poniedziałek, 22 lutego 2010

Fraa w czytelni (4) - "Pies Baskervillów"

Ostatnie cielę z obory, czyli ostatnia książeczka z serii „Opowieści niesamowite”, jaką Fraa ma w swoim posiadaniu.

pies
 Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: „Pies Baskerville'ów”

Przekład: Katarzyna Surówka
Tytuł oryginału: „The Hound of the Baskervilles”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2003
Wydawca: Zielona Sowa
Seria: Opowieści Niesamowite


Sherlock Holmes dostaje do rozwikłania zagadkę śmierci sir Charlesa, starszego pana, który zmarł niedaleko furtki do własnej posiadłości – ślady łap, które znaleziono przy zwłokach, wskazują na znaną wszystkim w okolicy klątwę, która ma prześladować ród Baskerville'ów. W sprawę zostaje wplątany sir Henry, ostatni spadkobierca po sir Charlesie. Już na wstępie spotykają go dziwaczne przypadki, takie jak tajemniczy anonim sporządzony z liter wyciętych z gazety oraz ginące buty. Co dziwniejsze – pierwszy z zaginionych butów wrócił!
Jak przyznaje sam Sherlock Holmes w powieści, do tej pory przychodziło mu mierzyć się z zagadkami z tego świata. Tym razem jednak ma do rozgryzienia sprawę psa z piekła rodem; psa, którego wycie rozchodzi się po całych wrzosowiskach, a z pyska bucha ogień. Fantastyczna atmosfera tajemniczego wrzosowiska, ruiny celtyckich zabudowań, bagna i poboczne wątki tworzą z „Psa Baskerville'ów” bardzo wciągającą i intrygującą powieść, od której trudno się oderwać.

Fraa zawsze bardzo ceniła sobie opowieści o Sherlocku Holmesie – głównie ze względu na niesamowite dopracowanie. Każdy szczegół, o którym gdzieś w tekście pojawia się wzmianka, jest ostatecznie wykorzystany i ma swoje konkretne miejsce w intrydze – intrydze, która (tym cudownym zwyczajem kryminałów) jest dokładnie wyjaśniona w ostatnim rozdziale. Dzięki temu dopracowaniu czytelnik może z łatwością uwierzyć, że Holmes istotnie jest genialnym detektywem, który na drodze dedukcji i logicznego łączenia faktów jest w stanie rozwiązać najbardziej skomplikowane zagadki. Nie ma tu naciągania, a każdy wniosek Holmesa ma uzasadnienie. Szczególnie fajnie wkomponowuje się w teksty Doyle'a kwestia „szkolenia” doktora Watsona, któremu detektyw co jakiś czas zadaje pytanie – a to odnośnie laski, a to kapelusza, a to jakiegoś innego rekwizytu. Watson jest pośrednikiem między genialnym i błyskotliwym Holmesem, a niewyćwiczonym w dedukcji czytelnikiem. Sprawia, że podczas lektury można poczuć, że wytrenowanie umysłu do poziomu Sherlocka Holmesa jest możliwe, choć niebywale trudne i pewnie dla większości ludzi niedostępne.

Tutaj jednak Fraa nie może nie wspomnieć o człowieku, który dał początek Sherlockowi Holmesowi. Nie chodzi o sir Arthura Conan Doyle'a – a o Poe'go. Każdy kto czytał którąś z przygód Auguste'a Dupina powinien dostrzec podobieństwo. Podobieństwo, którego zresztą Doyle wcale się nie wypierał, a wręcz nawiązywał do niego w opowiadaniu „Studium w szkarłacie”. Fraa nie ukrywa, że Holmes zdecydowanie przerósł swojego protoplastę, który przecież wcale nie był zawodowym detektywem. I Fraa zgadza się z Doyle'owskim detektywem:

– Wszystko to brzmi bardzo prosto – powiedziałem z uśmiechem. – Przywodzi mi pan na myśl Dupina z opowiadania Edgara Allana Poe. Nawet nie przypuszczałem, że takie postacie mogą istnieć w życiu.
Sherlock Holmes wstał i zapalił fajkę.
– Sądzi pan, zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał.
– Czytał pan powieść Gaboriau? – zapytałem. – Czy Lecoq odpowiada pańskiemu pojęciu o detektywie?
Sherlock Holmes uśmiechnął się ironicznie.
– Lecoq był nędznym partaczem – powiedział gniewnie. – Miał tylko jedną dobrą stronę – energię. Niedobrze mi się robi, kiedy czytam tę książkę. Chodziło o to, jak zidentyfikować nieznanego więźnia. Ja uporałbym się z tym w dwadzieścia cztery godziny. Lecoq potrzebował sześciu miesięcy czy coś w tym rodzaju. Można by z tego ułożyć podręcznik dla detektywów, jak unikać błędów.
Trochę mnie dotknął pogardliwy sposób, w jaki Holmes skrytykował moich dwóch ulubionych bohaterów. Stanąłem przed oknem i patrzyłem na ruchliwą ulicę.
Może to i niegłupi facet – pomyślałem – ale niesłychanie zarozumiały.
– Dziś już nie ma prawdziwych zbrodni ani wytrawnych zbrodniarzy – mówił Holmes zaczepnie. – W naszym zawodzie rozum przestał być potrzebny. Wiem, że mam go dosyć, by stać się sławnym. Jeszcze nikt na świecie, czy to teraz czy dawniej, nie włożył tyle naukowej pracy i tyle wrodzonego talentu w sztukę kryminalnej dedukcji, co ja. I z jakim wynikiem? Nie ma żadnej zagadkowej zbrodni do wyjaśnienia poprzez dedukcję. Najwyżej jakieś mierne partactwo o motywach tak przejrzystych, że byle urzędnik ze Scotland Yardu je odgadnie.
Fraa była nieco rozczarowana, że Agnieszka Fulińska pominęła ten fakt w posłowiu do „Psa Baskerville'ów”. Aczkolwiek Fraa w ogóle była mocno rozczarowana tym wydaniem powieści. Nie wie do końca, czy sprawę położyła pani Surówka odpowiedzialna za przekład, czy też osoba odpowiedzialna za korektę, ale faktem jest, że „Pies Baskerville'ów” w serii „Opowieści niesamowite” ma mnóstwo irytujących błędów, które w żadnym razie nie powinny znaleźć się w powieści, która wychodzi drukiem. Są tam takie kwiatki, jak „naprawdę” napisane oddzielnie (na prawdę), przypadkowe i niekontrolowane ogonki typu nię zamiast „nie”, zjedzone znaki interpunkcyjne, błąd w postaci owy zamiast „ów” (Fraa zrozumiałaby, gdyby przekład został popełniony przed stu laty, ale że jest on jednak dość nowy, to Fraa nie widzi uzasadnienia dla używania niepoprawnej formy – mogłaby tu wejść w grę celowa archaizacja, ale w oryginale przecież tekst wygląda całkowicie normalnie), podczas gdy słownik podaje wyraźnie: "ów (nie: owy), owa, owo (nie: owe)" [Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN pod red. A. Markowskiego, Warszawa 2006], potężny błąd ortograficzny w postaci nadażyła i różne inne kwiatki.

Pani Fulińska z kolei nie popisała się z posłowiem – abstrahując już od pominięcia sprawy korzeni Sherlocka Holmesa, o czym Fraa już wspominała, znajduje się tam jedno zdanko, które Fraa uważa za dość irytujące: „Co najmniej od czasów Makbeta Williama Szekspira wrzosowiska są miejscem nawiedzanym przez wiedźmy, duchy i siły piekielne.” – Fraa tymczasem oczekiwałaby, że jeśli już kobieta bierze się za pisanie o literaturze angielskiej i o wrzosowiskach, to zna sprawę na tyle, że nie będzie pisać „co najmniej od Makbeta”, ale poda konkretnie, od którego autora lub od którego tekstu zaczęto wykorzystywać wrzosowiska jako miejsce magiczne i nawiedzane. Bo że „co najmniej od”, to może napisać każdy laik, który ledwo liznął historię jakiejkolwiek literatury i Fraa ma tym samym wrażenie, że autorka posłowia tak naprawdę sama nie ma bladego pojęcia, od kiedy pojawia się ten motyw. Fraa bardzo nie lubi, kiedy ludzie odwalają fuszerkę.

Ale – jeśli pominąć słabiznę wydania – powieść „Pies Baskerville'ów” jest godna polecenia jako fantastyczna powieść detektywistyczna, gdzie wśród wrzosowisk i ruin starożytnych chat strach przed klątwą przeplata się z logicznym myśleniem i racjonalizmem. Co ciekawe, Sherlock Holmes nie pojawia się przez większą część powieści, pozostawiając prowadzenie śledztwa narratorowi, doktorowi Watsonowi. 

Bo warto Sherlocka Holmesa znać nie tylko z filmów.





„Usłyszeliśmy odgłos kroków naszych gości na schodach i trzask zamykanych drzwi. W jednej chwili z ospałego marzyciela Holmes zamienił się w człowieka czynu.– Wkładaj buty i kapelusz, Watsonie! Szybko! Nie ma chwili do stracenia! – Holmes wpadł w szlafroku do swojego pokoju i wrócił kilka sekund później w surducie. Zbiegliśmy szybko po schodach i wyszliśmy na ulicę. Doktor Mortimer i sir Baskerville byli wciąż widoczni w odległości około dwustu jardów przed nami; kierowali się w stronę Oxford Street.”

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...