sobota, 20 marca 2010

Odcinek 15

Trochę potrwało, nim sobotnia notka się załadowała. No ale w końcu. Lepiej późno niż później.
Rzecz w tym, że Fraa próbowała tym razem bawić się kredkami akwarelowymi, wodą i wacikami. I nagle się okazało, że to trwa o wiele dłużej, niż Fraa przewidywała. I właśnie ten czas roboty jest zasadniczym minusem tej metody. Ma ona co prawda swoje plusy:

  • w jakimś stopniu są niewidoczne (albo przynajmniej gorzej widoczne) maźniaki kredkowo-ołówkowe;
  • nie widać białych kresek w miejscach, gdzie kartka była akurat wgnieciona (analogicznie nie widać ciemniejszych w miejscach, gdzie akurat pod kartką był jakiś okruch);
  • można w ten sposób bardziej jednolicie zamalować większe powierzchnie, dzięki czemu na przykład po raz pierwszy niebo nie jest modyfikowane komputerowo;
  • możecie Państwo wierzyć lub nie – kolory są o wiele intensywniejsze;
  • Fraa mogła pobawić się czymś nowym.

Rzecz w tym, że intensywność kolorów i tak idzie precz przy postarzaniu (a Fraa bardzo lubi ten efekt), a to niemodyfikowane niebo, chociaż stosunkowo jednolite, to jednak o wiele za jasne.

I Fraa znowu jest w kropce.



Cyryl jest Cyrylem, bo tak. Bo znacząca data imienin. A jeśli chodzi o jego kwestię, to niestety, Fraa nie może sobie przywłaszczać czegoś takiego. W tym przypadku Fraa sięgnęła do źródła wszelakich kiczowatych lamentów, do niezgłębionej studni beznadziejnie zniewieściałych emo-wampirów: do grafomanii pani Meyer. Fraa wiedziała, że znajdzie coś odpowiedniego. Co więcej: do stworzenia fryzury Cyryla, Fraa kilkakrotnie zmuszona była zerkać na zdjęcie wymoczkowatego Parkinsona... Patisona... Pattinsona, no!
Całość inspirowana pewnym dialogiem sprzed paru lat, który – o ile Fraa dobrze pamięta – brzmiał mniej-więcej tak:
- Jak wygląda Inzaghi?
- Hmm... Wiesz jak wygląda Nesta?
- No wiem.

- To Inzaghi tak nie wygląda.


Z tego miejsca Fraa dziękuje autorkom powyższego dialogu i pozdrawia.

piątek, 19 marca 2010

Trochę organizacyjnie...

No i to tyle, jeśli chodzi o szczwany plan ćwiczenia systematyczności i zorganizowania. Jak widać, Fraa wytrzymała miesiąc z regularnością. Fraa traktuje lukę 18. marca jako swoją osobistą porażkę, tym bardziej, że notka faktycznie niejako się „wczytywała” – po prostu zabrała o pół godzinki więcej czasu, niż Fraa się spodziewała. Fakt faktem, nigdy nie było żadnej oficjalnej informacji, że wpisy będą codziennie, po prostu stało się to pewnym nawykiem, który Fraa chciała podtrzymywać. Teraz Fraa ma trzy wyjścia:
  1. Darować sobie systematyczność i pisać kiedy się nadarzy, ot tak;
  2. Udawać, że nic się nie stało i nadal próbować pisać codziennie;
  3. Droga najbardziej patetyczna i ostentacyjna: stwierdzić, że Fraa do niczego się nie nadaje i skasować bloga. I pociąć się za pomocą żyletki:
badz EMO

[absolutnie wszystkie prawa zastrzeżone, made by Zięba]

Fraa najprawdopodobniej wybierze bramkę (Fraa na początku napisała: „brankę”... To chyba znak, że to zaiste dobre Tullamore Dew było w dzień św. Patryka...) numer dwa.

Dzisiaj Fraa jest nieco skonfundowana, jako że teoretycznie dzisiejszy wpis był wczorajszy, więc właściwie dzisiaj powinien być oddzielny dzisiejszy, ale z drugiej strony – nie ma co się oszukiwać, Fraa się nie wyrobiła z wczorajszym wpisem i dodała go dzisiaj, czyli wpis jest dzisiejszy. Dlatego też Fraa idzie na kompromis i popełnia taką pół-notkę, czyli notkę organizacyjną, coby podzielić się swoimi frustracjami. I pochwalić, jaką wyczepistą żyletę w swoim czasie zmajstrowała Zięba...

Fraa liczy na to, że od dnia jutrzejszego wszystko wróci do normy. Zbliża się wiosna i wypadałoby wejść w nową porę roku z jasną blogo-sytuacją, czyż nie?

No. I to tyle, co Fraa miała do powiedzenia. Do zobaczenia jutro!

Wielka Kolekcja Westernów (I.23) - "Propozycja"

Ta notka pojawiła się wczoraj. Naprawdę. To tylko tak wygląda, że dzisiaj...



Od maja zeszłego roku można było (i nadal można) nabywać co dwa tygodnie filmy z Wielkiej Kolekcji Westernów. Do każdej płytki dołączone jest coś w rodzaju książeczki z informacjami o filmie, o obsadzie oraz z garścią ciekawostek historycznych, do których w jakiś sposób nawiązuje dany film. Fraa kupuje te westerny regularnie, od samych „Siedmiu Wspaniałych” włącznie. Trzymała tę informację w tajemnicy, żeby całą serię opisać kiedyś w długie, zimowe wieczory... Szlag, za trzy dni 21. marca. No dobrze, z zimowymi wieczorami Fraa wtopiła, ale w każdym razie miała plan opisania systematycznie całej serii. Kiedyś.

Proposition
Tym niemniej ostatni nabytek, „Propozycja” z 2005 roku, w reżyserii Johna Hillcoata, wręcz wymusza opisanie go wcześniej i poza kolejką. Co też właśnie Fraa czyni.

Należy zacząć od tego, że „Propozycja” nie jest westernem. No naprawdę. Może raczej... Antipodern? Tak, Fraa ma świadomość, że toporny żart – grunt, że film traktuje nie o Dzikim Zachodzie, tylko o Australii.

Grudzień roku 1880, wszyscy smażą się w promieniach bezlitosnego, australijskiego słońca. Kapitan Morris Stanley schwytał w końcu dwóch z trzech braci Burns, Mikey'ego i Charlie'go, brakuje mu tylko najstarszego z nich: Arthura. Ponieważ kapitan sam ma kłopot ze schwytaniem przestępcy, którego Aborygeni nazywają Człowiekiem-Psem, Stanley składa Charlie'mu propozycję.

Tyle tytułem zajawki do filmu. Pomysł – mogłoby się wydawać, że nic nadto oryginalnego. Ale ale! Scenariusz do „Propozycji” napisał Nick Cave (ten sam, ten od „Where the Wild Roses Grow”), jest też odpowiedzialny za muzykę w filmie. Ponieważ reżyser i scenarzysta współpracowali ze sobą już wcześniej, szansa na stworzenie świetnego filmu musiała wzrosnąć.
No i oto jest antipodern – rewelacja w każdym calu.

Przede wszystkim, należą się gratulacje dla scenariusza, reżyserii i obsady aktorskiej, bo postacie są po prostu bezbłędne.
Teoretycznie głównym bohaterem jest Charlie Burns, grany przez Guy'a Pearce'a. Niektórzy mogą go kojarzyć z takich produkcji jak „Wehikuł czasu” czy „Hrabia Monte Christo” – co prawda Fraa nie była zadowolona z żadnego z tych filmów, tym razem jednak wyszło bez porównania lepiej. Charlie musi wybierać między braćmi, trudno więc oczekiwać, żeby podjął decyzję szczególnie szybko. Tym bardziej, że więzi między braćmi są – co widać najwyraźniej w przypadku Arthura – bardzo silne.
proposition3
Najstarszy z tej trójki, Arthur, na początku w ogóle się nie pojawia. Widz ma czas, żeby zatopić się w legendzie, jaka narasta dookoła bezwzględnego przestępcy, żyjącego gdzieś w jaskiniach na pustyni. W rolę Arthura wcielił się Danny Huston, który co prawda nie ma nadzwyczaj imponującej filmografii, tym niemniej potrafił stworzyć postać budzącego grozę mordercy, dla którego najważniejszymi wartościami są miłość i rodzina. Trzeba przyznać, że Arthur Burns ma w sobie coś ujmującego.
Najmłodszy brat, Mikey (Richard Wilson) głównie siedzi w więzieniu i cierpi. Jest właściwie jeszcze chłopcem i – chociaż poczuł się dostatecznie dorosły, żeby dopuścić się gwałtu i morderstwa – jednak to on jest przedstawiany jako ten, którego można by jeszcze „nawrócić” z całej tej potępionej rodziny. Należą się słowa pochwały za dobór aktora do roli Mikey'ego: Fraa ceni, kiedy trzydziestolatkowie nie usiłują grać trzynastolatków. Tymczasem Richard Wilson to rocznik '84., więc rola zagubionego i przerażonego chłopaczka wyszła mu bardzo naturalnie.

Mr and Mrs Stanley
Po stronie prawa stoi kapitan Morris Stanley, czyli Ray Winstone. Jak tylko się odezwał, Fraa miała jedno skojarzenie: „Russel Crowe?!” – i, o ile się zorientowała, nie była w tym odosobniona. Winstone brzmi jak Crowe, a co więcej: mają nawet coś podobnego w wyglądzie. Czy to mimika, czy spojrzenie, czy uśmiech – Fraa nie potrafi powiedzieć, ale po prostu ci dwaj panowie, choć kompletnie niepodobni, po prostu są podobni. Na początku Fraa zrzucała to na karb Antypodów. Crowe to Australijczyk, tutaj film australijski, widocznie oni tak mówią. Konsternacja przyszła z chwilą, w której Fraa przeczytała, że Winstone jest rodowitym Brytyjczykiem. Zresztą, takiego grał: Brytyjczyka, który przybył do Australii z zamiarem „ucywilizowania” tego kraju. Bezwzględnego w pracy, za to oddanego męża w domu.

W misji towarzyszy mu małżonka, Martha, grana przez Emily Watson, aktorkę nominowaną do Złotego Globu i dwukrotnie nominowaną do Oscara. Aktorkę, która użyczyła swojego głosu Victorii w Burtonowskiej „Gnijącej Pannie Młodej”. Martha jest brytyjską damą w każdym calu. I Fraa chyli czoła przed panią Watson, bo Martha jest fantastyczna. Czasem kobiety w filmach są po prostu odpicowanymi seksbombami, paniusiami, które tylko irytują. Czasem są „utwardzane” na siłę i wychodzi kuriozalna hybryda w stylu Ellen z „Szybkich i Martwych”. Tymczasem Martha jest po prostu naturalna – oddana żona, przyjaciółka i gospodyni. Jej dom i ogród to mały skrawek Anglii w tej piekielnej Australii. Fraa nie zdołała wykrzesać z siebie ani odrobiny niechęci do Marthy, bo po prostu nie było się do czego przyczepić. Poza tym, Martha nosi świetne kiecki.

W filmie pojawia się też niejaki Fletcher, a w tej roli – David Wenham, którego można kojarzyć jako Faramira z „Władcy Pierścieni” albo Diliosa z „300”. Fraa do tej pory widziała Wenhama właśnie w takich rolach: pozytywnych, drugoplanowych, uczciwych (choć dzielnych!) frajerów. Tymczasem okazuje się, że Wenham doskonale radzi sobie z rolą brytyjskiej szychy, która chce wystrzelać Aborygenów i wychłostać Mikey'ego. Fraa musi przyznać, że w pierwszej chwili nie poznała aktora, choć miała dziwne przeczucie pod tytułem „skądś znam tę twarz...”.

Kolejnym, bez wątpienia wartym wzmianki, bohaterem jest łowca nagród – Jellon Lamb, a w tę rolę wcielił się John Hurt. Aktor co prawda nie zaczynał fortunnie, bo od podkładania głosu w wybitnie nieudanej produkcji „Władca Pierścieni” z 1978 roku, ale na szczęście później miał więcej szczęścia (ot, choćby Kaligula w serialu „Ja, Klaudiusz” – Fraa wspominała, że to świetny serial?), co zaowocowało nominacjami do Oscara i Złotym Globem. Ponadto, John Hurt od 2004 roku jest komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego. Fraa ma tylko jedno, zasadnicze zastrzeżenie: dlaczego, u licha, Lamba w „Propozycji” jest jak na lekarstwo? Naprawdę – Fraa była tym bardzo zawiedziona, ponieważ postać zapowiadała się arcymiodnie, tymczasem okazało się, że skończyło się na dwóch scenkach.

Skoro już mowa o wybitnych jednostka „Propozycji”, trzeba tu wrócić do Nicka Cave'a i do muzyki. A ta jest również świetna. Nie ma co prawda epickich utworów, które Fraa mogłaby teraz wymienić z tytułu, ale muzyka idealnie wpasowuje się w australijski klimat filmu, od czasu do czasu przeplatając się z – dla odmiany – klimatem irlandzkim, jako że część bohaterów jest pochodzenia irlandzkiego. Muzyka nie odciąga uwagi od fabuły jako takiej, za to świetnie buduje atmosferę, pogłębia emocje i podkreśla różnorodność kulturową, z jaką widz styka się w filmie.

Charlie and Arthur
Sama Australia też robi wrażenie: ogromne przestrzenie, zachody słońca, piach i muchy – tak wygląda codzienność bohaterów „Propozycji”. Dla jednych jest to przekleństwo, piekło, ale dla innych – jak dla Arthura – ta natura jest piękna. Poddanie się jej sprawia, że człowiek staje się spokojniejszy. W tę naturę wchodzą z buciorami Anglicy i usiłują „cywilizować” Aborygenów. Część się udaje, część nie: widz dostaje tu klasyczny motyw „Europejczycy vs. Indianie”, ale tu widać wyraźnie, że te relacje nie są takie proste.


Fraa jest pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Jego dopracowanie, plenery, rewelacyjne postacie, stanowiąca spójną całość z akcją muzyka – to wszystko sprawia, że widz wlepia wzrok w ekran i z zapartym tchem śledzi losy bohaterów, jednocześnie nie potrafiąc zdefiniować, z którą stroną sympatyzuje. Bo każdy ma tam swoje racje i swoje wartości, zgodnie z którymi stara się postępować. Na dobrą sprawę żadne zakończenie nie wydaje się dobre, bo dla kogoś zawsze to będzie niesprawiedliwe.

Po raz pierwszy Fraa musi zgodzić się z opisem na pudełku: „Widowiskowy, mocny i brutalny, niezwykle wciągający” [Scott Weinberg, efilmcritic.com]





„– Forgive me, sir, but I've been stuck here with no-one but this sorry sack of Hibernian pig shit for conversation. Poor, poor Dan O'Reilly! Sit, sir. Drink with me.– One more crack about the Irish, Mr Lamb, and I'll shoot you. Am I clear?– Oh, as the waters of Ennis, sir. Let us drink, then, to the Irish. No finer race of men have ever... peeled a potato.– Do you pray, Mr Lamb?– Good Lord, son. No, I do not. I was, in days gone by, a believer. But, alas, I came to this beleaguered land and the God in me just... evaporated. Let us change our toast, sir. To the God who has forgotten us. But first... cardinal rule: never raise a glass with a man whose name you do not know.”

środa, 17 marca 2010

ZaFraapowana filmami (12) - "Święci z Bostonu"

leprechaun

Happy St. Patrick's Day!
[rys. z tej strony]



Jak większość ludzkości zapewne wie, dzisiejszy dzień jest dniem świętego Patryka. Kto zacz? Tak naprawdę mało kogo zapewne to interesuje. A co tam – o świętym Walentym, Krzysztofie czy Mikołaju też tak naprawdę mało kto wie cokolwiek konkretnego, co nie przeszkadza być im bardzo popularnymi świętymi. Wystarczy wiedzieć, że Patryk był Walijczykiem, w młodości sprzedanym do Irlandii w niewolę. W końcu uciekł na kontynent, przyjął święcenia kapłańskie i wrócił do Irlandii już jako misjonarz. Ponoć wypędził z Galii węże, a ideę Trójcy Świętej tłumaczył Celtom na przykładzie trzech listków koniczyny (stąd zresztą ma ona być symbolem Irlandii, a także symbolem dnia św. Patryka). W tym dniu, 17 marca, należy wypić co najmniej szklaneczkę whiskey.
Fraa nie ma więc wielkiego wyboru: dziś przypada pora na Boondock Saints” z 1999 roku, w reżyserii Troy'a Duffy'ego.

Boondock Saints - plakat
„Pewnego dnia pracujący w bostońskiej rzeźni irlandzcy bracia MacManus odkrywają swoje powołanie – są przekonani, że to Bóg wybrał ich by zostali narzędziem Jego zemsty i oczyścili Boston z przestępców. Wkrótce po tym prasa okrzyknie braci Świętymi z Bostonu, a ludzie zaczną opowiadać o ich czynach. Zamiary będzie próbował pokrzyżować im fenomenalny agent FBI Paul Smecker.”

Tyle opis fabuły. Film jednak zasługuje na to, żeby przyjrzeć mu się bliżej.

Po pierwsze: „Święci z Bostonu” mają genialną muzykę. Czołowym przykładem jest tutaj utwór „The Blood of Cuchulainn”, którego Fraa nigdy nie ma dość.


Inne kawałki z soundtracku też są warte uwagi, ale – przede wszystkim – są idealnie dopasowane do filmu, do jego klimatu i do akcji.

Po drugie: bohaterowie.
Bracia MacManus
Zacząć należy oczywiście od braci MacManus (tu dość ciekawa rzecz: pewien szkocki profesor twierdzi, że „Mac” jest przedrostkiem charakterystycznym wyłącznie dla Szkotów. Jeśliby bohaterowie mieli być rzeczywiście Irlandczykami, przedrostek powinien mieć postać „Mc”. Sam profesor podkreśla, żeby nie przekręcać jego nazwiska i pamiętać o tym „a” pośrodku, bo inaczej zrobiłoby się z niego Irlandczyka): mieszkają w obskurnej dzielnicy Bostonu, a pracują w rzeźni, choć – jak się okazuje – są naprawdę szeroko wykształceni. Wygląda na to, że praca w rzeźni po prostu daje im frajdę. Wierzą, że Bóg wybrał ich do oczyszczenia Bostonu z przestępców, jako że wymiar sprawiedliwości najwyraźniej sobie nie radzi, a mafiozi po schwytaniu wpłacają kaucję i wychodzą na wolność (Fraa popiera tę ideę misji). W role Connera i Murphy'ego wcielili się Sean Patrick Flannery oraz Norman Reedus.
Przyjacielem braci jest Rocco – „Zabawny Facet” (David Della Rocco). Jest mafijnym chłopcem na posyłki, a czy jest śmieszny? Widz sam może to ocenić.
Last, but not least – genialny Willem Dafoe jako agent FBI, Paul Smecker. Jest zmuszony pracować w większości z półgłówkami z bostońskiej policji, co chyba nieco go frustruje. Ma specyficzne metody pracy i nie toleruje pedałów.
Fabuła kręci się szybko, widz ma do czynienia z pełnym wachlarzem postaci: stróże prawa, rosyjska mafia, włoska mafia, przestępcy tak groźni, że trzyma się ich w solidnych klatkach, oraz (teoretycznie) normalni mieszkańcy Bostonu, którzy zajmują się nie do końca normalnymi rzeczami.
Trudno właściwie mówić, że ktokolwiek jest tam normalny – większość bohaterów jest w jakiś sposób przerysowana, zwłaszcza widać to przy czarnych charakterach: są groźni, bezwzględni, budzący postrach. Bracia MacManus sami w sobie nie są może aż tak mocarni, ale mają niesamowite szczęście. Oczywiście, kogoś może irytować, że dokonują rzeczy niemożliwych, ale taka właśnie jest konwencja filmu i taki jest humor: skaczą z ogromnych wysokości, rozbijają dziwaczne rzeczy na głowach przeciwników, zaplątują się w liny – i ze wszystkiego wychodzą obronną ręką.

Do tego dochodzą fantastyczne zwroty akcji, które zupełnie wywracają dalszą część filmu.

Jednym słowem, film „Święci z Bostonu” jest przemiodny. Rzeź i rąbanka, ale podana w taki sposób, że rewelacyjnie się to ogląda, a na końcu widz przyznaje rację Rocco, który mówił braciom MacManus, że powinni być w każdym większym mieście. Przynajmniej Fraa ma wrażenie, że bohaterowie filmu idealnie wpasowują się w jej poczucie sprawiedliwości i moralności. A co!

Fraa z czystym sumieniem dopisuje „Boondock Saints” do prywatnej listy najmiodniejszych filmów ever. Poleca gorąco.





„Yeah, it's St. Patty's Day, everyone's Irish tonight. Why don't you just pull up a stool and have a drink with us?”

wtorek, 16 marca 2010

Fraa w czytelni (9) - "Zadanie goblina"

Fraa w swoim czasie podjęła się heroicznego wyczynu, mianowicie: znaleźć humorystyczną książkę fantasy, która by nie była popełniona przez Pratchetta. I, proszę Państwa, to wcale nie było takie proste, czego efektem był na przykład zakup „Praw i Powinności”... Ale ostatecznie Fraa uważa misję za zakończoną powodzeniem: nabyła „Zadanie goblina” Jima C. Hinesa.


Zadanie Goblina - okladka
Autor: Jim C. Hines

Tytuł: „Zadanie goblina”
Przekład: Dominika Schimscheiner
Tytuł oryginału: „Goblin Quest”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Lublin 2008
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca krew

Książka przyciągnęła już z daleka. Wystarczyło, że Fraa rzuciła okiem na okładkę i tytuł, żeby lecieć do kasy, w desperacji szukając po kieszeniach pieniędzy.Fantasy zazwyczaj traktuje o bohaterach. Oczywiście są oni lepsi lub gorsi, słabsi i silniejsi, czasem nawet zupełnie pierdołowaci – ale w jakiejś mierze są bohaterami, którzy (nawet jeśli przypadkiem), pokonują rozmaite przeciwności, często przybierające postać groźnych, groteskowych czy po prostu paskudnych stworów.Jim C. Hines znalazł rewelacyjną lukę w tym wszystkim – i czym prędzej ją wypełnił: czytelnik dostaje więc paskudne stwory, które muszą w ramach przeciwności pokonać bohaterów. A więc tradycyjna opowieść fantasy, ale tym razem widziana „z drugiej strony”.

Fabuła jako taka nie jest szczególnie złożona: klasyczna grupa bohaterów (mag, rycerz, elfia złodziejka, krasnolud) schodzi do ciemnych tuneli, żeby znaleźć skarb. Tunele są zamieszkane przez paskudne gobliny. Wędrowcy chwytają jednego z nich i czynią z niego swojego przewodnika po ciemnych zaułkach. Czyli sztampa do bólu, gdyby tylko nie to, że czytelnik widzi całą tę przygodę z perspektywy paskudnego goblina, a nie któregoś z herosów.

Ogromnym plusem powieści jest właśnie klimat wynikający z przynależności gatunkowej głównego bohatera, możliwość wniknięcia do świata goblinów, który jest zazwyczaj zupełnie pomijany. Czytelnik widzi społeczność, która ma swoje – dość egzotyczne – zwyczaje, hierarchię i metody przetrwania. Gobliny mają również swoich bohaterów i swoje pieśni, choć oczywiście zasadniczo różnią się one od tych, które zazwyczaj występują w epickich opowieściach o herosach. Można też zapoznać się z rozmaitymi jaskiniowymi żyjątkami, takimi jak Ciapek czy koty tunelowe.
Co więcej, pojawiają się też bogowie – prawdziwi, żywi, przemawiający. No – tak naprawdę jest to jeden bóg, Ciemnogwiazdy, a poza przemawianiem właściwie niewiele robi. Mimo wszystko jednak rzadko zdarzają się bóstwa, które odpowiadają na modlitwy.

Jak Fraa wspominała, na „Zadanie goblina” natknęła się poszukując fantastyki na wesoło. I owszem: humor w powieści Hinesa jest prawdziwym atutem. I – co ważniejsze – nie przypomina on Pratchetta. Wreszcie jest coś innego, co pozwala wierzyć, że inni autorzy również mają poczucie humoru. Bardzo wdzięczne są aluzje do klasyków fantasy, w tym oczywiście do „Władcy Pierścieni”. Niezbyt nachalne, wywołujące uśmiech u czytelnika. Znajomość religii przez Darnaka oraz jego fascynacja mapami czyni z tego krasnoluda doskonale przerysowanego, stereotypowego brodacza, choć z drugiej strony – rzadko widzi się krasnoluda posługującego się leczącą magią. Fraa musi powiedzieć, że – obok Jiga – Darnak jest chyba najbardziej udanym bohaterem „Zadania goblina”: najwyraźniej widać w nim autorskie przymrużenie oka i zabawę konwencją. Riana, Barius i Ryslind sprawiają wrażenie, jakby byli najbardziej „na serio”. Co nie zmienia faktu, że i tak są skonstruowani z większym pomyślunkiem, niż wielu bohaterów fantasy. Wystarczy wspomnieć tu o Ryslindzie, który jest magiem: czytelnik z łatwością zauważa, że magia to nie strzelanie ognistymi kulami w tę i z powrotem. Rzucenie zaklęcia wymaga czasu i energii. Mag jest później wyczerpany – oczywiście im potężniejsze zaklęcie, tym jest wyczerpany bardziej. To poświęcenie dla użycia magicznej mocy bardzo wyraźnie widać i Fraa była z tego bardzo zadowolona.

Ostatnią uwaga, którą Fraa czuje się w obowiązku dodać, jest okładka. I tutaj należą się słowa pochwały dla Dominika Brońka, bo ilustracja na okładce jest naprawdę udana. Fraa oglądała zdjęcia zagranicznych wydań, zamieszczone na stronie autora powieści, i musi przyznać, że w większości kompletnie nie przypadły jej do gustu.

Powieść jest pierwszym tomem trylogii o goblinie Jigu. Nawet jeśli ktoś nie słyszał o kolejnych tomach („Droga goblina” oraz „Wojna goblina”), to łatwo to wyczuć z treści „Zadania goblina” – wyraźnie mówi się o tym, że prawdziwy Bohater musi przeżyć trzy Przygody. Tym niemniej „Zadanie goblina” stanowi pewną zamkniętą całostkę, która nie wymusza natychmiastowej lektury następnych tomów. No, chyba że komuś tak by się spodobało.




„Przymknął oczy i usiłował się odprężyć. Dlatego właśnie gobliny są tak kiepskimi członkami drużyn awanturniczych, stwierdził. Kilka razów w głowę i nie nadawał się do niczego. Cóż, rzeczywiście, wcześniej przeżył wyprawę przez wir. A rana na ramieniu też swoje zdziałała. I byłby w lepszej formie, gdyby przez ostatnie półtora dnia zjadł coś porządnego. Ale prawdziwi bohaterowie potrafili strząsnąć z siebie pół tuzina strzał i nadal walczyć. Gobliny rzucały się z wrzaskiem do ucieczki, jeśli przypadkiem uderzyły się w palec u nogi.”

niedziela, 14 marca 2010

Niedzielne antyki

AtenaPo pierwsze: Fraa czuje się w obowiązku przeprosić za te opóźnienia w aktualizacjach notek z ostatnich czterech dni. Notki się wczytywały... No tak: były napisane w teorii, należało tylko je przepisać na komputerze, a na to – najzwyczajniej w świecie – nie było czasu. Horror w Arkham nie pozwolił na bujanie się z jakimiś takimi dziwnymi rzeczami, jak klawiatura. Pięć kostek i cholerny pech okazały się ważniejsze. Słowem: Fraa wyjechała była i dopiero dziś wróciła.

Ale do rzeczy:

Fraa od jakiegoś czasu obserwuje dziwaczne zainteresowanie twórców filmowych antykiem. Trzeba przyznać, że jest tym bardzo uradowana. To naprawdę świetne, że w końcu historia starożytna i mitologia grecko-rzymska przestaną być dwiema lekcjami historii i pobieżnym śmignięciem przez „Mitologię” Parandowskiego. Tym bardziej, że to przecież naprawdę ciekawa tematyka. Trzeba tylko trochę poszperać, bo Fraa rozumie, że kolejna wersja „Odysei” mogłaby już być troszkę wtórna.

Ruszył to wszystko chyba „Gladiator”. No bo oczywiście były wcześniej takie filmy jak „Quo Vadis” z 1951 roku z Peterem Ustinovem, „300 Spartan” z 1962, „Jazon i Argonauci” z roku 1963 albo „Zmierzch Tytanów” z 1981 roku, ale Fraa nie zauważyła, żeby przed dwutysięcznym rokiem były to szczególnie chwytliwe tematy. Ot, film raz na dziesięć lat. Tymczasem w tym samym roku, w którym „Gladiator” zobaczył światło dzienne, Hallmark wypuścił „Jazona i Argonautów”, po czym widzowie byli raczeni kolejno widowiskami typu „Helena Trojańska”, „Troja”, „Aleksander” czy w końcu „Cyclops”.

Fraa naprawdę ma niezłe zdanie o „Gladiatorze”. Owszem, w swoim czasie wysłuchała chyba dwugodzinnego wykładu na temat „Co w Gladiatorze nie trzymało się kupy”, ale to nie zmienia faktu, że film jako taki jest przyjemny do obejrzenia. Począwszy od epickiej muzyki Hansa Zimmera, poprzez przewijające się na ekranie znane buźki pokroju Russela Crowe'a czy sir Dereka Jacobi'ego (fantastyczna rola w „Ja, Klaudiusz”, tak nawiasem mówiąc, ale o serialach Fraa tu w tym momencie pisać nie będzie, bo to oddzielny, obszerny temat), a skończywszy na widowiskowych walkach i bitwach. Po prostu ten film miał czym kupić widza, nawet mimo pewnych nieścisłości historycznych.
I niestety, „Gladiator” odniósł sukces. Fraa przypuszcza, że gdyby nie to, pewne okołoantyczne gnioty nigdy by nie powstały.
Gladiator

No bo czym widz był raczony w następnych dniach, miesiącach i latach? Jak już Fraa wspomniała: zaraz po „Gladiatorze” pojawił się nieszczęsny „Jazon i Argonauci” – bzdura gorsza niż to mogło wydawać się możliwe. Owszem, żołnierze, którzy wyrośli z posianych zębów smoka, wyglądali naprawdę fajnie, ale to tylko jakiś jeden, drobny element. Nie jest w stanie zatuszować kwiatków typu bohaterska śmierć Heraklesa, który zatrzymuje pogoń i ratuje drużynę. Nie, na bogów – Herakles owszem, w którymś momencie odłączył się od Argonautów, ale zrobił to w mało spektakularny sposób: w czasie któregoś postoju załogi, nimfy porwały młodego i ślicznego chłopca, ulubieńca Heraklesa, toteż heros poszedł go szukać i już nie wrócił na statek. Tu od razu należy dodać, że nie – nie umarł bohatersko szukając towarzysza. Gdyby zginął przy okazji wyprawy Argonautów, gdzie u licha miałaby się pojawić przysłowiowa koszulka Dejaniry? Dalej: dlaczego filmowy Orfeusz był czarny? Orfeusz to syn Apollona i Kaliope – boga i muzy. Żadne z nich nie było czarne. Był królem trackim – „Tracja” oznacza coś na pograniczach współczesnej Grecji, Bułgarii i Turcji. Mógłby mieć ewentualnie rysy z lekka bliskowschodnie, ale czarny? Tu nie chodzi o rasizm, ale o to, że wciskanie antyrasistowskiej politycznej poprawności na siłę gdzie się da i bez kompletnie żadnego uzasadnienia, to czysta i niczym nieskalana bzdura.
Nie ma też oczywiście w filmie mowy o czymś takim jak pokrojenie brata Medei na kawałeczki. Byłoby to trudne do zrobienia zresztą, bo filmowy Apsyrtos to dorosły facet i trudno oczekiwać, żeby Medea tak po prostu nagle do niego podeszła i go pociachała na porcje mięsa.
Dopełnieniem wszystkich głupot z filmu jest ostateczne „żyli długo i szczęśliwie” i spoglądający z góry na bohaterów bogowie, którzy niemal z zazdrością, a na pewno z zachwytem, patrzą, jak piękna, czysta i wytrwała jest miłość ludzka. Jasne – szkoda tylko, że przecież niebawem Jazon porzuci Medeę, która z kolei zarżnie ich dzieci i ucieknie. No tak, ale jak to by wyglądało w filmie? A jednak totalne spłycenie wątków i bohaterów w jakiś sposób boli.
Agamemnon - Rufus SewellO „Helenie trojańskiej” Fraa w ogóle woli nie mówić, bo to było smutne widowisko i Fraa ma szczerą nadzieję, że więcej nie będzie miała okazji tego oglądać. Całość nie dość, że bzdurna, to jeszcze najzwyczajniej w świecie nudna. Budżet najwyraźniej był skromny, bo efekty słabiutkie. Pełno dłużyzn i znów beznadziejne spłycenie bohaterów. Mimo całej sympatii do Rufusa Sewella i mimo że teoretycznie atutem filmu miały być bardzo autentyczne wdzianka i ozdoby, stworzone na podstawie odkrytego Schliemannowego „skarbu Priama”, Fraa ma o tym filmie jak najgorsze zdanie.

Nie lepiej, a właściwie jeszcze gorzej, przedstawia się sprawa z „Troją”, gdzie Agamemnona zabija w Bryzejda, Menelaos ginie, a Helena ucieka. Parysa gra drewniany Orlando Bloom, pierwszy kowal Hollywoodu. Grecy oblegają miasto za pomocą mieczy i włóczni, najprawdopodobniej chcąc docelowo zanudzić Trojan na śmierć. Fraa nie obejrzała nigdy całej „Troi” – nie zdzierżyła głupoty tego filmu. Mimo kilku podejść, wciąż spora część tego spektaklu pozostaje nieodgadniona.

Parę miesięcy później zobaczył światło dzienne „Aleksander” – Fraa już nawet nie ma siły ani ochoty rozwodzić się nad tą produkcją, wspomni tylko o niemożebnie kiczowatej scenie śmierci z orłem. Dopełnieniem bzdurnych filmów o antyku jest, oczywiście, „Cyclops”, którego Fraa co prawda nie widziała, ale na podstawie trailera nietrudno się domyśleć, że to coś straszliwego.
300A jednak nie jest tak źle. Choćby jest przecież świetny film „300” – oczywiście skrajnie niehistoryczny (choć czy aby...?), przerobiony w jakąś dziwaczną fantastykę, z powykręcanymi stworami, Persami trzymającymi jakieś pokraki na łańcuchach, no i z rewelacyjną muzyką. Mimo paru wpadek w scenariuszu, jednak film robi ogromne wrażenie od strony wizualnej, zapada w pamięć i zaczyna coś nowego. To nie jest po prostu wałkowanie starych motywów, ale zupełnie świeże ich wykorzystanie. Oczywiście, ogromna w tym zasługa Franka Millera, ale jednak film uświadomił, że można do tego tematu podejść inaczej. Bez jednoczesnego popadania w durnowatą skłonność „historia prawdziwa”.

Fraa więc ma nadzieję, że jednak antyk da się jeszcze uratować. Że widz nie będzie postrzegał starożytności i mitologii grecko-rzymskiej jako wysmarowanego oliwką Brada Pitta i żyjących długo i szczęśliwie Jazona i Medeę. Przecież bohaterowie mitów (a także postacie historyczne w takiej wersji, w jakiej podania o nich zostawili historycy) to postacie z ogromną pasją, targane bardzo wyrazistymi emocjami, przeżywający wielkie tragedie. To ludzie, którzy nie boją się przelać krwi najbliższych, jeśli uznają, że to właśnie będzie słuszne. Tam nie ma bohaterów pozytywnych, naiwnych romansów i czystości. Syn zabija ojca i sypia z matką, siostra porcjuje brata, a ojciec morduje dzieci. Matka zresztą też. A dlaczego? Czasem z zemsty. Czasem to przekleństwo zesłane przez bogów. A czasem najzwyczajniejsze logiczne myślenie: „wrzucę jego kawałki do morza, ojciec zacznie je zbierać, więc będziemy mieć więcej czasu na ucieczkę”. To nie jest smętna opera mydlana. Każdy ma coś na sumieniu – przynajmniej wedle dzisiejszych standardów. Ale nie wedle ówczesnych. Grecy byli społeczeństwem kary, mieli zupełnie inną moralność i system wartości, niż większość współczesnych Europejczyków czy Amerykanów. Naciąganie ich do obecnych, okołochrześcijańskich czy po prostu nowożytnych wartości nie ma większego sensu, bo wtedy jedyne co zostanie z antyku, to grupa frajerów owinięta w prześcieradła. A przecież właśnie ta odmienność kulturowa mogłaby być atutem produkcji nawiązujących do starożytnej Grecji.

Fraa z rozpaczą zobaczyła w swoim czasie zapowiedź filmu „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna” – kolejnej tandetnej historyjki o tym, jak to durny dzieciak ratuje świat przed zagładą. Bogowie sobie nie dają rady, ale on – owszem. Brrr. Kolejne pociotki „Eragona” i temu podobnych. I, niestety, tym razem ktoś postanowił wmieszać w to grecką mitologię. A to oznacza ni mniej ni więcej, że wyobrażenie przeciętnego odbiorcy na temat religii starożytnych Greków i Rzymian zjedzie po równi pochyłej z poziomu naoliwkowanego Brada Pitta do durnego małolata, który jest boskim potomkiem. Jeśli Fraa myślała, że „Troja” jest upadkiem, to cóż dopiero mówić o tym?

Fraa ma nadzieję, że przynajmniej „Clash of the Titans” będzie się dało oglądać. Jasne, też pewnie będzie to wolna amerykanka, ale może chociaż efekty będą dobre.
Bo na nic innego Fraa już woli nie liczyć.
No i najwyraźniej po "300" nagle okazało się, że mocniejsze kawałki przyjemnie pasują do antycznych herosów, że można odskoczyć troszkę od muzyki w stylu Zimmerowskiego soundtracku do "Gladiatora". To właściwie całkiem fajnie.



"THIS IS SPARTAAAAA!"
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...