sobota, 17 kwietnia 2010

Odcinek 19

Fraa oczywiście znów miała potężne opóźnienie, ale co tam.
Jak można zauważyć, Fraa zrezygnowała z rozmywania kredek akwarelowych. Mimo całej intensywności i innych walorów, po prostu na tak małym obrazku Fraa nie jest w stanie tego jakoś z sensem wycieniować. A prawda jest taka, że ewentualnych rys, bladości i tak dalej i tak nie widać w ostatecznym rozrachunku, bo giną w innych efektach. Toteż Fraa zrezygnowała z tego sposobu.
Niebo doczekało się ostatecznej formy modyfikacji komputerowej.

Fraa jest natomiast całkiem ciekawa, czy widać kim są duchy. Bo że postacie autentyczne, to Fraa ma nadzieję, że nie trzeba tłumaczyć. Teraz pozostaje problem tego, czy udało się oddać jakiekolwiek cechy charakterystyczne tych postaci. Nie należy się tu też kierować żadnymi sympatiami ani antypatiami kawiarki, jako że duchy prezentują chyba pełen przekrój.

Jeśli ktoś uzna ten rysunek za jakiś straszny nietakt, to trudno. Fraa będzie wdzięczna za wskazanie jakiejś instrukcji, ile czasu konkretnie musi minąć, zanim można wspominać martwe osoby bez łez w oczach i drżącego podbródka.

Przy tej okazji Fraa chciała też podziękować Ylvanowi, który z godnym wzmiankowania poświęceniem prezentował jej, jak wygląda siadający człowiek. Cóż...Fraa naprawdę przeprasza, że w rezultacie i tak Grabarz wygląda jakby się przewracał. Rysowanie siadającego człowieka jest trudne...

 

PS. Ile razy słyszeli Państwo w ciągu ostatnich dni słowo "tragedia" czy też całościowe sformułowania typu "To wielka tragedia"?

piątek, 16 kwietnia 2010

Wielka Kolekcja Westernów (II.6) - "Appaloosa"

Minęło sporo czasu odkąd Christof puścił w świat swoje dzieło: program telewizyjny, w którym głównym bohaterem był nieświadomy niczego Truman. I oto Ed Harris – tym razem rzeczywiście stojący po drugiej stronie kamery – znów zajął się scenariuszem, reżyserią i produkcją. Dzieło może nie jest fenomenalne, ale warto poświęcić mu chwilkę.

Appaloosa
„Appaloosa” to western z 2008 roku. Fabuła przedstawia się z grubsza tak: Virgin Cole (w tej roli również Ed Harris) i Everett Hitch (Viggo Mortensen) przybywają do miasteczka Appaloosa, którego mieszkańcy są zmęczeni szarogęszeniem się bandy niejakiego Randalla Bragga (Jeremy Irons). Cole i Hitch przejmują miasteczko jako szeryf i jego zastępca. Dodatkowo Cole w końcu trafia na kobietę, z którą być może chciałby spędzić resztę życia, Allie (Renée Zellweger). Trzeba tylko znaleźć dowody na Bragga, aresztować go, osądzić i powiesić.

Na pierwszy rzut oka więc, całość sprawia wrażenie klasycznego westernu.
Fraa zdradzi w tajemnicy, że na drugi rzut oka też.
I właściwie to do samego końca.

Tym właśnie jest „Appaloosa” – klasycznym westernem, w którym dwóch przyjaciół najmuje się do szeryfowania w miasteczku i wypędzenia bandytów. Coś jak w „Dwóch złotych coltach”, z tym że tam przynajmniej relacje między głównymi bohaterami były nieco bardziej pogłębione i skomplikowane. Tutaj to po prostu wspólnicy. Choć mają różne podejście do prawa, w którego obronie zabijają, de facto nie ma to żadnego znaczenia, bo działają bardzo zgodnie. Dwaj twardzi faceci (swoją drogą, samo miasteczko też jest nieco podobne do tego z „Dwóch złotych coltów”).

Appaloosa - Cole i Hitch
Diabeł tkwi w smaczkach i w szczegółach (i w Jeremy'm Ironsie). Na przykład szczegół pierwszy: Virgin Cole, chociaż świetnie strzela i jest przecież niegłupi, nie jest überherosem. Co prawda sporo czyta, co może być postrzegane jako podkreślenie tego, że oprócz siły fizycznej, dysponuje też siłą intelektualną, ale przy okazji tego czytania wychodzi na jaw, że Cole chyba dopiero zaczyna swoją przygodę z angielskim. Wypadają mu słowa, czasem musi podpytać Everetta o jakiś tekst z książki, bo sam nie rozumie. Ponadto, nie za dobrze radzi sobie z kobietami – co prawda w wątku romansowym to nie przeszkodzi, ale początkowe rozmowy Cole'a z Allie pokazują szeryfa od bardziej ludzkiej, dość nieporadnej strony. Ma też inne słabości, no ale nie można wszystkiego zdradzać tak od razu.

Na pozór trochę mniej dopracowany jest Everett Hitch. Ot, wierny przyjaciel, który nigdy nie zdradziłby Cole'a. Widz niewiele wie o jego nawykach, upodobaniach czy słabościach. Przynajmniej z początku można się spodziewać, że Hitch będzie czymś w rodzaju tła dla Virgina. Z czasem daje się odczuć, że oprócz pomagania w brudnej robocie, Everett jest czymś w rodzaju Heglowskiego kamerdynera, którego musi mieć tak nadzwyczajna jednostka, jak Cole. To Hitch powstrzymuje przyjaciela od zatłuczenia faceta w saloonie, to Hitch wraca do miasta po konie, podczas gdy Virgin bezzwłocznie rzuca się w pościg. Poza tym, co już było wspomniane, Hitch objaśnia i podpowiada Cole'owi słowa. Po prostu dba o szeryfa, kiedy ten zajmuje się szeryfowaniem.

Appaloosa - Allison
Jest też kobieta – Allison French. Wykształcona, elegancka, zadbana, gra na pianinie. Wydaje się, że idał. Wątek jej związku z Cole'm jest nieco bardziej rozbudowany, niż raczej niezmienne relacje między szeryfem a jego zastępcą. W którymś momencie widz rzeczywiście nie wie do końca, jak to się wszystko potoczy, kto z kim zostanie. Wcale nie ułatwia sprawy pojawienie się Ringa Sheltona (Lance Henriksen – nie jest to co prawda wielka rola, ale bywało gorzej; nie zawsze można występować w „Obcym”...) oraz jego partnera, którzy są najemnikami zatrudnionymi przez Bragga.
Jakkolwiek za Zellweger Fraa w ogóle nie przepada, to tutaj taka panienka o zmrużonych ślepkach i okrągłej buźce nawet pasowała. Na swój sposób była inna niż większość westernowych oblubienic.

Dużym atutem filmu jest końcówka. Fraa oczywiście nie będzie jej opowiadać, ale „Appaloosa” naprawdę plusuje pod koniec. Okazuje się, że wszystko nie jest takie proste, jak można by się spodziewać, a Everett nie jest takim znowu tłem, za jakie mógł uchodzić do tej pory.

Appaloosa - coffee
Są i inne detale: w przeciwieństwie do większości westernowych postaci, Cole i Hitch niewiele piją. A jeśli już, to głównie kawę, za co zresztą Fraa od razu musiała ich polubić. Poza tym, są to panowie już niemłodzi, szczególnie Cole. I u niego właśnie w jakiś sposób to widać: to nie jest żądny przygód rewolwerowiec, tylko facet, który – jeśli tylko nadarzyłaby się sposobność – nie miałby nic przeciwko ustatkowaniu się i zamieszkaniu w ładnym domu.
No i niezależnie od wszystkiego, warto zapoznać się z tym filmem ze względu na obsadę, bo ta istotnie robi wrażenie (na przykład Jeremy Irons).


Fraa nie poczuła się powalona na kolana „Appaloosą”. Prawdopodobnie znów, jak to zazwyczaj bywa, miała za duże oczekiwania po trailerze, który zapowiadał coś mocniejszego, a okazało się, że całość jest jednak bardziej rozlazła. A może Fraa miała za duże oczekiwania po takich seansach, jak „Propozycja” czy „Wielki Mały Człowiek”. Trudno powiedzieć. „Appaloosa” była przyjemnym filmem, ale nie porywającym. Wartym obejrzenia, ale bez piania z zachwytu. Nawiązującym do najbardziej klasycznych westernów, w nieco odświeżonej formie.

Ale jak ktoś lubi westerny (lub Jeremy'ego Ironsa), to czemu nie?









„– Długo cię nie było.
– Rozpytywała o ciebie.
– W miły sposób?
– Pytała, czy jesteś żonaty.
– Co odpowiedziałeś?
– Że nie wiem.
– Widzisz tu gdzieś jakąś żonę?
– Nie.
– To czemu tak odpowiedziałeś?
– Możesz mieć w Silver City, w Nogales albo w Bisbee.
– Bisbee? Gdybym miał żonę w Bisbee, coś bym o niej wiedział.
– Allie cię o to spyta. Skleć sobie odpowiedź.
– Żyłem kiedyś z Apaczką, ale bez żadnych przysiąg.
– Ciekawi ją raczej stan aktualny.
– Aktualnie nie.
– Będzie zadowolona.
– Allie?
– Lubi, kiedy tak się na nią mówi. Co o tym sądzisz?
– Myślę, że pani French... Allie może być bardzo interesująca.
– Pytam o bandę.
– Skoczmy tam. Zobaczmy, co porabiają.
– Mogę dokończyć kawę?”

czwartek, 15 kwietnia 2010

ZaFraapowana filmami (18) - "Cesarzowa i Wojownicy"

Film otwierają sceny bitwy, w której – po wielu znojach – bohaterowie pokonują przeciwnika. Umierający cesarz chce mianować swoim następcą ulubionego, dzielnego generała. Nie podoba się to osobie z rodziny, która – aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu – pomaga cesarzowi zejść z tego świata. Zaczynają się niesnaski w państwie. Dodatkowo córka cesarza jest blisko związana z wyżej wymienionym generałem.
Nie, to nie „Gladiator”, choć Fraa się domyśla, że tak to może wyglądać.
Mowa tu o filmie „Cesarzowa i Wojownicy” z 2008 roku, w reżyserii Siu-Tung Chinga.

Cesarzowa i wojownicy
Kiedy film ten wchodził do kin, Fraa poważnie się zastanawiała, czy by się na niego nie wybrać. W końcu jakoś się nie zebrała w sobie, później nawet trochę żałowała, ale ostatecznie nie widziała „Cesarzowej...” aż do tej chwili.
Teraz Fraa wie, że niepotrzebnie żałowała.

Nie, żeby film był bardzo zły. W kinie mógłby nawet rzeczywiście być atrakcyjny ze względu na ładne zdjęcia, dużo akcji, siekania i fikuśne zbroje.
Niestety, efektowne filmy rzadko kiedy przechodzą próbę małego ekranu. I tak właśnie było tym razem: w momencie kiedy strona wizualna została ściśnięta na dziewiętnastocalowym monitorze, okazało się, że „Cesarzowa i Wojownicy” nie ma wiele więcej do zaoferowania. Już chyba „Dzień Niepodległości” lepiej się obronił, bo przynajmniej był tam jakiś humor.

Fraa naprawdę nie oczekiwała chińskiego Kurosawy, ale wolałaby jednak coś ambitniejszego, niż chińskiego „Gladiatora”. No dobrze, może cały film nie miał wiele wspólnego z „Gladiatorem”, ale początek – owszem. Kiedy cesarz proponował generałowi tron, Fraa po raz pierwszy pomyślała, że to już było. Ale kiedy siostrzeniec cesarski, po rozmowie z władcą i przekonywaniu go o własnych czystych intencjach, pomógł cesarzowi przenieść się na tamten świat, to już nie było zwykłe podobieństwo. To się zrobiła przygnębiająca powtórka z rozrywki.

Następne chwile nie były wiele lepsze, choć Fraa dostrzegła już inwencję własną twórców „Cesarzowej...”. Widz ma okazję zobaczyć, jak cesarza przebiła na wylot strzała. Oczywiście od razu władca zostaje przetransportowany do namiotu, gromadzą się dookoła niego zatroskani poddani i tak dalej. Ranny cesarz wydusza z siebie, że chce, żeby jego następcą został (chwilunia, Fraa musi sprawdzić, bo niestety nie była w stanie zapamiętać imion bohaterów...) Muyong Xuehu (Donnie Yen) i żeby jak najszybciej kontratakować. Muyong wykonuje rozkaz „jak najszybszego kontrataku” na swój specyficzny sposób: mianowicie podchodzi do cesarza i zaczyna z nim ględzić.
A najlepsze, że kiedy już wojsko rusza do boju, okazuje się, że cesarz został w namiocie sam, bez żadnej opieki, bez medyka, ze strzałą sterczącą jednym końcem z pleców, drugim z piersi, no i tak sobie spaceruje po tym namiocie. Sam. Świetnie, naprawdę świetnie. W końcu to tylko stary cesarz, no nie? Kto by się tam przejmował...

Jak łatwo się domyślić, zjawia się wtedy zły siostrzeniec, Wu Ba (Xiaodong Guo), który wykorzystuje okazję w nadziei, że po śmierci cesarza zasiądzie na tronie.
Wu Ba
Nawiasem mówiąc, niech sobie Państwo wyobrażą perfidnego, żądnego władzy, okrutnego, bezlitosnego i ogólnie złego Chińczyka. Wyobrazili sobie Państwo? No. To tak właśnie wygląda Wu Ba. Od pierwszego wejrzenia wiadomo, kto tu będzie największym przeciwnikiem tytułowej cesarzowej.
To samo dotyczy innych postaci i relacji między nimi – intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, a twórcy nie pokusili się choćby o jeden, malutki nieoczekiwany zwrot akcji. Fraa już mówiła: nie spodziewała się drugiego Kurosawy, naprawdę nie oczekiwała też Hitchcocka. Czasem pewne banały potrafią dodać uroku, stanowią taki miły, znajomy akcent. Ale tutaj banał popędza banał. Przez cały czas Fraa miała wrażenie „to już było”. A to „Gladiator”, a to „Merlin” i scena, w której Artur bezkrwawo wygrywa bitwę i wszyscy go kochają, do tego dochodzą truizmy o tym, że wojna jest be i że odizolowanie się w lesie nie jest rozwiązaniem, bo o to co się kocha, należy walczyć. Żadnej świeżości myśli, niestety.

Skoro już była mowa o głupotach, to jeszcze tylko należy wspomnieć o pościgu w lesie – bo Fraa cały czas się zastanawiać, po co zabójcy tyle się tyrdlali z wcelowaniem zatrutymi strzałkami w Yan Feier (Kelly Chen), która gibała się w tę i z powrotem na boki, zamiast od razu strzelić w konia. Albo przynajmniej bliżej okolic zadka Yan, niekoniecznie w ramiona. Przecież jeśli się siedzi na koniu, to łatwiej zrobić unik górnymi partiami ciała, niż okolicami lędźwiowymi. Fraa ma wrażenie, że co jak co, ale intelektem to chińscy zabójcy nie grzeszą. Od razu mija lęk przed nagłym atakiem Triady. 
Podobną błyskotliwością popisał się zabójca-truciciel i jego pomagierka, no ale Fraa nie będzie tu spoilerować. Widz sam sobie może zobaczyć.

Za to  przy pierwszym ataku zabójców, kiedy cesarzowa zajmowała się koniem w rzece, Fraa miała tylko jedną myśl: będzie padało, ninja nisko latają... (i owszem, Fraa wie, że ninja to Japonia)


Można by jednak uznać, że popychla głównego złego są kretynami, żeby na ich tle lepiej wypadały główne postacie. Niestety, wcale tak się nie dzieje.
Cesarzowa Yan Feier to irytująca, rozchwiana emocjonalnie bździągwa, która – kiedy tylko zaczyna się robić nieciekawie – zadziera kiecę i leci do lasu. W ogóle jej deklaracja, że od teraz, skoro została cesarzową, będzie się uczyć walczyć, jest cośkolwiek idiotyczna. Fraa nie zna się aż tak dobrze na przebiegu kariery wojskowej w starożytnych Chinach, ale coś jej się zdaje, że choćby bohaterka trenowała i rok (a wygląda na to, że trenuje dużo krócej), to raczej nie dorówna zaprawionym w bojach wojownikom, o których chciałoby się powiedzieć, że zjedli zęby na wojnach, gdyby nie to, że raczej nie tyle tam zjedli te zęby, ile ktoś im je wybił w wirze walki. Słowem: rychło w porę Yan Feier wzięła się za trening. Fraa tylko nie bardzo wie po co, bo na prawdziwym polu bitwy i tak cesarzowa byłaby bezużyteczna.

Co więcej? Cesarzowej z dużą lekkością przychodzi mówienie, że przeżyła z kimś najlepsze chwile życia. Takim komplementem obdarzyła zarówno (Fraa ma nadzieję, że te imiona jakoś tak się odmieniają...) Muyonga Xuehu, jak i Duana Lan-Quana (Leon Lai) . Sprawia to, że Yan Feier sprawia wrażenie jeszcze bardziej chorągiewkowate. Jak jej powieje, tak ona się skłania. W finałowej walce też daje ciała, a efekt można określić całkiem prosto: „więcej szczęścia jak rozumu”.

Muyong Xuehu
Dla równowagi, pierdołowatej cesarzowej towarzyszą dwaj najwięksi wojownicy cesarstwa – acz tylko generał Muyong Xuehu ma taką scenę, gdzie w pojedynkę roznosi w pył całą armię, w dodatku z połowicznie zdjętą zbroją, podziurawiony gorzej niż Boromir, z rozwianym włosem prawdopodobnie całkowicie zasłaniającym mu widoczność. Jest jednym, wielkim kłębkiem waleczności, siły i odwagi. Niestety, o ile na początku byłoby to czymś w rodzaju wspomnianego już drobnego, dodającego uroku kiczu, o tyle z czasem zaczyna robić się z tego bezlitosna dłużyzna.

Fraa mogłaby ewentualnie o muzyce coś jeszcze powiedzieć, ale właściwie nie ma tu czego mówić. Ot, coś pośredniego między „Władcą Pierścieni”, „Gladiatorem” a czymś jeszcze. Nie porywa, ale i nie drażni zanadto.

Można obejrzeć, jeśli ktoś toleruje wesołą jatkę przeplatającą się z mdłymi scenkami jak z tandetnego romansidła. Film nie męczy, trwa zaledwie półtorej godziny, choć Fraa nieśmiało stwierdza, że te półtorej godziny można spędzić ciekawiej. Chociaż kiedyś można zerknąć na „Cesarzową i Wojowników”, bo scena, w której wkręcają Yan Feier w objęcie tronu jest jednak niezmiernie urokliwa.





„– Przed wyruszeniem na bitwę król zostawił instrukcje, że w przypadku śmierci jego nastąpcą zostanie Muyong Xuehu.
– (…) Czy chcesz się sprzeciwić woli króla?
– Gdyby rzeczywiście było to ostatnie życzenie króla, nikt nie śmiałby oponować. Ale jeśli dobrze rozumiem, mamy na to tylko twoje słowo.
– Lordzie Wu, podważasz moją szczerość?
– Będziemy słuchać rozkazów króla. Nie twoich!
– Przed śmiercią król przekazał mi swój miecz, i powiedział...
– Rozumiemy cię, pani! Jego Wysokość wyznaczył córkę na następczynię! Muyong i armia Yan przysięgają wierność Waszej Wysokości do ostatniego tchu!"

środa, 14 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (17) - "Wehikuł Czasu"

Do tej pory Fraa miała przyjemność oglądać dwa filmy na podstawie książki Herberta George'a Wellsa – jeden z roku 1960 i drugi z 2002. Jakkolwiek początkowo Fraa miała wrażenie, że pierwszy z filmów jest w porządku, a drugi mocno taki sobie, to teraz doszła do wniosku, że oba są raczej gorsze niż lepsze.


Wehikul Czasu - H.G. Wells
Autor: Herbert George Wells
Tytuł: „Wehikuł czasu”

Przekład: Feliks Wermiński
Przekład zweryfikował i opracował: Juliusz K. Palczewski
Tytuł oryginału: „The Time Machine”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Wrocław 1985
Wydawca: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Seria: Biblioteka Narodowa


Fraa była bardzo pozytywnie zaskoczona tą lekturą. I nie chodzi tu o to, że okazało się, iż to malutka książeczka. Choć bez wątpienia to wpłynęło na szybkie przeczytanie, ale nie w tym rzecz. Idzie natomiast o to, że jest bez porównania bardziej przemyślana i – jak to się mówi – skłaniająca do refleksji, niż którakolwiek z ekranizacji.

Przede wszystkim widać wyraźnie, że w książce „Wehikuł czasu” główny bohater, Podróżnik w Czasie, wcale nie jest głównym bohaterem. Jest jedynie obserwatorem, a jego perypetie stanowią tylko pretekst do tego, żeby pokazać pewną możliwość rozwoju społeczeństwa i całej planety. Sam Podróżnik jest właściwie nieistotny. Czytelnik nawet nie przygryza paznokci w napięciu czekając, czy mężczyzna przeżyje swoją przygodę, bo cóż: oczywista, że przeżyje, przecież to on właśnie opowiada swoje losy. Toteż przygryzanie paznokci odbywa się z zupełnie innych powodów: czytelnik czeka w napięciu, co jeszcze tam zobaczył Podróżnik.
Zresztą, świadczy o tym choćby fakt, że Podróżnik nie ma imienia. Inni dżentelmeni też pozostają anonimowi, określani tylko jako Lekarz, Dziennikarz, Bardzo Młody Człowiek i tak dalej. Owszem, kilka nazwisk gdzieś się raz przewija, ale kompletnie nie zostają one w pamięci.
Co innego świat przyszłości, któremu tak naprawdę poświęcona jest książka: tam już nazwy własne występują w normalnym zagęszczeniu. Czytelnik ma Ejolów (w tym uratowaną przez Podróżnika Weenę) oraz Morloków.

Jeśli już Fraa wspomniała Weenę i Ejolów, to musi tutaj nadmienić, że w ogóle nie przypomina to filmów. Ejole są skrajnie niemedialni i gdyby przedstawiać ich w ekranizacjach tak jak wyglądali w oryginale literackim, całość wyglądałaby groteskowo, a Podróżnik miałby dużą szansę zostać posądzonym o pedofilię, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do zdjęcia filmu z ekranów kin. Rzecz w tym, że narrator wielokrotnie podkreśla, iż Ejole zachowują się jak dzieci, ponadto z wyglądu są to istotki bardzo wątłe, mają drobne podbródki, duże oczy i małe usta. Mężczyźni właściwie nie różnią się niczym od kobiet czy dzieci. Dzieci właściwie różnią się tylko tym, że są jeszcze mniejsze.
To nie wyglądałoby poprawnie politycznie na ekranie.

Wątek miłosny w książce jest zresztą bardzo specyficzny. To nie jest banalne, filmowe zakochanie się. Weena przywiązuje się do Podróżnika po tym, jak ten wyratował ją tonącą w rzece. I tak to wygląda: nie tyle romans, co właśnie przywiązanie. Weena jest zapatrzona w Podróżnika, wszędzie z nim drepcze, obrzuca go kwiatami i zawodzi głośno, gdy ten ją zostawi. Podróżnik natomiast jest w jakiś sposób rozczulony jej niewinnością i niezwykłym urokiem, więc w końcu też się przywiązuje do swojej małej Weeny. Trudno powiedzieć tak naprawdę ile w tym romansu, ile ojcowskich uczuć, a ile zwykłego „jestem mężczyzną, muszę bronić słabszej, kruchej istotki, ugh”. Fraa zresztą miała przy tej okazji pewną wątpliwość, jako że narrator mówi w którymś momencie:
„Zawsze wydawała mi się więcej człowiekiem, niż była w istocie – może dlatego właśnie, że przywiązała się do mnie tak po człowieczemu.”
Fraa z kolei wcale nie uważa, żeby to było przywiązanie szczególnie człowiecze. Biorąc pod uwagę różnice kulturowe, barierę językową i rozbieżności w samej budowie fizycznej, przypomina to po prostu wiernego szczeniaka i jego pana. Taki szczeniak przecież też wyje i piszczy pod drzwiami, jak pan sobie pójdzie. I też chodzi za nim krok w krok. Możliwość porozumienia się z takim psiakiem nie są też dużo uboższe, niż możliwość nawiązania dialogu Podróżnika z Weeną. Sam Podróżnik zresztą wyraża się o tym romansie w ten sposób:
„Powiedziałem sobie, że nie po to dostałem się w przyszłość, aby prowadzić miniaturowy flirt.”


Nie ma w książce tak ewidentnej dysproporcji, jaka jest w filmach: że Ejole to wspaniali ludzie, a Morlokowie to potwory. U Wellsa owszem, jedni są śliczni, drudzy paskudni, ale obie rasy w równym stopniu są odczłowieczone, obce, ale jednocześnie ludzkie. 


Nadzwyczaj ciekawe jest śledzenie tego, jak narrator ocenia tę obcą cywilizację – mieszają się w tej ocenie poczucie niezrozumienia, zachwyt, rozczarowanie i zaskoczenie. Fraa najbardziej ceni jednak to, że zaproponowana przez Wellsa koncepcja przyszłych losów ludzkości jest całkiem logiczna i przekonująca, właściwie Fraa sama jakiś czas temu dochodziła do podobnych wniosków w tym temacie. Że rozwój cywilizacyjny w konsekwencji może doprowadzić do osłabienia człowieka, do jego bezbronności. Zresztą, nie jest to żaden bardzo świeży pomysł. O tym, że warunki życia kształtują budowę fizyczną i charakter całych narodów, pisał już Herodot w „Dziejach” czy Hekatajos w dziele „O wiatrach, wodach, miejscach”.

Pod koniec podróży narratora czytelnik może zobaczyć czasy jeszcze późniejsze – już nie rok 802 701, tylko czas, kiedy Ziemia przestaje krążyć dookoła Słońca, a Słońce wchłania kolejne planety. Są to krótkie migawki, gdyż Podróżnik szybko opuszcza te ostatnie chwile Ziemi, ale jednak są to obrazki w jakiś sposób przejmujące ze względu na wszechobecną ciszę, martwotę. Czytelnik czuje, że oto jest świadkiem agonii macierzystej planety.

Ponadto całość jest napisana lekko i przyjemnie, nie bez humoru. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że czytelnik zagłębia się całkowicie w opisywany świat, patrząc na niego oczami Podróżnika. Podróżnik niejako „nie zasłania” tej krainy przyszłości, tak jak by to miało miejsce przy narracji trzecioosobowej.

Co do samego wydania, to – zgodnie ze starą, chlubną tradycją BN – jest to kawałek solidnej roboty. Obszerny wstęp pozwala bliżej zapoznać się z tematem i wyciągnąć parę wartościowych informacji (jak ktoś chce, może czytać wstęp po lekturze samego „Wehikułu Czasu”, bo znajduje się w tym wstępie parę spoilerów), a także parę ciekawostek, jak chociażby wzajemne oceny Verne'a i Wellsa czy to, że sam Wells przyznał, iż gdyby przyszedł do niego ktoś z takim dziełem, jakim była pierwsza wersja „Wehikułu...”, czyli „The Chronic Argonauts”, to Wells osobiście podziękowałby delikwentowi za współpracę i odradził zajmowanie się pisaniem.
Innym pozytywem wydania są przypisy – chodzi konkretnie o przypisy przy jednostkach miar, jako że o ile jeszcze cal jest jasny, o tyle stopa, jard czy mila już niekoniecznie.
Oczywiście nie obeszło się bez błędów: pod koniec rozdziału szóstego na przykład brakuje jednej linijki tekstu:

„(...) Kilka jardów nieludzko
walczyłem z omdleniem, kilka razy zakręciło mi się w głowie,

się jakoś z czeluści studni i wywlokłem poza obręb zwalisk
na oślepiające słońce.”


W jednym Fraa musi zgodzić się z Verne'm: u Wellsa mało jest technicznych konkretów, a zdecydowanie więcej czystej fantazji.

Sama maszyna do podróżowania w czasie jest opisana bardzo skromnie, Fraa bardziej sobie wizualizowała wehikuł na podstawie filmów, niż tekstu. Pozostawiło to pewien niedosyt, to prawda.

W każdym razie Fraa jest bardzo zadowolona z tej lektury i poleca ją z pełną świadomością. Zwłaszcza tym, którzy widzieli film. Bo warto zobaczyć, jak to naprawdę wygląda.





„Widząc dobrobyt i bezpieczeństwo, w którym żył ten lud, zrozumiałem, że podobieństwo płci będzie ostatecznie tym, czego należy oczekiwać, bowiem siła mężczyzny i miękkość kobiety, instytucja rodziny i różnica zawodów są tylko konieczną potrzebą wojowniczego wieku siły fizycznej. Gdy przyrost ludności jest wyrównany i liczebnie obfity, wysoka liczba urodzeń staje się raczej klęską niż błogosławieństwem państwa. Kiedy klęski są rzadkością, a potomstwo żyje bezpiecznie, mniej potrzebna, a nawet zupełnie niepotrzebna staje się liczna rodzina. Znika też wśród obojga płci podział funkcji w związku z wychowaniem dzieci. Początki tego widzimy już nawet w naszych czasach, a w owych przyszłych wiekach taki stan rzeczy zupełnie się już ustali. Tak wówczas, powiadam wam, myślałem sobie. Później dopiero przekonałem się, jak dalece mijało się to z rzeczywistością.”

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Granie na Fraakranie (2) - "Runebound"

Roman Dziki, Baran Mistrz Runów i laska w stałej pozycji „na Małysza”? Oczywiście! To Runebound! Nie... Naturalnie, że tak naprawdę to był Ronan Dziki, Mistrz Runów miał na imię Baras, a kobieta o wdzięcznej ksywce Zjawa miała po prostu skrzywioną figurkę – nie zmienia to faktu, że gra jest naprawdę miodna.

Runebound - pudełko
Runebound
edycja polska
Liczba graczy: 1 – 6

Czas rozgrywki: 2 – 4 godziny




Pudełko jest niewielkie, ale mieści się w nim wszystko to, co się mieścić powinno. Sama plansza jest solidnym kawałkiem tektury, a nie fruwającym i przecierającym się świstkiem. Do tego całkiem pokaźny pakiecik kart, żetonów no i figurki. Naprawdę ładne, szczegółowe figurki.
I instrukcja.

Fraa oczywiście przede wszystkim dorwała się najpierw do instrukcji. Jest wydana estetycznie, a napisana bardzo jasno. Nawet średniointeligentna kawiarka da sobie radę ze zrozumieniem wszystkich zasad. Oczywiście pojawiają się pojedyncze wątpliwości, ale swobodnie można je sobie doprecyzować na czuja. Tym bardziej, że to naprawdę odosobnione przypadki. Instrukcja oczywiście nie jest perfekcyjna – Fraa zauważyła w paru miejscach potknięcia typu literówka („Wyzwanie” zamiast „Wyzwania, jakieś niechciane ogonki przy „e” itd.), inne tłumaczenie (wszędzie są harty Handlu, a raz są one nazwane kartami Rynku), gdzieś przewinęło się „--” zamiast jednego myślnika, gdzie indziej znów Fraa widziała „!.”, no plus część zdjęć w instrukcji było z edycji angielskiej, a część z polskiej. A jednak te pojedyncze drobiazgi w żaden sposób nie przyćmiewają ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia. W końcu najistotniejsze, żeby reguły były przedstawione czytelnie. I są. W dodatku do konkretnych sytuacji podano przykłady. A w niektórych momentach Fraa nawet się uśmiechnęła przy tej lekturze.

Zjawa - figurka
W grze również można znaleźć taką pojedynczą usterkę – wyżej wspomnianą Zjawę w pozie „na Małysza”. Na swój sposób jednak może to dodać grze uroku, więc Fraa się tym nie przejmuje.
Nie zmienia to faktu, że figurki są wykonane starannie i ładnie. Fraa ma nawet plan pomalowania ich, ale chwilowo panicznie się tego boi, więc się za takie rzeczy nie bierze.



Co do samej gry, to jest ona naprawdę przezabawna.



Runebound - kosci ruchu
Ruch postaci jest rozegrany rzeczywiście ciekawie, ponieważ zamiast zwyczajowego rzucania kośćmi i sumowania kropek/cyferek, ewentualnie zamiast z góry określonej liczby punktów ruchu (takie rozwiązanie jest w Arkham Horror), w Runebound gracz ma kości ruchu, które określają jakie tereny ma do wyboru. W rezultacie dowolność jest dość duża, a ograniczenie, że na przykład komuś nie wypadła ani jedna droga czy rzeka, jest dodatkowym smaczkiem.

Fraa ma niejasne wrażenie, że w jakiś sposób postacie walczące na odległość mają przewagę nad magami, jako że walka składa się z trzech faz, z których pierwsza jest na odległość, druga wręcz, a trzecia – ostatnia – to używanie magii. Stąd też istnieje duża szansa, że gracz, będąc magiem, zanim będzie mógł w ogóle zaatakować, oberwie od potwora w którejś poprzedniej fazie. Przynajmniej na początkowych etapach, kiedy potwora można zdjąć jednym atakiem, ma to spore znaczenie. Gracz walczący na odległość zabija potwora od razu i po sprawie.
Fraa jednak ma nadzieję, że to wrażenie jest mylne i w dalszej fazie rozgrywki takie rzeczy tracą znaczenie.

Fakt faktem, Fraa nie dotrwała jeszcze ani razu do szczególnie zaawansowanej fazy rozgrywki, a cóż dopiero mówić o zakończeniu którejkolwiek, jako że najzwyczajniej w świecie zabrakło na to czasu. Gra pożera dużo czasu i trzeba się z tym pogodzić. To nie jest rozrywka na pół godzinki, do wciśnięcia gdzieś między kurs origami a naukę peruwiańskich tańców ludowych, kiedy człowiek wpada na chwilę do domu na obiad. To rozrywka, którą należy zacząć dość wcześnie i przeznaczyć na nią cały dzień. Fraa uważa to oczywiście za ogromny atut – można się spokojnie wczuć w klimat, zagłębić w rozgrywkę. Bo co to za zabawa, parę rzutów kośćmi i koniec? Jeśli coś jest fajne, Fraa chce mieć tego więcej (nie wiązać tego z żadnymi dennymi tekstami o tym, że „kochanego ciałka nigdy za wiele”!). Pod tym względem, Runebound sprawdza się naprawdę fantastycznie.

Runebound - plansza
Tak naprawdę wszystkie wcześniejsze zastrzeżenia to detale, które nie mają żadnego wpływu na jakość rozgrywki. Jedna rzecz, którą Fraa musi przyznać z niejakim żalem, to same realia Runebound: jest to fantasy w dość trywialnym wydaniu. Brakuje czegoś, co by je wyróżniało, jakoś szczególnie przykuwało uwagę. Tak jak Arkham Horror miało ten niesamowity, Lovecraftowski klimat, tak tutaj jest po prostu fantasy. Niczego więcej o tym się nie da powiedzieć. Jeśli ktoś nie lubi takich klimatów, to ta gra nie jest dla niego. Jeśli jednak klasyczność fantasy komuś nie przeszkadza – Fraa może spokojnie polecić Runebound.
Fraa znalazła w Internecie jeszcze jeden zarzut: że mianowicie rozłożenie wszystkich znaczników i przygotowanie planszy zajmuje tyle czasu, że w międzyczasie odechciewa się grać. Fraa nie wie, czy osobnik, który wydał taką opinię, usiłował przygotować planszę stopą, czy może z zamkniętymi oczami, wykonując obrót na jednej nodze co dwa ułożone znaczniki. Fraa jakoś radzi sobie z przygotowaniem wszystkiego całkiem szybko – a na pewno na tyle szybko, że po dokonaniu tego arcytrudnego questa nadal chce się grać.

Graficznie gra prezentuje się bardzo ładnie, Roman Dziki ma odjechaną wiewiórkę, a każda rozgrywka to liczne godziny świetnej zabawy, a i tak najważniejsze jest przecież towarzystwo, w jakim się gra.


Zdjęcia pochodzą kolejno z:




„The spirits are angry. I am angry too. When we get angry, people get hurt”
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...