sobota, 27 lutego 2010

Odcinek 13

Dawno temu Vamphra zaczęła pewien projekt, a po dwunastu odcinkach go zamknęła i wyrzuciła klucz. Łosiu co prawda zapytała, kiedy druga seria, ale Vamphra miała postanowione: dwanaście odcinków i ani jednego więcej.
Tymczasem Fraa, skoro już ma ten swój poligon... ekhm, ten swój blog, postanowiła włamać się do ciemnego magazynu, w którym pokrywał się kurzem i pajęczynami wyżej wspomniany projekt i – kto wie – może nawet spróbować pobawić się w kontynuację. Dla ćwiczenia systematyczności czy coś takiego. Fraa jeszcze nie wymyśliła po co.

Oczywiście będą to – przynajmniej na razie – makabryczne improwizacje. „Makabryczne” nie w sensie tematyki, ale strony technicznej. Fraa dopiero odkrywa pewne programy i/lub narzędzia, więc teraz zacznie się etap prób i błędów. Oby z czasem było więcej prób, a mniej błędów.

Cóż można powiedzieć o projekcie? Na początek może Fraa przedstawi bohaterów, jako że z braku pierwszego tuzina odcinków pewne informacje mogły umknąć:
Franki → zombie; za życia był taksówkarzem; Fraa nie ma bladego pojęcia, dlaczego zombie ma na imię akurat Franki (jak ktoś chce być hiperpoprawny, może oczywiście to zapisywać „Frankie”, ale Fraa nie widzi sensu takiego postępowania), ale coś jej się tli, że to po prostu była pierwsza z brzegu ksywka należąca do osobnika, którego Fraa spotkała bodajże raz w życiu, akurat jakoś w okolicach narodzin pomysłu na ów projekt.
Grabarz → Fraa jest niemal pewna, że grabarz miał jakieś imię, ale za skarby dwóch wszechświatów nie może sobie przypomnieć, jakie. Toteż dopóki nie będzie jakiegoś nagłego objawienia, grabarz pozostanie po prostu Grabarzem. Co można o nim powiedzieć? Cóż: jest grabarzem i to on odkrył Frankiego, a później rzucił tę robotę, rzucił nałogi, założył rodzinę i zaczął nowe życie.
Petunia → po prostu Petunia. Twierdzi, że to imię niszczy jej imidż.

Więcej uwag Fraa chwilowo nie ma.

Eksperyment „Jedną nogą w grobie” uważa się za (ponownie) otwarty.


czwartek, 25 lutego 2010

ZaFraapowana filmami (7) - "Trzej Muszkieterowie"

Powieści Alexandre'a Dumasa są interesującym zjawiskiem. Bardzo chętnie ekranizowane, ale bardzo niechętnie czytane. Trudno się dziwić: nazbyt dokładne opisy, pełno Überherosów, nieco nieprzystające do dzisiejszych czasów dialogi no i Francuzi pokazani jako społeczeństwo pięknych, odważnych kobiet oraz dzielnych, silnych mężczyzn. Francuzi! Kto by w to uwierzył? A co z dowcipem „Mam do sprzedania miecz francuski. Prawie nowy, raz rzucony.”? Albo z tym: „Francuskie czołgi mają pięć biegów. Cztery wsteczne i jeden normalny, w razie gdyby wróg atakował z tyłu.”? Nie – proza Dumasa nie ma możliwości cieszyć się szerszą popularnością. Co zrobić – najwyraźniej dzieła pisane jako powieść w odcinkach do gazet kiepsko się starzeją, czego potwierdzeniem jest nasze rodzime „Nad Niemnem”.
A jednak bohaterowie, których stworzył Dumas, oraz ich przygody to bardzo wdzięczny temat dla filmowców. A efekty tego są rozmaite.

aramis
Fraa z lubością śledzi te efekty, jako że powieści Dumasa czytuje i jest ciekawa reżyserskich wizualizacji. Szczególnie dobrze wspomina oczywiście wszelkie produkcje z udziałem Richarda Chamberlaina. Fraa od najwcześniejszego dzieciństwa była fanką Chamberlaina (taaak, dziewczynką będąc... to aż przykre), jest nią zresztą do dziś (babą będąc... to nadal przykre). Nic więc dziwnego, że jedne z ulubionych filmów, jakie Fraa może wymienić, to połączenie Dumas+Chamberlain: „Trzej Muszkieterowie” z Chamberlainem, „Hrabia Monte Christo” z Chamberlainem i „Człowiek w żelaznej masce” – dla odmiany – z Chamberlainem.


threemusketeers
Ale należy się pogodzić z faktem, że ekranizacji „Trzech Muszkieterów” było jak mrówków. No i dać im szansę, co też Fraa uczyniła, oglądając (nie pierwszy raz, zresztą) „Trzech Muszkieterów” z roku 1993, w reżyserii Stephena Hereka.

Cóż – film ma swoje lepsze i gorsze momenty. Fraa jest prostą kobieciną, która nie potrzebuje nie wiadomo jak wyrafinowanej rozrywki, w związku z czym z przyjemnością ogląda biegającego w tę i nazad, radosnego Portosa (Oliver Platt). Kiedy w karecie przebierał między flaszkami Fraa miała wrażenie, że mogłaby się z takim napić jakiegoś dobrego wina – choćby i francuskiego. Dialogi w stylu tego o królowej Ameryki czy o gatunku cuchnącego sera Fraa odbierała bardzo pozytywnie i świetnie się bawiła. Podobnie sytuacja wygląda z Atosem, choć tu oczywiście widz ma do czynienia z większą dawką powagi. Tym niemniej Fraa polubiła tę postać... a może to zasługa Kiefera Sutherlanda, którego Fraa również bardzo lubi, niemal tak bardzo jak Sutherlanda seniora? Trudno powiedzieć. Do tego oczywiście nie można zapomnieć o Aramisie (Charlie Sheen).
richelieu

Jakby mało było samych Muszkieterów, Fraa jest zachwycona Timem Curry, który wcielił się w rolę – a jakże! – kardynała Richelieu. Przyznać trzeba, że Curry doskonale nadaje się do paskudnych, cynicznych i opętanych wielkimi ambicjami mynd (takich jak Poeta w jednym z odcinków „Lexxa”), więc jako kardynał był bardzo przekonujący.

Oczywiście oprócz kardynała Richelieu, drugim złym bohaterem jest Rochefort. I to jakim złym! Rochefort stracił oko przy okazji plugawych knowań (naturalnie, że przy okazji!), więc nosi iście piracką, mroczną opaskę. Oprócz tego jest ubrany zawsze, ale to zawsze na czarno. Jest mroczny. Bardzo.
Dla kontrastu, mamy też komicznego złego bohatera, Girarda: gościa, który od samego początku usiłuje pomścić zhańbienie swojej siostry. Jak na przeciwnika głównych herosów przystało, jest w jakiś sposób „wadliwy”. Co prawda udało mu się zachować oboje oczu, ale za to ma piskliwy głos kastrata i jest ogólną pierdołą. Co jak co – ale żaden z bohaterów pozytywnych nie jest pierdołą. Portos jest elementem humorystycznym, ale widz śmieje się z nim, a nie z niego. W przeciwieństwie do skowyczącego Girarda.

Co tu dużo mówić: w filmie poczucie humoru jest proste jak konstrukcja cepa, d'Artagnan jest naiwnym kretynem, który wywołuje jedynie:


doublefacepalm


...a „nieoczekiwane zwroty akcji” to najbardziej wyeksploatowane numery pod tytułem „zastrzelili go i uciekł, bo miał w kieszonce na piersi papierośnicę/książkę/medalik/zegarek/wstaw-jakikolwiek-inny-przedmiot”. Albo „jedziemy przez kompletnie pusty las i nagle właśnie na naszą drogę wychodzi wieśniak z wozem pełnych źle przywiązanych beczek” przypominające klasyczne sceny pościgów, gdzie zawsze elementem spowalniającym jest handlarz porcelany, grejpfrutów czy koleżka niosący szybę.

Fraa wychodzi z założenia, że ocenianie tego filmu pod kątem zgodności z literackim oryginałem nie ma większego sensu. Ta wersja jest bezpardonowo unowocześniona, zrobiona z przymrużeniem oka – taka, która ma bawić współczesnego widza. Zauroczyć bajeranckimi płaszczami, eleganckimi szpadami i rozweselić nieskomplikowanymi żartem tu i ówdzie. I Fraa uważa, że tę funkcję „Trzej Muszkieterowie” Hekera spełniają doskonale. Dają półtorej godziny wytchnienia po dniu spędzonym na myciu podłóg, czyszczeniu toalety, zmywaniu naczyń i tego typu upierdliwych zajęciach.
A jak ktoś chce poznać prawdziwych Muszkieterów – to przepadło, niech sięga po książkę.
Warto.




„– Przepraszam...– Chwileczkę! Tę chustę dostałem od królowej Ameryki!– Nie ma takiej.– Łączy nas duża zażyłość. Udowodnisz, że tak nie jest?”

środa, 24 lutego 2010

ZaFraapowana filmami (6) - "Władcy Ognia"

Są filmy, do których po jakimś czasie chce się wrócić i przeżyć przedstawione w nich historie jeszcze raz. A są takie, które chce się zapomnieć. Najgorzej jednak jest z filmami, które kiedyś się widziało, ma się mgliste pojęcie, że chyba nie bardzo się podobało, ale tak właściwie nie umie się powiedzieć dlaczego ani o czym to tak w ogóle było.

Do tej ostatniej kategorii zaliczała się produkcja „Władcy Ognia” z 2002 roku w reżyserii Roba Bowmana. Fraa więc postanowiła obejrzeć ten film jeszcze raz i wyrobić sobie opinię.

Bodajby oślepła za tak durne pomysły!

wladcyognia
Główny bohater, Quinn (Christian Bale), został wychowany przez samotną matkę, która – ponieważ była prawdziwie twardą kobietą – pracowała w kopalni. Pewnego pięknego dnia, chłopiec odwiedził matulę w pracy, podczas gdy koledzy matuli dokopali się do jamy smoka. Smok się obudził, zionął w górników tak, że został z nich smród i skarpetki, po czym ruszył w świat. Przeżył tylko dwunastoletni Quinn.
Dwadzieścia lat później ludzkość została już wybita niemal co do nogi. Zostało parę ostatnich bastionów rozrzuconych tu i tam. Quinn (tu przez chwilę można podziwiać jego obnażone piersi) dowodzi grupką Anglików ukrywających się w zrujnowanym zamku. I do tejże grupki przyjeżdża z kolei grupka Amerykanów: ich szef (Matthew McConaughey) wygląda co prawda raczej na coś zbliżonego do Wikinga, ale pal sześć. Nazywa się Denton Van Zan, bo – jak wiadomo, „van” jest takie am... chwileczkę! Przecież to niderlandzkie „z”... a więc Amerykanin czy może jednak Holender? No ale pies to trącał, widocznie facet był przywiązany do holenderskich korzeni swojej rodziny. Grunt, że był twardy, wytatuowany i miał smoczy kieł zawieszony na szyi. W każdym razie Amerykanie wpadają do zameczku Anglików z czołgami, karabinami i – a jakże! – śmigłowcami. Co więcej okazuje się, że Amerykanie są zabójcami smoków, mają elitarny oddział do skakania z helikopterów i w ogóle są tak kozaccy, że nawet nie muszą mówić, co jest kozackie. Po prostu są.
Fraa się zaczęła zastanawiać: skoro są tacy świetni i mordują smoki na śniadanie, to dlaczego dwadzieścia lat wcześniej, kiedy jeszcze było w USA jakieś trzysta milionów ludzi, nikt nie potrafił sobie z tymi bestyjami poradzić? Czemu oddział „Archaniołów” (o banalności tej nazwy Fraa się woli nawet nie wypowiadać) mógł powstać dopiero kiedy ludzkość została zredukowana do kilku dziesiątek?

Ale ale, skoro już mowa o wątpliwościach: o co właściwie chodzi? Smoki wypaliły całą ziemię i co? Czym one właściwie się żywiły? Ludźmi? W którymś momencie jest mowa o tym, że smokom nie zależy na ludziach, za to chcą spalić uprawy. W takim razie dlaczego palą te uprawy tylko wtedy, kiedy na polu jest jakiś człowiek? Wcześniej nie zauważyły? Nie no, rzeczywiście, Fraa domyśla się, że przelatując nad bezkresnymi połaciami wypalonej, czarnej ziemi trudno zauważyć prostokąt zieleni, gdzie po tyczkach pną się dorodne krzewy pomidorów i fasola. Może umknąć. Zresztą, przecież było kilka scen, w których smoki wsunęły paru ludzi – czyli może jednak chodzi o świeże mięsko, a nie palenie pomidorów?

Fraa nie mogła też znaleźć żadnego sensownego uzasadnienia dla faktu, że smoki o zmierzchu widzą gorzej. Wytłumaczenie pod tytułem „magiczna godzina” nie jest satysfakcjonujące. Fraa odniosła wrażenie, że twórcy filmu wymyślili sobie coś takiego, żeby fajnie brzmiało, ale nawet nie spróbowali przemyśleć, jakie by to miało mieć logiczne przyczyny. 
Niestety, to samo dotyczy samej idei przetrwania tych resztek ludzkości w opanowanym przez smoki świecie. No bo skoro trójka frajerów potrafiła zabić największego i najgroźniejszego smoka, to dlaczego nie potrafiły tego zrobić całe potężne armie? Przecież trójka frajerów miała tylko dwie flary i topór. To nie byli żadni nadludzie. A wręcz trzeba powiedzieć, że Quinn był kretynem jakich mało: no bo kto o zdrowych zmysłach dostaje jedną, jedyną, ostatnią rakietę, którą ma rozsadzić smoka i uratować świat, po czym przebiegając przez ulicę najzwyczajniej w świecie gubi tę rakietę, o czym orientuje się będąc już daleko? Nie no, oczywiście – zdarza się od czasu do czasu coś zgubić, ale Fraa była niebywale porażona głupotą tej sceny i głupotą głównego herosa.
O Izabelli Scorupco, która drobnym kroczkiem przetruchtała przed najgroźniejszym smokiem waląc do niego serię z karabinu, Fraa nawet woli nie wspominać, bo to było żenujące. Ona – Alex – drobi tuż przed nosem samca alfa, a ten stoi. I sapie.

No i zakończenie: samiec ukatrupiony (spoiler? Fraa przeprasza... acz jednak ma wrażenie, że to nie był jakiś nadzwyczajny suspens w tym filmie, więc może Fraa nie wyrządziła nikomu strasznej krzywdy) i co? Kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy, smoczyc wyparowało? Zdechły nieutulone w żalu? Rozsadziła je niezaspokajana chuć? Coś tu nie gra, proszę Państwa.

Podsumowując: bohaterowie albo tragicznie nieprzekonujący, albo trywialni. Smoki jakieś takie sierotowate i strasznie nieporadne jak na stworzenia, które zmiotły ludzkość i opanowały świat. Każdy pomysł, jaki zalśni w trakcie filmu, jest albo jakimś nieprzemyślanym wymysłem, albo nielitościwym banałem. Szczerze powiedziawszy, jeśli Fraa żywiła pewną awersję do Christiana Bale'a po batmanowych bluźnierstwach, to teraz chyba jest jeszcze gorzej. Muzyki Fraa nawet nie pamięta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby film chociaż nadrabiał efektami i fantastycznymi scenami z udziałem smoków – ale to też jest jakieś takie... Po prostu bez polotu. Jakby twórcom kompletnie zabrakło pomysłów na jakąś oryginalną wizję. Fraa chciałaby coś pozytywnego powiedzieć o tym filmie, ale nie bardzo potrafi... Ha! Udało się! No więc: to mimo wszystko nie jest „Dom Usherów”...
A co tam, Fraa ma lepszy dzień: Creedy (Gerard Butler) był w porządku, ot co.




„– Co robimy, kiedy się budzimy?– Mamy dwoje oczu czuwających na straży.– Co robimy, kiedy śpimy?– Mamy jedno oko czuwające na straży.– Co robimy, kiedy ich widzimy?– Kopiemy mocno i głęboko, biegniemy do schronienia i nigdy się nie obracamy za siebie.”PS. Mariom pytał, jak Fraa odebrała „Blair Witch Project” (bogom dzięki, że chodzi o pierwszą część - co do drugiej, to nikt nie zaoferował na tyle pokaźniej fortuny, żeby Fraa to obejrzała) – Fraa uznała więc, że najlepiej odpowie dwoma filmikami:

 


oraz:


wtorek, 23 lutego 2010

ZaFraapowana filmami (5) - "1408"

Fraa miała kilka podejść do filmu „1408” w reżyserii Mikaela Håfströma – za każdym razem kończyło się na obejrzeniu kilku początkowych minut i wyłączeniu. Nudne, przewidywalne, ot: po prostu durnowate. Ale w końcu nadszedł taki dzień, że Fraa nie miała lepszego pomysłu na dwugodzinne odmóżdżenie i ostatecznie wyciągnęła to niekochane „1408”.
I tym razem wytrzymała do końca.

1408
No dobrze, należy ustalić jedno: fabuła jest przewidywalna. Jeśli najpierw widz ma podane, że tu a tu jest pokój w hotelu, w którym to pokoju zginęło pięćdziesiąt sześć osób, po czym w tym samym pokoju zamyka się pisarz-sceptyk, to naprawdę nietrudno odgadnąć ciąg dalszy.
I Fraa musi przyznać, że trochę się obawiała tego, co odgadywała, bo przybierało to postać, którą można by określić: „Dwugodzinny horror z jednym duchem na minutę”.
A jednak.

No właśnie – należy zacząć od tak zwanego początku: otwarcie filmu nie jest zbyt zachęcające. Ot, hotelik przy autostradzie, burzowa noc, nasz bohater zajeżdża swoją bryką pod drzwi i chce przenocować. Banał i trywialność, na której Fraa zazwyczaj odpadała. Kiedy jednak zacisnęła zęby i obejrzała jeszcze kawałek dalej okazało się, że wcale nie jest tak źle: hotelik jest tylko taki na „dzień dobry”, a właściwy pokój numer 1408 to kompletnie inna bajka. Banał rzeczonego hoteliku jest jak najbardziej efektem zamierzonym: świetnie pokazuje tandetę, w którą obfitują głupawe historie o nawiedzonych hotelach – historie tworzone przez ludzi, którzy usiłują za ich pomocą zarobić. Czyli na przykład przez właścicieli hoteli.
Fraa natomiast była pozytywnie zaskoczona już chwilę później, kiedy wspomniany wcześniej główny bohater, Mike Enslin, ma mieć swój wielki dzień w jakiejś księgarence. Scena z księgarzem, który przez mikrofon wymieniał dorobek literacki pisarza – na swój sposób bezcenna. Fantastycznie ukazująca z kolei tandetę bestsellerowych czytadeł o nawiedzonych domach, nawiedzonych hotelach, nawiedzonych latarniach, nawiedzonym... wszystkim. I w tym momencie Fraa została przekonana do głównego bohatera. Mike ma dystans do siebie. Kiedy Mike parsknął śmiechem przy wymienianiu swoich arcydzieł, Fraa postanowiła zostać z tym filmem aż do napisów końcowych.

Michael Enslin (w tej roli John Cusack) jest naprawdę fajnym bohaterem. Z jednej strony – jak już Fraa wspomniała – ma do siebie dystans i widzi, że to co robi jest kiczowate, ale z drugiej: jest faktycznie pasjonatem. W poszukiwaniu prawdy i z szacunku dla czytelnika z pełną świadomością naraża własne życie... No a przynajmniej zdrowie psychiczne. I robi to w sposób całkiem przekonujący.

A skoro już o postaciach mowa, to warto tu wspomnieć o kierowniku hotelu, Geraldzie Olinie (tu z kolei Samuel Leroy Jackson – i Fraa z pełną świadomością przemyca „Leroy” zamiast „L.”, ot tak se) – przede wszystkim: jest wiarygodny. Widz odczuwa, jak bardzo Olin nie chce wpuścić Enslina do hotelu. Flaszka za 800$, dostęp do prywatnych dokumentów, biuro do własnego użytku... Widać, że Olin robi co może. Zupełnie inną sprawą są jednak te dokumenty: Fraa nie zna się na hotelarstwie, ale nie do końca rozumie, skąd kierownik hotelu miał pełną dokumentację z pięćdziesięciu sześciu zgonów – ze zdjęciami ofiar, opisami i tak dalej. Zazwyczaj tego typu papiery tkwią zamknięte gdzieś w policyjnych archiwach i hotelarz, nawet jeśli jest kierownikiem, nie może mieć do czegoś takiego dostępu. Fraa jednak jakoś ten fakt przebolała i dała się wciągnąć filmowi. Na tej samej zasadzie Fraa przebolała moment, w którym Mike zsumował cyfry 1+4+0+8, a wynik napisał na pocztówce. Normalny człowiek byłby w stanie tego typu obliczenia wykonać w pamięci, a wynik - olaboga! - zapamiętać, ale niech będzie. Napisana liczba wyglądała pewnie bardziej dramatycznie.

Oczywiście jest też element cudownej przemiany Michaela z parchatego egoisty w kochającego męża, syna i – gdyby mógł – to i ojca, ale Fraa ten wątek pomija milczeniem. Pewnie bez tego całość byłaby jeszcze bardziej durna, choć oczywistość tej metamorfozy jest jednak nieco drażniąca.

Fraa miała początkowo pewne wątpliwości, czy Mike nie za szybko zaczyna się miotać, bać i panikować – jeśli jednak się nad tym głębiej zastanowić, to Mike już wchodząc do pokoju był mocno nakręcony po rozmowie z kierownikiem hotelu, w związku z czym faktycznie cały proces mógł nastąpić szybciej. Oczywiście patent z oknem był czymś w rodzaju strzelby, która musi wypalić: Fraa przyzna, że z pewną sadystyczną fascynacją czekała, aż Mike'owi coś przytnie (oczywiście bez żadnych zbereźnych skojarzeń). 

Jeśli zaś próbować zastanowić się nad tym, jak bardzo film „1408” wzbudza strach, to cóż – jest parę nerwowych scen z rodzaju tych, na których się podskakuje. Jest pewne napięcie i niepewność, w zasadzie utrzymana do samego końca. Większość duchów jednak budzi raczej sympatię, ewentualnie lekkie rozbawienie. I brońcie bogowie, żeby Fraa na to narzekała. Fraa ma szczerze i serdecznie dość niby-horrorów, w których na prawo i lewo rzuca się gumowymi upiorami, krew tryska niczym Old Faithful w Yellowstone, a między tym wszystkim biega drąca paszczę blondynka. W „1408” ewentualne strachy były pokazane tylko od czasu do czasu – i wystarczy. Wbrew najgorszym obawom, nie było ducha na minutę. Nie było całego szeregu upiorów, które Fraa sobie wyobrażała jak tylko zobaczyła zdjęcia ofiar pokoju.

Innym przepięknym elementem była tabliczka na drzwiach ze strzałeczką i zaznaczonym „Tu jesteś” – Fraa ma tu tylko jedno skojarzenie i jest to dość wulgarny dowcip, którego pointa całkiem tu pasuje: „Zdrada, panowie! Jesteśmy w dupie!”

Fraa naprawdę jest pozytywnie zaskoczona filmem „1408”. Niewykluczone, że to zasługa niskich oczekiwań, jakie miała przed seansem. Bo trzeba przyznać, że Fraa nie spodziewała się cudów. Jakby nie patrzeć, „Maglownica” też jest na podstawie tekstu Stephena Kinga.... No. I to powinno wystarczyć jako wyjaśnienie, dlaczego Fraa trochę wątpiła w tę produkcję.
Oczywiście, że nie jest to film genialny, głęboki i poruszający do trzewi. Acz z czystym sumieniem można polecić jako całkiem przyjemny odmóżdżacz z leciutkim dreszczykiem.
Inna sprawa, że Fraa w żaden sposób nie może porównywać filmu z opowiadaniem Kinga, jako że opowiadania po prostu nie czytała.

No i ta wątpliwość do samego końca i jeszcze po filmie: a co jeśli to rzeczywiście była tylko czekoladka naszpikowana prochami...?


Tylko ten szef Mike'a... Fraa nic nie poradzi, że mimowolnie oczekiwała, że zaraz powie coś po włosku i wskoczy do taksówki. Niestety, „Skrzydła” mają w sobie coś takiego, że zapadają w pamięci.



A w ramach bonusu - enjoy (ale czemu w tytule jest Stephenie Meyer?):





"– Uwaga, miłośnicy książek! Dziś wieczorem w kąciku autorskim gościmy pisarza Michaela Enslina. Jest autorem bestselerowych poradników przetrwania z duchami, między innymi: „10 nawiedzonych hoteli”, „10 nawiedzonych cmentarzy”, „10 nawiedzonych latarni”. Dziś wieczorem o 19:00."

poniedziałek, 22 lutego 2010

Fraa w czytelni (4) - "Pies Baskervillów"

Ostatnie cielę z obory, czyli ostatnia książeczka z serii „Opowieści niesamowite”, jaką Fraa ma w swoim posiadaniu.

pies
 Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: „Pies Baskerville'ów”

Przekład: Katarzyna Surówka
Tytuł oryginału: „The Hound of the Baskervilles”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2003
Wydawca: Zielona Sowa
Seria: Opowieści Niesamowite


Sherlock Holmes dostaje do rozwikłania zagadkę śmierci sir Charlesa, starszego pana, który zmarł niedaleko furtki do własnej posiadłości – ślady łap, które znaleziono przy zwłokach, wskazują na znaną wszystkim w okolicy klątwę, która ma prześladować ród Baskerville'ów. W sprawę zostaje wplątany sir Henry, ostatni spadkobierca po sir Charlesie. Już na wstępie spotykają go dziwaczne przypadki, takie jak tajemniczy anonim sporządzony z liter wyciętych z gazety oraz ginące buty. Co dziwniejsze – pierwszy z zaginionych butów wrócił!
Jak przyznaje sam Sherlock Holmes w powieści, do tej pory przychodziło mu mierzyć się z zagadkami z tego świata. Tym razem jednak ma do rozgryzienia sprawę psa z piekła rodem; psa, którego wycie rozchodzi się po całych wrzosowiskach, a z pyska bucha ogień. Fantastyczna atmosfera tajemniczego wrzosowiska, ruiny celtyckich zabudowań, bagna i poboczne wątki tworzą z „Psa Baskerville'ów” bardzo wciągającą i intrygującą powieść, od której trudno się oderwać.

Fraa zawsze bardzo ceniła sobie opowieści o Sherlocku Holmesie – głównie ze względu na niesamowite dopracowanie. Każdy szczegół, o którym gdzieś w tekście pojawia się wzmianka, jest ostatecznie wykorzystany i ma swoje konkretne miejsce w intrydze – intrydze, która (tym cudownym zwyczajem kryminałów) jest dokładnie wyjaśniona w ostatnim rozdziale. Dzięki temu dopracowaniu czytelnik może z łatwością uwierzyć, że Holmes istotnie jest genialnym detektywem, który na drodze dedukcji i logicznego łączenia faktów jest w stanie rozwiązać najbardziej skomplikowane zagadki. Nie ma tu naciągania, a każdy wniosek Holmesa ma uzasadnienie. Szczególnie fajnie wkomponowuje się w teksty Doyle'a kwestia „szkolenia” doktora Watsona, któremu detektyw co jakiś czas zadaje pytanie – a to odnośnie laski, a to kapelusza, a to jakiegoś innego rekwizytu. Watson jest pośrednikiem między genialnym i błyskotliwym Holmesem, a niewyćwiczonym w dedukcji czytelnikiem. Sprawia, że podczas lektury można poczuć, że wytrenowanie umysłu do poziomu Sherlocka Holmesa jest możliwe, choć niebywale trudne i pewnie dla większości ludzi niedostępne.

Tutaj jednak Fraa nie może nie wspomnieć o człowieku, który dał początek Sherlockowi Holmesowi. Nie chodzi o sir Arthura Conan Doyle'a – a o Poe'go. Każdy kto czytał którąś z przygód Auguste'a Dupina powinien dostrzec podobieństwo. Podobieństwo, którego zresztą Doyle wcale się nie wypierał, a wręcz nawiązywał do niego w opowiadaniu „Studium w szkarłacie”. Fraa nie ukrywa, że Holmes zdecydowanie przerósł swojego protoplastę, który przecież wcale nie był zawodowym detektywem. I Fraa zgadza się z Doyle'owskim detektywem:

– Wszystko to brzmi bardzo prosto – powiedziałem z uśmiechem. – Przywodzi mi pan na myśl Dupina z opowiadania Edgara Allana Poe. Nawet nie przypuszczałem, że takie postacie mogą istnieć w życiu.
Sherlock Holmes wstał i zapalił fajkę.
– Sądzi pan, zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał.
– Czytał pan powieść Gaboriau? – zapytałem. – Czy Lecoq odpowiada pańskiemu pojęciu o detektywie?
Sherlock Holmes uśmiechnął się ironicznie.
– Lecoq był nędznym partaczem – powiedział gniewnie. – Miał tylko jedną dobrą stronę – energię. Niedobrze mi się robi, kiedy czytam tę książkę. Chodziło o to, jak zidentyfikować nieznanego więźnia. Ja uporałbym się z tym w dwadzieścia cztery godziny. Lecoq potrzebował sześciu miesięcy czy coś w tym rodzaju. Można by z tego ułożyć podręcznik dla detektywów, jak unikać błędów.
Trochę mnie dotknął pogardliwy sposób, w jaki Holmes skrytykował moich dwóch ulubionych bohaterów. Stanąłem przed oknem i patrzyłem na ruchliwą ulicę.
Może to i niegłupi facet – pomyślałem – ale niesłychanie zarozumiały.
– Dziś już nie ma prawdziwych zbrodni ani wytrawnych zbrodniarzy – mówił Holmes zaczepnie. – W naszym zawodzie rozum przestał być potrzebny. Wiem, że mam go dosyć, by stać się sławnym. Jeszcze nikt na świecie, czy to teraz czy dawniej, nie włożył tyle naukowej pracy i tyle wrodzonego talentu w sztukę kryminalnej dedukcji, co ja. I z jakim wynikiem? Nie ma żadnej zagadkowej zbrodni do wyjaśnienia poprzez dedukcję. Najwyżej jakieś mierne partactwo o motywach tak przejrzystych, że byle urzędnik ze Scotland Yardu je odgadnie.
Fraa była nieco rozczarowana, że Agnieszka Fulińska pominęła ten fakt w posłowiu do „Psa Baskerville'ów”. Aczkolwiek Fraa w ogóle była mocno rozczarowana tym wydaniem powieści. Nie wie do końca, czy sprawę położyła pani Surówka odpowiedzialna za przekład, czy też osoba odpowiedzialna za korektę, ale faktem jest, że „Pies Baskerville'ów” w serii „Opowieści niesamowite” ma mnóstwo irytujących błędów, które w żadnym razie nie powinny znaleźć się w powieści, która wychodzi drukiem. Są tam takie kwiatki, jak „naprawdę” napisane oddzielnie (na prawdę), przypadkowe i niekontrolowane ogonki typu nię zamiast „nie”, zjedzone znaki interpunkcyjne, błąd w postaci owy zamiast „ów” (Fraa zrozumiałaby, gdyby przekład został popełniony przed stu laty, ale że jest on jednak dość nowy, to Fraa nie widzi uzasadnienia dla używania niepoprawnej formy – mogłaby tu wejść w grę celowa archaizacja, ale w oryginale przecież tekst wygląda całkowicie normalnie), podczas gdy słownik podaje wyraźnie: "ów (nie: owy), owa, owo (nie: owe)" [Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN pod red. A. Markowskiego, Warszawa 2006], potężny błąd ortograficzny w postaci nadażyła i różne inne kwiatki.

Pani Fulińska z kolei nie popisała się z posłowiem – abstrahując już od pominięcia sprawy korzeni Sherlocka Holmesa, o czym Fraa już wspominała, znajduje się tam jedno zdanko, które Fraa uważa za dość irytujące: „Co najmniej od czasów Makbeta Williama Szekspira wrzosowiska są miejscem nawiedzanym przez wiedźmy, duchy i siły piekielne.” – Fraa tymczasem oczekiwałaby, że jeśli już kobieta bierze się za pisanie o literaturze angielskiej i o wrzosowiskach, to zna sprawę na tyle, że nie będzie pisać „co najmniej od Makbeta”, ale poda konkretnie, od którego autora lub od którego tekstu zaczęto wykorzystywać wrzosowiska jako miejsce magiczne i nawiedzane. Bo że „co najmniej od”, to może napisać każdy laik, który ledwo liznął historię jakiejkolwiek literatury i Fraa ma tym samym wrażenie, że autorka posłowia tak naprawdę sama nie ma bladego pojęcia, od kiedy pojawia się ten motyw. Fraa bardzo nie lubi, kiedy ludzie odwalają fuszerkę.

Ale – jeśli pominąć słabiznę wydania – powieść „Pies Baskerville'ów” jest godna polecenia jako fantastyczna powieść detektywistyczna, gdzie wśród wrzosowisk i ruin starożytnych chat strach przed klątwą przeplata się z logicznym myśleniem i racjonalizmem. Co ciekawe, Sherlock Holmes nie pojawia się przez większą część powieści, pozostawiając prowadzenie śledztwa narratorowi, doktorowi Watsonowi. 

Bo warto Sherlocka Holmesa znać nie tylko z filmów.





„Usłyszeliśmy odgłos kroków naszych gości na schodach i trzask zamykanych drzwi. W jednej chwili z ospałego marzyciela Holmes zamienił się w człowieka czynu.– Wkładaj buty i kapelusz, Watsonie! Szybko! Nie ma chwili do stracenia! – Holmes wpadł w szlafroku do swojego pokoju i wrócił kilka sekund później w surducie. Zbiegliśmy szybko po schodach i wyszliśmy na ulicę. Doktor Mortimer i sir Baskerville byli wciąż widoczni w odległości około dwustu jardów przed nami; kierowali się w stronę Oxford Street.”
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...