sobota, 19 maja 2012

Fraa w czytelni (28) - "Gambit"

Gambit - okładka
·         Autor: Michał Cholewa
·         Tytuł: Gambit
·         Miejsce i rok wydania: Ustroń 2012
·         Wydawca: ENDER Sławomir Brudny


Przy okazji pisania o Iron Manie wspomniałam, że zasadniczo nie można mi zarzucić bycia fachowcem w dziedzinie komiksów Marvela. Niestety, dziś po raz kolejny muszę przyznać się do własnej niekompetencji: military SF to nie jest mój gatunek. To znaczy właściwie nie wiem, czy jest, bo – prawdę rzekłszy – nie miałam do czynienia. Wyszłam jednak z założenia, że skoro lubię (wybiórczo, bo wybiórczo, ale jednak!) filmy wojenne, lubię sci-fi (zarówno w filmie jak i w literaturze), to what could possibly go wrong?
Sięgnęłam więc po Gambit.
Najpierw parę słów o wydaniu. W pierwszej chwili wydawało mi się, że nie jest źle. Im dłużej jednak przyglądałam się książce, tym bardziej zmieniałam zdanie. Do tego stopnia, że w chwili obecnej twierdzę, iż zasadniczą i największą wadą tej powieści jest właśnie wydanie. Zacznę od początku, czyli od okładki: jest fatalna. Marzy mi się, ale naprawdę to takie pobożne życzenie, żeby osoby odpowiedzialne za ilustrację na okładce przed wykonaniem grafiki przeczytały daną książkę. Serio. To mogłoby wiele pomóc. W dalszej kolejności nie zaszkodziłoby pomyślenie przed puszczeniem wodzy fantazji. Oralna pani z okładki może kogoś zachęci do zakupu książki, ale we mnie wzbudza jedynie wesołość. Nie tylko dlatego, że jest oralna, ale też dlatego, że niebezpiecznie wchodzi w rejony słynnych z fantasy płytowych bikini – to znaczy nie jest to jeszcze aż taki hardkor, ale na pewien poziom bezsensu już się pan Mariusz Kozik wspiął. Potem jeszcze zobaczyłam, że oralnej pani wystają spod spodni munduru seksowne gatki i już w ogóle nie mogłam powstrzymać śmiechu. Przypomniały mi się wzmianki o kłopotach z bielizną w reportażu Swietłany Aleksijewicz: że kobiety na wojnie miały jej za mało, męską, a jak jedna z drugą dostała w końcu damską, to było wielkie święto. I tak szczerze – wątpię mimo wszystko, żeby to były gatki od bikini. Ja wiem, że oczywiście inne realia, ale serio? Te sznurki pod mundur? Do taplania się w błocie podczas śmiertelnie niebezpiecznych operacji…?
Szkoda. Naprawdę szkoda, bo ta tandeta okładki nijak nie licuje z zawartością, gdzie naprawdę nie ma żadnej pani z gołym brzuchem i portkami opuszczonymi na bioderka.
To był front książki. Ale jest jeszcze inna perełka, czyli tył książki i niesamowicie pocieszny blurb. Zaczyna się niewinnie, nawet ładnie:

Nagle oszalałe Sztuczne Inteligencje zniszczyły znany nam świat. Wędrujemy wśród gwiazd i w blasku supernowych toczymy wojny. Na ponurych planetach i ciemnych księżycach walczymy o artefakty sprzed Dnia.

Ten fragment naprawdę mi się spodobał. Potem jest już mniej epicko, ale poprawnie: parę zdań o tym, o czym tak naprawdę jest powieść. Że żołnierze lądują na New Quebec, że bagno i mgła. Zapowiedź ogólnej atmosfery, z jaką czytelnik spotka się w książce.
Wisienką natomiast jest to:

Twarde SF w mrocznym klimacie „Obcego”, tajemnicą rodem z powieści Philipa K. Dicka i bitwami w stylu Johna Ringo.

Pomijam brak jakiejś dodatkowej literki w tym zdaniu, bo wychodzi „w tajemnicą” i „w bitwami”. To jest tak desperacka reklama, że wciąż płaczę ze śmiechu, jak to widzę. W ogóle zawsze jakoś tak smutno mi się robi, jeśli ktoś jedyną metodę zareklamowania towaru widzi w porównaniu tego towaru do czegoś innego, znanego i lubianego. Jeśli o mnie chodzi, to jednym z największych komplementów, jakie dostałam, było że jakieś tam moje opowiadanie nie jest w stylu Pratchetta. I tutaj tak sobie myślę: no dobrze, jest w Gambicie trochę Obcego, Dicka, Ringo… a, przepraszam, co z autorem? Miał jakiś wkład własny czy to tylko taki kolaż z cudzych stylów i pomysłów?

Ponadto w samym tekście powieści są dwie literówki i jeden ort, ale tak poza tym – zawartość przedstawia się nieźle. Co prawda format nie ułatwił mi czytania w środkach komunikacji miejskiej, ale nie każda powieść musi być gabarytów Odysei kosmicznej i muszę się z tym pogodzić.
 Teraz tekst.
Przede wszystkim zauważyłam, że chyba mam zupełnie inne oczekiwania od powieści, niż autor Gambitu. W książce czytelnik znajdzie przede wszystkim bardzo konkretną akcję – a dopiero w dalszej kolejności są bohaterowie i jako taki świat. Ja natomiast wychodzę z wertykalnego założenia (uwielbiam hermetyczne żarty…), że fabuła jest dla słabych. Przede wszystkim lubię zatopić się w świecie. I lubię poznawać bohaterów. Akcja… no naturalnie, dobrze by było, żeby docelowo bohaterowie coś tam robili, ale rzadko zdarza się, żebym przylgnęła do jakiejś książki właśnie dlatego, że chcę się dowiedzieć, co się dalej stanie. Pewnie z tego wynika zresztą, że sama prawie nigdy nie potrafię określić, o czym jest to co piszę. Bo jest o niczym.
W Gambicie natomiast bohaterowie są po to, żeby działać. I, niestety, nie mają (kolejny hermetyczny żart…) przestrzeni. To znaczy są naprawdę w porządku, nie mogę im zarzucić niczego konkretnego: mają wygląd, niektórzy mają jakieś wyróżniające cechy charakteru, każdy przyjmuje inną postawę wobec kolejnych zdarzeń na New Quebec – ale czytelnik nie ma możliwości ich poznać. Albo jeszcze inaczej: poznaje ich pobieżnie, tylko tyle, na ile pozwala na to pobyt na planecie. Szkoda, bo w ten sposób nie zaprzyjaźniłam się z nimi, a co za tym idzie – nie za bardzo byłam do nich przywiązana. Z tak licznej grupy prawdę mówiąc było tylko kilku bohaterów, których los nie był mi obojętny. Wbrew temu, co wydawało mi się po przeczytaniu prologu, z czasem polubiłam Brisbane’a. Chyba im bardziej przestawał być nijaki, a wyłaził z niego sukinsyn. Nie wykluczam, że – gdyby tylko mieli więcej przestrzeni! – polubiłabym Thorne’a i Sokole Oko, choć w przypadku tego ostatniego być może zadziałała siła sugestii i dawne uwielbienie dla tego pana:

W ogóle nazbyt często moje sympatie rozkładały się wedle tego, czy podoba mi się brzmienie imienia lub ksywki – a wszystko dlatego, że, jak wspomniałam, nie miałam możliwości lepiej poznać bohaterów. I tak na przykład za Kicią nie przepadałam, bo w moim odczuciu jej przezwisko trącało kiczem. W większości lubiłam Skandynawów, no bo jak można ustosunkować się negatywnie do kogoś, kto nazywa się Soren albo Isaksson? Byli i inni (Szczeniaka polubiłam po zdaniu „Jak cholernie dobrze, że był takim optymistą.” – czyli gdzieś w połowie powieści), ale nawet jeśli ktoś wzbudził we mnie pozytywne emocje – albo i negatywne, prawdę mówiąc chodzi o jakiekolwiek emocje – i tak nie miałam szansy lepiej, za przeproszeniem, wgryźć się czytelniczo w delikwenta.
Jest jeszcze jedna bohaterka, o której nie wolno zapominać: Ariadna. Ariadna na mojej liście ulubionych bohaterów jest w ścisłej czołówce z dużą szansą na pierwsze miejsce, gdyby tylko miała nieco więcej przestrzeni. Fakt faktem, nie było tam okoliczności do tego, żeby rozwodzić się nad nią bardziej. Obawiam się, że jej „życie” to temat na zupełnie oddzielny tekst, acz nie ukrywam, że będę takowego wypatrywać. Bo Ariadna jest dobra. Nie jest też nieudanym naśladownictwem – wcale nie jest naśladownictwem – HALa. I to jest jeszcze lepsze.
Ach, no i świetnie w powieści wypadają magowie. Naprawdę świetnie.

No i mamy świat. Świat po Dniu, po buncie SI, gdzie „w blasku supernowych” i tak dalej. Historia świata jest ledwie wspomniana tu i ówdzie, czytelnik ma ogólny ogląd sytuacji, ale nie ma czym zaspokoić ciekawości. Fakt, że w powieści po prostu nie byłoby gdzie wcisnąć szerszych informacji na ten temat. Żołnierze najzwyczajniej w świecie nie mają za bardzo kiedy ani po co się nad tym rozwodzić. Niemniej setting wydaje się interesujący, mimo dość wypranego motywu buntu maszyn.
W tym świecie jest oczywiście New Quebec. To był jeden z fajniejszych elementów Gambitu. Bohaterowie krążą po Bagnie – Bagno żyje, szepcze, śmieje się. I wciąga. Bagno ma ogromny potencjał i znów żałuję, że czytelnik nie może się rozsmakować w nim bardziej. Choć opisy są fajne i plastyczne, nie miałabym nic przeciwko, gdyby było ich więcej. Na co komu akcja, kiedy można mieć opis zajebistego Bagna? A nad wszystkim unosi się Mgła – która również jest świetna. Prawie świadoma, spowijająca wszystko do tego stopnia, że człowiek nie widzi czubka własnego nosa. I znów boleję, że nie poświęcono jej w książce więcej uwagi. Ja wiem, ja jestem zagorzałą fanką Lasu ze Ślimaka na zboczu Strugackich, więc jak tylko gdzieś widzę fajną przestrzeń, która ma w sobie to magiczne „coś”, od razu chciałabym móc tak wsiąknąć w tę przestrzeń, jak wsiąkłam w Las. Jeśli chodzi o Gambit, to cóż (kolejny hermetyczny żart – taki dziś dzień dobroci), Strugaccy to to nie są…
Bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście.
Oczywiście, w trakcie lektury są momenty lepsze i gorsze. Mnie na przykład nieco drażniły wyliczanki, które pojawiały się co jakiś czas. Wyliczanki polegały na tym, że na odprawie padał rozkaz, po czym kolejny akapit sprowadzał się do wypisania po kolei, w jaki sposób kto zareagował na ten rozkaz. A więc ten a ten uśmiechnął się, ktoś wzruszył ramionami, inny spojrzał na gościa stojącego obok, ktoś jeszcze westchnął i tak dalej. Nie mam pojęcia, jak to jest: pisać o bohaterze zbiorowym (a przecież z tym czytelnik ma do czynienia w Gambicie), toteż nie wiem, czy da się czegoś takiego uniknąć, nie rezygnując jednocześnie z przedstawienia – mimo wszystko – indywidualnych charakterów poszczególnych żołnierzy.
Jest za to sporo fajnych dialogów i, jak wspominałam, przyjemne opisy. Plus Bueller bezbłędnie wyraziła o porucznik Cartwright dokładnie to, co i ja o niej myślę, że tak pozwolę sobie przytoczyć cytat:

– Wiesz, gdzie mam jej powody? Głupia baba po prostu nie chce, żeby ktokolwiek pomyślał, że nie da sobie rady. Bo musi udowodnić Bóg jeden wie komu, że jest prawdziwą panią żołnierz, a nie zwykłą idiotką z syndromem braku jaj!
– Jane.
– Nie Jane’uj mi tutaj, Sokole Oko, wiesz, że mam rację! 

Podsumowując: Gambit jest fajny. Czyta się dobrze, dość szybko, akcja prze do przodu, są bohaterowie i są opisy. Po prostu dla mnie jest za dużo tej akcji, a za mało bohaterów i opisów. Może to być znakiem tego, że faktycznie military sf to nie jest gatunek dla mnie. I chociaż, kolokwialnie mówiąc, odwłoka nie urywa, to mogę Gambit z czystym sumieniem polecić i wlepić 7/10.





– Są tam jeszcze ludzie Borgii i Piętaszka, razem będzie nas prawie dwa plutony. – Kicia bezskutecznie usiłowała nadać swojemu głosowi optymistyczny ton. Przyspieszony oddech i komlink skutecznie sabotowały jej wysiłki.
– Przeciwko, kurwa jej jebana mać, całej kompanii. Ze wsparciem pojazdów. I artylerii. I od kiedy cztery niepełne drużyny to dla ciebie „prawie dwa plutony”?
– Mogę go zastrzelić za sianie defetyzmu? – rozległo się w eterze ponure mruknięcie Szafy.

środa, 16 maja 2012

ZaFraapowana filmami (56) - "Iron Man"

Iron Man - plakat
Nie ukrywam, że z marvelowskimi herosami jestem mocno na bakier. Nigdy nie miałam do nich przekonania. To znaczy owszem, X-Menami się za licealnych czasów niezmiernie fascynowałam i muszę przyznać, że nadal mam sentyment (szczególnie do niektórych postaci z tej serii…), niemniej na przykład zupełnie alergicznie reaguję na Spidermana, Blade ni mnie grzeje ni ziębi, nigdy jakoś nie zmusiłam się do nieco dłuższej przygody z Fantastyczną Czwórką… i tak dalej. Zalew aktorskich filmów o bohaterach Marvela jest dla mnie nadzwyczaj korzystny: mogę oswoić się z postacią bez konieczności przedzierania się przez tonę komiksów albo pierdylion odcinków kreskówki.
Dziś padło na film Iron Man z 2008 roku w reżyserii Jona Favreau.

Jak to adaptacja komiksu: nie należy spodziewać się cudów fabularnych. Choć tu nawet tak odporny na głupotę widz jak ja (odsyłam do mojej opinii o Iron Sky) widzi, że pewne idiotyzmy są… no po prostu idiotyczne. Ot, żeby nie szukać daleko: scena, w której nasz bohater, Tony Stark (Robert Downey Jr.) wystrzeliwuje się z pustyni w czasie heroicznej ucieczki. Po czym wbija się w piach z prędkością nie wiem jaką, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że sporą. I… no właśnie: i przeżywa! Nie jestem orłem z fizyki, ale jak dla mnie, to powinny po nim zostać smród i skarpetki. Liczyłam na to, że przynajmniej pod sam koniec odpali sobie jakieś chusteczki do nosa robiące za spadochrony. Nie. On po prostu pierdyknął jako ten wystrzelony pocisk.
Myślę sobie: dobra, Fraa, nie marudź. Bądź co bądź, oglądasz film o facecie, który zrobił sobie latającą zbroję w jaskini. W ciągu paru dni. Mając do dyspozycji parę blach, śrubokręt i młotek. Nie pytaj, gdzie on ma paliwo i czy naprawdę wszystko w tej zbroi musi świecić jak psu jajca. I nie wnikaj, po wafla Tony wycina sobie w koszulkach specjalne kółko, żeby było lepiej widać, jak mu świeci.
Iron Man - kadr z filmu (Tony Stark wprawia
w zakłopotanie całe amerykańskie lotnictwo)
Ale niestety, nie tylko tego typu idiotyzmy są w tym filmie. Są też takie, które naprawdę mało co może usprawiedliwić: na przykład kiedy asystentka Starka, „Pepper” Potts (Gwyneth Paltrow) ucieka z laboratorium, gdzie odpicowywał się Obadiah Stane (Jeff Bridges, którego, nota bene, kompletnie nie poznałam): ucieka? Ha! To by jeszcze było normalne. Ale nie, ona drobi. Najpierw drobi, kiedy gigantyczne, żelazne niewiadomoco robi rozpierduchę, a potem… ba! potem nawet przestaje drobić! Kiedy widzimy „Pepper” wychodzącą z budynku, widać wyraźnie, że ona całkowicie spokojnie idzie. Powolnym, równym krokiem. A potem… staje! Tak, staje, żeby pogadać przez telefon! Cześć, Tony, gdzie jesteś? A bo ja właśnie uciekam przed największym badassem tego filmu, ale nie, mów, nigdzie się nie spieszę.
Nóż się w kieszeni otwiera, jak coś takiego widzę. Przynajmniej mi.

Ale nie mogę powiedzieć, że podczas oglądania źle się bawiłam. Film ma to do siebie, że jest bezbrzeżnie durny, ale przyjemny jako odmóżdżające oglądadło. Przypuszczam, że za dzień-dwa nie będę już pamiętała, o czym to tak właściwie było. No bo co tu właściwie pamiętać?
Jest bohater: hulaka, kobieciarz, hazardzista. Ale geniusz. Po traumatycznych przejściach stwierdza, że jego dotychczasowe życie było bez sensu, źle czynił i WOGLE, no i następuje wielka metamorfoza, a Tony Stark postanawia walczyć ze złem i występkiem.
I tak oto po raz kolejny zło i występek musiały ustąpić
przed atomową siłą Atomówek!
I tak sobie walczy. Od samego początku wiadomo, kto będzie mu pomagał, kto go kocha, a kto jest tylko na jedną noc, kto jest głównym złym, a także z kim ten główny zły się dogaduje. Po paru pierwszych minutach można przewidzieć cały film praktycznie do końca.
Włącznie z tym, że Iron Man jest fajnym kolesiem, który nie patrzy na eksplozje.


Jest w tym wszystkim jednak pewna lekkość. Jim Rhodes (Terrence Howard) bawi, Potts odpowiada za wzruszanie, a sam Tony za piszczenie nastolatek (spójrzmy prawdzie w oczy: gdyby nie Robert Downey Jr., główny bohater mógłby mnie srodze wkurzać…). I wszystko jest dobrze. Są zabawne scenki, urocze teksty – ot, takie co wlecą jednym uchem, rozśmieszą i wylecą drugim. Najlepszy dowód: już ich nie pamiętam, ale wiem, że były fajne.
Aha, no i sympatycznie w tym wszystkim wypadł pan z Tej Instytucji O Bardzo Długiej Nazwie, agent Phil Coulson (Clark Gregg) – ujął mnie cierpliwością i wytrwałością, a także gotowością do działania. Bądź co bądź, kiedy tylko zlewająca go do tej pory Potts do niego pobiegła, natychmiast postawił na nogi oddział i ruszył na Tego Złego. I chwała mu za to.

Właściwie nie wiem, jak mogłabym podsumować ten film. Miły do obejrzenia, zabawny, lekki. Wepchnęli tam sporo amerykańskiego patriotyzmu, ale to mi akurat zupełnie nie przeszkadza – ba, uważam wręcz, że Amerykanie są w tym bardzo urokliwi. Trzeba autentycznie wierzyć w swój kraj i naród, żeby łykać tego typu brednie. Trochę mi tego brakuje w wiecznie jojczących Polakach.
I dlatego następnym razem obejrzę Kapitana Amerykę, ot co. A na razie: 6/10. To, czego mi chyba zabrakło najbardziej, to jakaś fajna, zapadająca w pamięć muzyka.






– Hello, sir.
– Speaking of manned or unmanned, you gotta get him to tell you about the time he guessed wrong at spring break. Just remember that, spring break, 1987. That lovely lady you woke up with.
– Don't do that!
– What was his name?
– Don't do that.
– Was it lvan?

wtorek, 15 maja 2012

Fraa w czytelni (27) - "Odyseja kosmiczna"

Nie wierzę, że zagląda na tego bloga ktoś, kto nie zna, choćby ze słyszenia, cyklu Odyseja kosmiczna. Jeśli zaś ktoś taki zagląda – niech wie, że właśnie parskam pogardliwie pod jego/jej adresem i proszę ozięble, by się zawstydził/a i przemyślał/a swoje zachowanie.
A ponieważ zakładam, że większość osób pi razy drzwi kojarzy tę serię, wyjaśnię na starcie, czemu tytuł notki to „Odyseja kosmiczna”, bez daty – sprawa jest całkiem prosta: chcę się ustosunkować do całego cyklu za jednym zamachem. Nie wydaje mi się sensowne rozdrabnianie się na poszczególne tomy. Po pierwsze, są dość krótkie, a po drugie, wiele rzeczy widać dopiero przy spojrzeniu na całość. A po trzecie, bo tak.



Aut.
sir Arthur Charles Clarke





Tyt.
2001: Odyseja kosmiczna
2010: Odyseja kosmiczna
2061: Odyseja kosmiczna
3001: Odyseja kosmiczna. Finał
Tyt. oryg.
2001: A Space Odyssey
2010: Odyssey Two
2061: Odyssey Three
3001: The Final Odyssey
Przeł.
Jędrzej Polak
Radosław Kot
Kraków 2008
Kraków 2010
Kraków 2008
Wyd.
vis-à-vis/Etiuda

Nie da się ukryć, że nie jestem obiektywna w ocenie twórczości Clarke’a. Swojego uwielbienia dla tego autora nigdy nie ukrywałam i ukrywać nie zamierzam. 2001: Odyseja kosmiczna miała ode mnie +20 punktów na samym starcie, no bo to przecież Arthur C. Clarke! Ten sam, który napisał Koniec dzieciństwa – jedną z moich najulubieńszych książek evah!
A więc tak: pieję. Pieję z dzikiego i niepohamowanego zachwytu.
Nie zmienia to faktu, że, gdyby ktoś mnie zapytał, czy polecam ten cykl, byłabym bardzo ostrożna. Rzecz w tym, że – o zgrozo! – nie każdemu musi się to podobać.

Po pierwsze: 2001: Odyseja kosmiczna powstała w latach sześćdziesiątych (1964-1968, jak pisze sam autor we wstępie do 2010…). Podbój kosmosu był w powijakach. Neil Armstrong miał zrobić wielki skok dla ludzkości rok po zakończeniu prac nad powieścią. Na orbicie bujały się ze cztery sztuczne satelity i to tyle. Tymczasem Clarke rysuje przed czytelnikiem obraz ledwie do ogarnięcia, szczególnie dla ówczesnego odbiorcy: oto człowiek skolonizował Księżyc i rusza dalej, w stronę Jowisza i jego satelitów. Jeśli czytamy te teksty w roku 2012, pewne elementy mogą budzić… hmm… wesołość? Pobłażliwe kiwanie głową? Nie odczuwa się tego aż tak w przypadku 2061: Odysei kosmicznej i niemal wcale podczas lektury 3001: Odysei kosmicznej, niemniej dwa pierwsze tomy zestarzały się – i to zauważalnie. Mi akurat coś takiego nigdy nie przeszkadzało, a nawet przeciwnie: niesamowitą frajdę mam z czytania wizji przyszłości sprzed pięćdziesięciu lat i porównywania, co z tego się sprawdziło, co okazało się ślepym zaułkiem, a co po prostu odsunęło się w czasie, ale wciąż funkcjonuje w wyobrażeniach futurystów. W przypadku Clarke’a jest to ponadto o tyle ciekawe, że to nie był pierwszy z brzegu pisarczyk z pomysłami, ale fachowiec. Jego wizja nie jest wyssana z palca. Zresztą, warto czytać przedmowy i podziękowania, bo sporo można tam znaleźć informacji właśnie o tym, z czego autor korzystał i co się „sprawdziło” z jego przewidywań.
Po drugie: styl Clarke’a. To znaczy, oczywiście, jego twórczość znam z przekładów, więc prawdę mówiąc o stylu samego autora pewnie mam pojęcie raczej bladozielone, niemniej na tyle, na ile mogę stwierdzić, stwierdzam: Odyseja kosmiczna to nie jest opowieść. Owszem, jest jakaś akcja, ale przede wszystkim to bardzo rozległy – i, paradoksalnie, dynamiczny – obraz. Clarke fantastycznie odmalował – tak właśnie, odmalował – przeszłość i możliwą przyszłość, a przede wszystkim: kosmos. Ja zakochałam się głównie w obrazie wszechświata, nieustannie kotłujących się księżyców Jowisza, samego Jowisza i widoku galaktyki. I przez całą lekturę zazdrościłam bohaterom widoków. Bez szemrania kupiłam też to, co narrator opowiada czytelnikowi o strachu w przestrzeni kosmicznej i innych emocjach, które istnieją lub nie istnieją, kiedy człowiek kołysze się w próżni (no dobrze, być może ma tu swój udział to, że jak byłam mała, chciałam być astronautką). Jednakże jeśli ktoś od literatury oczekuje dużo strzelanek i seksu, to w istocie Odyseja kosmiczna może go znużyć. Całość jest nieco sprawozdawcza, bez wielkiej polityki i związków międzyludzkich, początkowo też bez humoru. Choć to się akurat stopniowo zmienia – o ile czytając 2001… miałam wrażenie, że to szalenie poważny tekst, o tyle już przy 2010… i dalszych częściach nie raz, nie dwa zdarzyło mi się parsknąć śmiechem. Nie są to wulkany dowcipu, ale humor pojawia się tu i ówdzie, miło rozluźniając atmosferę. Jest też więcej bohaterów, a więc czytelnik dostanie więcej dialogów, będą one żywsze, zarysują się jakieś relacje między postaciami. W 2001… jest Heywood Floyd oraz Frank Poole i Dave Bowman. Heywood występuje praktycznie solo, więc skromne przejawy więzi międzyludzkich widać tylko w części dotyczącej dwóch ostatnich bohaterów. No, mamy też oczywiście Strażnika Księżyca, ale to właśnie ten fragment – otwierający cały cykl – może być najtrudniejszy do przebrnięcia dla czytelników. Bo chce sobie człowiek poczytać o mężczyznach i ich latających maszynach, a czyta o… małpoludach.
A jednak ten wstęp jest niezbędny dla zrozumienia dalszych części serii. I, jeśli o mnie chodzi, po pewnym czasie wciąga. Bo małpolud czy nie, ale Strażnik Księżyca jawi się jednak jako człowiek. Nawet jeśli jeszcze taki nie do końca.
Te dwie rzeczy, które w moim odczuciu są zaletami, mogą być odbierane jako mankamenty Odysei kosmicznej.

Jeśli jednak miałabym się uprzeć i poszukać czegoś, co postrzegam jako wadę tych książek, będą to:
Trochę sztuczne dialogi – szczególnie w początkowych tomach. Później to się jakoś „wygładziło”, ale w pierwszych chwilach miałam wrażenie, że dialogi po prostu zgrzytają. Nie wiem jednak, ile w tym Clarke’a, a ile tłumacza.
Początkowo nieco przeszkadzała mi przepaść między trzema pierwszymi Odysejami a ostatnią. Miałam wrażenie, że to zakończenie jest dopisane jakby już trochę na siłę. Nie wiem, co skłoniło Clarke’a do takiego domknięcia cyklu, niemniej po zagłębieniu się w tekst uznałam, że wszystko trzyma poziom, ma ręce, nogi i nawet głowę, więc właściwie nie mam tutaj czego się czepiać. Niemniej pierwsze wrażenie było jakie było. Bo to już nie rozchodziło się o dalszy ciąg po dziesięciu czy pięćdziesięciu latach, ale po tysiącu!
Przekład – zasadniczo jest w porządku, tylko w ostatnim tomie zmienił się przekład. I tak przez cały cykl przyzwyczaiłam się do „Odkrywcy” czy „Wszechświata”, a nagle mówi mi się o „Discovery” i „Universe”. Nie chodzi mi już nawet o to, czy bardziej podoba mi się wersja polska czy oryginalna (chociaż tłumaczenie „Old Faithful” na „Stary Wierny” wydaje mi się jednak dość niezgrabne – nawet jeśli oryginalna nazwa jest w przypisie. Chyba wolałabym, gdyby było na odwrót – w przypisie przekład). Po prostu jeśli wydaje się jakiś cykl, to – tak myślę – wypadałoby tego typu rzeczy ujednolicić.
No i literówki – niestety, jest ich sporo. Nie jakoś oszałamiająco dużo, ale na tyle, żeby zaczęły uwierać.
Choć tak poza tym wydanie jest przyjemne: okładki estetyczne, a książki małe i praktyczne, doskonale mieszczą się zarówno do torby, coby wygodnie poczytać w pociągu jadąc do pracy, jak i łatwo je wsunąć do czasopisma, siedząc już w pracy i pozorując wykonywanie obowiązków (czego, naturalnie, nigdy w życiu bym nie robiła, ale – hipotetycznie – dałoby się! Odradzam, to bardzo niestosowne działanie…). Fakt faktem, przypuszczam, że Odyseje szybko mogą mi się porozsypywać (są klejone, a nie szyte), bo z całą pewnością jeszcze do nich wrócę, no ale to już pokaże czas.

No właśnie: wrócę do nich.
Z całą pewnością. Właściwie gdyby nie to, że czekają na mnie inne lektury, zamknąwszy 3001: Odyseję kosmiczną z marszu wzięłabym się za 2001. Żeby raz jeszcze obejrzeć te niesamowite pejzaże. Żeby znów zgłębić tajemnice Monolitu. No i dla HAL-a.
HAL. Mój absolutny faworyt, jeśli chodzi o bohaterów tego cyklu. Bohater, którego los najbardziej mnie poruszył. I tak naprawdę to właśnie ze względu na niego po skończeniu całości miałam myśl „Szlag, czemu Clarke nie napisał jeszcze jednego tomu? Takiego malutkiego, żeby napisać, co z moim ulubieńcem…?”. To głównie ze względu na HAL-a sympatyzowałam też z doktorem Chandrą. Jakoś tak wyszło, że to właśnie w komputerze wyczułam najwięcej emocji. Los Poole’a z 2001… był mi… cóż, nie obojętny, ale właściwie niewiele mnie ruszył. Co innego HAL.
Jeśli ktoś z Państwa ma szczególną słabość do robotów – serdecznie polecam Odyseję kosmiczną.

Tu chyba już skończę te swoje peany, bo niczego nowego pewnie już nie napiszę. Odyseja kosmiczna może znudzić, w to nie wątpię – ale mnie zachwyciła. Zaważyły na tym chyba genialne opisy, a w dalszej kolejności dopiero samo zagadnienie Monolitów i tajemniczych stworzycieli naszej rasy oraz idące z tym pytanie o miejsce człowieka w historii wszechświata. Lektura ta w istocie była niesamowitą podróżą i jestem przekonana, że nie raz jeszcze będę chciała ją odbyć. A póki co: 10/10 – wiem, wiem, powinnam była odjąć za te mankamenty polskiego wydania, ale przecież wspominałam, że na starcie było +20. Czyli wciąż jest spory zapas.







Oko Japetusa mrugnęło, usuwając jak gdyby drobinę drażniącego kurzu. David Bowman miał czas na wypowiedzenie jednego niedokończonego zdania, którego ludzie czekający w Centrum Sterowania Lotem, oddalonym o dziewięćset milionów mil i osiemdziesiąt minut w przyszłość, nigdy nie zapomną:
– To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… o mój Boże, tam jest pełno gwiazd!
[Arthur C. Clarke, 2001: Odyseja kosmiczna]




A w ramach wkręcania się w klimat, polecam:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...