sobota, 21 maja 2016

Najdłuższa podróż i najkrótszy powrót

(źródło)
O to, czy grałam w The Longest Journey, po raz pierwszy zapytano mnie w 2012 r., kiedy pokochałam Syberię. No i była kompromitacja, bo okazało się, że nie. Ale już cztery lata później udało mi się naprawić to rażące niedopatrzenie!

Jakoś się nie dziwię, że polecano mi przygodówkę FunComu przez te lata jako jedną z najbardziej mistrzowskich gier tego typu. Choć powstała w 2000 roku (czyli może się już legalnie seksić, a za dwa lata zrobi prawo jazdy i pojedzie po piwo), wciąż przyjemnie się ją ogląda – ale to cecha chyba dużej liczby gier, które nie powstały w trójwymiarze. Płaskie tła, nierzadko ręcznie malowane, są piękne niezależnie od upływu czasu – tak jest z Syberią, z Heroes III czy z Machinarium (nie pisałam o Machinarium? Byłam pewna, że pisałam, ale teraz nie mogę tego znaleźć. No wszystko jedno, ewentualny błąd już naprawiam: cudna gra, piękne łamigłówki, genialna grafika, polecam). To, co się w The Longest Journey ewentualnie zestarzało, to modele postaci. Dla mnie są zadowalające, ale tak obiektywnie patrząc, sylwetki ewidentnie są kanciaste i pozbawione detali, a ruchy nieco niegramotne (pod względem poruszania się postaci strasznie mnie rozbestwił Blizzard, niestety). Niemniej w samej rozgrywce to nijak nie przeszkadza.

Nie będę ukrywać: Syberia to to nie jest. The Longest Journey mnie wciągnęło, owszem, ale nie zostawiło takiego przeogromnego kaca, z jakim wylądowałam po tym pierwszym tytule. Nie chodzi o to, że fabula jest gorsza – nope, po prostu inny klimat. Też mocny, też wciągający, ale Syberia była pisana jakby pode mnie, podczas gdy Najdłuższa Podróż jest bardziej… no… uniwersalna? Tak, to chyba będzie dobre słowo. Nie ma nacisku na jeden konkretny klimat. Przede wszystkim, gracz działa w dwóch zupełnie odmiennych światach, z których jeden – Arcadia – jest zupełnie fantastyczny, pełen mistyki, przepowiedni i cudów, drugi zaś – Stark – to taki „nasz” świat, z wyraźną nutą przemysłową, nieco futurystyczny, miejscami zahaczający o steampunk, programowo pozbawiony jakiejkolwiek magii. Te dwie płaszczyzny się nawzajem przenikają i tworzą jedno uniwersum The Longest Journey. Zresztą, gracz ma okazję poznać całą historię, z której wyciągnie sobie wniosek, co i jak, gdzie magia, a gdzie przemysł i dlaczego to wszystko tak wygląda.
Musiałam pokochać tę grę, czyż nie?
Co tu dużo gadać: do mnie osobiście Stark przemówił dużo silniej niż Arcadia. Ta ostatnia zdawała mi się takim dość klasycznym światem fantasy, podczas gdy Stark to realia niby swojskie, ale nie do końca – okaże się bowiem, że zupełne oddzielenie od magii i podupadający przemysł tak naprawdę nie są w stanie utrzymać tego świata w całości. I nie przeczę: ta atmosfera nieuchronnego, zbliżającego się końca bardzo mocno robi grę.

Obok niesamowitego, silnego klimatu, mocną stroną The Longest Journey są bohaterowie. Muszę przyznać, że na tle postaci pobocznych lub towarzyszących, nasza główna April Ryan wydaje się niemal nijaka – choć ma swój charakterek, tutaj nie można narzekać. Po prostu inni są nieomal epiccy. I szczerze żałuję, że grałam w anglojęzyczną wersję, bo jestem bardzo ciekawa, jak brzmi Kruk w wykonaniu Jarosława Boberka. Choć oryginalny robi naprawdę świetne wrażenie. I nie tylko on. Postacie są fajne, wyraziste i mają naprawdę ciekawe historie do opowiedzenia.
I tak naprawdę w ten sposób wygląda cała gra: jest wzorcowo dobra, ciekawa, poziom zagadek jest dokładnie taki, jak być powinien, żeby sprawić trudność, ale nie zniechęcić, a klimat miejsc jest akurat wystarczający, by się wciągnąć w przygody w danej lokacji.

Gra miała tylko jeden mankament, i to taki z rodzaju technicznych: potrafiła się zawieszać na filmikach. Koniec końców zaczęłam je po prostu przeskakiwać, a oglądałam je na YouTube. Da się, choć trochę to wybija z nastroju.

Filmiki w The Longest Journey 
były naprawdę efektowne...
Oczywiście więc, na fali zachwytu nad The Longest Journey (smark, wcale nie była aż tak długa… to znaczy była, ale było mi żal, kiedy skończyłam), czym prędzej kupiłam Dreamfall, czyli sequel Najdłuższej podróży.
Przede wszystkim, jest to gra w 3D. Wyszła w 2006 roku, więc nie jest jakaś szpetna, niemniej brakowało mi tych pięknych teł z jej poprzedniczki. Rozbiłam się jednak o coś innego: sterowanie. Ogólnie wiele czasu minęło, zanim nauczyłam się mniej-więcej nie wpadać na ściany, kiedy gdzieś prowadziłam moją bohaterkę. I chyba nigdy do końca tego nie opanowałam. Ale skoro ledwo jestem w stanie skręcić w odpowiednią stronę, kiedy dokądś idę, to łatwo sobie wyobrazić, jak radzę sobie w walce…
No właśnie – to jest dla mnie zasadnicza wada Dreamfall: walki. W ogóle sam fakt, że trzeba od czasu do czasu dać komuś po mordzie. Ja między innymi dlatego przecież tak lubię przygodówki point & click, że generalnie się w nich nie walczy, tylko łazi po lokacjach, rozwiązuje zagadki i odkrywa historię. Ja nie lubię walczyć (chyba że z kimś w multiplayerze, ale to inna bajka), jestem cykorem, nie lubię ginąć. Tak, wiem, ponoć walk w Dreamfall można uniknąć odpowiednim poprowadzeniem dialogu, ale mnie frustruje samo ryzyko, że jeśli gdzieś się walnę, to zostanę sklepana. Solidnie mnie to zniechęciło.
Nie pomógł fakt, że nowa bohaterka, Zoë, jest irytującą bździągwą, która siedzi na dupie i jojczy, że nic jej się nie chce. Serio – April coś robiła, miała plany, była konkretną dziewuszką. Zoë tymczasem tylko wnerwia. Może twórcy chcieli pokazać jakiś jej kryzys tożsamości, może musieli stworzyć bazę pod to, że ona w ogóle wpuści się ostatecznie w tę wielką przygodę – ale moim zdaniem zrobili to po prostu źle. Jak mogę prowadzić w grze postać, która mnie wyłącznie wnerwia?

...i widoki ładne.
No i, niestety, moja przygoda z Dreamfall skończyła się bardzo szybko. Porzuciłam grę na rzecz innych tytułów, zanim jeszcze na dobre rozkręciła się fabuła. Nie zrobiłam tego definitywnie i ostatecznie, zamierzam wrócić do rozgrywki… tylko nie wiem kiedy. Nie ma w Dreamfall nic, co by mnie kusiło, poza obietnicą, że wrócimy do poznanych w The Longest Journey lokacji i bohaterów. Wierzę, że kiedy już historia się rozhuśta, będzie ciekawie. Choć już teraz wiem, że będę grała z solucją i zamierzam zupełnie bez krępacji sprawdzać w internetach, jak unikać walk. Nie mam ochoty się denerwować, chcę poznać opowieść i tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...