sobota, 13 marca 2010

Odcinek poniekąd jubileuszowy

Dziś zamiast kolejnego, tradycyjnego odcinka, obrazek specjalny. Ot tak.




PS. Nie, Fraa nie miała pojęcia, że Petunia potrafi grać na banjo. Jak widać potrafi.

piątek, 12 marca 2010

Fraa w czytelni (8) - "Gwiezdny pył"

Fraa ma mieszane uczucia odnośnie Gaimana. Zapoznawanie się z jego twórczością zaczynała od „Koraliny”, która niesamowicie się podobała, ale zaraz potem nadeszła pora na „Amerykańskich bogów”, a wraz z nimi nadeszło rozczarowanie. Traf jednak chciał, że Fraa obejrzała filmową adaptację „Stardust” i poczucie obowiązku (a także ciekawość) kazało zapoznać się również z książkowym oryginałem. Trochę potrwało, zanim Fraa zdobyła wydanie bez filmowej okładki, ale w końcu się udało (Fraa nienawidzi filmowych okładek w książkach – z tego powodu przez długi czas nie mogła nabyć estetycznego, nowego wydania „Władcy Pierścieni” czy właśnie „Gwiezdnego pyłu”). Można było bezpiecznie czytać.

I chwała wszystkim bogom, że Fraa się zdecydowała na tę lekturę, bo powieść jest po prostu prześwietna. Tak jak i film, zresztą.

stardustAutor: Neil Gaiman
Tytuł: „Gwiezdny pył”
Przekład: Paulina Braiter
Tytuł oryginału:Stardust”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2007
Wydawca: Wydawnictwo MAG

Zasadniczo fabuła jest zbliżona: urodzony po drugiej stronie muru, a mieszkający w miasteczku Mur Tristran podkochuje się w Victorii i obiecuje jej gwiazdę w zamian za rękę. Wyrusza w podróż, ale oprócz niego, Gwiazdy szukają paskudne wiedźmy i – chyba jeszcze bardziej paskudni – książęta.
I mniej-więcej tu kończą się podobieństwa.

Oryginalny „Gwiezdny pył” jest naprawdę ciekawy: z jednej strony zaczyna się jak klasyczna baśń dla młodszego czytelnika i przez jeszcze pewien czas może sprawiać takie właśnie wrażenie. Z drugiej jednak strony za jakiś czas tenże czytelnik dociera do momentu spłodzenia Tristrana i nagle okazuje się, że dobrze by było, żeby jednak nie był czytelnikiem zbyt młodym. Literatura dla całkiem dorosłego odbiorcy przeplata się z baśnią, tworząc niesamowitą kombinację – film był jednak pod tym względem nieco uboższy, pozbawiony tej huśtawki nastrojów, gdzie z jednej strony bohater „chciał spełnić Pragnienie swego Serca”, a z drugiej – upadła Gwiazda woła na dzień dobry soczyste „kurwa”.

Jeśli już mowa o Gwieździe, można od razu wspomnieć o innych bohaterach: przede wszystkim, w powieści pojawia się tajemniczy, włochaty człowieczek, pominięty zupełnie w filmie. Z innych różnic – o ile w filmie muru pilnował zabawny, uparty staruszek, o tyle w książce było to zorganizowane może mniej widowiskowo, ale całkiem logicznie: muru pilnowali – niejako kadencyjnie i kolegialnie – wszyscy mężczyźni z Muru. Nie było potrzeby jakiegoś specjalnego przemykania się za ich plecami, bo przez mur można było całkiem legalnie przejść podczas jarmarku, a i nawet poza tym dozwolonym okresem dało radę przynajmniej spróbować dogadać się ze stróżami.
Victoria, początkowa oblubienica Tristrana, nie zamierza wyjść za żadnego przystojnego amanta-szermierza, jak to ma miejsce w filmie, ale za dobrze sytuowanego, starszego pana.

ShakespeareZ pewnym żalem Fraa odkryła, że jeden z jej ulubionych filmowych bohaterów, kapitan Shakespeare, w książce jest tylko kapitanem Johannesem Alberic'em, a wątek z łowcami piorunów jest raczej skromniutki. Tutaj trzeba przyznać, że filmowa, fantastyczna rola Roberta de Niro stanowiła genialne rozwinięcie Gaimanowej historii. Tak samo bez żadnych wątów, Fraa podczas lektury wizualizowała sobie Królową Czarownic jako fantastyczną Michelle Pfeiffer.

Oprócz modyfikacji samych bohaterów, są między książką a filmem różnice w rozwiązaniu pewnych wątków: ogólnie można powiedzieć, że powieść jest dużo mniej cukierkowa. W filmie był pewien wdzięczny kicz, którego na próżno szukać w książce. Victoria ostatecznie jest może i głupią, ale całkiem wyrozumiałą kobietą, Yvaine nie wychodzi w rozpaczy poza Krainę Czarów, nie ma widowiskowego pokonania strasznej czarownicy. Nawet taki drobiazg, jakim jest sceneria do spłodzenia Tristrana, w książce jest nieco bardziej przemyślana – a więc są jakieś krzaczory z dala od ludzi, zamiast cudzego wozu w środku jarmarku, gdzie przecież nigdy nie wiadomo, kiedy wróci właścicielka Uny. A i sama Una nie jest taka znowuż cud, miód i orzeszki – w powieści wyraźnie widać, że to kobieta, w której żyłach płynie królewska krew.

Michelle Pfeiffer

Jeszcze jeden wątek jest może i mniej ładnie, ale za to bardziej rozsądnie rozwiązany – a jest to tak zwane „żyli długo i szczęśliwie”. Należy przecież pamiętać, że Yvaine jest gwiazdą, a więc jest nieśmiertelna. A Tristran to tylko człowiek.

Fraa musi powiedzieć, że była zachwycona zarówno książką, jak i filmem. O ile film jest lżejszy, radośniejszy i prostszy, o tyle książka jest bardziej sensowna, nie taka naiwna. Jednocześnie również można w niej odnaleźć tę magiczną, baśniową atmosferę, nawet mimo braku błękitnej krwi w wannie. Nie ma się jednak czemu dziwić - o ile Fraa kojarzy stare plotki, sam Neil Gaiman współpracował przy produkcji adaptacji filmowej swojej powieści, toteż należy to po prostu traktować jako pewną alternatywną wersję pobłogosławioną przez samego autora, a nie jako dopiski osób zupełnie z zewnątrz.



„Wyjrzał na zewnątrz. Ostry powiew wiatru uderzył go w twarz i sprawił, że do piekących oczu napłynęły łzy. Na fioletowym niebie zamigotała słabo gwiazda.
– Widzę gwiazdę, ojcze.
– Ach! – wychrypiał Osiemdziesiąty Pierwszy Władca. – Zanieście mnie do okna.
Czterej martwi synowie patrzyli ze smutkiem, jak trzech pozostałych przy życiu dźwiga ostrożnie ojca. Starzec stanął przy oknie, czy raczej niemal stanął, opierając się ciężko na szerokich ramionach swych potomków, i spojrzał w ołowiane niebo.”

czwartek, 11 marca 2010

Fraa w czytelni (7) - "Wielka Księga Horroru" (t. 1)

Nie zamykaj oczu, strach nie zniknie. Czytaj z szeroko otwartymi…

Ostatni pociąg metra odjeżdża poza rozkładem. Podobno do opuszczonych, zamkniętych stacji, przy wtórze niedokończonych opowieści jego pasażerów. Poznaj cenę, jaką płacimy, by się nie bać. Sprawdź, czego nienawidzi natura i kto pracuje na nocne zmiany w muzeach. Zajrzyj na cmentarz, gdzie grabarze znajdują trumny otwarte od spodu. Poczuj, co znaczy być amerykańskim zmarłym w świecie rządzonym przez księży z miasta.

Leć między zimnym księżycem a ziemią. Jak ćma... Prosto w płomień...
[opis wydawcy]


wielka ksiega horroruTytuł: „Wielka Księga Horroru” (tom pierwszy)
Przekład: Marta Kisiel
Tytuł oryginału: „The Mammoth Book of Best New Horror”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Lublin 2010
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca Krew


Fraa wspominała już o tej pozycji, kiedy dzieliła się wnioskami po lekturze „Księgi Strachu”. W przeciwieństwie do tamtej antologii opowiadań, tym razem czytelnik dostaje zbiór tekstów popełnionych przez autorów zagranicznych.
Ale od początku.

Co również było już powiedziane przy okazji rodzimej antologii wydanej przez Runę, wyżej wspomniana „Wielka Księga...” wcale nie jest taka wielka, jak ją malują: oba tomy mają – normalne dla Fabryki Słów – wymiary 12,5 x 20,5 cm. To sprawia, że, w przeciwieństwie do „Księgi Strachu”, Fraa mogła zapoznać się ze zbiorem opowiadań w trakcie sześciogodzinnej jazdy pociągiem, bez ryzyka nieumyślnego znokautowania współpasażerów w przedziale za pomocą pierwszego tomu.

Fraa naprawdę bała się, zaczynając tę lekturę, ale dość prędko okazało się, że może jednak tym razem zakup nie był tak do końca chybiony. Należy tu przytoczyć opowiadania, które weszły w zakres pierwszego tomu:
  • Al Sarrantonio – „Lato”
  • Ramsey Campbell – „Głęboko”
  • John Gordon – „Nocna zmiana”
  • Christopher Fowler – „Luksus krzywdzenia”
  • Mark Samuels – „Pociągi specjalnego nadzoru”
  • Elizabeth Hand – „Krokusy”
  • Mark Morris – „Czego nienawidzi natura”
  • Lynda E. Rucker – „Ostatni krąg”
  • Jay Lake – „Amerykańscy zmarli”
  • Peter Atkins – „Między zimnym księżycem a ziemią”
  • Gene Wolfe – „Łkanie pośród ciszy”
  • Nicholas Royle – „Błąd scenariusza”
  • Michael Bishop – „Opętany snami pacjent doktor Pridy”
  • Mark Chadbourn – „Których zostawiamy”
  • Joel Lane – „Moja”
  • David J. Schow – „Pogrzeb”
Fraa oczywiście nie może powiedzieć, że wszystkie teksty były zachwycające. Tym niemniej większość z nich w jakiś sposób zapadła w pamięci, a niektóre nawet skłoniły do zatrzymania się nad nimi przez chwilę i do uśmiechnięcia się w stronę pomysłu.

Antologię otwiera opowiadanie „Lato”, które – jak tytuł wskazuje – jest przepełnione właśnie latem. Akcja nie należy do prędkich, właściwie trudno mówić o jakiejś „akcji”, bo to dość statyczna historia, jeśli nie liczyć wycieczki trzech nastolatków. Tym niemniej tekst zwraca uwagę ciężką, upalną atmosferą. Podczas czytania niemal czuć ten skwar, czytelnik niemal szuka szklanki zimnej wody pod ręką. To dzięki temu opowiadanie plusuje.
Jeszcze bardziej statyczny był tekst „Głęboko”. Pogoda nie miała w nim znaczenia, ale było to pierwsze z tych opowiadań, gdzie po przeczytaniu Fraa mogła tylko stwierdzić „łohoo...” – zakończenie naprawdę jest mocarne. Zakończenie kolejnego opowiadania, „Nocna zmiana”, nie było aż tak spektakularne, właściwie było dość łatwe do przewidzenia, ale z kolei jeden z bohaterów, Jack, jest naprawdę udaną postacią, której kolejne działania obserwuje się z pewnym zainteresowaniem. „Luksus krzywdzenia” nie był aż tak zachwycający i Fraa właściwie nie do końca wie, co z niego wynikało. No bo tak: wydarzyło się to co się wydarzyło i... i właściwie nic. Jakoś to spłynęło, nie zostało w głowie na dłużej. Kolejne opowiadanie, „Pociągi specjalnego nadzoru”, też nie był aż tak zachwycający. Fakt faktem, przywodził na myśl tandetny filmowy horror zatytułowany „Lęk”, gdzie piszcząca blondynka miotała się po torach metra i uciekała przed jakimiś mutantami. To chyba głównie to skojarzenie działało na niekorzyść tekstu. Poza tym ten akurat tekst miał sporo z kryminału, choć – niestety – od któregoś momentu stawał się dość przewidywalnym kryminałem. Fraa najwyraźniej nie pokochała pomysłu i tyle.

Opowiadanie Elizabeth Hand, zatytułowane „Krokusy”, Fraa powitała ze szczególnym entuzjazmem ze względu na główną bohaterkę. Później niestety nadeszło rozczarowanie, choć Fraa nie potrafi powiedzieć czy nawaliła autorka, czy może tłumaczka. No bo pojawia się tam „zamknięty pithoi”. Pithoi? No albo „zamkniete pithoi”, albo „zamknięty pithos” – przecież tak właśnie brzmi to słowo w liczbie pojedynczej: pithos. Pithoi to liczba mnoga. W tym więc miejscu Fraa zgrzytnęła zębami. Drażniło ją też dość łopatologiczne wyjaśnianie, że Knossos, że sir Arthur Evans, że odnowienie, że jak z kreskówki: Fraa woli, jeśli autor wierzy w czytelnika i pewne rzeczy pisze trochę bardziej skrótowo, ot choćby gdyby było samo „...jak na Knossos pod wodzą Evansa”, albo i samo „...jak na Knossos” – wtedy ten kto wie o co chodzi, nie ma wrażenia przegadania, a ten kto nie wie, a jest ciekawy, może sam sobie sprawdzić, co się działo na Knossos i kto zacz był ten Evans. Jeśli całość jest wyłożona w treści opowiadania, Fraa ma wrażenie, że czytelnicy są traktowani jak idioci.
Tak więc wbrew nadziejom, opowiadanie „Krokusy” zapisało się w pamięci raczej negatywnie.

Na szczęście kolejny tekst, „Czego nienawidzi natura”, był przyjemnym zaprzeczeniem poprzedniego: niepokojący nastrój, bohater, który o niczym nie ma pojęcia i naprawdę upiorne wrażenie, jakie zrobiły w opowiadaniu manekiny. Naprawdę miodnie.
„Ostatni krąg” to przyjemne opowiadanie, po którym Fraa się dość lekko prześlizgnęła, choć całość była raczej przewidywalna i zalatująca banałem. Za to kolejnym świetnym tekstem są „Amerykańscy zmarli” – dziwaczna społeczność rządzona przez kler ze wzgórza, organizacja jakichś branek, no a przede wszystkim: Amerykanie wymarli. Czytelnik nie ma za wielu informacji na temat realiów świata, ale zdecydowanie coś jest nie tak, coś się skończyło. Trudno powiedzieć – to jakaś forma postapokalipsy? Dlaczego właściwie Amerykanie wyginęli? Co się dzieje? Tekst dziwny, ale właśnie przez to taki wciągający.
„Między zimnym księżycem a ziemią” wypada cienko w porównaniu z poprzednim opowiadaniem, choć właściwie Fraa nie może mu wiele zarzucić, a opowieść bohaterki jest na swój sposób ujmująca z tymi wszystkimi zmianami miejsc i bohaterów.
„Łkanie pośród ciszy” Fraa odebrała pozytywnie ze względu na głównego, anonimowego zresztą, bohatera – autora horrorów. Później należało śmignąć przez „Błąd scenariusza”, który to tekst z jakiegoś powodu nie był w stanie przykuć uwagi na dłużej, a zaraz po nim kolejne z kilku ulubionych opowiadań: „Opętany snami pacjent doktor Pridy” – czyli wampir opowiadający o swoich najgorszych koszmarach. Ciekawe spojrzenie na to, co dla nocnego krwiopijcy jest najstraszliwszym, najbardziej plugawym, przerażającym i odrażającym horrorem. Wzbudza uśmiech, ale jednocześnie intryguje i uświadamia, że nie to straszne, co straszne, ale czego kto się boi. „Których zostawiamy” Fraa też ceni za pomysł: bo wszyscy znają historie o ludziach, którzy istnieją, po czym z jakichś powodów znikają. Ale co z takimi, którzy nie tyle znikają, co przestają istnieć? Zarówno w teraźniejszości i przyszłości, jak i w przeszłości? Oni nie znikają – nagle po prostu nigdy ich nie było.
„Moja” to opowiadanko krótkie i bardzo przewidywalne, raczej niezbyt oryginalne, a zbiór kończy się tekstem „Pogrzeb”, który dotyka klasycznego motywu z horrorów: wstawania z grobów. I robi to w całkiem zgrabny sposób. Dodatkowym plusem jest główny bohater, były nauczyciel w małej mieścinie – jest, niestety, bardzo realistyczną postacią, a jego problemy w szkolnictwie są nieszczęśliwie aktualne i prawdziwe. Czytając to opowiadanie, Fraa miała momentami wrażenie, że czyta o ludziach, których osobiście zdarzało jej się spotkać.

Fraa ma naprawdę pozytywne wrażenia po przeczytaniu opowiadań. Co prawda właśnie się zorientowała, że najmniej jej przypadły do gustu teksty popełnione przez kobiety, ale to nie szkodzi. Jest kilka historii, dla których warto zapoznać się również z tymi nieco słabszymi czy mniej wciągającymi.

Poza tym całość wygląda na nieco bardziej przemyślaną, jeśli chodzi o dobór tekstów. Nie jest to zbieranina wszystkiego – czytelnik znajdzie w antologii opowiadania o ludziach żyjących współcześnie, których dopadają albo dziwne przypadki, albo po prostu jakieś zadawnione lęki, albo jedno i drugie. Jest w tym jakaś konsekwencja.

Teraz Fraa szykuje się do ataku na drugi tom. Ale już na spokojnie. Już bez przejmującego lęku, że to zmarnowane pieniądze.





„– Kiedyś była taka zagadka. Co to jest: człowiek, który to wykonał, nie chciał tego, człowiek, który to kupił, nie miał z tego pożytku, a człowiek, który z tego korzystał, nie miał o tym pojęcia. Co to takiego?
Jacky wyglądał na zdezorientowanego.”
[David J. Schow – „Pogrzeb”]

środa, 10 marca 2010

Fraa w czytelni (6) - "Księga Strachu"

Ostatnio Fraa nabyła drogą kupna zbiór opowiadań grozy „Wielka Księga Horroru”. Trzeba przyznać, że rzeczywiście: podając kasjerce 50 zł Fraa odczuwała niebywale silny lęk. Lęk, że kolejny raz wywaliła pieniądze w błoto. A to wszystko przez bardzo przykre doświadczenie związane z „Księgą Strachu”.
Czym była „Księga Strachu”? Dwutomowym zbiorem opowiadań grozy, oczywiście.
ksiega strachuksiega strachu 2Tytuł: „Księga Strachu”
Język oryginału: polski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2007
Wydawca: Runa

Na okładce można przeczytać:
Księga strachu to raport z pola bitwy, z miejsc, w których kryją się bestie. Wilkołaki, wróżki, wampiry, diabły, płanetnicy – a także ludzie.”
A więc nic spektakularnie oryginalnego, ale zapowiadała się solidna dawka bardzo zróżnicowanego horroru. W sam raz na długie, zimowe wieczory.
No to Fraa sięgnęła po tę pozycję.
Trzeba przyznać, że w istocie czytelnik dostaje zbiór bardzo zróżnicowanych tekstów. Dla jednych będzie to oczywiście plusem, bo jest urozmaicenie, ale Fraa ma odmienne zdanie. Większość czytelników ma gust jakoś tam – mniej lub bardziej konkretnie – ukierunkowany. Jeśli sięga się po książkę, to dysponując wiedzą na temat autora, kierując się wskazówkami zawartymi w notce wydawcy można sobie dookreślić, czy na pewno chce się po tę właśnie lekturę w ogóle sięgać. Tymczasem „Księga Strachu” funduje mieszankę, w przypadku której czytelnik zmuszony jest kupować kota w worku. Albo wręcz kupować coś, o czym wie, że spodoba mu się tylko połowa. Bo na przykład szaleje za Orbitowskim, ale nie cierpi stylu Ćwieka (to tylko przykład!). Tymczasem zapłacić musi przecież i za możliwość przeczytania tekstu Orbitowskiego, i za niejako „przymus” przeczytania tekstu Ćwieka. To niezbyt zachęcające. Fraa uznała, że taki zbiór jest ewentualnie przydatny dla kogoś, kto na przykład do tej pory czytał jedynie książki kucharskie albo instrukcję obsługi wideo i rzeczywiście totalnie, ale to totalnie nie potrafi powiedzieć, co go kręci: ani czy woli opowieści związane z ludowymi przesądami, czy coś w klimatach bardziej futurystycznych, czy woli narrację pierwszo- czy trzecioosobową, czy ma być z humorem czy bez – i tak dalej. Fraa musi przyznać, że nie zna ludzi, którzy aż tak nie wiedzą czego chcą. Tego typu świadomość wykształca się chyba stopniowo już od poziomu pierwszych czytanek w podstawówce, no ale niech będzie. Są na tym świecie ludzie, o których się filozofom nie śniło.
Tyle więc jeśli chodzi o samą ideę tego typu antologii. Teraz należałoby przejść konkretnie do tekstów.
W sumie, w obu tomach, czytelnik dostaje dwadzieścia cztery opowiadania.
W skład tomu pierwszego wchodzą:

  • Ewa Białołęcka – „Drzwi do...”

  • Jakub Ćwiek – „Krew na ich rękach”

  • Maciej Guzek – „Adwent”

  • Aleksandra Janusz – „Ciasteczko dla Lorelei”

  • Witold Jabłoński – „Bracia Strachy”

  • Mariusz Kaszyński – „Przerwana lekcja”

  • Kazimierz Kyrcz jr, Łukasz Radecki – „Pan”

  • Dariusz Łowczynowski – „Kto sieje wiatr”

  • Łukasz Orbitowski – „Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj”

  • Jacek Piekara – „Mój przyjaciel Kaligula”

  • Krzysztof Piskorski – „Złamani”

  • Iwona Surmik – „Szkic w czerni i szkarłacie”
W tomie drugim czytelnik znajdzie:

  • Anna Brzezińska – „Ulica”

  • Eugeniusz Dębski – „A szczyt, normalnie, rozpieprzony!”

  • Anna Kańtoch – „Cmentarzysko potworów”

  • Mariusz Kaszyński – „Przebudzenie”

  • Krzysztof Kochański – „Sto dziewięćdziesiąt zapałek”

  • Jacek Komuda – „Nie trać waszmość głowy!”

  • Kazimierz Kyrcz jr, Łukasz Śmigiel – „Bagaż doświadczeń”

  • Wojciech Orliński – „Diabeł warszawski”

  • Magda Parus – „Bestie”

  • Michał Studniarek – „Całkiem inny świat”

  • Izabela Szolc – „Cudzoziemki”

  • Wit Szostak – „Miasto grobów. Uwertura”
Część nazwisk nawet zachęcająca, ale Fraa ma jeden, podstawowy zarzut do opowiadań: niemal wszystkie wyglądają jak napisane na kolanie, żeby było czym wypchać dwutomową antologię, gdzie każdy tom ma blisko pięćset stron. Bo ani jakichś świetnych pomysłów tam nie ma, ani porywającego stylu, który by sprawił, że teksty zapadną w pamięć.
Jest parę chlubnych wyjątków – Fraa naprawdę dobrze wspomina „Ulicę” Brzezińskiej, „Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” Orbitowskiego oraz „Nie trać waszmość głowy” Komudy. Naprawdę liczyła na „Mój przyjaciel Kaligula” Piekary, ale niestety, to opowiadanie nieco rozczarowało. Niby fajna otoczka historyczna, niby postać przecież ciekawa, ale jednak zabrakło detali, czegoś, czym można by się delektować. Przez ten króciutki tekścik Fraa się po prostu prześlizgnęła i nawet nie zdążyła wczuć się w tę antyczną atmosferę.
Z kolei inne opowiadania wywołały odczucia jak najbardziej negatywne odczucia, jak na przykład „Bracia Strachy” Jabłońskiego – wyjątkowo mało wyszukana aluzja do niedawnej sytuacji politycznej, o rządzących miastem braciach bliźniakach. Może to po prostu Fraa ma już przesyt wciskaniem wszędzie tego tematu i to dlatego jej to nie śmieszy, a może rzeczywiście było toto mało wyszukane. Trudno powiedzieć.
Niby sympatyczne było opowiadanie otwierające antologię, czyli „Drzwi do...”, ale znów: czegoś zabrakło. Tak naprawdę były drzwi, był lokator mieszkania, drzwi wciągały... i tyle. Nic z tego nie wynikło, nie było żadnego zwrotu akcji, żadnego napięcia, ot, po prostu wszystko się spokojnie i przewidywalnie turlało do jakiegoś tam smętnego zakończenia.
I taka właśnie jest większość opowiadań: są „jakieś tam takie”. Nie ma w nich czegoś, co jakoś mocniej trzasnęłoby czytelnika w mózgownicę.
Fraa była bardzo, bardzo rozczarowana tą dwutomową antologią. Na szczęście nie kupowała jej za własne pieniądze, a tylko wypożyczyła. I stąd też wynikał strach towarzyszący nabywaniu „Wielkiej Księgi Horroru” (nota bene dużo mniejszej od „Księgi Strachu”, co zresztą należy liczyć na plus, bo knigę 16 x 24 cm jednak trochę niewygodnie się czyta, praktycznie odpada możliwość lektury w tramwaju czy innym nie do końca sprzyjającym miejscu, że już Fraa nie wspomni o dyskomforcie dźwigania takiej cegłówki w torebce).


"Dyktuję pismo, które nie przejdzie do historii. Kaligula zapewne je podrze lub ciśnie w ogień. Treść przetrwa jednak w pamięci cesarza. Wykpiwam jego brak gustu i talentu, drwię z łagodności, która każe mu oszczędzać senatorów, opowiadam o tym, iż nienawidzą go wszyscy, nawet ci, których obdarzył łaskami. Przytaczam kilka powtarzanych przez niewolników historyjek dotyczących nie tylko witalności cesarza, ale również wielkości jego przyrodzenia."
[Jacek Piekara - "Mój przyjaciel Kaligula"]

wtorek, 9 marca 2010

ZaFraapowana filmami (11) - "But Manitu"

Niemiecka komedia... NIE! Nie trzeba wyłączać komputera i spluwać trzy razy przez lewe ramię! Jeszcze raz: „niemiecka komedia” – tego powinni zabronić.
Naprawdę. Fraa stara się nie ulegać stereotypom, ale Niemcy po prostu nie mają poczucia humoru. Proszę mi nie wciskać żadnych krasnoludków i ich prawdziwych historii, bo to było żałosne widowisko. Polskie komedie w dużej mierze też są marne, ale to już zupełnie inna bajka. Tutaj ma być o niemieckim.
Tymczasem Fraa obejrzała film, który jest niemiecką komedią i – co było ogromnym zaskoczeniem – nieźle się przy tym bawiła.

butmanitu
Mowa tu o produkcji z 2001 roku „But Manitu” w reżyserii Michaela Herbiga, czyli parodii westernów o Indianach, kowbojach i skarbach.

Abahachi (Michael Herbig), wódz Apaczów, wraz z bratem krwi Rangerem (Christian Tramitz) próbuje rozkręcić własny interes – otworzyć pub. Bohaterowie padają ofiarą kantu zorganizowanego przez Santa Marię i jego bandę. W wyniku tego ginie syn wodza Szoszonów oraz szoszońskie złoto, pożyczone od plemienia w celu otwarcia rzeczonego pubu. Chcąc spłacić dług, który zaciągnęli u Szoszonów, Abahachi i Ranger muszą skompletować mapę i odnaleźć skarb. W ślad za nimi podąży Santa Maria, który chciałby położyć rękę na skarbie.Tyle fabuła – właściwie już na tym poziomie jest nieźle, bo można ją opowiedzieć całkiem na poważnie i wcale nie brzmi bardziej głupkowato niż intrygi wielu innych westernów.Jak już Fraa wspomniała, Abahachi i Ranger muszą zebrać fragmenty mapy: przy tej okazji widz będzie miał okazję poznać kolejne, dość oryginalne postacie:Włóżmitu (również Michael Herbig) – w tym przypadku imię jest nieco kłopotliwe do przetłumaczenia, jako że w oryginale był to „Winnetouch”, co dużo wyraźniej przypominało prawdopodobnie najbardziej znanego Indianina w historii. Włóżmitu jest postacią ewidentnie niepoprawną politycznie jeśli chodzi o równouprawnienie wszystkich orientacji seksualnych. Prowadzi salon piękności, jeździ w damskim siodle i ma różowe ciuszki. Jednocześnie jest na swój urokliwy sposób odważny (Fraa zawsze rechocze przy tekście „Jestem Indianinem, niestraszny mi ból!”, wygłoszonym w niepowtarzalny sposób).Dalej mamy Ushi (Marie Bäumer) – piękność z saloonu, no bo w porządnym westernie, oprócz kowbojów i Indian, musi być jeszcze jakaś piękna kobitka. Jej piękności Fraa nie będzie oceniać, bo to nie jej działka, ale jednak Ushi nie drażni zanadto, co samo w sobie jest całkiem pozytywne, bo filmowe oblubienice nazbyt często mają tendencję do bycia nad wyraz irytującymi jednostkami.Jest też Grek, Dimitri (Rick Kavanian, ormiańskie pochodzenie), który bardzo chciałby być Indianinem, a póki co pracuje w jakiejś knajpie.Głównym bohaterem negatywnym jest, wspomniany już wcześniej, Santa Maria (Sky Dumont, z Argentyny) – makler z Wyoming, prawdziwy morderca syna wodza Szoszonów i ten, który zabrał złoto. Spod maski twardego i bezwzględnego złoczyńcy, wyziera artystyczna, wrażliwa dusza. W polskiej wersji językowej: Marek Barbasiewicz, czyli Skaza z „Króla Lwa”.
Andrzej Matul
Również bardzo istotną rolę w „Bucie Manitu” ma lektor – w polskim dubbingu: Andrzej Matul, zdobywca tytułu Mistrza Mowy Polskiej, wcześniej dwukrotnie nominowany, lektor w wielu filmach i na pewno bardzo dobrze znany głos, choć zapewne mniej znana twarz.

Fraa nie może oprzeć się wrażeniu, że gdyby oglądała tę komedię w wersji oryginalnej, nie miałaby aż tak dobrych odczuć. Język niemiecki w jakiś sposób sprawia, że każde wypowiedziane w nim zdanie przestaje być zabawne. Tymczasem w „Bucie Manitu” są naprawdę udane teksty. Tym bardziej, że większość z nich została jednak dopasowana do polskich realiów – ot, coś jak przy „Shreku” – ma bawić polskiego odbiorcę, a nie trzymać się koniecznie oryginału. Fraa przypuszcza, że niemiecki oryginał byłby mniej atrakcyjny również ze względu na niezrozumienie części żartów.

Jedną z wad natomiast są piosenki. Niestety, film ma bardziej musicalowe momenty – i, niestety, te piosenki w większości są nudne. Nie ma ich aż tak dużo, bo tylko trzy, ale to i tak dwie w nadmiarze. Piosenka Santa Marii jest przyjemna, jak to powiedział Włóżmitu głosem Wojciecha Paszkowskiego: „z jajem”. Dwie pozostałe jakoś nie podbijają.


Plus oczywiście nieuniknione były pewne dość kloaczne żarty, ale na szczęście nie ma ich aż tak dużo, jak można by się tego spodziewać.

„But Manitu” to głupia komedyjka, to prawda, ale na tyle wdzięczna i na tyle dobrze spolszczona, że ogląda się lekko i przyjemnie. Humor nadal jest prosty jak konstrukcja łyżki, ale jeśli ktoś chce niewymagającej rozrywki, to będzie w sam raz. Co innego jeśli ktoś gustuje wyłącznie w angielskim dowcipie, ale Fraa jest zdania, że w każdym „stylu” żartów można znaleźć coś udatnego, nawet jeśli cała reszta jest o kant rzyci potłuc.
I to właściwie tyle. Fraa pewnie nawet by nie pisała o tym filmie, gdyby nie to, że mimo wszystko: to niemiecka komedia. Niemiecka!
Z tego względu warte odnotowania.

abahachi ranger




„– Ty to nazywasz jazdą konną?
– Że niby co? Że niby nie jeżdżę?!
– To nie jazda, to zoofilia jest!
– A pocałuj mnie w dupę!
– A niby jak?!”
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...