sobota, 6 marca 2010

Odcinek kolejny

Projektu „Jedną Nogą w Grobie” ciąg dalszy.

Fraa cały czas szuka najodpowiedniejszych rozwiązań do produkcji tego czegoś. Ma już dwa nowe pomysły, więc prawdopodobnie piętnasty odcinek będzie nieco się różnił pod względem wykonania od dwóch poprzednich. No ale to za tydzień. Na razie jest jak jest. I tak nieco się różni, bo Fraa zapomniała część ustawień i musiała trochę improwizować, ale starała się, żeby styl pozostał pi razy drzwi ten sam.
Imię Grabarza nadal nie jest znane. Na razie Fraa potrafi powiedzieć o nim tylko tyle, że jego rękawiczki są prawdziwe. Fraa ma takie: są zrobione na drutach, z zielonej włóczki. Fantastyczne, jeśli ktoś ma nieszczelne okna. To naprawdę świetne rękawiczki. Nawet jeśli inni mówią, że Fraa wygląda w nich jak żul.

Wnikliwy obserwator zauważy ponadto, że zmienił się nieco wystrój trumny - Fraa zauważyła, że przecież taki właśnie był w pierwotnych dwunastu odcinkach. Najwyraźniej ostatnio o tym zapomniała. Błąd naprawiony i odtąd to taki właśnie wygląd trumny będzie obowiązywał dla dalszych odcinków.


Czy ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś, jak musi wyglądać życie zombie, którego nogi zgniły solidny kawałek czasu temu? Pójść nigdzie nie można, a pogadać nie ma z kim, no bo kto łazi po cmentarzach i szuka martwych rozmówców? Fraa sobie myśli, że to musi być bardzo smutne i samotne życie po życiu.

Fraa widzi też jasno i wyraźnie, że popełnienie normalnej, tekstowej notki jest o wiele szybsze od czegoś takiego. To na swój sposób zabawne: tekst pisze się szybciej niż rysuje „Jedną Nogą w Grobie”, ale z kolei czyta się dłużej niż ogląda perypetie Frankiego i Grabarza. Czyli wychodzi na to, że im więcej Fraa wkłada pracy w notkę, tym szybciej rzeczoną notkę można łyknąć i pójść dalej. No ale co zrobić? Tak najwidoczniej musi być.




PS. Nazwa zespołu jest prawdziwa. Fraa natknęła się na nią gdzieś w sieci dawno temu. Z tego miejsca Fraa pragnie serdecznie pozdrowić członków zespołu "Dzikie, Prymitywne Hordy Półludzi Walczące o Dostęp do Samicy przy Pomocy Oszczepu" - niech Szmoc będzie z Wami!

piątek, 5 marca 2010

ZaFraapowana filmami (10) - "Zabić Króla"

Jeden z najbardziej nowatorskich filmów historycznych od wielu lat, zrealizowana z rozmachem i przepychem saga, w której znajdziemy intrygi polityczne, seks, przemoc, wojnę i spory religijne.

Anglia, rok 1645. Kraj leży w ruinie. Okrutna wojna domowa, która podzieliła naród, dobiegła końca. Purytanie zrzucili z tronu Karola I i wygrali walkę z korupcją. Wojna wyniosła na szczyt dwóch bohaterów, wodzów armii parlamentarnej, lorda generała Tomasa Fairfaxa i wiernego mu generała Oliviera Cromwella. Ich celem jest zreformowanie państwa. Fairfax chce łagodnych reform, Cromwell zaś chce zgładzić króla.

[opis dystrybutora]



to kill a king
Fraa uczy się, żeby nie ufać opisom wydawców i dystrybutorów. Pomijając już nawet fakt, że przecież wiadomo, że zawsze będą szaleńczo pochwalne, to coraz częściej Fraa widzi, że mają się nijak do opisywanego filmu czy książki pod względem merytorycznym.
Tak jak i w tym przypadku: seksu w filmie „Zabić króla” z 2003 roku w reżyserii Mike'a Barkera jest akurat jak na lekarstwo – większość to w istocie te intrygi polityczne i wojny. To jest jednak zupełny pikuś. Najgorzej jest z końcówką tego opisu: że Cromwell chce zgładzić króla. Taka informacja w znaczącym stopniu wypacza wizerunek Cromwella, któremu przecież nie chodziło o uśmiercenie Karola I, tylko o przekształcenie Anglii w republikę. A to naprawdę jest różnica. Różnica polegająca na potraktowaniu jakiejś metody osiągnięcia celu jako celu samego w sobie.

Aczkolwiek można powiedzieć, że pi razy drzwi się zgadza. Widz poznaje historię Olivera Cromwella opowiadaną z perspektywy lorda Fairfaxa. Film rozpoczyna się w momencie, kiedy obaj panowie zbierają żołnierzy po długotrwałych walkach i wracają do Londynu, by zaproponować ugodę królowi. Czyli będzie to historia tego, jak Cromwell dążył do republiki, jak został Lordem Protektorem i – ostatecznie – jak zmarł, a wraz z nim – zmarła idea republiki w Anglii.

W rolę tytułowego króla (to naprawdę sukces – tytuł filmu jest dobrze przetłumaczony!), Karola I, wcielił się Rupert Everett. Fraa musi przyznać, że jest to jej ulubiona postać w tym filmie. Monarcha jest fantastyczny: dumny, arystokratyczny, uparty mimo że został przyparty do muru. Do pieńka, tak właściwie... Wydaje się, że Karol I rzeczywiście wierzy, że jest pomazańcem Bożym i że jego władza jest święta i nie może być naruszona przez bandę buntowników. Jest w tym wszystkim jakaś straceńcza odwaga i niezgoda na nadejście nowego porządku, która ujmuje widza. Przynajmniej niektórego.

cromwell
Głównym przeciwnikiem króla jest naturalnie Cromwell, grany przez Tima Rotha. Fraa musi przyznać, że filmowa postać – przynajmniej z wyglądu – jest całkiem podobna do historycznej. Fraa mogłaby oczywiście zacząć rozważać niezgodności w charakterze, ale to chyba nie ma większego sensu. Charakter Olivera Cromwella obecnie jest znany w takim stopniu, w jakim ówcześni historycy chcieli, żeby został poznany. Ile w tym propagandy i kreowania odpowiedniego imidżu, a ile prawdy, to oddzielna bajka. Fraa czytała, że Cromwell był raczej charyzmatyczny i błyskotliwy, ale jaki był „za kulisami”? Fraa nie sądzi, żeby dało się to wyczytać z książek historycznych.
Filmowy Cromwell jest postacią fascynującą właśnie dlatego, że w którymś momencie widz ma wrażenie, jakby bohater sam był przerażony skalą przemian, jakie wynikły z wojny i jakby sam ledwo potrafił się w tym odnaleźć. Tym bardziej, że przebywał w otoczeniu ludzi, którym w żadnym razie nie wolno było zaufać.
Z relacjami historycznymi zgadza się na pewno jedno: wiara Cromwella w słuszność całej tej „misji”. I jego zatracenie się w tym. Szczególnie ciekawa jest na przykład scena, w której bohater jest mianowany lordem protektorem: odbywa się to podczas wielkiej uroczystości z towarzyszeniem purpury, złota i biskupa. Zupełnie jakby Cromwell miał być koronowany na króla, zamiast mianowany opiekunem republiki.

Przyjacielem Cromwella jest lord Thomas Fairfax. To jego uwielbiają tłumy i to on jest „tym od myślenia”. Pojawia się też problem: Fairfax jest lordem, pochodzi z rodu sprzyjającego królowi. To dlatego dąży jedynie do drobnych reform. Kiedy jego najlepszy przyjaciel domaga się oddania korony w ręce ludu, będzie to moment prawdziwej próby dla wzajemnych relacji dwóch bohaterów.
Dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że Fairfax ma żonę, która – wcale tego nie ukrywając – jest rojalistką. Lord musi więc lawirować między lojalnością sprawie i przyjacielowi, a wymówkami małżonki.

cromwell i fairfax
Fraa musi przyznać, że za każdym razem kiedy ogląda „Zabić króla”, szuka najlepszego wyjścia z sytuacji, w której znaleźli się wszyscy bohaterowie. I nigdy nie znajduje. Może dlatego tak lubi ten film – bo nie da się powiedzieć po prostu: „Ee tam, i po co on to zrobił, mógł to a to i byłoby po sprawie, a tu robią sztuczne problemy!” – bo te problemy nie są sztucznie rozdęte.

Oczywiscie nie ma w tym filmie zbyt wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji – trudno oczekiwać tego typu atrakcji od filmów historycznych. Wiadomo, że Cromwell zostanie lordem protektorem. Wiadomo, że król zginie. Wiadomo, że i Cromwell, po niedługim czasie, odejdzie w zapomnienie. Pytanie, na które odpowiada film, brzmi raczej: „Jak do tego wszystkiego doszło?”.

Co można powiedzieć więcej? Film ma ciekawą muzykę, która zapada w pamięć i odróżnia „Zabić króla” od innych produkcji historycznych. Świetne zdjęcia i dość drastyczne sceny uświadamiają, że mowa jest o kraju targanym wojnami domowymi, któremu dodatkowo zagraża wróg z zewnątrz. Wyczuwalna jest ciągła atmosfera niepokoju, spiskowania i zdrady. W każdej chwili ktoś z bohaterów może stracić głowę – wystarczy brzęk złota i czyjś rozkaz.
Fraa całym swoim jestestwem zaangażowała się emocjonalnie w akcję „Zabić króla”. Dodatkowo, film skłonił ją do sięgnięcia po książki traktujące o siedemnastowiecznej Anglii, a niewiele filmów historycznych ma aż taką moc. Tymczasem „Zabić króla” wsysa widza i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Rewelacja; również znajduje się na liście Top 5 Movies Ever, razem z „Armią Boga”.






„– Karolu Stuarcie, królu Anglii, w opinii Parlamentu, nadużyłeś władzy udzielonej ci prawem...– Zaraz, Little... Chcę wiedzieć, jaka władza mnie tu więzi? Jakim prawem? Jestem waszym królem. Wybrańcem Boga na mocy odwiecznego prawa. Nie będę odpowiadał przed nową, bezprawną władzą.– Znasz już oskarżenie. Odpowiedz, w imię ludu.– Wolność Anglii bardziej obchodzi mnie, niż moich samozwańczych sędziów. Pytam ponownie...– Odpowiadasz wypytując sąd? Każdy z nas stracił kogoś pod ciosami twych siepaczy. Nam podoba się nowa władza.– Jeśli bezprawny rząd stanowi fundament tego królestwa, nie wiem kto w Anglii mógłby być pewien swego życia czy własności.”

czwartek, 4 marca 2010

ZaFraapowana filmami (9) - "Merlin"

Każdy pi razy drzwi pewnie kojarzy, kim był Merlin. Opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu są raczej znane. Nic dziwnego – ta tematyka doczekała się całkiem pokaźnego zestawu nawiązań zarówno w literaturze, jak i w filmie.
Jednym z przykładów jest tu miniserial z 1998 roku – „Merlin” w reżyserii Steve'a Barrona.
merlinCiekawym aspektem filmu jest to, że historię opowiada tytułowy czarodziej. Widz ma więc dokładną relację z życia maga, zamiast koncentrowania się na postaci króla Artura czy na wątku wyprawy w poszukiwaniu świętego Graala. Jakkolwiek oczywiście Artur się pojawia i ma ogromny wpływ na losy wszystkich bohaterów.
Ale po kolei.

Nie można nie wspomnieć o obsadzie miniserialu.
Tytułowego Merlina gra Sam Neill, znany pewnie głównie z „Parku Jurajskiego”, choć niektórzy mogą go kojarzyć również z takich filmów jak „Polowanie na Czerwony Październik”, „W paszczy szaleństwa” czy – ostatnio – „Daybreakers”. Merlin nie ma spiczastej, Gandalfowej czapki ani długiej, krzaczastej brody. Film uświadamia, że Merlin – tak jak każdy inny człowiek – kiedyś się narodził, był młody i dorastał. Że nie był od początku zgarbionym starcem z kosturem.

vortigernKolejną istotną postacią, nad którą Fraa piała z zachwytu, był król Vortigern (Rutger Hauer). Aktora reklamować chyba nie trzeba. Stworzył prawdziwie paskudnego monarchę. Vortigern jest okrutny i złośliwy. Najpierw działa, potem myśli. A nade wszystko – jest dumny, co widać w scenie, w której królowa Mab proponuje mu swoją pomoc w zamian za jego wiarę. Król w każdym calu. Fraa nie mogła nie uwielbiać tej postaci.
Jak już Fraa wspomniała wyżej – jest też królowa Mab, grana przez Mirandę Richardson. Co ciekawe, ta sama aktorka wcieliła się w rolę siostry Mab, Pani Jeziora. Kiedy już się o tym wie, można radośnie wyłapywać podobieństwa. Pani Jeziora jest jednak w takim stopniu komputerowo „podrasowana”, że na pierwszy rzut oka trudno znaleźć wspólne cechy wyglądu. A i z głosu siostry nie są podobne – Mab szepcze. Donośnie, ale mimo wszystko jest to wciąż z lekka zduszony szept. Głos Pani Jeziora niemal płynie.


Kolejną fantastyczną postać stworzyła Helena Bonham Carter, która wcieliła się w Morgan le Fey. Trzeba przyznać, że aktorka pasuje do tej roli jak ulał. Morgan jest zła. Niemal do szpiku kości. Fraa pisze „niemal”, bo widz ma też wgląd w „inną” Morgan: mimo całego zepsucia, kobieta szczerze kocha – zarówno swojego wybranka, jak i syna.
No właśnie: syn Morgan le Fey, Mordred (Jason Done) – Fraa jest zachwycona tym bohaterem. Jest podły i bezwzględny. O wiele gorszy od własnej matki, co zresztą ma całkiem sensowne usprawiedliwienie: przecież Morgan mimo wszystko wychowywała się normalnie, wśród zwykłych ludzi, a dopiero później dała się wciągnąć w „rodzinę” Starego Porządku. Natomiast Mordreda Stary Porządek wychował – od samego początku.
FrikPostacią najbardziej chyba humorystyczną jest Frik. Frik to gnom (jak sam o sobie mówi: wysoki gnom), grany przez Martina Shorta. Swoją zdolnością zmiany wyglądu wprowadza pewien niesamowity nastrój do filmu, odrobinę absurdu, lekkości i sporo magii. Jednocześnie nie jest to postać pusta ani banalna. W trakcie oglądania miniserialu można się przekonać, że Frik jest fascynującym charakterem.
Fraa popełniła tu mała gafę, ponieważ – aż do tej pory – pominęła jedną z istotniejszych postaci, jaką jest Nimue (Isabella Rossellini). Ma to proste wyjaśnienie: Fraa nie przepada za tą bohaterką.

Jeśli już mowa o Nimue, to trzeba wspomnieć o zasadniczym wątku z życia Merlina: jest to wątek miłosny, pomiędzy nim a Nimue właśnie. Ten fakt sam w sobie jest raczej neutralny, ale Fraa z jakiegoś powodu nie może znieść wybranki serca czarodzieja. Jest słaba, nieporadna i naiwna. Z jednej strony należałoby to zrozumieć, w końcu jest zaślepiona miłością, ale z drugiej strony jednak Fraa nie znosi idiotek. Tymczasem zasadniczą funkcją Nimue jest podejmowanie złych decyzji: zarówno w młodości, kiedy postanowiła zejść ze ścieżki w lesie, jak i później, kiedy rozmawiała z Mab.
Na boku Fraa może jeszcze dodać, że Nimue nie wydaje jej się szczególnie atrakcyjna z wyglądu w porównaniu z innymi kobietami, które pojawiają się w filmie, ale po pierwsze: nie kobiecie oceniać takie rzeczy, a po drugie: w końcu ponoć nie wygląd jest najważniejszy. To tylko taka ot, uwaga bez znaczenia.

Jeśli chodzi o stronę wizualną filmu, to jest naprawdę przyjemna. Oczywiście to film telewizyjny, a więc od samego początku nastawiony na mały ekran. W związku z tym, należy spodziewać się nieco innych efektów, aniżeli w filmach kinowych. Nie ma wielkich panoram i nieba pełnego latających smoków. Smok jest jeden – ale za to naprawdę miły dla oka i dopracowany.
W filmie telewizyjnym trzeba przykładać wagę bardziej do drobiazgów, niż do wielkich scen z udziałem dalekiego horyzontu i gigantycznej armii. Tak więc jeśli widzowi będzie się chciało zwracać uwagę na takie rzeczy, to zauważy, że na przykład Pani Jeziora tym ma mniej rybek dookoła szyi, im jest słabsza jej moc. Niby drobiazg, ale jednak cieszy dopracowanie. Smok jest przyjemny, choć Fraa od pierwszego oglądania „Merlina” zastanawiała się: dlaczego nie spłonęły włosy? Przecież właśnie włosy są pierwszą rzeczą, która (cuchnąc zresztą niemożebnie) spala się w pobliżu jakiejkolwiek wyższej temperatury.

Fabuła nie jest jakaś specjalnie zaskakująca, ale jednak Fraa o wiele wyżej stawia tę, niż wszelakiego rodzaju „prawdziwe historie”. W „Merlinie” Ginewra jest rzeczywiście piękną damą, królową, małżonką Artura, a Merlin jest czarodziejem: potrafi rzeczy, o których przeciętny człowiek nie ma co marzyć. Cała magia legendy arturiańskiej jest zachowana.
Jak już Fraa wcześniej wspomniała, pojawia się motyw wyprawy po Graala. Jednak widz nie towarzyszy rycerzom, którzy wyruszają w poszukiwaniu artefaktu. Widz zostaje na miejscu i śledzi losy tych, którzy pozostali w zamku Camelot. O Graalu wiadoomo tylko tyle, że Artur wraz z rycerzami go szukał – i że wrócił. To całkiem interesujące: historia oparta na legendach arturiańskich obeszła się praktycznie całkowicie bez jednego z najistotniejszych elementów – Graala.

Kolejnym pozytywem filmu jest magia. Widz nie ma do czynienia z magami, którzy rzucają w tę i nazad ogniste kule i zieją piorunami. Magia w „Merlinie” jest wymagająca. Dodatkowo dochodzi problem przysięgi samego Merlina, która to przysięga jeszcze bardziej ogranicza możliwości czarodzieja. Sztuczki – o tak, one się pojawiają. Ale „prawdziwa” magia jest raczej rzadka. Jest to coś, co wymaga od osób parających się tą magią dużego poświęcenia. Postępujące wyczerpanie wskutek nadużywania magicznej mocy daje się zauważyć u poszczególnych bohaterów: a to w postaci (wspomnianych wcześniej) rybek dookoła szyi, a to siwiejących włosów. Toteż widz nie zobaczy zbyt wielu latających w powietrzu zaklęć. Raczej będzie to ogólnie magiczna atmosfera, drobiazgi w rodzaju pszczół posłusznych bohaterowi, aniżeli faktycznie jakieś nadzwyczaj efektowne zaklęcia. Choć te też się pojawią – w swoim czasie.
Jeśli już o magii mowa, należy w ogóle wspomnieć o realiach opowiadanej w filmie historii: jest to moment starcia Starego Porządku, czyli celtyckiego pogaństwa, z Nowym Porządkiem – chrześcijaństwem. Dużą wagę przykłada się do elementu wiary i zapomnienia. Bóstwom i magicznym istotom ze Starego Porządku zależy na tym, żeby ich pamiętano. Żeby w nich wierzono. Zapomnienie to najgorsze co może ich spotkać – i tak naprawdę stąd wynika cały konflikt, na którym zasadza się fabuła miniserialu.

Ostatnią rzeczą, o której należy tu wspomnieć, jest samo nawiązanie „Merlina” do legend arturiańskich. Fraa spotkała się z oceną, że film dotyka ich bardzo pobieżnie i że tak naprawdę jest to zupełna wariacja na temat. I owszem, Fraa kiedyś słyszała te legendy w mocno odmiennej wersji: Merlin miał być synem śmiertelnej kobiety i samego diabła. O żadnej królowej Mab nie było mowy. Jednakże Fraa zastanawia się: jak można w ogóle rozpatrywać legendy pod kątem „poprawności”? Przecież przez sam fakt ich legendarności dopuszcza się pewną swobodę interpretacji, pewien margines błędu. To nie jest historia – spisana przez kronikarza, nagrana przez kilka kamer, opowiedziana przez parunastu świadków naocznych. To legenda. I tak samo jak choćby mit, może mieć kilka wersji. Fraa pozwoli sobie tu nawiązać chociażby do kwestii złożenia w ofierze Ifigenii. Już w starożytności przecież była taka wersja, że Artemida zeszła z niebios i w zastępstwie Ifigenii podsunęła na ołtarz ofiarny sarnę, ale istniała też inna, mianowicie że Ifigenia istotnie zginęła z ręki ojca. Dlaczego więc w przypadku legend arturiańskich miałaby istnieć jedna, jedyna poprawna możliwość? Fraa twierdzi stanowczo, że to nie ma większego sensu. Twórcy miniserialu wybrali akurat królową Mab – i wolno im.

Fraa naprawdę poleca ten film. W sumie trwa trzy godziny (dwie części, po półtorej godziny każda) – i są to trzy godziny pełne magii, romansów, konfliktów, z pewną dawką humoru. Jeśli ktoś jest względnie odporny na słodycz wątków miłosnych, to spokojnie może obejrzeć „Merlina”. Fraa uważa, że warto – choćby ze względu na dość specyficzne, bo nastawione na mały ekran, efekty specjalne, jak również na rewelacyjną obsadę. Bohaterowie są niebanalni i na długo zapadają w pamięci.
Plus pozycja obowiązkowa dla miłośników legend arturiańskich.



„– Oszukałeś mnie!
– Jestem czarodziejem, to moja praca. Jeśli wyciągniesz miecz, jest twój.”

środa, 3 marca 2010

Fraa w czytelni (5) - "Prawa i Powinności"

Jaki jest sposób na nudę, gdy żyje się na tym padole od dawien dawna i widziało już wszystko? To, oczywiście, ratowanie świata.

Masz niezdobyty zamek w górach, tłumy uczniów, którzy z zachwytem czekają na każde twoje słowo, prawie niczym nieograniczoną moc... Gdybyż jeszcze to nie było takie nudne! Może czas zacząć wszystko od początku? Zupełnie klasycznie, od misji ocalenia świata.

Szczęśliwie, w okolicach zamku nawinęła się akurat drużyna, do której idzie się przyłączyć. Co z tego, że są tam jakieś elfy i paladyni a ty jesteś wrednym, paskudnym nekromantą? W końcu każdy ma prawo do odrobiny rozrywki. A jeśli idzie o świat... Tak czy siak, ktoś musi go uratować. Niestety, całą przyjemność zepsuć może fakt, że nijak nie wycofasz się już z awantury. Bo to twoja POWINNOŚĆ! Co? PRAWA? A jakie niby PRAWA ma ten, którego imię znaczy... „pierwszy”.
[nota wydawcy]

prawa i powinnosciAutor: Karina Pjankowa
Tytuł: „Prawa i Powinności”
Przekład: Ewa Skórska
Tytuł oryginału: „Права и обязанности”
Język oryginału: rosyjski
Miejsce i rok wydania: Lublin 2009
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca Krew

Jednym słowem: coś, co Fraa lubi najbardziej.

Tylko jakaś mynda chyba niestety podmieniła zawartość między okładkami!

Nabycie tej książki było najgłupszym sposobem na wydanie trzydziestu złotych, jaki Fraa pamięta. Bo tak naprawdę co otrzymuje czytelnik?
Jest drużyna, która ma utłuc gdzieś jakiegoś smoka. Jest zblazowany monarcha-nekromanta o wyglądzie nastolatka, który dołącza do drużyny. Czytelnik dostaje ponadto standardowy zestaw typu krasnolud, elf (sztuk dwie), demon (sztuk dwa), człowiek, ork i dwupostaciowa. Niekromanty oczywiście nikt nie lubi, bo jest po „ciemnej stronie Mocy” i babrze się w trupach.
Niestety, wbrew recenzjom, które można znaleźć w Internecie, Fraa nie dostrzegła w „Prawach i powinnościach” zabawy konwencją i pastiszu. Postacie są stereotypowe i – co jeszcze gorsze – mdłe. Kompletnie bezpłciowe. Niby są próby określenia, że ludzki paladyn jest przygłupi, a demon górski, Kot, honorny, ale jakoś to wszystko sprawia wrażenie, jakby było na siłę. Nic nie wynika z tego, że poszczególne postacie należą do kompletnie różnych ras. Fraa przyłapała się na tym, że w trakcie czytania kompletnie zapomniała o istnieniu orka, w związku z czym kiedy trafiła na jakąś jego wypowiedź, musiała wracać do początku powieści, żeby sprawdzić kim jest jakiś „Gresz”. Bohaterowie nie mają żadnych zapadających w pamięć powiedzonek, gestów, zachowań. Kot składa przysięgę – to wszystko. Nieco mało jak na powieść z całkiem pokaźnym tłumkiem bohaterów. Równie dobrze oni wszyscy mogliby być ludźmi, czytelnik nie zauważyłby różnicy. Wszelkie próby nadania bohaterom osobowości sprawiają wrażenie dość nieudolnych. Najgorsze było chyba to, kiedy narrator wciskał czytelnikowi na przemian: a to że demonessa Khilayia jest niemożebnie złośliwa i że jest istną mistrzynią ciętej riposty, a to że nekromanta Raywen. Gdy tymczasem Fraa przez całą powieść łaknęła tej złośliwości i ironii, a nigdzie jej nie dostała. Zresztą, o demonessie wystarczy wziąć pierwsze z brzegu zdanie:
„...zostały tylko te... (mimo szczerych chęci, dziewczyna nie zdołała znaleźć odpowiedniego epitetu) krasnoludy”
Czy to świadczy dobrze o złośliwości i ciętym języku bohaterki? Fraa ma poważne wątpliwości. Humor jest dość ciężkawy, niestety, a złośliwości takie raczej podstawówkowe. No, chyba że to był ten element pastiszu – że bohaterka reklamowana jako chodząca złośliwość, była w rzeczywistości głupią bździągwą. Ale cóż w tym prześmiewczego? Przecież lwia część bohaterów fantasy cierpi na tę przypadłość – niestety, autorzy często bardzo chcą stworzyć złośliwe postacie, ale najwyraźniej to zadanie ich przerasta, w związku z czym czytelnik musi co najwyżej zaufać na słowo narratorowi, że ten a ten bohater naprawdę jest złośliwy. Tylko skrzętnie to ukrywa. Przecież tak właśnie było w przypadku jednej z bohaterek "Czarem i Smokiem" Romualda Pawlaka (skadinąd Fraa ma całkiem pozytywne zdanie o tej powieści).
Fraa nie będzie komentować imion postaci – są stereotypowe i tyle. Ot, jakby pijany kot przebiegł po klawiaturze, czyli fantastyczny standard, znów bez śladu pastiszu.

Ciekawostką jest okładka w Fabrycznym wydaniu: czytelnik widzi na niej część drużyny bohaterów – można rozpoznać demonessę, Gresza, Kota, paladyna Erta oraz krasnoluda. Wciąż pozostaje zagadką, kim jest nadprogramowy demon na pierwszym planie. No, chyba że którymś elfem. Albo głównym bohaterem, Raywenem, incognito. Inna sprawa, że aż głupio, że samego nekromanty zabrakło na okładce. Z drugiej strony, Fraa rozumie: trudno z tak tandetnej treści wyłuskać coś sensownego na okładkę. Grafik zrobił co mógł. A demon prezentuje się niewątpliwie lepiej niż emo nastolatek. Tym sposobem można było przyciągnąć nieco czytelników, którzy liczyli na solidną dawkę humoru i drwinę z konwencji. Jak na przykład Fraa...

Kolejnym gwoździem do tej literackiej trumny był romans Raywena i Khilayi – nie, to naprawdę nie spoiler. Ten element jest do przewidzenia od pierwszego spotkania bohaterów. A wątek ten pojawia się w powieści w najbardziej chyba tandetnym i prostym wydaniu, czyli kiczowate „kto się czubi ten się lubi”.

Fraa liczyła jeszcze na – zachwalane w recenzjach – nieoczekiwane zwroty akcji. Niestety, do samego końca powieść jest boleśnie przewidywalna. Może nie w szczegółach... Chociaż trudno powiedzieć. Może w szczegółach też by była przewidywalna, gdyby tylko komukolwiek chciało się ją przewidywać. Fraa była zbyt znudzona, żeby się w takie rzeczy bawić. Grunt, że fabuła jest przewidywalna w skali „makro”.

I w końcu Fraa wyraźnie zobaczyła, że to nie jest żaden pastisz ani gra konwencją. To po prostu jest konwencja, w dodatku niezbyt interesująca. Lepiej zarysowane charaktery Fraa spotykała w serii o Gotreku Gurnissonie. Ponadto było tam więcej humoru i akcji.
Być może w konstrukcji przynajmniej jednego bohatera miała pomóc zmiana narracji, którą przejmuje co jakiś czas sam Raywen. Niestety, wiele to do powieści nie wnosi, może oprócz większego zagęszczenia emo-podobnych dyrdymałów utyskującego nad swoim losem władcy.
Wszystko sprawia wrażenie, że jest na siłę. Książkę czyta się bez żadnego zainteresowania, bo intryga – prosta jak konstrukcja cepa, chociaż samo to jeszcze by powieści nie skreślało – nie wciąga, a bohaterowie do samego końca pozostają obojętni, z inklinacją do „z lekka irytujący”.

Fraa nie wciąga „Praw i powinności” na prywatną „czarną listę” tylko dlatego, że – mimo wszystko – to nie „Dom Usherów”.



"O, stary krasnolud aż posiniał i zaczął dość wiarygodnie charczeć, chwytając się za gardło, ale wiedziałem, że brodaty zwyczajnie udaje, chcąc ściągnąć na siebie moją uwagę i zniwelować rozdrażnienie. Ten oszust doskonale wiedział, że jeśli ktoś da mi po łbie (a zdarzały się już precedensy), to lekką ręką rozniosę wszystko w promieniu dwóch lig."

wtorek, 2 marca 2010

ZaFraapowana filmami (8) - "Armia Boga"

Fraa zawsze była zainteresowana tematyką okołoanielską. Dlatego obejrzała film „Armia Boga”. Albo obejrzała „Armię Boga” i dlatego zainteresowała się tematyką okołoanielską – trudno powiedzieć, bo tak daleko Fraa nie umie sięgnąć pamięcią. Faktem jest, że dziecięciem będąc obejrzała film, z którego przez następne blisko dziesięć lat pamiętała tylko tytuł i dwie małe scenki. Aż w końcu nadszedł dzień, w którym w gazecie, bodajże „To & Owo”, Fraa wyłowiła (wtedy jeszcze) sokolim wzrokiem tytuł „Armia Boga”. Sterroryzowała rodzinę, okupowała telewizor, połknęła pilota - no i w końcu mogła obejrzeć jeszcze raz. I nawet zidentyfikowała w trakcie oglądania te dwie sceny, które pamiętała.
Później poszło już lawinowo: najpierw „Armia Boga” na kasecie wideo, potem na DVD, a w międzyczasie obejrzane kolejne części.




armia boga
Fraa może powiedzieć jedno: „Armia Boga” z 1995 roku w reżyserii Gregory'ego Widena to bezwzględnie jeden z jej najulubieńszych filmów. Fraa jest nim niezmiennie od lat zauroczona.

Należałoby zacząć od krótkiego „z czym to się je”. Otóż w niebie ma miejsce druga wojna – tym razem niejako „wewnętrzna”, bo między aniołami, podczas gdy Lucyfer siedzi sobie w swoim piekle. Przedstawiciele obu frakcji – Gabriel (Christopher Walken) oraz Szymon (Eric Stoltz) – schodzą na padół śmiertelników w poszukiwaniu parchatej, nikczemnej, podłej duszy człowieka gorszego niż wszyscy zbrodniarze historii razem wzięci. Nieco z przypadku w te wydarzenia wdeptuje policjant Thomas Dagget (Elias Koteas).
To tyle z rysu fabularnego.

Nie da się ukryć, że film został „ukradziony” przez Walkena właściwie tak jak na przykład „Once upon a time in Mexico” przez Johnny'ego Deppa. Cóż poradzić – Gabriel jest postacią niesamowicie charyzmatyczną i przekonującą. Każdy jego gest jest naturalny, choć niektóre mogą wydawać się dziwne (cudownie nonszalanckie spalenie w kostnicy zwłok, które jednak zostały bardzo starannie przygotowane).
Gabriel
Nie da się go zniszczyć tradycyjnymi metodami, ale nie sprawia wrażenia przepakowanego Überherosa, który wzbudzałby jedynie uśmiech politowania. A wręcz wywołuje zbliżone emocje do tych towarzyszących czytaniu o Arcywrogu u Miltona: jest to bohater, który wierzy w słuszność tego co robi. Który uważa, że został potraktowany niesprawiedliwie i kiedy w końcu wyjaśnia Thomasowi, dlaczego nie może o tym porozmawiać z Bogiem, trudno nie poczuć ukłucia żalu i po cichu nie przyznać – tak chociaż troszkę – racji Gabrielowi. Nie jest tak po prostu zły i już.



Szymon
Przeciwko Gabrielowi występuje Szymon, który jak najbardziej również wzbudza sympatię widza. Jest w „obozie” przychylnym ludzkości, słabszy od Gabriela, ale – brońcie bogowie – nie jest pierdołowaty.
Pojawia się również niejaki Uziel (Jeff Cadiente) i to właśnie z jego udziałem sceny Fraa zapamiętała, jak się później okazało.

Wśród ludzi właściwie każda postać jest wyrazista. Nie tylko Thomas, który był księdzem, ale stracił wiarę. Jest też patolog Joseph (Steve Hytner), którego żarcik o wydaniu Biblii dla nauczycieli Fraa wciąż uważa za urokliwy, jest nauczycielka Katherine (Virginia Madsen), która po prostu stara się chronić swoich uczniów, jest w końcu Mary – mała Indianka, ofiara całej hecy o duszę niejakiego pułkownika Hawthorne'a. Dodatkowym plusem w przypadku ludzi jest brak wydumanego i idiotycznego wątku miłosnego w stylu „ratujemy razem świat przed zagładą, czyli na pewno możemy spędzić wspólnie następne pięćdziesiąt lat życia, zakochajmy się!”, co Fraa naprawdę zawsze uważała za skrajną głupotę. Bo skąd założenie, że dwójka zupełnie niepasujących do siebie ludzi będzie żyła długo i szczęśliwie tylko dlatego, że przeżyli razem jakąś traumę, będąc dla siebie wówczas kompletnie obcymi osobami? „Armia Boga” nie wyklucza takiego rozwiązania co prawda, ale nie wciska go nachalnie widzowi.
No i oczywiście „gadająca małpa” Gabriela, Jerry (Adam Goldberg) – jest po prostu dokładnie taki, jaki powinien być: bezmyślny, posłuszny, nieudacznik, jednocześnie ma swój charakter.

Lucyfer i Thomas
Nie wolno też zapominać o Lucyferze (Viggo Mortensen): jego rola nie jest wielka (w jednej z dwóch dostępnych wersji jest jeszcze mniejsza), ale bardzo silnie zapada w pamięć. Znów mamy do czynienia z postacią dość niejednoznaczną: bo właściwie to sam szatan, więc oczywiście jest zły i nie można temu ot tak zaprzeczyć. Ale jednak za każdym razem kiedy ten cyniczny i perfidny Lucyfer schodzi ze sceny, Fraa odczuwa pewien smutek i żal. Ma wrażenie, jakby pewne słowa czy gesty nie miały miejsca wyłącznie dlatego, że przecież to diabeł, więc nie wypada. Ale że się po prostu należą.

Jak już wyżej Fraa wspomniała, film ma dwie wersje.
Pierwsza z nich (Fraa wymienia w takiej kolejności, w jakiej oglądała) nosi tytul „God's Army” i jest to wersja europejska. Druga jest zatytułowana „The Prophecy”. Różnice nie są wielkie, ale jednak są. Przede wszystkim chodzi tu o scenę otwierającą film: w „God's Army” jest to siedmioletni Thomas na huśtawce, który rozmawia z głosem – dopiero pod koniec filmu widz będzie miał okazję się dowiedzieć czyj to tak naprawdę głos, ponieważ rozmówca nie jest pokazany. W drugiej wersji widać Szymona na czymś w rodzaju pustyni, czy też może to jakieś miejsce w zaświatach, który tłumaczy o co chodzi z drugą wojną w niebie. I Fraa musi przyznać, że pierwsza wersja odpowiada jej dużo bardziej. Może to wynikać oczywiście z tego, że często człowiekowi bardziej podoba się to, co zobaczy jako pierwsze, ale Fraa ma wrażenie, że Thomas na huśtawce jakoś lepiej wpasowuje się w tę rewelacyjnie nieefekciarską poetykę filmu. I to samo odczucie pojawia się przy kolejnych różnicach - „God's Army” jest pozbawione pewnych efektów, pewnych podanych na tacy odpowiedzi. Fraa uważa, że film dużo zyskuje na tym, że nie pokazuje wszystkiego.

Właśnie to nieefekciarstwo „Armii Boga” jest jednym z atutów filmu. Nie jest łatwo zrobić film o aniołach, ale bez pokazywania chmurek i skrzydeł. Twórcom kontynuacji („Armia Boga” doczekała się – o zgrozo! – czterech kolejnych części, których Fraa nie radzi oglądać, chyba że pod groźbą ciężkich tortur w rodzaju oglądania - tfu, tfu! - „Domu Usherów”) nie udało się już tego uniknąć – widać więc skrzydła, ogień piekielny i tego typu bzdury. Bzdury, które nawiasem mówiąc mają się nijak do pierwowzoru, w którym Lucyfer – czyli osoba najbardziej kompetentna do tego typu wygłoszeń – wyraźnie mówi, że w piekle nie ma ognia. A cechę, która w pierwszej części była dodającym smaczku detalem (umiejętność siadania na krzesłach i wszelkich innych niewygodnych barierkach), w kolejnych „odcinkach” rozdmuchano do pozycji jakiejś super-magicznej umiejki, którą można olśniewać głupiutkich ludzi. Fraa pominie już milczeniem fakt, że z Gabriela zrobiono skończonego idiotę i choleryka, co czyni z niego postać skrajnie niespójną, jeśli wziąć pod uwagę część pierwszą.

Co do muzyki w filmie – jest przyjemna. Nie są to oczywiście oscarowe kawałki, które mogą nawet odciągnąć uwagę widza od obrazu, ale są po prostu dopasowane i przyjemne dla ucha. W jakiś sposób charakterystyczne, dynamiczne i nieefekciarskie.

Jeśli Fraa miałaby określić „Armię Boga” jednym zdaniem, to powiedziałaby, że jest to jeden z filmów znajdujących się na jej prywatnej liście Top 5 Movies Ever.





"– Hello, Katherine. We must talk.– Oh, my God.– God? God is love. I don't love you.– I... I can't. I can't do this.– I can lay you out and fill your mouth with your mother's feces. Or we can talk."
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...