sobota, 3 kwietnia 2010

Odcinek 17

Jak Fraa wspominała, tym razem właściwie zrobiła to w ten sam sposób, jak poprzedni odcinek. Oczywiście z opóźnieniem, ale to wszystko przez tę Wielkanoc, która - niestety - była zupełnie nie po drodze, jeśli idzie o jakąkolwiek pracę twórczą.

Fraa natomiast zaczęła się przy tej okazji zastanawiać... Wielkanoc upamiętnia zmartwychwstanie, tak? Na dzisiejsze standardy co właściwie odróżnia Zbawiciela od każdego innego ożywieńca? To znaczy oczywiście rozróżnienie jest dość istotne, przynajmniej dla pewnej grupy ludzi: Jezus to Syn Boży, a inny ożywieniec, zombie czy coś takiego... no to po prostu ożywieniec. Ale cecha charakterystyczna jest ta sama: powstanie z grobu.

Fraa dochodzi do wniosku, że chrześcijaństwo to na swój sposób makabryczna religia. We wznoszeniu modłów do nieumarłego jest coś fascynująco straszliwego.

W każdym razie wesołych świąt!

piątek, 2 kwietnia 2010

Fraa w czytelni (13) - "Wielka Księga Horroru" (t. 2)

Zazwyczaj tak jakoś się układa, że części drugie są słabsze od części pierwszych. A jednak Fraa została tym razem bardzo pozytywnie zaskoczona, jako że spotkała się z dokładnie odwrotną sytuacją: tom drugi okazał się bez porównania lepszy od tomu pierwszego.

Wielka ksiega horroru - t. 2
Tytuł: „Wielka Księga Horroru” (tom drugi)

Przekład: Marta Kisiel
Tytuł oryginału: „The Mammoth Book of Best New Horror”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Lublin 2010
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca Krew

Tym razem w skład tomu wchodzą opowiadania:

  • Don Tumasonis – „Rzucony”
  • Caitlin R. Kiernan - „Wszystkie domy zniknęły, zalało je morze”
  • David Morrell - „One”
  • F. Gwynplaine MacIntyre - „Mechaniczny horror”
  • Richard Christian Matheson - „Szafki”
  • Geoff Ryman - „Piękna córka Pol Pota”
  • Glen Hirshberg - „Uśmiech diabła”
  • Kim Newman - „Człowiek, który wysiadł z Pociągu Duchów”


Wnikliwy czytelnik łatwo może zauważyć, że jest tutaj bez porównania mniej tytułów, niż w pierwszym tomie, gdzie było ich bodaj szesnaście. Wyjaśnienie tej tajemnicy kryje się w ostatnim opowiadaniu, które zajmuje ponad sto trzydzieści stron tomu.

Co prawda lektura nie zapowiadała się aż tak dobrze, bo pierwszy tekst, „Rzucony”, sprawiał wrażenie mieszczącego się w granicach przeciętności tomu pierwszego. Fraa już wątpiła przez chwilę, że to ona jest jakaś ograniczona i nie doceniła tego opowiadania, ale jej zdanie na szczęście potwierdził niezależny czytelnik, który po pierwsze uznał, że mu się to zwyczajnie nie podobało, a po drugie stwierdził, że zakończenie było jakieś dziwne i w sumie nie bardzo zakumał o co chodzi.
Fraa ma mniej-więcej takie same odczucia. Plus naprawdę nie może zrozumieć, jakie znaczenie dla rozwoju fabuły miała bardzo rozwlekle opisana scena aktu miłosnego pary bohaterów. Sprawiało to troszkę wrażenie, jakby autor po prostu napawał się tym, jak wspaniale potrafi coś takiego opisać. Fraa nie wie czy autor potrafi, a jego misterny pisarski kunszt zniweczył tłumacz, czy może w oryginale też tak było, ale przy sformułowaniu „falujące pośladki” Fraa niestety posmarkała się ze śmiechu, wizualizując sobie dwa półdupki falujące niczym słabo naciągnięte żagle na wietrze. Z kolei przy dramatycznym opisie kur wkopanych w błoto po powodzi Fraa parsknęła śmiechem, bo przed oczami ukazało się jej błotniste pustkowie z kurzymi kuprami sterczącymi dumnie jak nać pietruszki. Zdecydowanie tego typu akcenty zburzyły nastrój opowiadania. Jedyny pozytyw całego tekstu to słowa:
„Grecy prędzej by padli trupem, niż przyznali, że czegoś nie wiedzą, bez względu na to, jak bardzo nie mieli o tym pojęcia.” - Fraa uważa, że jest to uwaga nadzwyczaj urokliwa i, co więcej, może nawet trafna.

Ale już drugie opowiadanie jest o wiele lepsze: wciągające, do samego końca trzyma w napięciu (mimo pewnego niewdzięcznego, acz upartego powtarzania słówka „twarz” w jednym akapicie). Fraa z zainteresowaniem śledziła odtwarzaną historię Jacovy Angevine, do tego dochodziły smaczki typu bardzo rozsądne stwierdzenie narratora: „Bez względu na to, kim mogę być, lubię o sobie myśleć, że nie jestem idiotą.” oraz tytuł zmyślonej książki ojca Jacovy - „Człowiek, który śmiał się na pogrzebach” - Fraa bardzo chętnie sięgnęłaby po coś takiego. Brzmi intrygująco i chwytliwie.

Fraa najbardziej chyba polubiła tekst „One” - po pierwsze, zwraca uwagę narracja: to, że jest pierwszoosobowa, nie jest niczym szczególnym. Ale o ile w innych opowiadaniach z „Wielkiej Księgi Horroru” pierwszoosobowe narracje są dość nijakie, o tyle tutaj czytelnik ma do czynienia z wiejską dziewuszką, wychowaną w dziczy, dorastającą w surowych warunkach. I to widać w tekście. Całość spina się ładną klamrą refleksji dotyczącej tatka narratorki. A fabuła – choć częściowo przewidywalna ze względu na narrację – jest niesamowicie wciągająca. Pomysł nie jest przekombinowany, można by rzec, że koncepcja tajemniczych bestii atakujących wiejskie chaty jest dość oklepana, ale jednak tutaj całość jest po prostu ciekawa. Zresztą, jakże mogłoby być inaczej? David Morrell jest przecież autorem książĸi „Pierwsza krew”, a więc twórcą Rambo. Można się domyślać, że opowiadanie „One” będzie warte zapoznania się. Chociaż tutaj należy dodać, że w samej notce dotyczącej autora, znalazło się takie oto zdanie:
„Tamtego wieczoru tamtego wieczora smagająca śnieżyca sprawiła, że widoczność spadła niemal do zera” - cóż: najwyraźniej Morrell się jąkał albo ktoś nie mógł się zdecydować, która wersja będzie poprawna: „wieczoru” czy „wieczora”. Fraa rozumie. Fraa też ma często ten sam problem.

Bardzo ciekawy jest również tekst „Mechaniczny horror” - głównie ze względu na pomysł, którym było spotkanie Edgara Allana Poe'go z mechanicznym szachistą na przełomie lat 1835 i 1836. Choć w wielu momentach niestety Fraa odczuwała brak stylizacji na język Poe'go, to jednak aluzje do takich tytułów jak „Kruk” czy „Człowiek, który się zużył”, zasługują na uznanie. No i raziło trochę to niemal wiszące w powietrzu „Luk, ja sem tvoj papinek!” - ale tylko trochę...

Bardzo krótkim, ale również bardzo mocnym tekstem jest opowiadanko „Szafki” - miniaturka niemal.

„Piękna córka Pol Pota” stosunkowo najmniej wciągnęła, choć przecież i tak była ciekawa. Po prostu blado wypadła w porównaniu z innymi, naprawdę świetnymi opowiadaniami. A zaraz po niej czytelnik dostaje kolejny rewelacyjny tekst, „Uśmiech diabła” - niesamowitą, pełną grozy i napięcia opowieść wdowy ze zrujnowanej latarni morskiej. Do samego końca wciąga, a czytelnik niemal czuje piasek w zębach i pianę morską we włosach. Tekst ma po prostu fantastyczną atmosferę.

Ostatnie opowiadanie, „Człowiek, który wysiadł z Pociągu Duchów”, jest – jak już Fraa wspominała – bez porównania dłuższe od poprzednich. Co wcale nie oznacza, że jest rozwlekłe. Nawiązuje do klasycznych kryminałów, nasuwają się tu skojarzenia z takimi tytułami, jak „Morderstwo w Orient Expressie” czy „Przełęcz Złamanych Serc” - głównym bohaterem i areną zdarzeń jest pociąg, a główni bohaterowie podróżują pierwszą klasą z rozmaitymi dobrze sytuowanymi indywiduami. Przynajmniej tak to wygląda na samym początku, chociaż fakt, że bohaterami są ludzie obdarzeni Darami, zajmujący się wypędzaniem duchów i tego typu działalnością, już powinien sugerować, że fabuła rozwinie się nieco inaczej. Wyraziste postacie, wciągająca tajemnica, intrygujący Klub Diogenesa i utrzymywanie światowego ładu – to wszystko sprawia, że opowiadanie nie pozwala na nudę.

Fraa ocenia tom drugi „Wielkiej Księgi Horroru” bardzo pozytywnie i zaleca, żeby czytelnik nie zrażał się pierwszym tekstem. Ta część antologii jest naprawdę warta uwagi.



„Głowa w turbanie przesuwała się podczas przerw, jednak ruchy sprawiały wrażenie przypadkowych. Bardziej niepokojące były mechaniczne oczy. Turek przewyższał wzrostem mężczyznę, zaś oczy miał nieproporcjonalnie duże, a więc zapewne dwukrotnie większe niż oczy żywego człowieka. Wydawały się niewidzące, ornamentalne, ponieważ nigdy nie spoglądały na szachownicę. A jednak się poruszały. Automat mrugał, zerkał na boki, jakby na jego barkach spoczywał ciężar nieznanych zbrodni. Przy jedenastym ruchu, kiedy pan Hall wykonał szczególnie niezręczny manewr, automat po prostu wywrócił oczyma, wywołując w ten sposób powszechną radość widzów.”
[F. Gwynplaine MacIntyre, „Mechaniczny horror”]

czwartek, 1 kwietnia 2010

ZaFraapowana filmami (17) - "Kruk"

Jakiś czas temu Fraa pisała o twórczości Poe'go, a przy tej okazji wspomniała o ekranizacjach Cormana. Tym razem Fraa chce się skoncentrować na tych ostatnich – a konkretnie na jednym filmie: „Kruk” z roku 1963, wyreżyserowanym przez Rogera Cormana.

the raven
Właściwie nazywanie tego „ekranizacją” wiersza Poe'go jest pewnym nadużyciem. Bo na zdrowy rozum, to tego wiersza nie da się przenieść na ekran bez potężnych modyfikacjami. Przecież co się dzieje w literackim oryginale? Właściwie nic. Siedzi facet, siedzi kruk, no i tak sobie siedzą... facet coś myśli, a kruk powtarza „Nigdy już.” - w wierszu świetne, no ale w filmie?


Toteż film tak naprawdę tylko troszkę wykorzystuje twórczość Poe'go.
Całość zaczyna się różnymi „klimatycznymi” krajobrazami, a w tle narrator recytuje wiersz „Kruk”. Trzeba tu dodać, że w polskiej wersji językowej wiersz ten pojawia się w tłumaczeniu, które Fraa uważa za zdecydowanie najlepsze, czyli Zenona Przesmyckiego.
A dalej widz dostaje zupełną wariację na temat, zrobioną w zdecydowanie komediowej konwencji, gdzie podmiot liryczny wiersza okazuje się owdowiałym czarnoksiężnikiem. Kruk jest z kolei innym czarnoksiężnikiem, który został zmieniony w ptaka w czarnoksięskim pojedynku (który – jak łatwo się domyślić – przegrał).
Główny bohater, czyli ów zakochany w Lenorze doktor Craven, to oczywiście Vincent Price, dyżurny aktor dla Cormanowskich produkcji bazujących na tekstach Poe'go. Jego przeciwnik, przewodniczący stowarzyszenia czarnoksiężników, doktor Scarabus, to nikt inny, jak sam Boris Karloff – najbardziej klasyczny i znany odtwórca roli potwora Frankensteina.
jack nicholson
Czarnoksiężnik, którego doktor Craven odczarował z postaci kruka, doktor Bedlo, to Peter Lorre, ale bardziej szokująca jest rola młodego Bedlowa, eleganckiego i porywczego młodzieniaszka, Rexforda, w którego wcielił się nikt inny, jak Jack Nicholson. Miał wówczas dwadzieścia cztery lata na karku i Fraa absolutnie go nie poznała, dopóki nie obejrzała napisów końcowych.


Fraa musi przyznać, że film ogląda się naprawdę sympatycznie, a Vincent Price jest – jak zwykle – świetny. Tym niemniej Fraa była mocno zaskoczona, że zrobiono komedię z jednego z najbardziej mrocznych tekstów Poe'go. Jak widać jednak, udało się to uczynić z całkiem niezłym efektem. Opowiedziana w filmie historia nie jest tak naprawdę jakoś na siłę udziwniona – jest raczej klasyczna, częściowo dość przewidywalna, z dystansem do literackiego oryginału, ale jednocześnie Fraa widzi w tym pewną dozę szacunku do wierszowanego „Kruka”. To nie jest totalne kaleczenie klimatu tekstów Poe'go (tak jak nieszczęsny "Dom Usherów"). Bądź co bądź, twórca ten pisał również teksty humorystyczne, a więc takie potraktowanie jego twórczości nie jest nijak uwłaczające.

Zresztą Fraa tak się spodziewała, że ostatecznie dość pozytywnie oceni ten film. W końcu to Roger Corman i Vincent Price – a więc ludzie, którzy zjedli zęby na przerzucaniu twórczości Edgara Allana Poe'go na ekran. Z tym że zazwyczaj powstawały czyste filmy grozy, a tutaj widz dostaje czarną komedię.

Warte polecenia tak naprawdę jedynie fanom Poe'go i/lub Cormana. Reszta może uznać film za kiczowaty, tandetny i głupawy. Bo i takie momentami sprawia wrażenie, chociaż Fraa w tych chwilach akurat się uśmiechała. Film zawiera między innymi całkiem proste gagi, typu nieustanne wpadanie na ustawiony na środku pokoju teleskop. Acz wciąż nie jest to aż tak ekstremalne jak w przypadku inspektora Clouseau z „Różowej Pantery”.



- Kto cię przysłał do mnie? Czyś jest jakimś mrocznoskrzydłym posłańcem spoza tego świata? Odpowiedz, stworze! Powiedz prawdę... Czy jeszcze kiedyś obejmę to dziewczę słodkie, które dzisiaj zwie Lenorą anioł-stróż?
- A co to ja jestem, wróż?! Skąd miałbym to wiedzieć?! Jestem przemarznięty do szpiku kości! Czemu nie poczęstujesz mnie winem? Nie stój tak gapiąc się na mnie!

środa, 31 marca 2010

ZaFraapowana filmami (16) - "Dwa złote colty"

Wynajęty przez mieszkańców niewielkiego miasteczka płatny morderca, wielkie romanse i zbuntowani kowboje? Jasne, klasyczny western. W tym konkretnie przypadku - „Dwa złote colty”.

Dwa zlote colty
Czyli film z roku 1959, w reżyserii Edwarda Dmytryka. W rolach głównych fantastyczni Anthony Quinn oraz Henry Fonda.

Miasteczko Warlock boryka się z kowbojami, którzy w brutalny sposób zakłócają porządek i dają się we znaki mieszkańcom. Ci więc, doprowadzeni do ostateczności, sprowadzają niejakiego Clay'a Blaisdell'a (Henry Fonda), który – jako dobrze opłacany szeryf – ma zaprowadzić ład. Wraz z nim, do miasta przybywa Tom Morgan (Anthony Quinn), którzy zaczyna prowadzić saloon „French Palace”. Z bandy kowbojów, dowodzonej przez Abe'a McQuowna, odłącza się Johny Gannon (Richard Widmark), zniechęcony brutalnymi metodami dowódcy oraz jego taktyką strzelania w plecy. Każdy z bohaterów ma pewne zasady, wedle których postępuje, a które czasem ułatwiają, ale czasem utrudniają życie.

Film naprawdę robi wrażenie, jeśli chodzi o bohaterów. Nie są prości, papierowi. Nie są też – jak to się mówi - „szarzy”. Fraa nie cierpi tego sformułowania. Kiedy ktoś mówi o tym, że postacie nie są czarne ani białe, tylko są szare, Fraa robi się agresywna. Określenie „szary” kojarzy się z „nijaki”, „mdły”. Zazwyczaj dość mocno łączy się to z totalną niespójnością bohaterów, którzy są całkiem stereotypowymi charakterami typu „dziwka o złotym sercu” czy „szlachetny morderca”. Zazwyczaj są na przykład parszywymi materialistami, którzy nagle ulegają jakimś całkowicie idealistycznym namiętnościom.

Tymczasem bohaterowie westernu „Warlock” nie są niespójni ani banalni. Postępują bardzo konsekwentnie i mają nader wyraziste zasady.

Posiadacz tytułowych dwóch złotych coltów to Clay Blaisdell, który już na wstępie jasno i wyraźnie daje do zrozumienia, jakie są jego metody działania (między innymi: albo on zabije wroga, albo wróg jego), w dodatku przepowiada, jak potoczą się jego dalsze relacje z mieszkańcami Warlock. A ma podstawy do snucia swoich przewidywań, jako że to nie jest pierwsze miasteczko, w którym robi za szeryfa. Wraz z przyjacielem, kalekim Tomem Morganem, podróżuje od miasta do miasta i zawsze kończy się tak samo: mieszkańcy najpierw mu nie ufają, potem zaczynają go uwielbiać, bo zaprowadza w miasteczku porządek, aż w końcu zaczynają się go bać, bo ma władzę.

Przyjaciel, Tom Morgan, zawsze wspiera Blaisdell'a. To on trzyma na muszce wrogów, którzy usiłują strzelić Clay'owi w plecy. Ceni przyjaciela, który – jako jedyny – nie traktuje go jak kaleki. Jednocześnie ma swoje tajemnice, które mogłyby znacząco popsuć relacje między tymi dwoma. Tajemnice te jednak wynikają głównie z przywiązania do Blaisdell'a. Morgan nie chce go stracić.

Johny Gannon, po porzuceniu bandytów, wśród których zresztą jest jego brat, zgłasza się na ochotnika na zastępcę szeryfa w Warlock i – ku zaskoczeniu i oburzeniu mieszkańców – dostaje posadę. Tym samym miasto ma dwóch, a nawet trzech obrońców (jeśli liczyć Morgana, który co prawda nie dba o miasteczko, ale nie pozostawi Clay'a samego). A to już zdecydowanie za dużo – bo kto ma zebrać chwałę za rozbicie kowbojów? Komu mają dziękować mieszkańcy Warlock? I w końcu: czy można tolerować w miasteczku płatnego mordercę, który zaprowadza porządek? Przecież mimo wszystko jest mordercą.

Bohaterowie nie są ciekawi dlatego, że są „szarzy”. Są ciekawi, bo mają zasady. Bo postępują konsekwentnie. To przez to relacje między nimi są tak skomplikowane. Bo kolejne przyjaźnie i sojusze są wystawiane na próby i konfrontowane z tymi zasadami. A widz ma do czynienia z prawdziwymi mężczyznami, a więc nie ma mowy o prostej zdradzie czy o strzale w plecy. W plecy strzela wróg i jest to wiele razy podkreślane. Główni bohaterowie natomiast nade wszystko cenią sobie uczciwe postawienie sprawy. Są honorowi.
I to naprawdę robi wrażenie, bo mimo to nie są płascy, a ich wzajemne relacje cały czas śledzi się z zapartym tchem.

Inną sprawą jest muzyka w filmie, która jest zadziwiająco oszczędna. Jej twórcą jest Leigh Harline – a muzyki jest najzwyczajniej w świecie niewiele. Pojawia się tylko w najbardziej dramatycznych momentach. Dzięki temu jednak widz może wyraźnie odczuć zmiany nastroju w filmie: bo kiedy rozlega się muzyka, wiadomo, że rozgrywają się ważne sceny. Wiadomo, że jest napięcie. Być może gdyby muzyka towarzyszyła akcji cały czas, przeskoki w nastroju byłyby mniej zauważalne. Rola muzyki w filmie w jakiś sposób by się zdewaluowała.

„Dwa złote colty” to naprawdę dobry film. Z jednej strony bardzo klasyczny western, ale z drugiej – bardzo głęboka i niebanalna opowieść o przyjaźni, lojalności i sprawiedliwości. Fraa nie potrafi jednoznacznie ocenić żadnego z bohaterów – każdy z nich ma jakieś racje, prawie jak w greckiej tragedii. Dodatkowo wątki miłosne nie rozrastają się do wymiaru irytujących romansideł: kobiety są właściwie po to, żeby wspierać bohaterów, ewentualnie ich opłakiwać. I gotować. Tak, obie filmowe piękności karmią swoich wybranków, co dość wyraźnie widać. Zresztą, obaj oblubieńcy chwalą kulinarne talenty niewiast. To całkiem miłe.

Jeśli ktoś lubi westerny, „Dwa złote colty” powinny być dla niego pozycją obowiązkową. Jeśli nie lubi – nie warto sobie zawracać głowy, bo pojedynki, rewolwerowcy i starcia w saloonie stanowią istotną część tego filmu.
Fraa lubi westerny, dlatego ocenia „Dwa złote colty” bardzo wysoko.



- Co mu powiedziałaś?
- Nie twoja sprawa.
- Jeszcze raz przyjdziesz rozmawiać z Clay'em za moimi plecami, to zabiję. Zabiję każdego, kto jest niebezpieczny dla Clay'a. Nawet ciebie.
- Dlaczego to robisz?
- To jedyny człowiek na świecie, który nie widzi we mnie kaleki.

wtorek, 30 marca 2010

Fraa w czytelni (12) - "Król mrówek" i inne

Fraa została ostatnio zapytana o jedno, niewinne słówko z książki „Król mrówek” Zbigniewa Herberta. Dopiero po dwóch dniach wpadła na pomysł, żeby zajrzeć w ogóle do tej książki, a dopiero potem szperać po opracowaniach i słownikach. Okazało się, że pomysł był wcale niezły, bo słówko było przetłumaczone w przypisach.

Tym niemniej skoro już Fraa zaczęła przeglądać „Króla mrówek”, tak skończyła lekturę parę godzin później, z masą nowych pomysłów i w o wiele lepszym nastroju.


Krol Mrowek
Autor: Zbigniew Herbert

Tytuł: „Król mrówek. Prywatna mitologia”
Język oryginału: polski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2008
Wydawca: Wydawnictwo a5


Na początek Fraa może zarysuje swój stosunek do twórczości Herberta. A jest to stosunek nieco ambiwalentny. Fraa uwielbia, kiedy teksty tego pisarza dotykają kwestii antyku: mitów, postaci historycznych, zdarzeń. Wtedy Fraa kwiczy z zachwytu, bo w większości ten Herbertowski antyk jest przemiodny. Natomiast Fraa łapie natychmiastowego agresora, kiedy pojawia się hasło „Pan Cogito”. Fraa szczerze i serdecznie nie cierpi tej serii – nie do końca umie powiedzieć, czy ta niechęć jest podyktowana jakimś konkretem, czy wyszło tak po prostu. Ale tak jest i już. Stan ten utrzymuje się od jakichś dziesięciu lat.
Są też inne teksty, które ani nie są bezpośrednio związane z Panem Cogito, ani z antykiem. Wśród tych Fraa ma takie, które lubi oraz takie, za którymi nie przepada. Acz tutaj już bez żadnej skrajnej niechęci.

„Król mrówek” zawiera w sobie wszystko to, co Fraa lubi w twórczości Herberta najbardziej. Ryszard Krynicki zebrał teksty odnoszące się do mitologii – zarówno te ukończone, jak i te oczekujące na doróbki i przeróbki. Jak również alternatywne wersje niektórych utworów.
Część z tych tekstów Fraa znała już wcześniej – czy to z przypadkowych wyborów poezji Herberta, czy z całkiem konkretnych zbiorów typu tomik (o zgrozo!) „Pan Cogito”.
Do tych drugich należy „Historia Minotaura” oraz „Stary Prometeusz”. O ile ten ostatni nie wzbudza aż takich emocji, jako że był omawiany w liceum, a więc już w jakiś sposób „oswojony”, o tyle „Historię Minotaura” Fraa dorwała po raz pierwszy jakieś cztery lata temu i się nią zauroczyła. Tekst jest na swój sposób wstrząsający. Po pierwsze – czytelnik ma okazję spojrzeć na tytułowego Minotaura w zupełnie inny sposób. Uświadamia sobie, że mit to tylko jakaś wersja historii, która choć przyjęta przez większość odbiorców i zapewne osadzona korzeniami w jakimś zdarzeniu historycznym, to jednak pozostawia kwestię nadal otwartą. Odtworzenie tej „historii prawdziwej” (chociaż to okropnie brzmi, bo kojarzy się nieuchronnie z Janosikiem, Królewną Śnieżką i innymi dennymi „historiami prawdziwymi”) może rzucić na pewne sprawy, symbole, tradycje zupełnie nowe światło. Po drugie wreszcie – ta opowieść uświadamia, że pismo linearne A może skrywać tajemnice, które mają ogromne znaczenie dla kultury współczesnej Europy, na co zresztą Fraa w żadnym razie nie wpadła sama, ale uświadomił jej to profesor Adamiec w książce „«...Pomnik trochę niezupełny...» : rzecz o apokryfach i poezji Zbigniewa Herberta”.

Innym tekstem, którym Fraa jest szczególnie poruszona, jest „Atlas” – o tak, Fraa zawsze uważała numer Heraklesa za skończone świństwo, ale to dopiero w tym utworze zobaczyła to tak wyraźnie. I naprawdę wzruszyła się losem tytana.

„Atlas dźwiga sklepienie niebieskie. To jego kara, przekleństwo i zawód. Nikt nie jest mu za to wdzięczny. Nikt nie chwali. Nikt nawet nie zachęca. Przywykliśmy. Tak ma być. Mówimy: ktoś musi to robić”
Ale przecież to straszne. Dźwiga firmament od zarania dziejów, jednym ruchem mógłby rzucić to wszystko do stu diabłów i tyle by było świata. Mimo tej – tak istotnej przecież – roli, Atlasowi nie poświęcono pieśni, tragedii czy eposów. Już Prometeusz, jego brat, jest bardziej medialny. Herbert zwrócił też uwagę na coś jeszcze:
„Wędrówka Atlasa do ogrodu Hesperyd była na pewno jego najwspanialszym przeżyciem”
Czy ktokolwiek potrafi sobie to wyobrazić? Co może czuć osoba, która przez niezliczone stulecia siedzi przygnieciona sklepieniem niebieskim, po czym nagle może się wyrwać, postawić kilka kroków, rozprostować plecy, poczuć lekkość w rękach? I co więcej: co może czuć osoba, która po tej krótkiej, wspaniałej chwili wolności, podstępem zostaje wtłoczona na powrót pod stare jarzmo?
„Atlas nie ma czasu. Ma tylko wieczność. Atlas trwa.”

Fraa jest niezmiernie przygnębiona losem tytana.

Niemniej poruszające są dzieje Cerbera, którego Herakles wywiódł z Hadesu. Szczególnie działa na wyobraźnię Herbertowskie przedstawienie pewnej sytuacji w tekście „Pies infernalny”:

„Heraklesa poniósł głos Cerbera jak potężna fala oceanu. Słuchał. Miał ochotę zawyć razem z nim, ale wiedział, że się skompromituje, bo nie wydobędzie z gardła takiej dumy i rozpaczy. Daremnie będzie usiłował głosem opisać łańcuchy ziemi, otchłanie przestworzy, niezliczone źródła krwi ukryte w ciele zwierząt, sekrety wody i pragnienie, kryjówki światła i rozległej czerni.”

Ten fragment w jakiś sposób przywodzi na myśl Arcywroga z genialnego „Raju utraconego” Miltona. Fraa ma tu na myśli tę dumę i rozpacz.
Późniejszy rozwój wypadków w „Psie infernalnym” znów jest przygnębiający i znów stawia w jak najgorszym świetle postać Heraklesa. Fraa zastanawia się, jak w ogóle tak odrażające indywiduum może być uważane przez kogokolwiek za herosa.

Inną sprawą są antyczni, mityczni artyści. Tutaj najlepszym przykładem jest oczywiście sam Apollo, który w tekście „W drodze do Delf” wypowiada znamienne słowa: „Sztukmistrz musi zgłębić okrucieństwo” – zresztą działa w myśl tej zasady, o czym można się przekonać czytając wiersz „Apollo i Marsjasz”. Ale ta zasada dotyczy nie tylko Apollona. W „Królu mrówek” znajdzie się tekst „H.E.O.”, gdzie można ujrzeć zupełnie inne oblicze Orfeusza. To nie jest już ten Orfeusz nieutulony w żalu po tragicznej śmierci Eurydyki, to nie jest Orfeusz, który zrobi wszystko, by znów połączyć się z kobietą swojego życia. To Orfeusz-artysta. Jedyną rzeczą, którą kocha, jest sztuka. Dla niej poświęci Eurydykę i – co więcej – nawet tego nie zauważy.


„Orfeusz odwraca się nagle ku cieniom Eurydyki i Hermesa, i krzyczy w uniesieniu jedno słowo: – Znalazłem!
Cienie znikają. Orfeusz wychodzi na światło dnia. Rozpiera go radosna duma, że doznał objawienia i odkrył nowy rodzaj literatury, zwany odtąd liryką zadumy i mroku.”
Również na uwagę zasługują takie teksty jak „Pegaz” – świetny pomysł, że pegaz jest wytworem zbiorowej wyobraźni: końskiej wyobraźni. Nie ludzkiej, tylko końskiej. Konie, przez wieki ignorowane, niedoceniane, traktowane najwyżej jako żywy postument dla ludzkiego bohatera, stworzyły pegaza.

„Pegaz jest samotny i jedyny.

Biedny Pegazie! To wszystko jest ci obojętne. Jesteś nieśmiertelnym koniem. Wyzwoliłeś się od jarzma, ale zostawiłeś jarzmo tym, którzy się do ciebie samozwańczo przyznają. (...)

Pegaza należy zostawić tam, gdzie jest jego miejsce.

W sierpniowe noce, w pobliżu gwiazdozbioru Andromedy – świeci jego niepokalana sierść.”
W podobnym tonie utrzymany jest niedokończony tekst „Giganci” – znów chodzi o postacie, które są zbyt wspaniałe, zbyt dumne dla zwykłych ludzi. Wykraczają poza ludzkie pojmowanie i za to należy je uwielbiać.
„Pozdrawiam was, Giganci, że nigdy nie przyjęliście maski ludzkiej a wasze imiona wypowiadają poprawnie tylko kozły górskie, orły i delikatny głos nawały wód, szept kamiennej lawiny.”


I tak dalej – Fraa za to właśnie ceni twórczość Herberta: ze znanych postaci wyłuskuje to, co w nich nieznane. A nieznanych bohaterów przywraca światu.

Jak już Fraa wspominała, są też inne teksty Zbigniewa Herberta, które lubi. Przede wszystkim chodzi tu o świetny „Tren Fortynbrasa” oraz „Domysły na temat Barabasza” – stanowią one dokończenie historii, które urwały się, pomijając pewne wątki. Hamlet mówi, że „reszta jest milczeniem” i kurtyna zapada. Barabasz zostaje uwolniony, Jezus ukrzyżowany i cała uwaga historyków oraz pisarzy skupia się na zmartwychwstaniu chrześcijańskiego Zbawiciela. Ale co z tymi, którzy przeżyli? Z Fortynbrasem, Barabaszem? O nich się milczy.

O takich tekstach, jak „Próba rozwiązania mitologii”, „Boski Klaudiusz”, „Kaligula” i wielu innych Fraa już nawet nie będzie się rozpisywać, bo w ten sposób można by spędzić jeszcze dużo czasu na snuciu refleksji odnośnie każdego „antycznego” utworu Herberta.
A Fraa spędzi niebawem wiele godzin w pociągu, więc zachowa sobie tę rozrywkę na czas podróży.




"Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść."
[Zbigniew Herbert, "Król mrówek"]

niedziela, 28 marca 2010

Niedzielne spotkania poetyckie

Miasto Gdańsk niedawno wybierało twórcę, który zostanie uhonorowany nagrodą Europejskiego Poety Wolności. Z tej okazji odbywały się liczne spotkania z kandydującymi poetami z najrozmaitszych części Europy. Między innymi pojawił się wśród nich niejaki Andros Zemenidis, poeta z Cypru, którego matka jest Polką (bodajże z Łodzi), w związku z czym spotkanie odbywało się po polsku i bez tłumacza.

Fraa nie była na wielu spotkaniach z poetami – żeby nie skłamać, była może na jednym czy dwóch. Nigdy nie odczuwała potrzeby uczestniczenia w tego typu wydarzeniach, jako że z poezją „ma tyle wspólnego, co z samochodami drogimi, czyli nic” – że tak przytoczy tutaj słowa pewnego wieszcza. Mimo jednak braku doświadczenia w takich imprezach, Fraa ma niejasne wrażenie, że to powinno wyglądać nieco inaczej.

Tu trzeba dodać, że został przetłumaczony na język polski jeden z tomików poezji Androsa Zemenidisa, „Największe spośród trzech”.


Andros Zemenidis - Najwieksze sposrod trzech
Autor: Andros Zemenidis
Tytuł: „Największe spośród trzech”
Przekład: Paweł Krupka
Tytuł oryginału: „Απ' τα τρία το μεγαλύτερο”
Język oryginału: grecki
Miejsce i rok wydania: Gdańsk 2009
Wydawca: słowo/obraz terytoria
Seria: Europejski Poeta Wolności

Tak więc kiedy rozpoczęło się spotkanie, osoba moderująca je powiedziała o poecie dokładnie to, co odczytała z okładki tomu, czyli: „Poeta i prozaik. Urodził się w Anglii w roku 1973, z matki Polki i ojca Cypryjczyka. Mieszka w Limasolu, gdzie pracuje jako pedagog z dziećmi specjalnej troski. Opublikował powieść oraz 3 zbiory poezji.” Po czym siadła z boku, oddając głos Androsowi Zemenidisowi.


No i wtedy zaczął się dramat.
Andros Zemenidis
Bo okazało się, że poeta - jakkolwiek osobnik bardzo sympatyczny (mimo że na zdjęciu wygląda jak skazaniec) - jest totalnie nieprzygotowany do czegoś takiego. Zamiast powiedzieć cokolwiek z własnej inicjatywy, czekał na pytania – i trzeba przyznać, że gdyby nie paru studentów i tak zwana Mafia Atlantydy, najprawdopodobniej spotkanie skończyłoby się bardzo, bardzo szybko. Poeta próbował czasem sam kogoś podpytać, ale raczej nie przyniosło to oczekiwanych skutków. Niestety, w jednym z pierwszych rzędów siedział człowiek, który absolutnie tam siedzieć nie powinien. Zniósł jeszcze jakoś pytanie o imię i sugestię, że przed salą poeta widział u niego zbiorek poezji, więc może ma jakieś pytania. Później, zaciskając zęby i wbijając paznokcie poręcze, przetrzymał fazę pytań o znak zodiaku, co uskuteczniał Andros Zemenidis, żeby wypełnić jakoś ciszę. Ale kiedy poeta (podczas kolejnej chwili ciszy) zwrócił się do rzeczonego człowieka i powiedział „No i co, Fabian?”, to już miarka się przebrała. Młody człowiek wstał i, krocząc godnie przez całą szerokość auli, wyszedł. Poeta co prawda próbował go przeprosić i powstrzymać, ale niestety, nie udało się. Trauma będzie na całe życie, a legenda o histerycznym Fabianie właśnie obiega uczelnię.
Pojawiła się też inna legenda, przekazywana z towarzyszeniem zarumienionych policzków, lśniących ocząt i niepewnych uśmiechów, na ucho, jakoby poeta był gejem i podrywał Fabiana. Ale o tym Fraa się wypowiadać już nie będzie, bo uważa kreatorkę tej legendy za skończoną idiotkę i cały czas jakoś nie może rozkminić, dlaczego zapytanie kogoś o imię miałoby być równoznaczne z podrywaniem delikwenta.

Po chwili ciszy, kiedy wszyscy w osłupieniu gapili się na drzwi, przez które opuścił salę Fabian, padły jakieś kolejne pytania. Poeta odpowiadał raczej dość niemrawo, plus wiele razy twierdził, że nie rozumie pytania ze względu na różnice językowe. Fraa nie wie czy była to linia obrony, bo po prostu nie miał przygotowanej żadnej odpowiedzi, czy rzeczywiście osoby pytające używały tak zaawansowanego słownictwa. Niestety, tłumacza na podorędziu nie było, więc trzeba było formułować pytania coraz prościej i prościej.
W którejś kolejnej chwili ciszy Andros Zemenidis opowiedział dowcip – i rzeczywiście, dowcip był pocieszny, Fraa czuje się w obowiązku puścić to dalej:



Do Grecji z niezapowiedzianą wizytą przyleciał papież. Szofer odebrał go z lotniska, zapakował do limuzyny i pojechali autostradą. W którymś momencie szofer niestety musiał zatrzymać samochód, bo się źle poczuł. Papież dobrotliwie zaoferował się, że szofer może sobie usiąść z tyłu, a on – papież – poprowadzi. Przesiedli się więc i pojechali dalej. Papież nieco mocniej przycisnął gaz do deski, w związku z czym niebawem limuzyna musiała zjechać na pobocze, zatrzymana przez policję. Policjant podchodzi, szyba w limuzynie się opuszcza – a tam papież. Zszokowany policjant dzwoni do przełożonego:
– Panie komendancie, nie uwierzy pan, kogo zatrzymałem! Kogoś ważnego!
– Kogo? Premiera?
– Nie, wyżej!
– Prezydenta?
– Wyżej!
– Kanclerza Niemiec?
– Wyżej!
– Prezydenta USA?
– Wyżej!– Premiera Wielkiej Brytanii?
– Jeszcze wyżej!
– No to kogo?! Boga?!
– Nie wiem czy to Bóg, ale papież jest jego szoferem...

Fraa może i nie ma szczególnie wyrafinowanego poczucia humoru, ale ten dowcip się jej podobał.



Oczywiście pytano Androsa Zemenidisa o tę wolność. No bo skoro ma być Europejskim Poetą Wolności, no to: czym dla niego jest wolność, gdzie tę wolność widać w jego wierszach. Odpowiedzi były albo niemożebnie podpadające pod slogany typu „robić to co się chce, pod warunkiem, że nie krzywdzi się innych”, albo (zwłaszcza odnośnie motywu wolności w jego wierszach) „nie wiem, widocznie ktoś tam coś dostrzegł”. Poeta opowiadał o tym, jak to zaczynał kolejne studia, ciągle mu się nudziły, więc przerywał i zaczynał robić coś innego. W tym widział jakąś wolność. Żeby nie zmuszać się do robienia czegoś, na co się nie ma ochoty – padały oczywiście pytania, co z odpowiedzialnością. Odpowiedzi jednak były dość wykrętne i w sumie nic z tego nie wynikało.

Fraa zupełnie zapomniała, że pierwsze pytanie, jakie padło, dotyczyło antycznych inspiracji w wierszach Androsa Zemenidisa. Czy są, a jeśli są, to jakie. Odpowiedź była zwięzła: nie. Poeta nie czytał i nie czyta poezji, bo się nie chce inspirować. Chce mieć własny styl, a jakby zaczął coś czytać, to nieświadomie czerpałby z cudzego stylu. Fraa już tutaj poczuła się zaniepokojona. Bo Fraa wychodzi z założenia, że nie można świadomie wyrobić sobie własnego stylu bez znajomości stylów innych twórców. Nie można sprzeciwiać się schematom, nie mając o tych schematach zielonego pojęcia.

Sytuacja wcale się nie poprawiła, kiedy pojawiło się pytanie o sposób tworzenia. Otóż Andros Zemenidis pisze jak ma doła, jak w jego życiu dzieje się źle. Jak wszystko jest dobrze, nie pisze – bo nie ma o czym. Od roku niczego nie napisał, bo ożenił się i póki co żyje mu się całkiem szczęśliwie. Jednocześnie na pytanie kim się czuje, Andros Zemenidis odpowiadał, że poetą. Fraa zaczęła się zastanawiać, czy to w jakiś sposób się nie wyklucza: bo na logikę rzecz biorąc, najlepszą rzeczą, jakiej można życzyć Androsowi Zemenidisowi, to żeby już nigdy niczego nie napisał. Bo przecież to będzie równoznaczne z tym, że do końca życia będzie szczęśliwy. Jak w takim układzie taki człowiek może mówić o sobie, że jest poetą, skoro jego marzeniem jest brak okoliczności sprzyjających pisaniu wierszy? Najwyraźniej pod słowem „poeta” Andros Zemenidis rozumie coś innego, niż Fraa. Jest to wielce prawdopodobne, jako że Fraa się na tym nie zna... Pytanie, niestety, Fraa sformułowała jakieś dwa dni po spotkaniu, więc już raczej nigdy nie uzyska na nie odpowiedzi.

No i tak jakoś tam półtorej godziny zostało przesiedziane. Bez przygotowania, czysta improwizacja i niepewne chrząkania, żeby zagłuszyć przydługie momenty ciszy.

W Internecie Fraa znalazła taką notkę:

„Zemenidis zagrożenie dla wolności człowieka postrzega w schematach i konwenansach narzuconych przez nowoczesną technologię, środki masowego przekazu i wielkomiejski pośpiech, obecny nawet na małej, niezbyt gęsto zaludnionej wyspie. Cypryjski poeta zmaga się z niszczącą mocą owych zjawisk za pomocą starej helleńskiej broni, tej samej, którą władał Zorba w powieści Kazandzakisa: optymizmu i radości życia. W wierszach z tomu Największe spośród trzech broni swojej wolności w scenach miłosnych, przy butelce wina z przyjaciółmi, w rozmowie ze słońcem i żywiołami natury. Lekarstwem na chorobę współczesnego świata jest według niego instynkt życia, który odkrywamy, spoglądając do środka lub dostrzegając to, co pochodzi od Boga, a nie od zatrutego własną pychą człowieka.”


Szkoda tylko, że Andros Zemenidis wygląda, jakby sam nie miał pojęcia o tych wszystkich rzeczach, które napisał jakiś gorliwy filolog. Jedynie przytakiwał, jeśli ktoś wysuwał jakąś własną sugestię na temat wolności w tych utworach.

Niestety, poeta nie miał też przy sobie własnego tomiku poezji, ani – tym bardziej – tomiku w oryginale. Kiedy został poproszony o zaprezentowanie któregoś z wierszy po grecku, mógł jedynie wybrać najkrótszy z utworów i wyrecytować z pamięci. I tak dobrze, że któryś ze swoich tekstów w ogóle pamiętał.

Poza tym na stronie 73. w tłumaczeniu jest błąd, o czym powiedział sam poeta: w polskim tekście czytelnik ma w ostatniej strofce „poprosił Wolfgang”, podczas gdy powinno być „poprosiła Wolfganga”.

A tak już zupełnie na marginesie – Fraa nie zachwyciła się tekstami Androsa Zemenidisa. Wyglądają jak zwykła proza, poszatkowana na pojedyncze słowa i ułożona w słupek. Chociaż niewykluczone, że w oryginale to sprawia inne wrażenie, może chociażby zyskuje to w grece jakiś rytm.





Gdy masz

przed sobą
trzy
rzeczy
i wybory
największe
wybierasz
spośród trzech
to co największe
i niekoniecznie
najlepsze.

Gdy próbujesz
i próbujesz
i próbujesz
ale nie ma
nikogo
i niczego
na czym
mógłbyś się wesprzeć
znów chwytasz
spośród trzech
to co największe...
[Andros Zemenidis, „Największe spośród trzech”]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...