środa, 6 grudnia 2017

Najwyższy czas na notkę powitalną, czyli "Justice League"

(źródło)
Na początek nie na temat – szybka relacja z listopada: tegoroczne NaNo wygrałam z wynikiem 52145 słowa osiągniętym dwudziestego czwartego dnia listopada. Mimo rozmaitych intensywnych momentów i dni, kiedy w ogóle nic nie pisałam, właściwie ten miesiąc minął mi spokojnie. Od samego początku byłam sporo nad kreską i po prostu starałam się utrzymać ten poziom, żeby w razie czego dzień czy dwa dni przerwy mnie nie pogrążyły. W dodatku pisałam tekst w kompletnie obcym, nowym settingu, no i – chyba po raz pierwszy w życiu – spróbowałam napisać totalnie nie fantastykę. Było dziwnie. Spróbowałam też napisać romans, ale na tym polu akurat dramatycznie poległam. No, właściwie to poległ oblubieniec bohaterki, co wykluczyło możliwość zawarcia długotrwałego związku… Enyłej: wiem, że napisałam mnóstwo kupy, ale cośtam jednak pisałam, no i bawiłam się lepiej niż w ciągu NaNo z ostatnich lat. Uważam listopad za dość udany. Także z innych powodów, ale o nich pewnie napiszę nieco później.

A teraz do rzeczy.
Okej. To jest tak: mimo że nie jestem jakąś zagorzałą fanką komiksów, czasem coś mnie zaciekawi. I czasem będzie to coś od DC (i to takiego zupełnie oficjalnego DC, a nie Vertigo). Plus nie można zapominać o tym, że DC ma Batmana, czyli najbardziej osom superbohatera ever. Toteż nie jest niczym dziwnym, że kiedy pojawiło się filmowe uniwersum DC, zaczęłam je śledzić z pewnym zainteresowaniem, szczególnie że powoli byłam już zmęczona filmowym Marvelem, z którego obecnie można by sklecić bez mała telenowelę. I, choć filmy DC początkowo borykały się z pewnymi problemami, mam wrażenie, że z czasem było coraz lepiej, co szczególnie dało się dostrzec w genialnej Wonder Woman. Nie należy się więc dziwić, że kiedy zobaczyłam zwiastun Justice League, jarałam się jak debil i miałam ślinotok na myśl o tym filmie: kamaaan, przede wszystkim trailer sam w sobie jest przeepicki. Poza tym, zawierał w sobie Batmana! I Wonder Woman! Bohaterów, których ostatnie filmowe wizje już poznałam i które bardzo przypadły mi do gustu (ach, gdyby ktoś mi parę lat temu powiedział, że tak będę się jarać postacią graną przez Bena „Pearl Harbor” Afflecka – zabiłabym śmiechem!). Z pozostałymi herosami nie byłam jeszcze zaprzyjaźniona, ale zrobili na mnie od razu bardzo pozytywne wrażenie.
No i OMG TA MUZYKA Z TRAILERA!!!
A potem zostało już tylko podreptanie do kina.

Szczęśliwie w Gotham zawsze jest jakiś drapacz
chmur w budowie, więc są malownicze
rusztowania, żeby sobie na nich malowniczo
przycupnąć nocą. (źródło)
Okej, okeeej, widziałam zwiastun zbyt wiele razy, bo wszystkie najfajniejsze sceny i żarciki miałam już tak wprasowane w mózg, że kiedy pojawiały się w filmie, miałam takie niezręczne wrażenie, że tak, to już słyszałam, rzućcie mi czymś, czego nie znam. Ale to w sumie wyłącznie moja wina.
Nie zmienia to faktu, że film naprawdę mi się podobał: był dynamiczny, miejscami zabawny, w wielu punktach jednak dość poważny, by nie wyjść z kina z wrażeniem obejrzenia głupkowatej sieczki. Była rozwałka, a główny antagonista nie miał takiego przekomicznego wąsa jak Ares z Wonder Woman. Nadzwyczaj podobały mi się motywy muzyczne poszczególnych bohaterów – i oczywiście mam tu na myśli głównie Batmana i Wonder Woman. Fabuła była interesująca, Aquaman i Flash super fajni, Cyborg – nawet jeśli nie wzbudził mojej ogromnej sympatii – był w świetle całej historii bardzo dobrze umiejscowioną postacią, no i ogólnie po prostu wszystko grało.
Tyle tylko, że o ile całą zajebistość Justice League mogę zamknąć w jednym akapicie, o tyle oczywiście jakieś pojedyncze czepy muszą zająć dużo więcej miejsca, prawda? Bo zawsze łatwiej jest narzekać niż chwalić. Toteż teraz przechodzę do mankamentów i naprawdę chciałabym, żeby nikt za bardzo się nimi nie sugerował.

Flash. Flash był zaskakująco świetny,
a się go nieco obawiałam. (źródło)
Przede wszystkim, początek filmu nie był zbyt idealny: jak nietrudno się domyślić, Justice League zaczyna się od zebrania drużyny. Czyli poznajemy poszczególnych kandydatów do Ligi i ich oddzielne wątki, które ostatecznie mają nam się spleść w większą całość. I wszystko idzie niby ładnie tym schematem, ale miałam wrażenie jakiegoś poszarpania i bałaganu tej pierwszej części filmu. Jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy poświęcają każdemu z bohaterów dużo czasu i każą widzowi zagłębić się w te poszczególne historie, traumy i dramaty, czy może jednak tylko krótko i zwięźle przedstawią postać i srut, jedziemy dalej, Liga musi robić rozwałkę. Z dość wiarygodnego źródła wywiedziałam się, że film jest mocno pocięty i ma mnóstwo usuniętych scen, które – być może – zobaczymy w wersji reżyserskiej. I myślę sobie, że taka wersja mogłaby być o niebo lepsza, bo film w końcu zdecydowałby się na jedną z dwóch opcji: czyli faktycznie poświęcił bohaterom nieco więcej czasu. Tymczasem miałam wrażenie bałaganu i niełączenia się wątków. Prawdziwa zajebistość zaczęła się dopiero w momencie, w którym Liga tyle o ile się ukształtowała.
Co jeszcze? Chyba trochę przepakowanie Supermana. Oczywiście, wiadomo, że to Superman, ta nazwa nie wzięła się znikąd. Ale miałam jakieś takie nieprzyjemne wrażenie, że to tak naprawdę on jest jedynym bohaterem tego filmu, a reszta to co najwyżej jego sidekicki. A nie robi się sidekicka z Batmana, moi państwo, oj nie.
Tu mi się przypomina któryś komiks, którego tytułu oczywiście nie pamiętam, ale chodziło o to, że w Lidze Sprawiedliwości Batman miał na każdego członka Ligi teczkę z instrukcją, co robić, jeśli okazałoby się, że delikwent stoi po złej stronie barykady. A kiedy padło pytanie: co jeśli okaże się, że to sam Batman stoi po złej stronie barykady? – odpowiedź była prosta: uciekać.
No i Alfred. Alfred zawsze na propsie.
A jeśli ktoś miałby wątpliwości, to kaman,
Jeremy Irons zawsze na propsie! (źródło)
I to mi nijak nie przystawało do bohaterów z filmu.
Plus – aż głupio mi przyznać – nieco brakowało mi słodkopierdzących, troskliwomisiowych gadek Wonder Woman. Rozmył się nieco jej, bardzo przecież wyrazisty, charakter zarysowany w samodzielnym filmie o niej. Szkoda, bo to bardzo fajna paladynka na miarę naszych czasów i nie chciałabym, żeby to się gdzieś zagubiło. Brakuje w popkulturze tak zwyczajnie i poczciwie dobrych bohaterów.

Czy coś jeszcze…? Lois Lane. Niech ją ktoś zastrzeli. Okropnie nijaka, nieużyta postać, której nie cierpię z całego serca. No, ale tak poza tym - to chyba tyle. Gdybym miała możliwość, zdecydowałabym się na powtórny seans Justice League. Fajni, nowi bohaterowie, świetna muzyka, ciekawa historia, urocze nawiązania do poprzednich produkcji spod znaku DC. Pozostaje niedosyt, który każe czekać na samodzielne filmy – jak chociażby nadchodzący Aquaman.
Na pewno będę śledzić kinowe uniwersum DC. Co tu kryć? Marvel po prostu mi się już chyba przejadł. Miał przebłysk w postaci Logana, ale kolejne Thory, Iron Many i Avengersi po prostu jakoś tak stopniowo zaczęli mnie nudzić. Mogą więc ludzie gadać co chcą, że DC zupełnie nie daje rady w tym, w czym Marvel jest taki zajebisty i tak bardzo wykosił konkurencję – ale pozwolę sobie mieć inne zdanie.
BATMAN, BICZYZ.



– You really are out of your mind.

– I'm not the one who brought a pitchfork.

5 komentarzy:

  1. Lois Lane, Lois Lane,
    Prawie jak Mary Jane...

    OdpowiedzUsuń
  2. Motyw Batmana paranoicznie gromadzącego haki na wszystkich występował już parę razy, najbardziej znana to chyba Wieża Babel (JLA: Tower of Babel) z dwutysięcznego, miała też luźną ekranizację w postaci filmu animowanego Justice League: Doom. Ale pamiętam również, że gdy Supek randkował z WW w Nowej 52 to dostał ochrzan od Batmana, że jeśli WW by odbiło, to właśnie on miał móc ją powstrzymać, a teraz kiepsko trochę. O, albo Trial by Fire, też historia z JLA, gdy wyciągnął Plastic Mana z emerytury bo tylko Plas może poradzić groźnemu Marsjaninowi.
    Mnie się WW w filmie szczególnie podobała, bo była bardzo podobna do komiksowej WW która objęła przywództwo nad amerykańską gałęzią Ligi po śmierci Supermana - tyle tylko, że tutaj nie ma tak trudnych do ogarnięcia osób, ta Liga to grzeczne dziewczynki przy Guyu Gardnerze, więc nie miała też okazji naprawdę zabłysnąć.
    No i to chyba pierwsza wersja Cyborga, którą polubiłam, dotychczas albo był nieprzyjemny albo w ogóle pozbawiony jakichkolwiek cech charakteru. Tu dali mu rolę wręcz idealną, szkoda tylko, że CG takie sobie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...