sobota, 13 lutego 2010

Fraa w czytelni (1) - "Frankenstein"

Czyli: dziś poważniej, bo Fraa zajmie się lyteraturą.

frankenstein
Autor: Mary Shelley
Tytuł: „Frankenstein”
Przekład: Paweł Łopatka
Tytuł oryginału: „Frankenstein, or the Modern Prometheus”
Język oryginału: angielski
Miejsce i rok wydania: Kraków 2001
Wydawca: Zielona SowaSeria: Opowieści Niesamowite



W roku 1816, „roku bez lata” na skutek wybuchu wulkanu Tambora (Indonezja; nadal czynny) w 1815 r., Mary – wtedy jeszcze nosząca panieńskie nazwisko – Godwin wraz z przyszłym małżonkiem, poetą Percym Bysshe'em Shellym, odwiedziła lorda George'a Byrona w Villa Diodati nad Jeziorem Genewskim (Szwajcaria). Ze względu na nieustające deszcze, cały czas musieli spędzać w domu, głównie nudząc się. W końcu sam Byron, po przeczytaniu antologii opowiadań o duchach „Fantasmagoriana”, wpadł na pomysł urządzenia konkursu na najlepszą powieść grozy. Mary długo nie mogła wymyślić żadnej fabuły, a o inspiracjach dla powstania „Frankensteina” mówi się rozmaicie: Arkadiusz Latusek w posłowiu przyjmuje, że Mary któregoś dnia usłyszała o eksperymentach Erasmusa Darwina (dziadka Karola Darwina), który pracował nad ożywianiem materii, i to to stało się bodźcem do napisania powieści. Inne źródła przyjmują, że „Frankenstein” narodził się we śnie, w którym Mary zobaczyła „bladego studenta bezbożnych nauk, który klęczał przy stworzeniu, które poskładał”. W każdym razie pierwsze wydanie „Frankensteina” miało miejsce w 1818 roku, anonimowo. Mary Shelley podpisała się pod dziełem dopiero przy trzecim wydaniu z roku 1831.

karloff
Arkadiusz Latusek nazwał powieść Mary Shelley „najpopularniejszą powieścią, której nikt nie czytał” – największą popularność „Frankenstein” zawdzięcza nie kolejnym wydaniom książkowym, ale filmowi z 1931 roku. I tu zaczyna się kłopot. Bo ten film, a za jego przykładem również wiele kolejnych adaptacji, dokonał poważnego przekłamania w fabule: pierwotnie to stwórca potwora, ów student bezbożnych nauk, nosił nazwisko Fra(a?)nkenstein (Fraa odczuwa irracjonalną sympatię do tytułu jako takiego...). Genewski uczony, Wiktor Frankenstein. W filmach natomiast, nazwiskiem tym ochrzczono dzieło Wiktora, w powieści pozostające bezimiennym. Dopiero Kenneth Brannagh wrócił do oryginalnej wersji (Fraa zresztą uważa, że jest to bezwzględnie najlepsza adaptacja filmowa powieści „Frankenstein”, z fantastycznymi rolami Brannagha jako Victora i Roberta de Niro jako monstrum).



de niro


Sama powieść nie jest obszerna i da się ją przeczytać w jedno popołudnie. Tym bardziej, że czyta się naprawdę świetnie.
Czytelnik rozpoczyna od lektury listów do małżonki kapitana Waltona, który w drodze z Anglii do Archangielska, gdzieś wśród lodów Koła Podbiegunowego, znajduje tajemniczego rozbitka. Kapitan, początkowy narrator, po kilku kolejnych listach, w których stopniowo odkrywamy tożsamość ocalonego mężczyzny, oddaje temu ostatniemu głos. Wiktor Frankenstein opowiada swoją historię: dzieciństwo, chorobę żony, śmierć matki, powolne zapadanie się w obsesji odkrycia źródła życia. A w końcu – proces twórczy, którego owocem było monstrum.
Kolejnym narratorem, który wchodzi w opowieść Frankensteina, jest właśnie ów twór, który z kolei opowiada swoje dzieje: od momentu powstania, do ponownego spotkania ze stwórcą.
Ta szkatułkowa kompozycja daje czytelnikowi okazję do poznania historii z różnych punktów widzenia. Pozwala lepiej zrozumieć motywy działania zarówno Wiktora, jak i monstrum, które – w przeciwieństwie do filmowych stworów – dalekie jest od bezmyślnego, zielonego indywiduum, które potrafi wydać z siebie jedynie pojedyncze sylaby i snuje się w tę i z powrotem z wyciągniętymi do przodu rękami. Wszystkie postacie, które pojawiają się w powieści, mają głębię, której zabrakło w większości filmów. Każde działanie jest spowodowane wielkimi tragediami i rozterkami.
Powieść, mimo że jest niezbyt obszerna, może być interpretowana na wielość sposobów: dla jednych może traktować o relacjach Boga z człowiekiem czy Boga z szatanem, dla innych może to być reinterpretacja mitów czy to o Dedalu i Ikarze, czy o Minotaurze, czy wreszcie – tak jak to sugerował oryginalny tytuł – o Prometeuszu. Można się też doszukiwać bardzo aktualnej problematyki badań nad sztuczną inteligencją. I zapewne jest wiele innych sposobów odbioru tej powieści, na które Fraa jeszcze nie wpadła.

Fraa wie jedno: gdyby nie przeczytała „Frankensteina”, byłaby tragicznie uboższa o fantastyczne doświadczenie, jakim była ta lektura. Powieść jest wciągająca, trzymająca w napięciu i poruszająca. Wrzyna się w pamięć i co jakiś czas przypomina o sobie, podpowiadając a to jakąś kolejną interpretację, a to po prostu przypominając, jak świetnie się czytało.
Pozycja ze wszech miar warta polecenia, a obowiązkowa dla miłoścników powieści gotyckiej.



"Po wielu dniach i nocach niewiarygodnie wyczerpującej, żmudnej pracy udało mi się odkryć przyczynę rodzenia się i życia. Ba, to nie wszystko: sam posiadłem zdolność powoływania do życia materii nieożywionej."

piątek, 12 lutego 2010

ZaFraapowana filmami (2) - "Lexx"

Jeden zupełnie przypadkowy facet, jedna wojownicza laska, jedna kobieta-roślina, do tego coś małego i irytującego, a wszyscy zgromadzeni na pokładzie żyjącego statku kosmicznego – na co to wygląda? „Farscape” z 1999 roku? W żadnym razie. „Lexx” z roku 1997.

Lexx
Fraa wychowała się w przyjaźni z gatunkiem sci-fi. Może dlatego miała okazję zaprzyjaźnić się również z „Lexxem”, który – jak się później zorientowała – był serialem mało znanym i mało popularnym. A Fraa jest zdania, że ten brak dobrej sławy jest zupełnie niesprawiedliwy.
Fraa ostatnio miała radosną okazję odświeżyć sobie całą serię, czyli: początkowy miniserial z 1997 roku, o podtytule „The Dark Zone” oraz trzy sezony kręcone w latach 1997-2002. I cóż można powiedzieć? Rozrywka nadal prześwietna.

Fraa obstawia, że głównym czynnikiem działającym na szkodę „Lexxa” są efekty. Trzeba uczciwie przyznać, że pod tym względem serial mocno kuleje, co właściwie jest dość dziwne, bo w 1997 roku należałoby się spodziewać czegoś więcej, niż ukręconego ze szmat kosmity i robota wyglądającego jak plastikowa zabawka. A jednak patrzenie na całość wyłącznie przez pryzmat efektów jest mocno ograniczające.
Jest takie coś, co sprawia, że ludzie, którzy przeszli BioShocka i Modern Warfare 2 nadal z przyjemnością wracają do Planescape: Torment, a czasem nawet z sentymentem wspominają Wormsy czy Mario. To pomysł, wdzięk, grywalność, no i – w przypadku Tormenta – dialogi. Frajda, którą sprawia gra, chociaż wymagania sprzętowe nie zmuszają gracza do zastawienia nerki, żeby kupić lepszy procesor.
To samo ma „Lexx”.
Zupełnie osobną kwestią, której nie dostrzegli ludzie po obejrzeniu jednego odcinka i zniechęceniu się (no bo jak mieliby to dostrzec?), jest to, że „Lexx” ewoluował. Duże zmiany w wyglądzie są już między pierwszym miniserialem a resztą. Zasadniczo zmienia się wystrój wnętrza Lexxa. A dalej po prostu stopniowo, stopniowo poprawiają się efekty, które w trzecim sezonie, „Fire and Water”, były już naprawdę całkiem znośne.

zaloga Lexxa
Kolejnym czynnikiem, który mógł nie przysporzyć „Lexxowi” popularności, jest fabuła. Faktycznie, widz może był przyzwyczajony do wielkich wojen ludzi z kosmitami, do fikuśnych obcych, masy strzelania, dzikiego romansu głównych bohaterów. Kapitanem statku powinien być ktoś na miarę Hana Solo, a jedyny robot, który wydawałby się „na czasie”, to Data ze „Star Treka”.
Jasne, w „Lexxie” też są wojny i strzelanie. Ale nie o to chodzi.
Pasażerowie Lexxa są absolutnie przypadkową zbieraniną: kapitan Stanley H. Tweedle to totalnie aseksualna życiowa pierdoła. Cycata laska, Zev/Xev Bellringer jest niedokończoną niewolnicą miłości, która ma zwiększone potrzeby seksualne. Robot – właściwie głowa robota o wdzięcznym imieniu 790 – jest obsesyjnie zakochany i jego jedynym marzeniem jest unicestwienie wszystkich oprócz danego obiektu pożądania. Przewija się kobieta, Lyekka, która jest rośliną i jej jedynym pragnieniem jest jedzenie. No i jest jeszcze nieumarły eks-morderca, Kai, który ma durną fryzurę.
Ich problemy nie są epickie. Kai, jako pozbawiony pragnień umarlak, właściwie robi to czego życzy sobie reszta, a reszta chce głównie seksu i miłego życia. Tymczasem gdzie nie wylądują, to coś im w spełnieniu tych dążeń przeszkadza, nawet jeśli udali się do międzygalaktycznego burdelu.
Nie ma też fikuśnych obcych. Oprócz jaszczurek rojnych, wszyscy wyglądają jak ludzie. Zachowują się jak ludzie, mówią po angielsku i nazywają się ludźmi.
Romansu głównych bohaterów nie będzie, bo – mimo największych chęci Stanleya – jest on jedynym człowiekiem w dwóch wszechświatach, z którym Zev za nic nie poszłaby do łóżka. Zev za to jest zakochana w Kai'u, który z racji tego, że jest martwy, nie ma chęci ani możliwości spełnienia jej zachcianek.
I tak to się turla. Codzienne kłopoty czegoś w rodzaju kosmicznych rozbitków.

Bodaj na filmwebie Fraa czytała też coś o kiepskiej grze aktorskiej. Cóż – pewnie częściowo nie jest zbyt wypasiona. Chociaż akurat Polacy nie powinni się wypowiadać na ten temat, biorąc pod uwagę fakt, że polscy gwiazdorzy kinowi to najczęściej kawałki drewna w makijażu. Fraa ma w domu grejpfruta, który zagrałby prawie wszystkie role w „Wiedźminie” lepiej, niż oryginalni aktorzy. I to jednocześnie. Oprócz Jaskra.
Ale nie o tym...

Fraa pozwoliła sobie zrobić przegląd „słabych aktorów” w „Lexxie”:

Rutger Hauer – wymalowany, rozczochrany, nieco szalony Bog. Kim jest aktor – chyba przedstawiać nie trzeba. Jego postać w „Lexxie” jest nieco idiotyczna, ale przecież cały serial wypełniony jest drobnymi głupotami i śmiesznostkami. Takie było założenie i kto zaczyna oglądać „Lexxa” biorąc go na poważnie, ten robi potężny błąd. „Lexx” to – między innymi – komedia. A więc mamy Rutgera Hauera w roli komediowej.Malcolm McDowell – kapłan Yottskry. Niektórzy mogą go pamiętać z „Mechanicznej Pomarańczy”. Albo z dziesiątek innych ról. Jego postać w „Lexxie” należy akurat do tej poważniejszej, mrocznej części fabuły: jest to kapłan Jego Cienia, czyli głównego Arcyzłego z miniserialu. PrinceNigel Bennett – co do nazwiska, to Fraa nie wie czy znane, ale twarz na pewno: z wielości filmów i seriali. Fraa pamięta go głównie z "Czynnika PSI" oraz "F/X" (oczywiście wersji serialowej). Role dalszoplanowe, ale to niczego nie zmienia. Fraa jest zdania, że Bennett w roli przywódcy na planecie Ogień sprawdził się doskonale.
PoetTim Curry – po raz kolejny: nazwisko jak nazwisko,ale jakże charakterystyczna twarz! Fraa sobie nie wyobraża, żeby ktokolwiek mógł jej nie kojarzyć. Przewinęła się w takich produkcjach, jak „Oscar” (ten z Sylvestrem Stallone), „Attyla”, „Trzej Muszkieterowie” (1993 r.), „Polowanie na Czerwony Październik” i wielu innych. Postać Poety – urzekająca.

Peter Guinness z „Jeźdźca bez głowy”, „Jacka i czerodziejskiej fasoli”, „Baśni z tysiąca i jednej nocy” czy wreszcie z „Wiedźmikołaja”.
Jeff Pustil o aparycji małego, antypatycznego cwaniaczka i takiej roli w „Lexxie”, przewinął się w kolejnym szeregu filmów. Obszerną filmografię ma też Stephen McHattie czy John Standing.
I tak dalej.



Wypowiadanie się na temat aktorstwa po obejrzeniu jednego odcinka, jest cośkolwiek nierozsądne. Choć rzeczywiście główne role są obsadzone przez nieznane osoby. Ale co w tym dziwnego? To serial. W serialach rzadko kiedy widzi się gwiazdy.

Jak już Fraa wspominała, zasadniczym błędem widzów jest podchodzenie do „Lexxa” z kołkiem w rzyci, czyli: na poważnie. „Lexx” w dużej mierze bawi się konwencją, traktuje sci-fi z przymrużeniem oka. Fraa w tandecie widzi właśnie część poczucia humoru twórców. Ot, weźmy takie początkowe sezony i kostiumy: rasa Brunnen-G, do której należał Kai – rasa romantycznych wojowników i marzycieli – miała różowe, pasiaste wdzianka. W pierwszym odcinku mamy bohatera - niepokornego, błękitnookiego pirata - który pogina w spódniczce z różowych, błyszczących blaszek. Jego załoga wygląda jak banda sadomasochistycznych, bardzo stereotypowych gejów i sodomitów, kiedy tak wszyscy biegają w skórzanych gatkach i jakichś pasach centralnie odsłaniających męskie biusty. Jak – no Fraa pyta: jak?! – można podchodzić do tego na serio?
Inna sprawa, że ten klimat sado-maso kończy się na drugim sezonie. Sezon trzeci, „Fire and Water”, przypomina raczej „Mad Maxa” – oczywiście część rozgrywająca się na planecie Ogień.
Nie ma szybkich komputerów, gładkich powierzchni, rozświetlonych pomieszczeń i tego typu akcentów. Wszystko jest jakieś takie niedorobione, są zgrzytające wajchy, rozklekotane pudła, potłuczone szkło, rdza i żelazne szyny. Tak wyglądają dwa wszechświaty „Lexxa”.
Tu zresztą wchodzi się w kolejny temat, jakim jest wszechświat serialu.
To wszechświat ginący. Planety są opustoszałe, wymarłe, albo takie, które czeka rychły i nieuchronny koniec. To, że wszystko na nich jest zdezelowane i przypominające raczej stertę złomu, jedynie potęguje wrażenie. I Fraa silnie wczuła się w ten klimat. Jest bardzo charakterystyczny dla „Lexxa” i – jeśli się zastanowić – jest chyba najpoważniejszym aspektem serialu. Może nawet nieco smutnym? Melancholijnym?

Jedno zastrzeżenie, które Fraa ma do całości, to Zev, a później Xev. Oczywiście Fraa tego nie powinna oceniać, przecież Zev/Xev to bohaterka przeznaczona dla męskiej części widowni, ale jednak... Eva Habermann (Zev) to Niemka, która miała wiecznie półotwartą paszczę, a Xenia Seeberg (Xev) to z kolei Niemka, która może się poszczycić ogromnymi ustami, większymi chyba nawet niż te Angeliny Jolie. Zdecydowanie jedną jak i drugą Fraa najchętniej by wymieniła na jakaś normalną laskę. Taką, która nie będzie brała prysznica w tych gumiakowatych pasach (widocznych na zdjęciach). Bo chęć spółkowania z facetem, który zamiast przyrodzenia ma zafundowaną akupunkturę z żelaznych prętów, Fraa pominie milczeniem.



zev xev


Podsumowując: serial, mimo pewnych poważniejszych elementów, jest w dużej mierze pastiszem. Nie ma epickości, nie ma seksu (choć bohaterowie bardzo by chcieli, żeby był), nie ma ratowania świata. Są rozlatujące się dwa wszechświaty i załoga Lexxa, która próbuje znaleźć swoje miejsce. Cienizna pod względem efektów sprawia, że widz koncentruje się na treści, a serial w ciągu lat nie miał jak się "zestarzeć", bo właściwie pod względem technicznym był przestarzały już w chwili premiery. Ostatni sezon, rozgrywający się wokół Ziemi, fajnie pozwala widzowi umiejscowić w czasie i przestrzeni wszystkie poprzednie wątki, uporządkować sobie to w głowie.

Fraa poleca z całego serca. Ale tylko osobom, które będą w stanie wyłuskać z siebie dystans do gatunku. „Farscape” jest dużo, dużo bardziej „na serio”. Naprawdę dużo. I Fraa uważa, że jest dużo gorszy.




"Vaiyo A-O Vaiyo A-O A Home Va Ya RayVaiyo A-Rah Jerhume Brunnen GVaiyo A-O A Home Va Ya RayVaiyo A-Rah Jerhume Brunnen GVaiyo A-Rah Jerhume Brunnen G"

ZaFraapowana filmami (1) - "Avatar"

Kino jakie jest, każdy widzi. A w kinie są filmy. A filmy – to już bywają najróżniejsze. Na co można było natrafić ostatnimi czasy? Zacznijmy od chyba najgłośniejszej produkcji tego roku:

„Avatar” – w internecie można znaleźć nieprzeliczone pienia z zachwytu: że arcydzieło, że genialne, że przełomowe, że cud, miód i orzeszki. Jest też oczywiście kategoria krytykantów (owszem, Fraa twierdzi, że to nie są krytycy, a krytykanci właśnie), którzy powiedzą, że film to tylko efekciarstwo, ale fabuła denna i że kalka Pocahontas, fuj fuj. Fraa ma nieco inne zdanie.

Avatar
Otóż: efekty ładne. Trzeba przyznać, że technologia 3D poczyniła spore postępy, odkąd Fraa ostatni raz widziała jakiś film w trójwymiarze (było to, bodajże, „Galapagos”). Przedtem wyglądało to jak szereg płaskich obiektów, ale ustawionych jeden za drugim, coś jak dekoracja w teatrze. W „Avatarze” trójwymiarowość rzeczywiście nadaje głębię (na wszystkich bogów Chaosu, Fraa właśnie sprawdziła datę „Galapagos” – to było jedenaście lat temu...).
Fraa natomiast musi stwierdzić, że sama wizja Pandory jest hmm... owszem, atrakcyjna, ale jest po prostu „zbyt”. Po pewnym czasie Fraa miała ochotę zobaczyć coś normalnego, szarego, stonowanego, a nie same oczojebnie magentowe grzybki i lazurowe kwiatki. Po prostu nastąpił przesyt tą cukierkową wizją Natury. Nasyceniem kolorów. Jaskrawością. Ale to oczywiście kwestia gustu.

Inną sprawą jest fabuła – że Pocahontas? No może i tak, cóż z tego? O ile Fraa się nie myli, Pocahontas była postacią prawdziwą i Fraa nie widzi przeciwwskazań do inspirowania się historią Indianki w tworzeniu własnych opowieści. Dlaczego akurat tym razem to by miało być tandetne i kiczowate, a nie klasyczne i urocze? Równie dobrze można to nazwać nie „zerżnięciem historyjki z Pocahontas”, a „twórczym wykorzystaniem klasycznego motywu do wykreowania wzruszającej opowieści o ponadczasowych wartościach, odświeżeniem dobrze wszystkim znanej historii” – w sumie chodzi o to samo, ale jakaż różnica w brzmieniu, prawda?

Natomiast moment, w którym Żaksulu w modlitwie opowiada o tym, że ludzie na Ziemi zniszczyli Matkę Naturę i że na Ziemi nie ma już zieleni – Fraa stanowczo twierdzi, że to było przekroczenie tej cienkiej granicy między delikatnym proekologicznym wydźwiękiem filmu a nachalnym wwiercaniem Greenpeace'u w mózgoczaszki widzów. To nie było fajne.

Dalej: trochę nie grało, że smerfoludki były tak mało... alienowate. Chodzi o jakieś drobiazgi, które by podkreślały odmienność kultur. Bądź co bądź, to obca planeta! A tymczasem, mimo różowych grzybów i liści wielkości namiotu, smerfastyczne pieśni religijne brzmiały jak komponowane przez całkiem ziemskie zakonnice, w czasie ceremonii smerfy siedziały w bardzo ziemskiej pozycji (siad skrzyżny, o ile pamiętam), lament po śmierci ojca objawiał się takim samym łkaniem jak u ludzi, nadal tak samo wyglądał śmiech i różne inne elementy. Z jednej strony zrozumiałe: obcy musieli być podobni do ludzi, inaczej widz by się z nimi nie mógł identyfikować. Z drugiej strony, Fraa odczuła niedosyt. Obcość Pandory była odczuwalna jedynie w skali makro (i to bardzo silnie), ale zupełnie zabrakło jej w skali mikro. No i nie było warkoczykowego seksu.

Generalnie przełomem by tego filmu Fraa nie nazwała, ale oglądało się przyjemnie i Fraa nie żałuje, że się udała do kina na „Avatara”. Tylko te cholerne bryle 3D nie są dostosowane do zakładania ich na zwykłe bryle ślepych ludzi, więc wszyscy ludzie w okularach mieli kłopot.

Fraa miała napisać jeszcze o innych filmach, ale zrobi to później. Żeby nie rzeźbić zbyt długiej notki, bo i po co?





„Pan tu, panie Pogorzelski, robisz swoje – a ja gorę!”

czwartek, 11 lutego 2010

Na początku był Chaos

Był Chaos, był. Była też Vamphra. A teraz jestem ja.
Jestem Fraa. Z Polski.



I stało się.


Fraa porzuciła Marzycielkę, coby samodzielnie zmierzyć się z... z... No właśnie. Tu się zaczyna ból, bo Fraa nie lubi słowa „blog”. Niezmiennie kojarzy się to z „blogaskiem”, „zwariowanymi nastolatkami” i tAkIm sPoSoBeM PiSaNiA, rZe cZłOfFiEk dOsTaJe oCzOpLoMsó I AtAkó PaDaCzKi zAnIm sKońcZy jEdNo zDaNiE :*:*:* :3 ^^ – cóż jednak zrobić, skoro Fraa od czasu do czasu ma ochotę coś napisać, a ograniczenia intelektualne i/lub finansowe nie pozwalają na założenie normalnej, własnej strony? Pozostaje blog. To dość wygodna forma, trzeba przyznać. Niegdyś Fraa występowała jako Vamphra wraz z Marzycielką, to prawda – jednak kolebanie się na wraku zatopionego okrętu jest w jakiś sposób przygnębiające, toteż Fraa uznała, że jeśli kiedyś wróci na Oblicza Blondu, to z Marzycielką albo wcale. Cóż jeszcze można powiedzieć na „dzień dobry”? Fraa jest prawdziwa. Chodzi o to, że kiedy Fraa pozyskała to imię, była jedyna w całym wielkim świecie Internetu (nie licząc oczywiście tego). Później pojawiła się jakaś podróba bodaj na forum Tibii. Tak samo było w WoWie. Na początku Fraa była jedyna na wszystkie serwery, potem pojawiło się tego mnóstwo. Co gorsza – na jednym z serwerów istnieje gnom o imieniu Fraa. Gnom! Jak już mówiłam: narobiło się mnóstwo podróbek, ale prawdziwa Fraa jest tylko jedna – i to właśnie ta tutaj.


I nie chodzi tutaj o jakieś podkreślanie oryginalności czy coś w ten deseń, tylko o doprecyzowanie sytuacji. Bo Fraa wolałaby nie być później kojarzona z jakimś skretyniałym dzieciakiem, który w długie zimowe wieczory tłucze matkę krzesłem, bo mu Tibię wyłączyła, ot co.


To chyba na razie tyle. Zobaczymy jak to będzie. Czy w ogóle będzie. A jeśli tak, to jak często. Fraa na razie nic nie wie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...