niedziela, 28 października 2012

ZaFraapowana filmami (71) - "Łowca demonów"

Łowca demonów - plakat

Prawda jest taka, że miałam pisać o filmie Bibliotekarz II: Tajemnice kopalni króla Salomona. Po przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że moja cała wypowiedź mogłaby się zamknąć w zdaniu „To fajny, przezabawny film i bardzo go lubię” – na to chyba szkoda zachodu. Ale postanowienie uaktualnienia dziś bloga zostało powzięte, więc musiałam naprędce znaleźć jakiegoś zastępczaka.
No i znalazłam.

Film Łowca demonów (Demon Hunter) z 2005 roku w reżyserii Scotta Ziehla nawet nieco mnie zaskoczył. To znaczy wiedziałam, że to będzie raczej głupawy pseudohorrorek, ot takie coś do obejrzenia przed snem, ale nie przypuszczałam, że to będzie tak bardzo złe.
Dobra – wiem, wystarczy przeczytać opis fabuły, by wyczaić, że to kiszka: oto bowiem niejaki Jacob Greyman (Sean Patrick Flanery), czyli tytułowy łowca pracujący na zlecenie Kościoła, dostaje nowe zadanie. Ma odnaleźć demona, który opętuje młode kobiety. No, i go zabić, oczywiście. Do pomocy dostaje kipiącą niewinnością zakonnicę, Sarę (Colleen Porch). No i na tym polega film: łażą, szukają tego demona, potem jest coś w rodzaju rozwałki… Chyba… Trudno powiedzieć, jest tak niewydarzona, że człowiek ledwo odróżnia to od całej reszty filmu.

Po pierwsze: kiedy w opisie filmu pojawiła się informacja o kategorii, że to horror/szczypta grozy/adrenalina/męski wieczór (ot, takie tam różne szufladki na iplexie), ja nieopatrznie naprawdę uwierzyłam, że tam będzie coś z tej grozy i horroru.
Błąd.
Nie ma totalnie nic. Ten badziew nawet nie leżał obok horroru. Nie jestem pewna, czy reżyser kiedykolwiek obejrzał jakiś horror. I nie mówię tu o tym, że powinien wyskoczyć od razu z czymś w rodzaju Martwicy mózgu – ja serio doceniam horrory, gdzie te nieczyste siły są gdzieś niedopowiedziane, gdzie ścierają się moce dobra i zła, nawet Kościół zniesę, choć obecnie już mocno trąca myszką takie rozwiązanie… Łowca demonów wygląda jak coś, co jakoś próbuje się wahać między Omenem, Egzorcystą, Bladem a nie do końca wiem czym, ale chyba ekipie starczyło funduszy jedynie na hot-doga podczas przerwy w zdjęciach, więc wyszło jak wyszło. Jeśli w Bibliotekarzu nasuwało mi się, że są słabe efekty (a są! Można powiedzieć, że takie nieco w stylu retro), to tutaj już wypaliło mi oczy. Najbardziej dziadowskie slow motion, jakie widziałam w ciągu ostatnich lat. Z kolei kiedy scenie trzeba było nadać nieco dynamiki, wszystko nagle przyspieszało jak w końcówce Benny Hilla. Demony wyglądały mniej-więcej jakby urwały się z Buffy: Postrach wampirów. Najważniejsze walki nakręcono znaną i lubianą metodą „będziemy merdać kamerą tak, żeby kompletnie nic nie było widać”. Majstersztyk. Nawet te fragmenty, gdzie jakkolwiek było widać, kto z kim w ogóle się leje, zostały zmontowane tak, że widać wyprowadzenie ciosu, a potem już jak jedna z postaci leży na ziemi – jak widać reżyser stwierdził, że generalnie środek do niczego nie jest potrzebny. Jest ewentualnie trochę sztucznej krwi tu i ówdzie, ale też bez jakiejś szczególnej przesady, więc odpada stwierdzenie, że to horror z rodzaju tych, gdzie krew fruwa w tę i nazad.

kadr z filmu Łowca demonów (Jacob i sukkub)
Ale tak naprawdę mankamenty techniczne to tylko część problemów tego filmu. Bo nawet z czymś takim i z kretyńską fabułą mogło czymś nadrabiać (znów nasuwa mi się porównanie do Bibliotekarza, gdzie są złe efekty, fabuła przewidywalna i tak banalna, że aż boli, a jednak całość ogląda się lekko, łatwo i przyjemnie) – bohaterami, dialogami czy muzyką. Albo chociaż jedną czy dwiema dobrymi scenami, dla których warto zmęczyć całość.
Łowca demonów jest pod tym względem niesłychany, ponieważ nie nadrabia niczym. Ale tak zupełnie niczym.
Bohaterowie?
Jacob jest twardy. I to jego główne zadanie w filmie. Jest twardy, bezduszny, nieczuły, do tego mieszaniec, nikt go nie kocha, a on mimo to przez całe życie zajmuje się ratowaniem świata przed zagładą. Wspomniana już zakonnica, Sara, jest głównie czysta i dobra, toteż na jej tle lepiej widać, jak twardy i zajebisty jest Jacob. W ramach bycia taką dobrą i kochaną, pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, była próba wyciśnięcia z łowcy wyrzutów sumienia po zabiciu ostatniej laski, co to była opętana przez demona. Jasne. Bardzo mądrze. Myślę, że właśnie to było coś, czego w tamtej chwili potrzebował Jacob. Powinien był utonąć w refleksji, jaka to przecież była dobra i nieszczęśliwa dziewczynka i jak on mógł ją zabić. Bogowie, chrońcie mnie przed takimi zakonnicami. Bo już że pani pistolet trzymała raz w prawej ręce, a raz w lewej, i jakoś nie robiło jej to szczególnej różnicy, to zupełnie inna sprawa. Tak samo jak to, że naprawdę nieźle szło jej strzelanie jak na osobę, która nigdy w życiu nie miała broni w dłoni.
Jedna z głównych złych postaci, czarnowłosa sukkubica (Tania Deighton), za punkt honoru z kolei postawiła sobie powolność. Mamy więc wątpliwą przyjemność oglądania, jak po rozmowie ze swoim mocarnym przełożonym (Billy Drago), demonica idzie wykonać zadanie: już po minucie jest w połowie pokoju. Ale poruszała się bardzo zmysłowym, posuwistym krokiem.
Chyba.
Szczególnie rozbawili mnie harleyowcy, od których Jacob brał motocykl. To, jak grzecznie czekali, aż sponiewiera jednego z nich. I jak później – kiedy on już odjechał – nagle się zerwali i podbiegli do tego sponiewieranego, ba! jeden nawet podtruchtał dwa kroki do przodu, jakby chciał gonić Jacoba! Zuch chłopak. Tylko zapału mu jakoś zbrakło. Może dopiero mu przyszło do głowy, że jeśli chce dogonić kogoś na motocyklu, to niepotrzebnie zsiadał ze swojego? Wyglądało to na taki uroczy trucht dla przyzwoitości, żeby nikt nie mówił, że nie próbował tamtego złapać. Biorąc pod uwagę posturę harleyowców, scena wypadała naprawdę rozkosznie.

Dialogi?
Matko z córką i wszyscy najsłodsi bogowie. Dramat. Może to właśnie zadecydowało, że film zakwalifikowano jako horror. Dialogi są tak drętwe i wyświechtane, że aż należą się wyrazy podziwu dla scenarzysty (Mitch Gould), który zdołał tyle tandety wcisnąć w jednym scenariuszu. Ofkoz mamy też nachalne moralizatorstwo, przerzucanie się głodnymi kawałkami o siłach dobra i zła, o życiu, świecie i w ogóle, plus najzupełniej kretyńskie rozmowy, w których miałam wrażenie, że każdy z rozmówców dostał cośtam do przeczytania, ale generalnie jakoś nikt nie sprawdził, czy to w ogóle ta sama strona scenariusza.

Muzyka?
Głównie jej nie było, co chyba koniec końców stanowi zaletę. Jeśli już film miał jakieś bardziej epickie momenty, to odzywało się w tle jakieś niby mocno brzmiące powrzaskiwanie, żeby podkreślić, jak zbuntowany, twardy i ociekający zajebistością jest główny bohater.

Nie wiem, to było po prostu bardzo, bardzo złe. Ponoć kręcenie filmu trwało osiemnaście dni. Osobiście jestem zdania, że tylko dlatego tak długo, bo nakręcili pierwszego dnia, a przez kolejne siedemnaście usiłowali to zapić i zapomnieć. Nie mam pojęcia, co kieruje ludźmi, kiedy tworzą tego typu dziełka. Żeby chociaż to było zabawne albo najzwyczajniej w świecie ciekawe jako takie sobie bezmyślne mordobicie – ale nie! Łowca demonów jest bardzo skrupulatnie pozbawiony jakiegokolwiek humoru, mordobicie zaś woła o pomstę do nieba. Przez półtorej godziny siedziałam i się najzwyczajniej nudziłam. W Internecie wyczytałam, że to połączenie horroru klasy B z tanim pornolem. Żeby chociaż! Nie ma w tym nic z tego kiczowatego, beztroskiego wdzięku horrorów klasy B, a i tej pornolowatości jest tyle co kot napłakał. To znaczy owszem, pojawia się parę gołych babeczek, ale równie dobrze pornografią można by nazwać wystawę rozebranych manekinów, bo przecież mniej-więcej tyle energii miały w sobie te babeczki. I nie tylko babeczki zresztą. A film, niestety, sprawiał wrażenie robionego całkiem na poważnie – i to był jego największy błąd. Może sprawdziłoby się jako coś w rodzaju pastiszu, ale na poważnie? Ten schemat po prostu już się zużył. Żeby wycisnąć z niego coś fajnego, należałoby się minimalnie postarać. A nie smarknąć film w dwa tygodnie i się cieszyć.
Jeden pozytyw, to że zobaczyłam tam gościa, który podkładał głos w Warcrafcie III i w Star Wars: the Old Republic (William Bassett).
1/10, nie ma co do tego wątpliwości.







My name's Jacob Greyman. I'd like say most people call me Jake, but the truth is what most people call me isn't worth repeating. Not that I blame them. Nietzsche only had it half-right: he who fights monsters must become one himself, or be one to start with, otherwise you're just gonna get your ass kicked. That's the fundamental problem with trying to draw the line between good and evil. The real choice is between predator and prey, no matter which side of the line you want to side on. It may not be right, it may not be fair, but then again neither is life. All you gotta do is look around to see that.

9 komentarzy:

  1. O, Fraa wyciągnęła kolejną perełkę XD Czasem się naprawdę zastanawiam, skąd to bierzesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łał, jaka czujna. ^^

      No ostatnio postanowiłam zrobić maraton po wszystkich filmach, które sobie zaklepałam na iplex.pl. Lista dość długa, filmy w większości, obawiam się, tej właśnie klasy. xD Ale liczę na to, że gdzieś tam ukrywa się jakieś olśnienie, które wydłubię i będę mogła być z tego dumna. ^^

      ...to nie było to. xD

      Usuń
  2. A czy ja nie ostrzegałem? Mówiłem przecież, że jeśli zobaczysz, jak bohater siedzi na schodkach i skrobie patyczka, to masz wyłączać, bo straszna kupa ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam. ^^ Nie od dziś wiadomo, że człowiek uczy się na własnych błędach, a nie na cudzych. :D

      Usuń
    2. Swoją drogą smutnie kończy aktor, który grał młodego Indianę i jednego z braci w "Świętych z Bostonu". Mam świadomość, że do gaży dorzucili mu pewnie jedną z tych roznegliżowanych panienek, ale jednak.

      Usuń
    3. Wiesz, w na koncie ma też coś pod tytułem "Mongolian Death Worm" - może ma taki fetysz złych filmów? ;) Bo im dłużej czytam jego filmografię, tym bardziej mam wrażenie, że "Święci z Bostonu" to był jakiś wypadek przy pracy. xD

      Usuń
  3. A wystarczyło spojrzeć na plakat :P

    Zazdraszczam że masz tyle czasu, że oglądasz takie rzeczy....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, plakat jest zajebisty akurat. xD Czy tylko mi kojarzy się z Troskliwymi Misiami? :D:D:D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...