środa, 4 maja 2016

Numer dwa: "Adwokat diabła"

(źródło)
Skoro tak dziarsko zaczęłam oglądać filmy ze swojej magicznej listy, pomyślałam, że warto kontynuować ten obrządek – teraz już normalnie, po kolei. Jak wspominałam, lista jest alfabetyczna – toteż taki na przykład Adwokat diabła wylądował na niej stosunkowo wysoko. Był przed nim tak naprawdę jeszcze tylko jeden film, którego tytuł zaczyna się liczbą. Ale o nim napiszę nieco później, bo muszę się do tego bardziej ogarnąć, podczas gdy do Adwokata… właściwie nie mam żadnych wątpliwości.

Fabułę pewnie każdy zna. Bo zresztą prawdopodobnie jestem jedyną osobą we wszechświecie, która do tej pory nie widziała tego filmu. Napiszę więc tylko tyle, że pomysł i realizacja są świetne i – jak przypuszczam – ponadczasowe. Widz prawdziwie wsiąka w to zdegenerowane, prawnicze środowisko, wraz z bohaterem zastanawia się nad etyczną stroną poszczególnych czynów i właściwie ani przez moment nie rozważa, ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile mitologizowania branży. Czy rzeczywiście wszyscy prawnicy to takie świnie, które bez mrugnięcia wybronią każdego gwałciciela i mordercę? Cóż – pewnie nie. Ale podczas seansu takie pytanie w ogóle nie zaświtało mi w głowie. Przyjmowałam wszystko, co zechciał widzom pokazać Taylor Hackford. A i teraz, kiedy o tym myślę, to przecież w Adwokacie… tak naprawdę nie ma uogólnień, które ogarniałyby całą branżę – i to może dlatego film tak świetnie się broni. Wyraźnie jest pokazany tylko ten najbardziej popsuty wycinek prawniczego światka, którego popsucie zresztą jest solidnie uzasadnione obecnością diabła. A pokazanie tego, jak Kevin (Keanu Reeves) stopniowo pogrąża się w tym małym piekiełku, wyszło fantastycznie. Widać, jak ten proces postępuje, ale jednocześnie nie da się wskazać konkretnego momentu, w którym bohater z dobrego faceta przeobraża się w zimnego sukinsyna. Jest tylko coraz więcej usprawiedliwień, a potem okazuje się, że jest już za późno.

W ogóle mimo całego mojego… no, dość neutralnego stosunku do Keanu Reevesa (no wiecie, lubię go o tyle, o ile można lubić kłodę), muszę przyznać, że Kevin w jego wykonaniu to świetna i przekonująca postać, która w dodatku wzbudziła moją szczerą sympatię. Wydaje mi się, że go rozumiem – to, że Nowy Jork to dla niego wielka szansa, której nie chce wypuścić z rąk. To, że skoro już się załapał, to usiłuje wycisnąć z siebie 200% normy, żeby Milton nie uznał zatrudnienia go za błąd. Wreszcie to, jak sam się gubi w tym wszystkim, taki trochę Kevin sam w Nowym Jorku (badum tss) – im bardziej sytuacja go przerasta, tym bardziej jemu zależy. I tę ambicję też rozumiem. W żadnym momencie nie mogę nazwać bohatera złym gościem.
(źródło)
Oczywiście, bezwzględnie sympatię budzi John Milton (Al Pacino). I to nie tylko dlatego, że nazywa się John Milton, choć dla mnie by to wystarczyło… Nie, on jest po prostu świetny, nawet jeśli wiemy, kto to taki. Może nakłaniać do złego, prowadzić ciemne interesy na czterech kontynentach, może zabijać, ale i tak będziemy go lubić, bo jest kurde zwyczajnie czarujący. Niestety, tylko do pewnego momentu – ale o tym za chwilę.
Na tle tych dwóch tak świetnych postaci, niemożliwie irytowała mnie Mary Ann (Charlize Theron). To jedna z tych bohaterek, które najpierw mówią ochoczo „tak, zróbmy to!”, a potem mają pretensje do garbatego, że do ściany nie pasuje. Serio. No bo tak: przecież to ona jarała się Nowym Jorkiem i wielką chałupą, to ona chciała mieć dużo kasy na wychowanie dziecka i ogólnie fajne życie. Kevin na samym początku zapytał, czy Mary Ann tego chce – tak, chciała. Bardzo. A tu kilka scen dalej bohaterka robi małżonkowi jakieś karczemne awantury, że się nudzi, że Nowy Jork nie jest taki fajny, że OLABOGA! musi sama urządzić ośmiopokojowe mieszkanie (rrrwa, dajcie mi taką chałupę, jakoś zniosę ponury obowiązek dobrania tapet do każdego pokoju!), że na imprezie zostawił ją samą. Matko z córką, też bym ją zostawiła – przecież ta kobieta ma siłę woli kłębka kurzu. Mówią jej: „obetnij włosy”, ona obcina. Mówią „zmień kolor ścian”, ona zmienia. Rozumiem chęć dopasowania się do otoczenia, które jej zaimponowało – ale bez przesady! Jakiekolwiek własne myśli? Cokolwiek…? Nie? Tak myślałam… Przecież gdyby miała własne myśli, nie daj Jeżusiu jeszcze by sobie kurde znalazła hobby. Albo jakąś przyjemną prackę na pół etatu. Ale nie-ee, po co, skoro można leżeć na kanapie i jęczeć, jakie to życie straszne.
Serio, co – poza niezłym ciałem – widział w niej Kevin?
Oczywiście, później robi się jeszcze śmieszniej, jak Mary Ann wyjeżdża z niemożnością urodzenia dziecka – znów: wiadomo, najlepiej się w takiej sytuacji rozpłakać i… i nie wiem, i tyle. Tu akurat oboje się popisali. Chyba po prostu jednak nie chcieli żadnych dzieci, bo inaczej przecież zaczęliby myśleć o alternatywach, nie? Próbach leczenia (mieli w cholerę kasy, stać by ich było na każde leczenie), a jeśli przypadłość była nieuleczalna (nie znam się… z drugiej strony, podejrzewam, że oni też nie na tyle, żeby się nie upewnić u innych lekarzy), to chociażby rozważyć opcję adopcji. Podtrzymuję więc: wcale nie chcieli dzieci, a choroba była doskonałym pretekstem, żeby w ogóle przestać o tym myśleć. Nie wierzę, że przy odrobinie zaangażowania w temat odpuściliby tak szybko.

(źródło)
Aha, ale muszę tu jeszcze nadmienić – skoro już zaczęłam o bohaterach – że miałam pewien zaciesz z zobaczenia w roli oskarżonego o morderstwo Alexandra Craiga T. Nelsona, którego pamiętam jako komendanta z Bez pardonu. Ot, w końcu opowiedział się po właściwej stronie prawa, hy hy. Inną znajomą twarzą był Jeffrey Jones jako Eddie, chociaż coś mi podpowiadało, jak sprawy się dla niego skończą.

A teraz to, do czego miałam wrócić, czyli moment, w którym John Milton przestał być fajny i moment, który w ogóle najchętniej bym z tego filmu wycięła: jest taka scena, w której Kevin wychodzi ze szpitala, a pod filarem stoi Pam (Debra Monk) i mówi bohaterowi, że Milton na niego czeka. Potem mamy szerokie ujęcie nowojorskiej ulicy, zupełnie pustej, a Kevin zaczyna iść.
I dla mnie tu właśnie Adwokat diabła powinien się skończyć. Nastrojowo, z niepokojem w głowie, z przesłaniem. Ale nie – bo postanowiono wcisnąć jeszcze jakieś brednie o antychryście, o rządzeniu światem, monolog o Bogu, który bym przewinęła, gdyby tylko nie wygłaszał go Pacino… Ale tam już nawet Pacino zaczął słabować, to jest najgorsze. Z czarującego Złego stał się zupełnie kiczowatym diabłem, jeszcze z tymi beznadziejnymi płomieniami w tle. Naprawdę, brakowało tylko, żeby mu rogi wyrosły. Całe te pierdolety o płodzeniu syna kompletnie nic nie wniosły do wcześniejszej fabuły. Były doklejone i rażąco badziewne w porównaniu z całym filmem, tak cudnie nastrojowym. A potem jeszcze – jakby za mało kiczu było w tym zakończeniu – dorzucili jakiś epilog rodem z Dnia świstaka, przy którym ja się zawiesiłam: skoro istniała opcja cofnięcia się do tamtego dnia i spróbowania od nowa, to czemu diabeł miał taki ból zadka z powodu tej porażki z płodzeniem antychrysta?
Finał filmu był głupi, głupi niemożebnie i tym głupszy, że kontrastował z całą resztą. Fuj. Wypieram, że w ogóle to tam było. W mojej – skróconej – wersji Adwokat diabła jest o tym, że cały ten „diabeł” może i był taki prawdziwy, z piekła, a może jednak chodziło tylko o takiego diabła, którego każdy człowiek może sam wyhodować w sobie – o to, że to ludzie, z użyciem ich wolnej woli, są w stanie robić najgorsze rzeczy dla pieniędzy. O tym wreszcie, że zawód adwokata to ciągłe lawirowanie między ratowaniem niewinnych a zawalaniem im świata, bo to co dla Kevina czy pozostałych bohaterów było zaledwie „sprawą”, dla innych było przecież całym życiem. No i o próżności – oczywiście, o próżności i pysze.
I tej mojej wersji będę się trzymać. Bo z finału jedyny fajny element to cytat z Raju utraconego.



– So... have we been treating you well?
– Very well, thank you.
– And your wife? She had a good time?
– She sure has, it's been great. The whole thing's been great.

– That's our secret. Kill you with kindness.

2 komentarze:

  1. Ej, ale żeby Furiosa była taką jękliwą pindą, to aż dziwne. I owszem, pomijając irytującą laskę Kijano, to zakończenie było niepotrzebne. Ja rozumiem, że trzeba było łopatologicznie, bo jeszcze by ktoś nie zrozumiał, ale szkoda trochę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie fajne by było, gdyby nie zrozumiał, bo mógłby zrozumieć inaczej. I wszystkie te interpretacje miałyby sens i to by było fajne. Ehhhh.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...