sobota, 10 kwietnia 2010

Odcinek 18

Nie należy zapominać, że Grabarz (Łosiu, może i to był Eustachy... acz póki co Fraa wstrzyma się z określaniem go tym imieniem, bo nadal nie jest pewna) jest grabarzem nie tylko z nazwy. To jego zawód. I czasem, niestety, zdarzy się tak, że nie można już siedzieć na tyłku, palić papierosa i pić. Czasem grabarz po prostu musi pracować.
Jak ktoś chce, może to traktować jako taki jednonogowgrobowy hołd. A jak nie chce, to nie musi.
Jak ktoś chce, może też przypomnieć sobie jentyki cętkowane i trawiaste. Ale też nie musi.

Po prostu dzisiaj będzie w ten sposób.


piątek, 9 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (16) - "Lekcje rysowania i malowania fantasy: grafika komputerowa"

Tak, Fraa najwyraźniej ma fazę na poradniki, bo znów książka o tym, jak coś robić: tym razem – jak rysować postacie fantasy. Lekturę tę Fraa pozyskała razem z tą o nieumarłych, więc najprawdopodobniej nie uniknie porównań.


Lekcje rysowania i malowania fantasy - Cowan
Autor: Finlay Cowan
Tytuł: „Lekcje rysowania i malowania fantasy: grafika komputerowa”

Przekład: Ewa Romkowska
Tytuł oryginału: „Drawing & Painting Fantasy Figures”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2007
Wydawca: Arkady

Pierwsza rzecz, jaka się nasuwa, to tytuł książki. Nie wiedzieć czemu, polski tytuł zawiera człon „grafika komputerowa”, tak jakby to właśnie o tym traktowała ta pozycja. Co jest jak najbardziej mylące, ponieważ książka dotyka zarówno kwestii grafiki komputerowej (no oczywiście, nikt nie twierdzi, że tego tam w ogóle nie ma), jak i ołówka czy farb. Zresztą, w oryginalnym tytule przecież nie ma mowy o grafice komputerowej.Zaczyna się oczywiście tak, jak musi się zaczynać: wstępnymi informacjami o inspiracjach, o narzędziach, co to ołówek i tak dalej. Jest też rozdział „Rozrysowywanie kadrów”, dotyczący – jak łatwo się domyślić – zasad tworzenia komiksów.Po tym zbiorze podstawowych wiadomości, zaczyna się zasadnicza część książki. Czyli na początek: rysowanie twarzy bohaterów. Fraa ma w nosie, czy są to bohaterowie fantasy czy nie – acz fakt faktem, instrukcja obsługi do rysowania ludzkiej twarzy zawsze się przyda. Chociaż jeśli idzie o mimikę, to Fraa ma poważne wątpliwości.

niepokoj podejrzliwosc


Obrazek po lewej jest w książce określony jako niepokój, a po prawej – podejrzliwość. Fraa kompletnie się z tym nie zgadza, no ale to nie miejsce na dokładniejsze roztrząsanie, które elementy twarzy pasują do jakich emocji.


Kolejnym pożytecznym elementem są mechanizmy rysowania sylwetek. Znów: raczej uniwersalne zasady, a ich „fantastyczność” można sobie w buty schować. Ale też Fraa potrzebuje również uniwersalnych zasad – przecież w fantastyce człowiek to człowiek, rysuje się dokładnie tak samo jak niefantastycznego człowieka. W książce znajduje się schematyczny układ mięśni, porada jak sobie radzić z ruchami postaci czy z perspektywą. Czyli całkiem sensowne kwestie.

Kolejny rozdział traktuje o bohaterkach – tutaj znalazł się dodatkowy podrozdział, poświęcony ozdobom.

Fraa była nieco zaskoczona oddzielnym rozdziałem o czarodziejach – bo dlaczego na przykład twarz czarodzieja miałoby się rysować inaczej niż twarz innego bohatera? Ten podział Fraa uznała za dość absurdalny, ale nie szkodzi – więcej twarzy i więcej schematów. Tyle tylko, że równie dobrze mogłoby się to wszystko pojawić dwa rozdziały wcześniej.
Fajną rzeczą za to jest mała instrukcja rysowania takich elementów jak błyskawice czy kłęby dymu.

Przy smokach też jest kilka kwestii, które Fraa uznała za całkiem przydatne: schemat jak można zacząć rysowanie zwierzaka (Fraa zawsze jechała po prostu od łba do ogona, bez zabawy w jakieś parę kresek na początku – zresztą tego typu wskazówki znajdują się również w kolejnych rozdziałach dotyczących rozmaitych innych bestii oraz istot człekokształtnych), i jak rysować łuski (Fraa co prawda ma książkę dotyczącą rysowania zwierząt, ale składa się ona głównie z gotowych szkiców, a tutaj jest instrukcja dla debila „krok po kroku”).

Dodatkowo całkiem ciekawym rozdziałem jest ten poświęcony dodatkom, takim jak broń, totemy czy ornamenty. Niby nic specjalnego i jeśli ktoś chciałby się tym kierować przy rysowaniu, to wyszedłby mu straszny banał, ale przynajmniej rozdział ten pokazuje sam fakt, że istnieją takie elementy i że należałoby się nimi zainteresować.

Jest jeszcze jeden rozdział, który Fraa uważa za cenny: dotyczy on perspektywy i skali. Kolejna rzecz, którą można wykorzystać w rozmaitych wcale nie fantastycznych rysunkach, a z którą Fraa troszkę sobie nie radzi.

Ostatnia część książki dotyczy malowania flamastrami, farbami oraz robienia użytku z komputera.

A więc po raz kolejny: jest to książka dla początkujących, gdzie od A do Z opisano jak powinny być rysowane niektóre rzeczy. Jej wadą jest to, że jeśli ktoś miałby się z niej rzeczywiście uczyć, to jego twórczość wpadnie w okropny banał. „Lekcje rysowania i malowania fantasy” podsuwa gotowe archetypy i wskazówki, jak powinien wyglądać zły mag, jak szalony mag, jak barbarzyńca, a jak elf.
Kolejnym mankamentem, choć tu oczywiście jest to niewątpliwa kwestia gustu, jest sam autor. O ile galeria Keith Thompson naprawdę robi wrażenie, a jej grafiki są dopracowane, ciekawe i zapadające w pamięć, o tyle rysunki Finlay'a Cowana są – szczerze mówiąc – raczej nieciekawe. Właśnie banalne.

Tym niemniej książkę można wykorzystać do tworzenia wizerunków ludzi, zwierząt i krajobrazów.




„Popyt na ilustratorów fantasy nie maleje od dziesięcioleci, a ostatnie osiągnięcia grafiki komputerowej sprawiły, że jeszcze wzrósł, jako że Hollywood wykorzystuje możliwości sztuki cyfrowej do produkcji coraz bardziej widowiskowych i dopracowanych efektów specjalnych. Ilustratorzy zatrudniani są dziś do najrozmaitszych prac w wielu dziedzinach, od projektowania okładek do książek i rysowania komiksów do tworzenia różnego rodzaju projektów dla filmu.”

czwartek, 8 kwietnia 2010

Granie na Fraakranie (1) - "Horror w Arkham"

I tak się stało, że Fraa postanowiła otworzyć nową kategorię na blogu. A są nią gry.
Gry w bardzo ogólnym pojęciu, choć raczej berka ani chowanego nie należy się tu spodziewać. Prawdopodobnie nie pojawi się też poker, brydż ani tysiąc, bo Fraa – z nieznanych nikomu powodów – darzy niechęcią karty. Te tradycyjne karty, oczywiście.
Nie ma natomiast rozróżnienia, czy będą to gry planszowe, karciane czy komputerowe, internetowe czy możliwe do grania w trybie offline (choć tych jest coraz mniej ze względu na coraz bardziej idiotyczne próby zabezpieczania się przed piractwem podejmowane przez producentów...).

Na początek Fraa musi powiedzieć kilka słów na temat czegoś, w co miała niewątpliwą przyjemność grać jakiś czas temu:

Horror w Arkham
Horror w Arkham (Arkham Horror)
edycja polska

Ilość graczy: 1 – 8

Czas rozgrywki: 2 – 4 godziny



Fraa była naprawdę zaskoczona, ale „Horror w Arkham” jest grą, w której zwycięstwo tak po prawdzie ma nikłe znaczenie. Liczy się granie. Ze względu na fantastyczny klimat, można grać kilka godzin i ani trochę się nie znudzić. Gra sprawiała frajdę nawet wówczas, kiedy wszyscy od samego początku wiedzieli, że za kilka tur Przedwieczny się obudzi i zje wszystkich nawet bez polewania ketchupem czy musztardą.


Tu zresztą pojawia się pierwszy haczyk, ponieważ o ile z częścią Przedwiecznych – jeśli już się obudzą – teoretycznie można próbować walczyć (pytanie tylko po co...?), o tyle przebudzenie Azathotha oznacza natychmiastową porażkę, jako że ten Przedwieczny ma przykrą właściwość„Całkowite zniszczenie”.
Zresztą, kiedy tylko to zostało powiedziane, do następnej rozgrywki został wylosowany nikt inny, tylko właśnie Azathoth.

AH plansza
Jak łatwo się domyślić z nazwy, gra jest oparta na mitologii Lovecrafta. Centralną część planszy (solidnej i naprawdę estetycznej planszy, zresztą) zajmuje Arkham i to głównie tam (oraz w Innych Światach) toczy się gra. Gracze mają do dyspozycji szesnaście kart Badaczy (i oczywiście tyleż pionków). Do Badaczy będzie należało zamykanie co i rusz otwierających się wrót i ubijanie stworów wyłażących z rzeczonych wrót. Zalecane jest, żeby gracze współpracowali ze sobą, ponieważ tylko w ten sposób możliwe jest zwycięstwo („możliwe” nie oznacza „gwarantowane”...).


AH karta Badacza
Jak Fraa wspominała, gra ma niesamowity, wciągający klimat. A wynika to nie tylko z bardzo ładnej planszy i ilustracji stworów oraz Badaczy, ale też z tekstów. Każda karta Badacza, oprócz statystyk, umiejętności i ekwipunku, zawiera na odwrocie historię danej postaci, dzięki czemu gracz dużo lepiej może zatopić się w Lovecraftowskich realiach. Do tego dochodzą krótkie cytaty na znacznikach potworów, które znów – choć nie mają wpływu na rozgrywkę, to jednak świetnie podkręcają klimat.

Oprócz mordowania stworów, zamykania i pieczętowania bram, Badacze mogą również przemieszczać się do różnych lokacji celem zbadania ich albo przehandlowania czegoś. Nie wiedzieć czemu, Fraa nigdy tego nie robiła – może to w jakiś sposób przyczyniło się do porażek, ale w końcu kto chciałby bawić się w handel bronią, kiedy można błąkać się po Innych Światach?


Gdzieś w Internecie Fraa spotkała się z zarzutem odnośnie „Horroru w Arkham”, że za duży jest element losowości. Zarzut ten Fraa uważa za z rzyci wzięty. Element losowości oczywiście jest, ponieważ od czasu do czasu rzuca się kośćmi (ot, choćby przy walkach). Po pierwsze jednak, liczba kości, którymi się wykonuje rzut, jest uzależniona od statystyk, do tego dochodzą umiejętności i bonusy ze sprzętu, więc wcale nie jest tak, że niezależnie co będzie się robiło, rzut kośćmi może przekreślić cały dotychczasowy wysiłek włożony w rozwój postaci. Po drugie, Fraa nie jest zwolenniczką gier, w których w ogóle nie ma nawet ździebka losowości – to znaczy oczywiście można postawić na żmudne wyliczenia wynikające jeno ze statystyk i umiejętności i z niczego innego, ale Fraa odnosi wrażenie, że jednak rzut kością jest szybszy, dzięki czemu zwiększa się grywalność.

Fraa była naprawdę zachwycona „Horrorem w Arkham” – gra się długo, więc człowiek zdąży wczuć się w klimat i zapomnieć o bożym świecie. Jest sporo możliwości do kombinowania (pierwsza z nich: przeczytać całą instrukcję i postępować potem zgodnie z nią...), więc nie jest to prosta rąbanka celem ubicia największego bossa. I co najważniejsze: nieważne czy się przegrywa czy wygrywa, frajda wciąż jest przeogromna.

Fraa gorąco poleca.


AH pionki

(wszystkie zdjęcia z www.rebel.pl)



„Jeśli Azathoth się przebudzi, gra się kończy, Badacze przegrali.”

środa, 7 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (15) - "Lekcje rysowania i malowania: Nieumarli"

Fraa zawsze wychodziła z założenia, że książki do rysowania na przykład stworów fantasy to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo czego może nauczyć taka książka? Że jak szkielet będzie miał wysuniętą lewą nogę do przodu, to będzie groźnie i mrocznie, a w ogóle, to bestia powinna mieć zapadniętą klatkę piersiową, wtedy sprawia wrażenie bardziej zabiedzonej i przez to agresywnej? Przecież jeśli Fraa chciałaby namalować czy narysować potwora, to wystarczy zwykła książka ze szczegółami anatomicznymi (albo nawet ze zwykłymi ilustracjami) ludzi i zwierząt – wystarczy ździebko wyobraźni i już każdy średnio inteligentny człowiek sam sobie wymyśli, jak co ułożyć, żeby wywoływało jakieś konkretne odczucia.


W końcu jednak Fraa dostała w swoje chciwe ręce książkę o rysowaniu nieumarłych, więc postanowiła podzielić się wrażeniami.

Lekcje rysowania i malowania - Nieumarli
Autor: Keith Thompson

Tytuł: „Lekcje rysowania i malowania: Nieumarli”
Przekład: Maciej Nowak-Kreyer
Tytuł oryginału: „Drawing and Painting the Undead”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008

Wydawca: Arkady


Książka niewątpliwie jest przystępna dla osób bardzo początkujących i bardzo bez wyobraźni: znajduje się tam nawet obszerny rozdział o tym, skąd czerpać inspiracje (że z mitologii, że ze średniowiecza, że ze studiowania anatomii i tak dalej). Fraa była tym trochę zaskoczona, bo Fraa nie zna nikogo, u kogo chęć narysowania umarlaka narodziłaby się wedle mechanizmu: „O! Chcę narysować nieumarłego!”„Skąd by tu wziąć pomysł...? Co by tu narysować...?”. Raczej Fraa myślała zawsze, że to działa w tę stronę: „O! Jaki świetny pomysł by to był, jak to by super wyglądało!”„Ha! Narysuję to... tylko jak...?”. Najwyraźniej jednak Fraa się myliła. Jeśli ktoś najpierw wymyśla, że chce coś narysować, a później zaczyna się zastanawiać nad tym, co to właściwie miałoby być (śmierć z kosą czy może Meduza z wężowymi włosami), to w książce „Nieumarli” znajdzie rozdział dla siebie.

Fraa z większym zainteresowaniem zaczęła czytać rozdział „Techniki tradycyjne”, ponieważ nie było tam już aż takich oczywistości, a bardziej praktyczne wskazówki dotyczące narzędzi i miejsca pracy. Choć i tak znalazły się w tym rozdziale takie kwiatki, jak „Ołówki występują w wersji tradycyjnej lub automatycznej (z wymiennymi grafitami).” – jak Fraa mówiła: książka nada się dla osób bardzo, bardzo początkujących i nierozgarniętych.
Ale na szczęście zostały też poruszone bardziej sensowne kwestie, jak na przykład twardość podłoża, na którym się rysuje – prawdę powiedziawszy, Fraa nigdy nie przywiązywała do tego wagi, a teraz musi to przemyśleć.
Dalej czytelnik znajdzie rozdziały „Techniki cyfrowe”, „Prowadzenie szkicownika” oraz „Rozwijanie koncepcji” – niby wiele odkrywczych kwestii tam nie ma, ale jednak rozdziały te pozwalają człowiekowi uświadomić sobie rzeczy, które i tak od dawna wiedział.

Rzeczą, którą Fraa uznała za bardzo dla siebie pożyteczną, jest rozdział „Lekcja anatomii” – w końcu Fraa ma zarówno kilka rycin przedstawiających szkielet ludzki oraz układ mięśni, jak i podane źródło, gdzie jeszcze szukać tego typu ilustracji. A Fraa musi przyznać, że z tym akurat zawsze miała kłopot. To samo dotyczy proporcji ludzkiego ciała – Fraa oczywiście pi razy oko wie, jak to powinno wyglądać, ale zawsze brakowało jej konkretów w postaci liczb. Bo wciąż nie jest przekonana do proporcji zalecanych przez starożytnych, bo one się też zmieniały.

Kolejne rozdziały to „Studia rozkładu” oraz – szczególnie ciekawe - „Pozy postaci”: te ostatnie pozwalają w końcu uporać się z problemem w stylu „właściwie to miał być pochylony do przodu, nie moja wina, że wygląda jak karzeł”. Na szkicach wyraźnie widać, co jak się zgina i jak należy tego typu elementy rysować. W rozdziale „Ucieleśnianie” zostało wyjaśnione, dlaczego i po co należy najpierw naszkicować sobie postać ze wszystkich stron. I znów: jest to zasada, którą przecież można odnieść do rysowania w ogóle, a nie tylko do nieumarłych. Jak zresztą bardzo dużą część porad z tej książki.

Na swój sposób przekomiczny jest rozdział „Tworzenie atmosfery”, gdzie pod konkretnymi przedstawieniami postaci oświetlonej z różnych stron znajdują się podpisy „Dramatyczne”, „Surrealistyczne”, „Neutralne” oraz „Upiorne” – Fraa w tym momencie uśmiechnęła się z politowaniem i neutralnie, może nieco surrealistycznie, bo wskazówki w tym stylu uważała zawsze za głupotę. Fraa żyje w cudownym świecie marzeń, w którym rysownik naprawdę potrafi sam sobie wymyślić, jaka poza i jakie oświetlenie sprawi, że dzieło będzie wzbudzać grozę lub rozbawienie. To samo dotyczy kolejnego rozdziału, „Poruszająca sceneria” oraz „Drobne szczegóły”, chociaż w przypadku tego ostatniego istotnie Fraa wyłowiła kilka elementów, na które wcześniej nie zwracała uwagi i pamięć o których przyda się na przyszłość.

Z czysto ciekawskiego punktu widzenia, Fraa z zainteresowaniem przeczytała/obejrzała rozdział „Artysta przy pracy”, w którym przedstawiono kolejne etapy od szkicu i od rycin oraz zdjęć, które stanowiły inspirację, po ostateczną ilustrację.

Powracajacy Skald
A potem zaczyna się obszerna część „Katakumby”, a w niej trzy rozdziały: „Na wpół żywi”, „Ożywieńcy” oraz „Niematerialni”. Co prawda byłoby bardzo źle, gdyby rysownik rysował wyłącznie takie stwory, bazując tylko na tej jednej książeczce, ale naprawdę pewne elementy przedstawionych istot, niektóre koncepcje są naprawdę fajne. Galeria jest całkiem obszerna i takie stworzenia jak Antropofag, Wieczny Biczownik, naprawdę świetna Nekromantka, Powracający Skald (coś, co Fraa szczególnie polubiła) czy Kolekta – to kreatury, o których Fraa za bardzo wcześniej nie słyszała, a teraz ma możliwość poszerzenia nieco horyzontów i nowe pomysły.

Podsumowując: Fraa nie ukrywa, że książka jest przeznaczona głównie dla początkujących, którym trzeba po kolei wyjaśnić co to ołówek, do czego służy gumka (do wycierania, paskudy Wy!) i skąd brać pomysły. Obok tego jednak w „Nieumarłych” można wyłowić naprawdę fajne sugestie i pomysły, które na pewno będą wartościowe dla kogoś, kto co prawda wie co to ołówek, ale nadal zmagają się z rozmaitymi problemami – takimi bardziej podstawowymi, niż „Niepokoi mnie ta plama w prawym górnym rogu... Wydaje mi się, że światło padające w ten sposób może odciągać uwagę od pagonów nieumarłego na pierwszym planie, chyba z tego zrezygnuję”.

Wydanie jest estetyczne, a przeglądanie daje sporo frajdy. Warto zapoznać się z książką choćby dla świetnych ilustracji Keith Thompson, jak również innych artystów.




Spark of Life
Iskra życia, ryc. Paul Gerrard

„Te pradawne stworzenia od zamierzchłych czasów żyją w symbiozie z otaczającymi je bagnami. Chociaż mokradła dawno już uległy zatruciu i zniszczeniu, owe archaiczne istoty zachowały gdzieś w głębi swych ciał esencję życia, bowiem od tego zależy przetrwanie ich krainy. Jeśli umrą, wraz z nimi umrze cała przyroda. Tym rdzennym mieszkańcom zabrakło energii dla nich samych – mają jej tylko tyle, by podtrzymywać istnienie swych bagien”

wtorek, 6 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (i jeszcze jeden...) - "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika"

Fraa miała kilka podejść do tej książki i jakoś się rozbijało o czas, o „ee tam, czego można się dowiedzieć z pisania o pisaniu?” i o najzwyczajniejsze lenistwo. Jednak ponad pięć godzin w pociągu działa cuda i Fraa w końcu przeczytała tę pozycję do końca.


Jak pisac. Pamietnik rzemieslnika
Autor: Stephen King

Tytuł: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”
Przekład: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: „On Writing: a Memoir of the Craft”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Prószyński i S-ka


O dziwo, po tej lekturze Fraa stwierdziła, że istotnie było warto.



Książka ta nie jest prostą instrukcją obsługi w stylu „opisy postaci wplataj przy okazji dialogów, na opisy krajobrazów zużywaj najwyżej cztery zdania za jednym razem, Twoja powieść powinna zmieścić się w ośmiu rozdziałach, dodaj scenę seksu na trzy strony i dwa szybkie, czarne samochody”. To raczej zbiór refleksji, wspomnienie rozmaitych doświadczeń, które sprawiły, że Stephen King został pisarzem. Autor nie pisze, jak czytelnik ma pracować. Pisze jedynie, jak on pracuje/pracował i jaka metoda u niego się sprawdziła.
Oprócz członu „Jak pisać”, duże znaczenie ma człon „Pamiętnik rzemieślnika”. W istocie, elementy autobiograficzne zajmują znaczną część książki. Zresztą, autobiografią jest cały pierwszy rozdział („Życiorys”), czyli jakaś jedna trzecia całości. I wbrew pozorom, nie należy go ignorować i przechodzić od razu do rozdziału „Jak pisać”. Bo w „Życiorysie” kryje się naprawdę ciekawa opowieść o wytrwałości i pokonywaniu przeciwności, jak również czytelnik przy tej okazji może sobie w pełni uświadomić, że nawet jeśli ktoś „wielkim pisarzem jest”, to nadal jest przecież zwykłym człowiekiem, nie urodził się z zarezerwowanymi rubrykami w czasopismach ani z gwarancją publikacji.



Tym niemniej Fraa traktuje rozdział „Życiorys” jako wstęp. A dopiero potem Stephen King przechodzi do meritum.

Zaczyna od krótkiego wykazania, że pisanie jest telepatią (krótki rozdzialik „Czym jest pisanie”) – na początek brzmi to nieco patetycznie, ale naprawdę autor całkiem sensownie to wyjaśnia, ukazując jednocześnie prozaiczność oraz magię tego stwierdzenia.


Kolejny rozdział, „Skrzynka z narzędziami”, to pewien prosty schemat, wedle którego pisarz powinien mieć swoją „skrzynkę”, a w niej – odpowiednio posegregowane – narzędzia, takie jak słownictwo, gramatykę, środki stylistyczne i tak dalej. Tu z kolei czytelnik (w razie gdyby już zapomniał) może sobie przypomnieć, że nie ma w tej książce mowy o pisaniu jako o ekstatycznych, natchnionych chwilach iluminacji, w których skończony analfabeta tworzy swoje wiekopomne dzieło. W książce podkreśla się, że pisanie to – oprócz pasji i radości – po prostu praca. I jak każdy rzemieślnik, pisarz do swojej pracy potrzebuje narzędzi.
Szczególnie radośnie Fraa przyjęła ten fragment:

„Obok słownictwa na najwyższej półce skrzynki z narzędziami winna znaleźć się także gramatyka. I, proszę, tylko bez dramatycznych jęków i okrzyków, że nie rozumiecie gramatyki, nigdy jej nie rozumieliście, oblaliście gramatykę w szkole, że pisanie to świetna zabawa, ale gramatyka jest koszmarem. (…)
Poza tym... Do diabła, jeśli potraficie spamiętać wszystkie dodatki pasujące do najlepszej kreacji, zawartość torebki, skład podstawowy drużyny New York Yankees albo Houston Oilers oraz to, jaka wytwórnia wypuściła „Hang on Sloopy” The McCoys, zapamiętacie też różnicę pomiędzy spójnikiem (łączy części zdania lub różne zdania) a partykułą (zmienia bądź wzmacnia sens wypowiedzi)!”

Otóż to! Święte słowa!
Tak samo ciekawe są – pojawiające się co jakiś czas – reguły, typu ta stworzona przez Williama Strunka: „Jeśli autor nie jest pewien, że postępuje słusznie, powinien raczej trzymać się reguł”.
Pewne zasady Fraa musi oczywiście jeszcze przemyśleć, ponieważ po pierwsze: nie wie do końca na ile są one uniwersalne, a na ile do użycia jedynie kiedy mowa o języku angielskim; po drugie: w ogóle nie wie, czy aby to nie jest jakaś fanaberia Kinga... Chociaż uzasadnienia tych reguł zazwyczaj są całkiem sensowne.

Poza tym, Stephen King używa naprawdę prostych i obrazowych przykładów oraz porównań, dzięki którym nawet naprawdę ograniczony czytelnik może zrozumieć o co chodzi.

Podkreśla wielokrotnie, że pisarz musi dużo czytać i dużo pisać. Ćwiczyć. „Czytanie to twórcza podstawa życia pisarza”.



W książce „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” czytelnik może znaleźć sporo naprawdę wartych przemyślenia sugestii, które oczywiście nie są jedynymi słusznymi metodami czy zasadami, ale na pewno nie są tak do końca głupie. I mówi to Fraa, która tak naprawdę wcale nie przepada za twórczością Kinga. Fraa woli Poe'go, Lovecrafta i Tolkiena. Wskazówki Kinga nie uczynią z nikogo Wielkiego Pisarza, ale może skłonią do refleksji. Nawet jeśli potencjalny grafom... pisarz zechce zrobić inaczej, niż to podpowiada Stephen King, przynajmniej będzie to już w jakiś sposób świadoma decyzja, a nie dzieło przypadku.



Innym ogromnym atutem tej pozycji jest humor. Stephen King naprawdę napisał lekką i przyjemną książkę, chociaż temat jest całkiem na serio. Barwne anegdoty, autobiografia, czy nieprzeciętne porównania sprawiają, że lektura jest bardzo przyjemna i Fraa nie raz parskała zduszonym śmiechem w pociągu.


A teraz Fraa idzie sobie, coby przemyśleć tę książkę. I się ustosunkować do poszczególnych postulatów. Acz, jeśli Fraa może coś zasugerować od siebie, to warto później o kwestiach zawartych w „Jak pisać...” pogadać z kimś o zbliżonych zainteresowaniach. Nie za dużo (bo może jednak zamiast rozmawiać o pisaniu, lepiej po prostu pisać), ale chyba warto.





„Tylko Bogu udaje się wszystko za pierwszym razem, a jedynie śmierdzący leń mówi «nie szkodzi, zostawmy to, po to są korektorzy».”

niedziela, 4 kwietnia 2010

Niedzielne szantowanie

Glory of the Seas
Fraa w święta słucha szant. I to w każde święta: czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie. Z kolędami Fraa miała nieco do czynienia dziecięciem będąc, bo wtedy jako biedna, bezbronna przyszła kawiareczka musiała zaśpiewać kolędę, żeby dostać prezent. Cóż – trauma z rodzinnych świąt zostaje na całe życie. Co do Wielkiej Nocy, to Fraa nawet nie ma pojęcia, czy w ogóle są jakieś piosenki na tę okazję. Jeśli nawet są, to dobrze się ukrywają.

Jakoś padło na szanty. Zresztą, ma to całkiem solidne znamiona sensu: pierwotnie szanty były pieśniami pracy, a przecież przed świętami należy tyrać jak mały parowozik, czyż nie? Toteż żeglarskie piosenki są jak najbardziej na miejscu. Z tą drobną modyfikacją, że oczywiście pieczenie babki jest mniej rytmicznym zajęciem, aniżeli kręcenie kabestanem czy ciąganie szotów. Ale i piosenki nie są typowymi szantami, tylko radosnymi przyśpiewkami, które sprawiają, że i praca robi się radosna. Można pośpiewać pod nosem (Fraa nie ośmieliłaby się robić tego głośno – nie z jej głosem. I nie na trzeźwo), można myślami być zupełnie gdzieś indziej, niż na tym kawałku podłogi przy stole z mikserem i miską pełną jajek.

Fraa podejmowała kilka prób słuchania kolęd w święta, ale zawsze kończyło się to przełączeniem na szanty. Kolędy są dobre do szantażowania małych dzieci, względnie po prostu do śpiewania w dużym gronie rodzinnym. Ale kiedy Fraa usłyszała te nadzwyczaj artystyczne wersje „LulajżeeeEEEeeEE JeeeezuuUUUUuUUUniiiIiiiIIIuuUUUUUuuuU!”, które zaprezentowało pewne internetowe radio, trzeba było przełączyć w trybie natychmiastowym. To było gorsze niż Edyta Górniak śpiewająca hymn narodowy wespół z Jarosławem Kaczyńskim. Jakby tego było mało, do skowyczącej artystki potrafiło dołączyć fałszujące dziecko, a to już jest ponad nerwy każdej uczciwej kawiarki.

Toteż szanty.

Niestety, i tutaj Fraa obserwuje pewne zmiany niekoniecznie na lepsze.
Oczywiście nie jest tak, że Fraa zamyka się na nowe zespoły i jest wierna jedynym słusznym Czterem Refom oraz Starym Dzwonom – chociaż owszem, piosenki żeglarskie w wykonaniu tych zespołów to klasa sama w sobie. A jednak nawet te starsze zespoły ulegają złym wpływom. Może nie Cztery Refy, ale – skądinąd świetna kapela – Smugglers już niestety tak. Chodzi tu o kuriozalne wstawki typu perkusja czy gitara elektryczna, które pasują do wykonywanych przez Smugglersów utworów jak pięść do nosa.

To nie tak, że Fraa nie jest w stanie wyobrazić sobie połączenia rocka i szant. Jest, jak najbardziej – Fraa na przykład z zainteresowaniem śledzi losy zespołu SMW (i nikt nie musi wiedzieć, że rozwinięcie tego skrótu to niefortunna Strefa Mocnych... ekhem... Wiatrów), który może nie jest jakiś urzekająco fantastyczny, ale przynajmniej chłopaki mieli pomysł. Pal sześć, że teksty mają idiotyczne. Kat też ma idiotyczne teksty, a jednak jest popularny (*nuci mrocznym, niskim głosem* „Okręt mój płyynie daleeej... Gdzieś tam..! Serce, choć popękane, chce bić...! Nie ma cię i nie było...! Jest noc..!”).

Jeśli już Fraa wspomniała o SMW, to nie może pominąć milczeniem świetnego zespołu Mordewind, który też się popsuł. Wykonują szanty raczej tradycyjne, w dodatku naprawdę fajnie. I oto jakiś czas temu wymienili skrzypce na perkusję. Dlaczego perkusja? Skąd ten pęd do modyfikowania radosnych, żeglarskich przyśpiewek pod perkusję? Fraa nie potrafi tego zrozumieć.

Na szczęście są płyty. Naprawdę. Fraa kilka razy przekonała się o tym, że zdecydowanie lepiej poprzestać na słuchaniu płyty, a koncert można sobie darować. Z różnych względów. W przypadku Smugglersów i Mordewindu, Fraa jedynie na płycie może usłyszeć pewne piosenki w starych wersjach. Gorzej jest, niestety, z Ryczącymi Dwudziestkami. Fraa dorastała w przekonaniu, że to świetna kapela i że ich koncert byłby naprawdę niezapomnianym doświadczeniem. No i był niezapomniany... Pół godziny po czasie panowie weszli na scenę, zaśpiewali trzy piosenki na krzyż, poszli na półgodzinną przerwę, wrócili na kolejny, króciutki secik, poszli na kolejną, przydługą przerwę, a potem się okazało, że to koniec koncertu. Dodać tu trzeba, że to była płatna impreza. Fraa obiecała sobie, że więcej nie da złamanego grosza na zobaczenie Ryczących Dwudziestek na żywo. Wystarczą płyty – bo na płytach panowie brzmią naprawdę rewelacyjnie. Nie można im odmówić umiejętności, co to to nie. Jakoś tak jest, że Ryczące Dwudziestki dopadł chyba samozachwyt czy inne zmanierowanie, wskutek czego na koncertach panowie stwierdzają najwyraźniej, że są gwiazdami i to powinno hołocie wystarczyć. Na szczęście nie jest to przypadłość ogólna, bo przecież nie mniej znany zespół Mechanicy Shanty daje świetne koncerty, na których zawsze człowiek rewelacyjnie się bawi. Jeśli przyjdzie się na taką imprezę, to wiadomo, że warto wyłożyć pieniądze. W przeciwieństwie do na przykład EKT Gdyni, gdzie owszem, niby grają fajnie, jeśli tylko w ogóle zaczną grać. A że panowie potrafią jeszcze przed koncertem być w stanie wskazującym na wskazanie, to różnie to bywa...

Słuchanie szant z płyt i/lub radia ma jeszcze inną zaletę: można cieszyć się fantastycznym dorobkiem zespołu Packet, który nagrał jedną płytę, po czym rozpadł się w drabiazgi. Fraa zresztą boleje nad tym faktem, bo naprawdę to co Packet po sobie zostawił, jest absolutnie bezbłędne.

Zupełnie inną sprawą jest miejsce kobiety w szantach.
Fraa nie zamierza się tu mieszać w historie o tym, że baba na pokładzie to nieszczęście i tak dalej. Jest to coś przestarzałego i zasłanianie się tym w dzisiejszych czasach nie ma wielkiego sensu. Poza tym scena muzyczna to mimo wszystko nie jest pokład żaglowca. Dlatego też jedyne, czego Fraa oczekuje, to jakiekolwiek dopasowanie treści do osoby śpiewającej. I dlatego Fraa apeluje: drogie panie, przestańcie, do stu demonów, śpiewać „Brankę” czy „Szesnaście ton”! Przecież to absurdalne i żenująco głupie. Nie ma znaczenia, czy śpiewa to solidny kawał babska z wałkiem w dłoni, czy drobna blondyneczka w jeansach ozdobionych cekinami. Żadna kobieta nie zaśpiewa tekstów typu „A że byłem wtedy dość silny chłop, to ogary wnet wpadły na mój trop.” albo „Gdy matka mnie rodziła, pochmurny był świt, podniosłem więc szuflę, poszedłem pod szyb.” tak, żeby to nie wyglądało komicznie.

Tu naprawdę nie chodzi o to, że Fraa w ogóle nie przepada za damskimi wokalami. Nie przepada, to prawda, ale są przecież piosenki, gdzie udział kobiety jest jak najbardziej pożądany. Ot, choćby taki „Szczęśliwy Powrót”, wspomnianych już Packetów: ta piosenka jest wręcz wybrakowana bez kobiety śpiewającej ostatnią zwrotkę:
Ludzie, ej! Kocham was!
Właśnie w takim ulu, 
Lecz wysiadam, koniec, pas,
Chyba pójdę lulu!”
Jest zespół Za Horyzontem, który przecież świetnie dopasowuje teksty do damskich głosów – bo przecież gdyby panowie śpiewali takie piosenki jak „Panny Portowe” czy „Baba na pokładzie”, byłoby to równie idiotyczne, co kobieta śpiewająca „Brankę”.
Niektórzy więc potrafią pogodzić płeć i tekst.

Żeby nie było, że Fraa uznaje kobiety tylko jako portowe dziewki – są inne, mniej ekstremalne sytuacje, gdzie też pani sobie poradzi. Znów należy tu przytoczyć Packetów, gdzie przecież „Monę” śpiewa kobieta.

Fraa zawsze skręca się, kiedy słyszy ewidentne idiotyzmy. I kiedy widzi te lśniące perkusje na scenie. Acz niezależnie od tego wszystkiego, Fraa nadal myśli, że w Polsce szanty mają się naprawdę nieźle. Fraa się nawet zastanawia, czy Polacy nie przeżywają morskich podbojów Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii i Ameryki bardziej, niż sami Anglicy, Irlandczycy, Hiszpanie czy Amerykanie. Fraa była w swoim czasie na koncertach jednego kanadyjskiego zespołu i jednego francuskiego – i nie były to jakieś nadzwyczaj porywające doświadczenia. Kanadyjczycy jeszcze pozostawili w miarę pozytywne wspomnienia, choć chyba prezentowali bardziej tradycyjny, może nawet prymitywny styl: proste melodie, nie do końca dostrojone instrumenty, zero fikuśności. Fraa przyjęła to bez bólu, za to pewna skrzypaczka bardzo ubolewała przez cały wieczór, że Kanadyjczycy mają cholernie rozstrojone skrzypce. Argument: „To wyjdź, po co się męczyć?” pozostawał bez odzewu.
Za to Francuzi byli zupełnie nieciekawi.

Fraa nie będzie się łamać – zespołów szantowych jest ogromny wybór, jedne są bardziej postępowe, inne mniej. W najgorszym razie można chodzić na koncerty celem przedniej zabawy, a celem słuchania dobrej muzyki – włączyć komputer.

Grunt, że można sobie umilić święta. Wszystkie.




Hej, żeglarzu, przygotuj złota pełen trzos,
kiedy zechcesz po rejsie znów przytulić się,
bo gdy pływasz łajbą, taki już twój los –
jeśli nie masz forsy, nie zabawisz się!”

[Za Horyzontem - „Panny Portowe”]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...