sobota, 27 marca 2010

Odcinek 16

No. W końcu udało się domknąć szesnasty odcinek Jedną Nogą w Grobie.
Fraa znów borykała się z nowymi metodami – ale tym razem chyba rzeczywiście coś udało jej się rozkminić. Wbrew pozorom, obecny sposób ma szansę sporo ułatwić, a to opóźnienie wynikało z tego, że Fraa dopiero się uczyła. No i na pewien trywialny sposób wpadła dopiero po wielu godzinach męczenia się. Chyba następny odcinek Fraa spróbuje narysować tą samą metodą – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie i szybciej, i lepiej. Jeszcze tylko trzeba się zastanowić nad komputerowym podrasowaniem nieba, bo jednak wciąż jest łaciate.

Mimo dwudniowej obsuwy, Fraa uważa, że tym razem odniosła sukces.






Fraa dopiero po dokończeniu szkicu zaczęła się zastanawiać nad tym, co właściwie narysowała. Czy wyobraża sobie, żeby Grabarz kiedykolwiek tańczył albo śmiał się? Musiała się bardzo intensywnie nad tym zastanowić, ale doszła do wniosku, że tak – jeśli dostatecznie by się upił...?


PS. Aha – i jak się, do stu diabłów, nazywa ta gra, co to trzeba przejść pod coraz niżej znajdującym się kijem bez dotknięcia go?

piątek, 26 marca 2010

Fraa w czytelni (11) - "Ani słowa prawdy"

Fraa miała pisać o czymś zupełnie innym, jednak z przyczyn techniczno-logistycznych okazało się, że to niemożliwe. W związku ze związkiem, dziś będzie niewinny, wesolutki tomik, czyli:
Ani slowa prawdyAutor: Jacek Piekara
Tytuł: „Ani słowa prawdy: Opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża”
Język oryginału: polski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Runa

Większości czytelników Jacek Piekara może kojarzyć się głównie z cyklem o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie. Autor ten ma na swoim koncie też rozmaite krótsze serie i pojedyncze zbiory opowiadań, a z nich wszystkich Fraa najbardziej ceni właśnie „Ani słowa prawdy”. Niewykluczone, że to przez sentyment do gry – bo trzeba przyznać, że gra „Książę i tchórz” z 1998 roku była przepocieszna, a Arivald (o głosie Kazimierza Kaczora), który tam się pojawił, naprawdę pozostaje w pamięci na lata.

Arivald jednak pojawił się już wcześniej jako postać literacka – w magazynie „Fenix” w 1992 roku ukazało się opowiadanie „To, co najważniejsze”. Fraa oczywiście nigdy tego nie widziała na własne oczy, a teksty, które były publikowane w czasopismach, poznała dopiero w zbiorze „Ani słowa prawdy”.

O ile w cyklu o Mordimerze Madderdinie nacisk położony jest głównie na to, żeby było mrocznie i ponuro, o tyle przygody Arivalda są raczej dziwaczne i nieco zabawne. Fraa uważa to za zaletę, bo ileż można się podniecać Madderdinowym mrokiem? Cóż – Fraa przestała po trzech pierwszych tomach, bezczelnie ignorując późniejsze dzieła „Łowcy dusz”, „Ja, inkwizytor” oraz „Płomień i krzyż”. Bo dobry pomysł przestaje być taki dobry, kiedy zaczyna się ciągnąć jak guma od majtek.
Tymczasem o Arivaldzie na chwilę obecną jest tylko jeden zbiór opowiadań, który zawiera:
    • To, co najważniejsze
    • Sekrety Tajemnego Bractwa
    • Cudak z Cudakowego Lasu
    • Nie wszystko złoto, co się świeci (i na odwrót)
    • Czarodziejki Chaosu
    • Robaczek świętojański
    • Ani słowa prawdy
    • Arivald i wiedźmy
    • Kiedy czeka Nowy Świat
    • Klątwa wiedźmiarzy

Przy czym głównym minusem książki jest brak spisu treści. Jeśli to oszczędność papieru, to Fraa naprawdę wolałaby, żeby spis treści pojawił się zamiast którejś z obszernych rozpisek „Dotychczas ukazały się”.

A odnośnie samej treści: Fraa musi przyznać, że Arivald z gry był jednak wdzięczniejszy. Mag i prosty, radosny pijaczyna. W książce troszeczkę zalatuje Mary Sue. Samo założenie jest fajne: żołnierz, który tak naprawdę tylko udaje, że jest magiem. Ale w rezultacie czytelnik dostaje silnego żołnierza, któremu na tyle sprawnie poszła nauka czarów, że tak naprawdę jest i żołnierzem, i magiem, w dodatku zdolnym do dość niekonwencjonalnych metod walki. Czyli człowiek-orkiestra, na którego nie ma mocnych. Fraa nie odczuwała tego, że bohater tak naprawdę tylko zgrywa maga.

Jeśli idzie o opowiadania, to różnie to wygląda. Niektóre są naprawdę fajne i wciągające, inne sprawiają tylko wrażenie, jakby autor pod płaszczykiem opowiadania uzewnętrzniał swoje fantazje – Fraa ma tu na myśli głównie opowiadanie, w którym Arivald trafia do siedziby trzech ślicznych magiczek-nimfomanek.

Generalnie można „Ani słowa prawdy” dość bezboleśnie przeczytać, acz Fraa nie odczuwała przy tym jakiejś dzikiej ekstazy. Sympatyczne, no i bardzo pozytywna odmiana po szesnastym opowiadaniu o bezlitosnym inkwizytorze, ale Fraa nie planuje zbyt szybko wracać do tej lektury. Poza ciekawym pomysłem na samego głównego bohatera, czytelnik dostaje uczciwą dawkę bardzo tradycyjnego fantasy. Raczej do przeczytania raz.


„Arivald był magiem. W każdym razie za takiego uchodził w oczach mieszkańców Wybrzeża. Miał niebieski płaszcz w srebrne gwiazdy, kryształową kulę i Księgę Czarów. Potrafił mamrotać szybkie zaklęcia w obcym języku, o rzeczach jasnych i prostych mówić niezrozumiale, i odwrotnie. Umiał leczyć nosaciznę bydła, przyrządzać maści na skaleczenia i oparzenia, wskazywać rybakom miejsca najlepszych połowów, dziewczętom i chłopcom warzyć lubczyk, a starym mężom potrafił dopomóc w kłopotach z młodymi żonami. Dlatego też powszechnie uważano go za czarodzieja i jednego z członków Tajemnego Bractwa.”

czwartek, 25 marca 2010

Wielka Kolekcja Westernów (I.24) - "Wystrzałowe dziewczyny"

Być może Fraa miała za duże oczekiwania, będąc wciąż pod wrażeniem obejrzanej niedawno „Propozycji”. Tym niemniej po obejrzeniu kolejnego filmu z westernowej kolekcji, jest co najwyżej z lekka znudzona, żeby nie mówić, że zawiedziona. A ponieważ i tak już upadł plan opisywania wszystkich westernów z serii po kolei, Fraa pozwoli sobie napisać parę słów o "Wystrzałowych dziewczynach" z 1994 roku również poza (nieistniejąca) kolejką.
Bad GirlsJak Fraa wspominała, każdy film z kolekcji jest upchnięty razem z czymś w rodzaju książeczki z rozmaitymi informacjami. Tym razem były to informacje dotyczące prostytutek na Dzikim Zachodzie oraz pierwotnych planów odnośnie filmu. A te były takie, że początkowo całość zapowiadała się dużo ciekawiej. Scenariusz napisała Becky Johnston, a reżyserią zajęła się Tamra Davies. Producentami mieli być Al Ruddy i André Morgan. Jedna z tytułowych dziewczyn miała być czarna, inna z kolei darzyła jedną z przyjaciółek lesbijską miłością. Historie wszystkich kobiet zapowiadały się dużo bardziej skomplikowanie. A po kilku tygodniach wszystko wzięło w łeb, jako że Twentieth Century-Fox (swoją drogą, książeczki z tejże kolekcji miewają sporo literówek, tak na przykład tym razem Fraa znalazła „Twientieth”) miało inną wizję. Przerobieniem scenariusza zajął się Ken Friedman, reżyserią – Jonathan Kaplan. Producentem została Lynda Obst. Zmieniła się też obsada i zamiast nieznanych aktorek, zatrudniono gwiazdy kojarzone już przez większość widzów. Wycięto elementy dotyczące rasizmu czy homoseksualizmu, uproszczono historie bohaterek. Fraa jest zdania, że to między innymi przez to film jest naiwny i głupkowaty.

Fraa w jakiś sposób czuje się rozdrażniona, kiedy ktoś wbija cycatą laskę w skórzane spodnie i flanelową koszulę, po czym na tej podstawie twierdzi, że bohaterka jest twarda, silna i męska, ale jednocześnie delikatna i wrażliwa. Nie – Fraa uważa, że to jest po prostu laska we flanelowej koszuli. Do zagrania silnego, ale jednocześnie wrażliwego babska, trzeba czegoś więcej. Fraa nie wierzy i nikt raczej jej nie przekona, że uboga kobieta wychowująca się na Dzikim Zachodzie będzie miała nienaganną cerę (zwłaszcza na dłoniach!), kształtne, szczuplutkie rączki i nóżki oraz bielutkie ząbki. Jeszcze cera na twarzy od biedy ujdzie – bohaterki, niezależnie od przeszłości, w momencie, w którym widz je poznaje, są prostytutkami, więc mają makijaż i ładne kiecki. Ale to nie zmienia faktu, że jeśli któraś z nich ciężko tyrała w młodości, to siłą rzeczy powinny pozostać tego ślady w stylu solidniej rozbudowanej muskulatury czy bardziej wyrazistych żył na poznaczonych odciskami dłoniach.

Kolejna rzecz: skąd, do stu demonów z najgłębszych kręgów piekieł, te kobiety potrafią jeździć konno i strzelać? Jeszcze Cody tyle o ile może umieć, bo z tego co Fraa zrozumiała, ta akurat kobiecina w przeszłości aktywnie działała w bandzie wyjętych spod prawa złodziejów i innych szumowin (chociaż naprawdę na to nie wygląda...). Ale choćby taka Lily – usiłuje być taka twarda i męska, podczas gdy przecież jest zwykłą blondyną w luźnych portkach. Jak, gdzie i kiedy nauczyła się strzelać? Właściwie nie wiadomo. Albo Fraa nie wyłapała tej informacji.

To akurat jest wielce prawdopodobne, bo Fraa była zmuszona oglądać film w oryginalnej wersji językowej, bez napisów. Tak się złożyło, że ten akurat film jest w kolekcji dostępny jedynie z polskim lektorem, bez możliwości ustawienia napisów. A polski lektor, to niestety nie jest Andrzej Matul. Ten lektor, jakkolwiek by się nie nazywał, okazał się skrajnie irytujący, w związku z czym Fraa wyłączyła go jeszcze w pierwszej scenie.

Jedyną bohaterką, która nie była aż tak irytująca, okazała się Anita (Mary Stuart Masterson). Anita nie udaje kogoś, kim nie jest – wdowa, prostytutka w saloonie, nie potrafi strzelać ani nic z tych rzeczy. Zresztą to właśnie ona wypomina przyjaciółkom, że w ogóle nie powinny robić tego, co robią, bo nigdy się nie zajmowały tego typu rzeczami (uciekanie przed prawem, wyrywanie zakładników z rąk bandytów, zemsta za minione krzywdy, ogólne miotanie się po pustkowiach Dzikiego Zachodu).

A nawet pomijając skrajnie nieprzekonujące bohaterki, film nadal nie prezentuje się zbyt dobrze. Muzyka jakaś tam jest, acz nic zapadającego w pamięci. Zdjęcia natomiast: no cóż. Fraa jest zdania, że sceny w zwolnionym tempie są dobre do skoków narciarskich i meczy piłki nożnej, ale jako efekt zwiększający napięcie w filmie, jest to metoda boleśnie nieporadna i przestarzała. Owszem, w filmie „Le Pacte des Loups” też niektóre sceny były spowolnione, ale po pierwsze: nie trwały tak długo, były to raczej migawki; po drugie: spowolnienie było w jakiś sposób fajnie wkomponowane w całość, przeplatało się z momentami bardzo dynamicznymi, tworząc ciekawy kontrast i pozwalając w ten sposób rzeczywiście podziwiać pewne sceny. Stanowiły coś na kształt filmowego haiku – wycinek historii, rzeczywistości, nad którym widz mógł się zatrzymać i kontemplować. A w „Wystrzałowych dziewczynach” te spowolnienia były dość długie i tak naprawdę nie do końca wiadomo po co. Bo bardziej dramatycznie to raczej to nie wyglądało.

Oprócz Anity, innym pozytywem filmu były pewne pojedyncze sceny. Szczególnie jedną z nich Fraa uważa naprawdę za zabawną. Z tego względu, że w jakiś sposób demaskuje westernowe toposy. W tym konkretnie przypadku chodziło o wyrywanie więziennych krat za pomocą liny i wozu. Bo efekt... no cóż, nie był do końca taki, jakiego można by się spodziewać po klasycznym westernie.

Słowem: Fraa mocno się rozczarowała tym filmem. Oczywiście nie był to pierwszy westerm z kolekcji, który nie do końca przypadł do gustu, ale na pewno był to jeden z tych najmniej ciekawych. Prawo serii jednak obowiązuje i Fraa dostawia „Bad Girls” na półkę, żeby nikt nie mógł mówić, że Fraa nie ma całej kolekcji.





"– Chcieliśmy otworzyć tartak.
– Tartak?
– Tak. Osadnictwo to nowe szkoły, bary, kościoły i domy – czyli drewno.
– Czemu nie powiedziałeś nam o tym wcześniej?
– Nie wiem. Nie miałam pojęcia jak się za to zabrać. Chodzi mi o to, że mogłybyście wszystkie mi pomóc. Razem mogłybyśmy zrobić to. Poprowadzić interes.
– Tartak?
– Sprzedawałyśmy siebie. Możemy sprzedawać drewno.
– Podpiecz to jeszcze. Gorsze już nie będzie.
– Chyba nie... Na tartak trzeba pieniędzy.
– Wiem. Pewnie nic z tego nie będzie, ale zawsze to jakiś plan.
– Mam trochę pieniędzy.
– W Aqua Dulce. Przesyłałam je tam do banku. Ponad 12,000 $.
– Co ty mówisz...
– Mówię „tartak”.
– Dlaczego nie?
– Tak. Czemu nie.
– Za tartak!"

środa, 24 marca 2010

ZaFraapowana filmami (znowu) - "Snatch"

Turkish zajmuje się ustawianiem walk bokserskich. Nie cierpi Niemców i Cyganów. Jego przyjaciel, Tommy, współpracuje z nim, choć zasadniczo polega to na tym, że Tommy pakuje ich obu w tarapaty, a Turkish usiłuje ich z nich wydobyć. Słowem – są jak bracia. Tymczasem w Antwerpii zostaje skradziony wyjątkowo okazały diament i przewieziony do Londynu. Kiedy konkurencyjne mafie się o tym dowiadują, rozpętuje się piekło, w które mimowolnie wplątują się Turkish i Tommy. Zupełnym przypadkiem, w całej hecy istotną rolę ma do odegrania cygański bokser.
Tak, to właśnie „Snatch” z 2000 roku, wyreżyserowany przez fantastycznego Guy'a Ritchie'go.
SnatchTen film to była miłość od pierwszego wejrzenia. Fraa natrafiła na niego zupełnym przypadkiem, nie znając jeszcze ani reżysera, ani fabuły. Ale już początek wydawał się intrygujący: Turkish (Jason Statham) i Tommy (Stephen Graham) siedzą obok siebie w ciemnym pomieszczeniu, narrację przejmuje Turkish. Tłumaczy kim jest, kim jest Tommy i ile wiedzą o diamentach. A nie mają o nich pojęcia. W dalszej kolejności jest scena rabunku diamentu przez mafiosów przebranych za Żydów, przy wtórze naprawdę świetnej muzyki. A dalej jest coraz lepiej.

„Snatch” (polski tytuł: „Przekręt”) jest naprawdę niesamowitym filmem. Nie można powiedzieć, żeby był szczególnie głęboki, poruszający istotne problemy rozwijającego się społeczeństwa XXI wieku ani nic w ten deseń. Jest wojna, rzeź i rąbanka, ale za to w jakim stylu! Z jakimż wdziękiem!

Charakterystyczną cechą filmu są bohaterowie: niemal każdy z nich prezentuje sobą jakąś skrajność. Pewnym wyjątkiem są właśnie Turkish i Tommy, którzy – jako raczej niepozorni panowie, starający się spokojnie dbać o swój interesik z walkami bokserskimi – wplątują się w porachunki niemalże superbohaterów. Bo kogo widz będzie miał okazję poznać w filmie?
Tony – Tony jest „Kulozęby”: w swoim czasie pewien inny mafioso zrobił z Tony'ego durszlak, ale Tony jest twardy. Tony przeżył i ma się świetnie.
Boris – czyli „Boris the Blade” albo „Boris the Bullet Dodger”: jak łatwo się zorientować, jest twardy. Kule się go nie imają, zabicie go jest prawie niewykonalne. Boris przetrzyma wszystko, prawie jak Rasputin. W filmie zresztą padają na jego temat słowa:

„Boris The Blade, or Boris The Bullet-Dodger. Bent as the Soviet sickle and hard as the hammer that crosses it. Apparently, it's just impossible to kill the bastard.”
„Brick Top” – zajmuje się walkami psów, karmieniem świń ludźmi, jest zleceniodawcą dla Turkish'a. Typ nad wyraz odrażający, bezwzględny, którego wszyscy się boją, nawet inne „grube ryby”. Z tym panem się nie zadziera, bo świnie potrafią wszamać człowieka naprawdę szybko i do ostatniej kosteczki.
Douglas „Doug The Head” Denovitz – handluje diamentami. Wszyscy go znają, zna się na tych kamykach jak nikt inny. Żeby było ciekawiej, „Łebski Doug” jest Żydem. To znaczy wcale nie jest, ale udaje Żyda. Bo przecież któż się lepiej zna na handlu, niż Żydzi?

I tak dalej – każda z postaci jest najlepsza w swoim fachu, nie można o nikim powiedzieć, że jest mdły czy nijaki. Fraa uważa, że apogeum tego widać w przypadku Mikey'ego. Mikey (Brad Pitt) jest Cyganem. I – jak Fraa powiedziała – jest mistrzem w swoim fachu. W tym akurat przypadku „fachem” jest... bycie Cyganem.

Cyganom należy poświęcić oddzielne parę słów.
Snatch - CyganieCyganów nikt nie lubi i wszyscy trochę się ich boją, trochę im nie ufają – no bo Cyganie mają to do siebie, że raz są, potem zwijają wozy i jadą dalej. Nieuchwytni, nieprzeniknieni... a nieprzeniknieni głównie z tego powodu, że nikt nie rozumie co oni u licha mówią. Jak to Turkish tłumaczy: „There was a problem with gypsies. You can't understand what's being said. Not Irish, not English. It's just Pikey.” – istotnie, Cyganów w filmie naprawdę trudno zrozumieć. Są momenty, w których jest to praktycznie niemożliwe. No, przynajmniej Fraa nie daje rady. Tym niemniej nikt nie zna się na przyczepach campingowych tak jak Cyganie, więc Turkish, chcąc nabyć właśnie taką przyczepę, był zmuszony do robienia interesów z Cyganami. I stąd właśnie wynikła ogromna część późniejszych komplikacji.
Fraa jest zdania, że rola Mikey'ego to absolutnie najlepsze, co mogło się przydarzyć Bradowi Pittowi. O ile Fraa zawsze była sceptycznie nastawiona do tego aktora, o tyle po zobaczeniu go w „Snatchu”, jej opinia o nim obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. To po prostu trzeba zobaczyć i – co może nawet istotniejsze – usłyszeć.

Warto też wspomnieć o muzyce w „Snatchu”, począwszy od żydowskiej muzyczki na samym początku, a skończywszy na „Golden Brown” zespołu The Stranglers. To właśnie jest fajne w tej muzyce: nie jest to w całości dzieło jednego kompozytora, opłaconego do zrobienia muzyki do tego właśnie filmu. Częściowo po prostu dobrano kawałki już istniejące, nawet niekoniecznie nowe, tak jak właśnie wspomniany już utwór „Golden Brown”, nagrany na początku lat osiemdziesiątych.





Fraa z czystym sumieniem poleca ten film, podkreśla tylko, że to naprawdę nie jest ambitne kino niezależne o problemach współczesnej młodzieży z rodzin patologicznych. To film pełen humoru, wyrazistych postaci i wciągającej akcji. Zresztą, Guy Ritchie jest ponoć znany jako brytyjski Tarantino – cóż, w świetle nowszych produkcji tego ostatniego, Fraa obawia się, że skłania się ku temu niby angielskiemu odpowiednikowi, aniżeli ku oryginałowi. Ze względu na lekkość i humor.





„My name is Turkish. Funny name for an Englishman, I know. My parents were on the same plane when it crashed. That's how they met. They named me after the plane. Not many people are named after a plane crash.
That's Tommy. He tells people he was named after a gun. But I know he was really named after a famous 19th century ballet dancer. Known him for as long as I can remember. He's my partner. Doesn't mean we hold hands or take walks. It means I try to keep him out of as much trouble as he inflicts on me. I give him a hard time. Keeps him in check. But really, he's like my brother.”


PS. I wiecie co Państwo? Fraa idzie obejrzeć jeszcze raz, bo właśnie obejrzała trailer i ją naszło na kolejną sesyjkę "Snatcha". Ot co.

wtorek, 23 marca 2010

Fraa w czytelni (10) - Edgar Allan Poe

W swoim czasie Fraa pisała o parszywym wybryku natury, jakim jest film „Dom Usherów”. Przy tamtej okazji wspomniała oczywiście o genialnym tekście, jakim jest z kolei opowiadanie Edgara Allana Poe'go „Zagłada Domu Usherów”.

Tym razem Fraa zamierza skoncentrować się wyłącznie na tych przyjemnych rzeczach, czyli na opowiadaniach Poe'go. Nawet nie chodzi tutaj o „Zagładę Domu Usherów”, ale o tak zwany całokształt działalności. Co więcej – nawet dołączając do tego poezje.

Fraa dawno temu nabyła dwa tomy opowiadań na Allegro. Oczywiście każdy pies z innej wsi, bo akurat nie było dwóch tomów z tej samej serii. Później się pojawiły, ale Fraa uznała, że trzymanie na półce dwóch kompletów to już z lekka nadgorliwość, a ta – jak wszyscy dobrze wiedzą – jest gorsza od faszyzmu.
Toteż Fraa ma w swoim posiadaniu:

Poe - Opowiadania t. 1
Autor: Edgar Allan Poe

Wyboru dokonał: Władysław Kopaliński
Tytuł: „Opowiadania”, t. 1
Przekład: Stanisław Wyrzykowski
Język oryginałów: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1956
Wydawca: Czytelnik

Tom pierwszy obejmuje opowiadania:
  • Metzengerstein
  • Opowieść Jerozolimska
  • Rękopis znaleziony w butelce
  • Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaalla
  • Król Mór
  • Ligeja
  • Diabeł w dzwonnicy
  • Zagłada Domu Usherów
  • William Wilson
  • Człowiek interesu
  • Człowiek tłumu
  • Zabójstwo przy rue Morgue
  • W bezdni Maelströmu
  • Nie zakładaj się nigdy z diabłem o swą głowę
  • Maska Czerwonego Moru
  • Tajemnica Marii Rogôt
  • Studnia i wahadło
  • Złoty żuk
  • Czarny kot
  • Łoś
  • Bujda balonowa
  • Przedwczesny pogrzeb
  • Skradziony list
  • System doktora Smoły i profesora Pierza
  • Beczka Amontillado
  • Żabi Skoczek
  • Von Kempelen i jego wynalazek



Poe - Opowiadania t. 2
Autor: Edgar Allan Poe

Wyboru dokonał: Władysław Kopaliński
Tytuł: „Opowiadania”, t. 2
Przekład: Wiesław Furmańczyk, Anna Staniewska, Marian Stemar, Aldona Szpakowska, Krystyna Tarnowska, Bronisław Zieliński
Język oryginałów: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1989
Wydawca: Czytelnik


Z kolei w drugim tomie czytelnik znajdzie tytuły:
  • Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket
  • Wielkie figury
  • Cztery bydlęta w jednej skórze
  • Jak napisać blackwoodowski artykuł
  • Przykra historia
  • Człowiek, który się zużył
  • Trzy niedziele w tygodniu
  • Okulary
  • Anioł dziwnych przypadków
  • Tyś nim jest
  • Kariera literacka JWP Fintiflucha Boba
  • Tysiączna i druga opowieść Szeherezady
  • Sfinks
  • Zaesowanie agapitu


I tu pojawia się kłopot. No bo jak można ogólnie określić przeszło czterdzieści opowiadań, które dotykają przecież najrozmaitszej problematyki i mają najrozmaitszy styl? W tych dwóch tomach można znaleźć klasyczne teksty grozy, gdzie nawet natura – mroczna i ginąca – współgra z horrorem rozgrywającym się w życiu bohaterów, można znaleźć niemal obyczajowe opowiadanka o zakochanych ludziach, są fantastyczne teksty przygodowe o dalekich podróżach i niezwykłych odkryciach, pojawią się oczywiście opowiadania detektywistyczne (Fraa nawiązywała do nich przy pisaniu o „Psie Baskerville'ów” Doyle'a) i cała masa innych utworów. A wszystkie łączy pewien element nadprzyrodzoności, który czasem wynika z magii danego miejsca czy jakiejś postaci, a czasem po prostu z przemyślnego odwracania kota ogonem, tak jak na przykład w „Trzech niedzielach w jednym tygodniu”, w którym bohaterowie udowadniają, że tytułowa sytuacja jest jak najbardziej możliwa.

Najłatwiej z całości wyłonić opowiadania detektywistyczne o protoplaście Sherlocka Holmesa. Auguste Dupin, Paryżanin, jest bohaterem „Zabójstwa przy rue Morgue”, „Tajemnicy Marii Rogôt” oraz „Skradzionego listu”. Za pomocą dedukcji, oczywiście imponując przy tym nieco mniej rozgarniętemu narratorowi, rozwiązuje on zagadki.

Innym kryterium, które można przyjąć przy grupowaniu opowiadań Poe'go, jest zekranizowanie ich dokonane przez Rogera Cormana, w których praktycznie stałym elementem był Vincent Price. Filmy te, stanowiące dość swobodną kompilację wybranych opowiadań, w jakiś sposób oddają przynajmniej częściowo klimat literackich oryginałów.

Jakkolwiek by się nie starać, nie sposób w krótkiej blogowej notce opisać wszystkich opowiadań Poe'go. Fraa może co najwyżej wyłowić kilka ulubionych i powiedzieć o nich trzy słowa.
Co też uczyni.

Po pierwsze, należy wspomnieć o „Opowieści Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Jest to zresztą nie tyle opowiadanie, co niewielka powieść. Tytułowy Artur Pym potajemnie dostaje się na pokład Grampusa, jako że rodzina nie wyraża zgody na uczestniczenie bohatera w wyprawach morskich. Podczas gdy Pym ukrywa się pod pokładem, na pokładzie wybucha bunt. Dalej już los rzuca Arturem z miejsca na miejsce, zmuszając go do nieludzkich wręcz zachowań, takich jak kanibalizm. Fraa pamięta, że „Opowieść Artura...” zrobiła na niej ogromne wrażenie. Zwłaszcza końcówka, która pozostawia uczucie niedosytu. Chciałoby się wiedzieć co dalej, czytelnik (przynajmniej Fraa) jakby zapomina, że to fikcja, a zaczyna śledzić losy Pyma jakby to były odkryte gdzieś pamiętniki podróżnika, który – nie wiedzieć czemu i ku rozpaczy osoby czytającej – w pewnym momencie przerwał zapiski. I to w tym najciekawszym, najbardziej fantastycznym. Dodane na końcu dopiski rzekomych redaktorów, objaśniające opisane przez narratora znaki, potęgują to wrażenie i dodają autentyczności.

Skoro już mowa o podróżach morskich u Poe'go, należy wspomnieć o „Rękopisie znalezionym w butelce”. Fraa również uwielbia to opowiadanie, choć jest bez porównania krótsze, bo ma zaledwie dziesięć stroniczek. Narrator, jednocześnie autor tytułowego rękopisu, chcąc zwiedzić archipelag Wysp Sundajskich, wsiada na pokład okrętu w Batawii i wyrusza w podróż. Pech chce, że rejs zostaje zakłócony przez potężny sztorm. Bohaterowi udaje się ocaleć i znaleźć ratunek na pokładzie innego okrętu – ale czy to na pewno ratunek? Zapiski, które w najgorszym razie narrator zamierza wrzucić do morza w butelce, są przesączone tajemnicą i grozą. I to właśnie atmosfera tekstu, a nie akcja, są istotne. Bo jeśli przyjrzeć się akcji, to nie jest to nic szczególnego: facet na statku. I właściwie tyle. Poe jednak fantastycznie opisuje wątpliwości bohatera, jego lęki oraz atmosferę na pokładzie dziwacznego korabia. Fraa za każdym razem czyta to opowiadanie z zapartym tchem.

Na uwagę zasługuje oczywiście „Zagłada Domu Usherów”, kolejny z tych tekstów, z wrażenia po których Fraa do tej pory nie może się otrząsnąć.
Narrator odwiedza starego przyjaciela, Ushera, z którym nie widział się wiele lat. Okazuje się, że za rodem Usherów ciągnie się jakaś paskudna klątwa albo bogowie wiedzą co. Ostatni z żyjących Usherów marnieje w oczach, dopada go szaleństwo i depresja. Kiedy umiera jego siostra, do tej pory ciężko chora, tylko pogłębia to zły stan przyjaciela narratora. Zresztą – w takim samym stanie jest tam wszystko: drzewa, cały zamek: wydaje się, że jeśli umrze ostatni Usher, umrze też całe to miejsce. Niesamowity, przesiąknięty beznadziejnym poczuciem końca tekst. Gdzieś czai się zło, tylko nie do końca wiadomo, skąd nadejdzie. Gość usiłuje przywrócić Ushera światu, ale trudno wygrać z przeznaczeniem.
Kolejne opowiadanie, które wsysa fantastyczną atmosferą i wypluwa dopiero po skończeniu lektury.

Fraa tutaj się zatrzyma, bo jeśli tego nie zrobi, to wyląduje tu z opisem czterdziestu opowiadań. A to by była gruba przesada.

Fraa może tylko powiedzieć, że proza Poe'go jest niesamowita, fantastyczna, miejscami kuriozalna, czasem trochę śmieszna (oj tak, Fraa bardzo by chciała napisać parę słów o „Bujdzie balonowej”, ale poprzestanie na zajawce: bohater leci balonem na Księżyc!), ale niezmiennie – nawet jeśli współczesny czytelnik wyraźnie widzi, że pewne rzeczy są z naukowego punktu widzenia absurdalne – wciągające.



„Korab ten wraz ze wszystkim, co na nim się znajduje, jest przepojony duchem prawieków. Załoga snuje się po nim na kształt widziadeł zamarłych stuleci. W ich oczach tli się jakaś myśl, gorzka i niespokojna. Kiedy ich postacie zastępują mi drogę w upiornym blasku latarń bojowych, doznaję uczuć, jakich przedtem nie doznawałem nigdy, acz przez całe życie lubowałem się starożytnością i pławiłem się w cieniu strąconych kolum Balbeku, Tadmoru i Persepolis, zanim moja własna dusza nie rozsypała się również w perzynę.”
[Edgar Allan Poe, „Rękopis znaleziony w butelce”, przeł. S. Wyrzykowski]

Zgodnie z obietnicą, Fraa chce jeszcze wspomnieć o poezji, mimo że ominęła tak niesamowite teksty, jak "Król Mór", "Maska Czerwonego Moru", "Żabi Skoczek" i wiele innych.



Poe - Poezje
Autor: Edgar Allan Poe

Redakcja: Paweł Marszałek
Tytuł: „Poezje”
Przekłady: Władysław Nawrocki, Barbara Beaupré, Antoni Lange, Zenon Przesmycki, Józef Czechowicz
Język oryginałów: angielski
Miejsce i rok wydania: Toruń 1999
Wydawca: C&T


Fraa co prawda kompletnie nie zna się na poezji, ale nie można mówić o Edgarze Allanie Poe bez wspomnienia o niesamowitym wierszu „Kruk”. Do tego Fraa dorzuca drugi ulubiony utwór, czyli „Miasto na morzu”. I serdecznie poleca oba, a także pozostałe.Skądinąd Fraa w tej chwili pilnuje tego zbiorku poezji jak oka w głowie, jako że nie chce kupować go po raz trzeci. Za pierwszym razem, niestety, Fraa wpadła na świetny pomysł pożyczenia książeczki człowiekowi, który potrzebował jej do magisterki, po czym nigdy więcej nie zobaczyła: ani tego człowieka, ani książki. Magisterki też nie, ale szczerze mówiąc Fraa ma nadzieję, że nigdy się nie obronił.Więcej Fraa żadnej twórczości Poe'go nie pożyczy. „Poezje” kosztują około dziesięciu złotych, każdy może sam sobie zafundować. W ostateczności, są przecież biblioteki.Do widzenia Państwu.




„And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting

On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon's that is dreaming,
And the lamplight o'er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted- nevermore!”
[Edgar Allan Poe, „The Raven”]

„Patrz – oto czarny śmierci tron
Wśród dziwnych – pustych, dzikich stron,
Gdzie się Zachodu krwawi skon.
Tam wielcy – mali – dobrzy – źli –
W spokoju wiecznym każdy śni.
Tam gmachów tłum – tam wieżyc zrąb,
Których nie dotknie czasów ząb.
(Struktura taka nam nie znana) –
A w krąg od wichrów zapomniana,
Drętwa – pod niebem na dolinie
Melancholijnie woda płynie."
[Edgar Allan Poe, „Miasto na morzu”, przeł. A. Lange]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...