla samych kilku scen z Hadesem warto zobaczyć ten film na dużym ekranie.

Io - 2010
Pytanie: co robi Io w „Starciu Tytanów”?! O ile Fraa kojarzy, Io po stosunku z Zeusem pędziła życie białej jałówki, na którą Hera zsyłała a to uciążliwe bąki (jakkolwiek by to nie brzmiało...), a to szaleństwo. Ostatecznie Io co prawda wróciła do ludzkiej postaci, ale wylądowała wówczas w Egipcie i Fraa nic nie wie o klątwie wiecznej młodości (co nie znaczy, że takowej nie było – Fraa nigdy specjalnie nie interesowała się postacią Io, więc jeśli coś ją ominęło, to chętnie teraz dowie się nowych rzeczy). Dlaczego akurat Io wybrano do filmu? Fraa nie ma pojęcia. Tym bardziej, że bohaterka ta była ze wszech miar irytująca i Fraa oglądała „Clash of the Titans” cały czas z myślą „obyś zginęła w jakiś fikuśny i makabryczny sposób, Io!”.

Ponadto Fraa ubolewa, że tak bardzo okrojono wystąpienia bogów w nowym filmie. Właściwie poza Zeusem i Hadesem (no i Io...), rolą pozostałych bogów jest zniknięcie, kiedy Zeus sobie tego zażyczy. Jakąś kwestię wypowiada jeszcze Apollo, i to tyle. Zrezygnowano więc z tego, co od zawsze dawało takie pole do popisu pisarzom i poetom: spory między bogami – możliwe przecież tylko przy okazji opowieści osadzonych w wierzeniach politeistycznych. To znaczy Fraa jest przeszczęśliwa, że oszczędzono jej Izabelli Miko jako Ateny, ale jednak pewien ogólny żal i poczucie niedosytu pozostaje.

Uczucie przesytu natomiast Fraa miała, kiedy w jednej ze scen żołnierz kładzie monety na oczach zmarłego towarzysza, a ich dowódca mówi: „Łapówka dla przewoźnika” (czy jakoś tak). Fraa usiłowała wyobrazić sobie tę scenę i nijak nie mogła wpasować tam tego typu wypowiedzi. Kto przy zdrowych zmysłach wygadywałby takie komunały? Po co? Dla kogo? Facet kładący monety chyba wie, dlaczego to robi. Wszyscy inni też, przecież wychowali się w tej samej kulturze. Tak więc było to zdanie ewidentnie przewidziane dla widza, wepchnięte na siłę i zupełnie niepotrzebnie. Fraa nie lubi być traktowana jak idiotka... Fraa nie wie jak w Stanach Zjednoczonych, ale o obolach dla Charona uczą w liceum, a może i w podstawówce (Fraa nie pamięta), więc to naprawdę nie jest wiedza tajemna, zarezerwowana dla grupy wybrańców.

Dziny - 2010
Na plus, ale i na minus zarazem, Fraa ocenia wprowadzenie do fabuły dżinów. Oczywiście pasują do dziejów Perseusza jak pięść do oka, ale trzeba przyznać, że ich pojawienie się jest bardzo efektowne, a oni sami stanowią ciekawe postacie. Fraa ma do takich istot pewną słabość, więc z łatwością je łyknęła w kontekście zabijania Meduzy, nawet jeśli widziała, że ich obecność w tym filmie to jakieś nieporozumienie.

Zdecydowanie na plus nowego „Clash of the Titans” natomiast przemawia mechaniczna sowa. Naprawdę fantastyczny ukłon w stronę pierwszego filmu.


Bubo - 1981
Podsumowując: jeśli idzie o związek z mitami, to żaden z filmów się nie broni. Jeśli idzie o charaktery i pewną ogólną składność historii, to zdecydowanie przewagę ma tutaj film z 1981 roku. Jeśli jednak chodzi o czystą i nieskrępowaną rozrywkę z elementami humoru, o efektowne sceny, wachlarz dość typowych bohaterów i dużo siekania – tutaj film z 2010 roku wygrywa w przedbiegach. Mimo że widziała wiele absurdów w filmie, Fraa naprawdę świetnie się bawiła w kinie. Trailer jaki jest, każdy może zobaczyć, a całość trzyma niemal ten sam poziom – czyli radosne mordowanie i dużo stworów. I zero sensu. Dodatkowo w trailerze pominięto najlepsze sceny z Hadesem. I sowę.





"– Niezliczone lata patrzyłem z Zaświatów, jak twoja srogość zamienia się w tkliwość. Ich modły miały karmić naszą nieśmiertelność. Ale pokochałeś ich zbyt mocno, urośli w siłę. Muszę się sprzeciwić, bo wszystkim nam grozi zagłada.

– Czego chcesz, bracie?
– Daj mi wolną rękę. Lud ponownie padnie na kolana. A ty będziesz pławił się w ich uwielbieniu i strachu.
– Znowu będziemy potężni.
– Jego miejsce jest w zaświatach!
– Nie będziesz mi mówił, gdzie jest moje miejsce. Twierdzisz, że żywi nas ich miłość. Ale to ty się nią żywisz. Ja żywię się tylko strachem i cierpieniem.
– Zeusie, nasz brat ma rację. Wysłuchaj go.
– Idź i czyń wedle woli."
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...