niedziela, 14 października 2012

Fraa w czytelni (32) - "Fantazje Zielonogórskie 2"

Fantazje Zielonogórskie 2
  • Autor: praca zbiorowa
  • Tytuł: Fantazje Zielonogórskie II. Antologia opowiadań fantastycznych
  • Miejsce i rok wydania: Zielona Góra 2012
  • Wydawca: Zielonogórski Klub Fantastyki „Ad Astra”


Okropny mam kłopot z tą książką.
Zacząć należy od tego, że Fantazje Zielonogórskie to antologia powstała jako owoc konkursu literackiego pod tym samym tytułem, organizowanego przez klub „Ad Astra”. Za to ma u mnie z marszu dość duży plus, bo w ogóle sama idea takiego konkursu jest dla mnie bardzo fajna. Promocja miasta w bardzo sympatycznej, twórczej formie. Jestem zagorzałą zwolenniczką lokalnych patriotyzmów, toteż popieram wszystkimi łapkami tego typu inicjatywy.
Ale nie obejdzie się bez zastrzeżeń. Jak można przeczytać we wstępie, po dwóch edycjach konkursu klub zebrał w sumie 80 opowiadań, z czego 20 opublikowano. Moje (niewielkie bo niewielkie, ale jednak) doświadczenie konkursowe podpowiada mi, że to tak naprawdę dramatycznie mało. Z jednej edycji powinno być około setki tekstów – tak lekką ręką. I wielka szkoda, że tutaj jakoś jest tak mało chętnych do pisania. Dlaczego? Bo po prostu nie bardzo jest później z czego wybierać teksty do antologii. W efekcie publikacja zawiera dwa-trzy naprawdę niezłe teksty i kilka zupełnie szmirowatych zapychaczy. Powtarzam: szkoda, bo mogłoby z tego być coś naprawdę fajnego. Sama nie wiem, z czego wynika tak małe zainteresowanie konkursem. Nie wiem, czy zawiniła promocja, nagrody nie były dość atrakcyjne, czy może ludzi odstrasza lokalność – myślą sobie „nigdy nie byłem w Zielonej Górze, to nie dla mnie”. Choć w to ostatnie wątpię, bo – dla porównania – na tegoroczny konkurs „Poznań Fantastyczny” trafiło, jeśli wierzyć organizatorom, około 300 tekstów. Myślę więc, że organizatorzy z klubu „Ad Astra” powinni przemyśleć sprawę, bo może dałoby się coś poprawić.
Ale miałam pisać o książce, a nie o konkursie.

Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Spodziewałam się, że to wszystko będzie wyglądało raczej jak taka tandeta z kiosku ruchu, a tymczasem książeczka prezentuje się fajnie. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie naprawdę świetne ilustracje Igora Myszkiewicza. Ogromny plus za nie.
A potem zaczęłam czytać – i po trzech stronach zakiełkowało mi podejrzenie, że ta antologia chyba nie widziała korekty. Błąd na błędzie i błędem poganiał – myślę sobie: dobra, bez nerwów, kobieto. To nie jest jakaś epicko zarobkowa publikacja, robią to pasjonaci pewnie w swoim wolnym czasie – trzeba tu trochę przymknąć oko na pewne niedoróbki. No ale po pięciu stronach po prostu nie mogłam dalej tych oczu przymykać, bo przez tak zaciśnięte powieki wcale nie widziałam już tekstu. Ołówek sam wylądował mi w dłoni i ani się obejrzałam, zaczęłam smarować na marginesach poprawki. Prosta sprawa: mogę przymknąć oko na błędy, jeśli nie odciągają uwagi od treści. Niestety, tutaj odciągały. Co smutniejsze, kiedy wróciłam na moment do stopki redakcyjnej, wyraźnie widniało tam nazwisko osoby odpowiedzialnej za korektę. Nie wiem więc, czy ta osoba miała za mało czasu, umiejętności czy jeszcze czegoś, ale zdecydowanie – przykro mi to mówić, bo, jak wspominałam, wspieram takie inicjatywy jak ta! – odwaliła fuszerkę jak diabli. Przez to nawet te dobre opowiadania miały irytujące orty, że o abstrakcji interpunkcyjnej nie wspomnę (nie chodzi mi tu o miejsca wątpliwe, bo przy takich to każdy się zawiesi i może walnąć błąd, ale tutaj brakowało przecinków w tak ewidentnych miejscach, jak wtrącony zwrot do rozmówcy w dialogu albo przed „który”). Poziom i rodzaj błędów był zróżnicowany w zależności od tekstu, stąd moje podejrzenie, że były to dokładnie te byki, które popełniali konkretni autorzy, a nie jakaś zaćma korektora, który postanowił równo zmasakrować wszystkie opowiadania.

Antologię otwiera zwycięskie opowiadanie Czarna Michała Organiściaka. W istocie, czyta się je nieźle. Bardzo spodobał mi się sam pomysł na anioły. Gratulacje należą się też za całkiem udatne wplecenie tutaj quasi-średniowiecznych cycolin w miniówach i na wysokich obcasach. Wcale nie drwię. Pod pretekstem walki z aniołami autorowi udało się uzasadnić istnienie stalowego bikini. Przegina dopiero w momencie, kiedy każe tytułowej bohaterce nosić kolczą sukienkę na gołe ciało. Wolę sobie nie wyobrażać tego bólu, jaki musiała przeżywać biedna dziewczyna. Ogólnie: bohaterowie są słabi, ale sam pomysł na świat – bardzo fajny. Chętnie widziałabym jakiś inny tekst osadzony w tym settingu, bo ma ogromny potencjał.
Dalej mamy opowiadanie Michała Peronia O Tym, co w górze – i tu nagły spadek formy. Tekst o chłopcu porwanym przez kosmitów czy coś takiego… Opisów właściwie brak, brak też tak naprawdę Zielonej Góry. Główny bohater to irytujący kretyn, a fabuła jest generalnie prosta jak konstrukcja cepa. Należy docenić próby pogłębienia psychologicznego postaci, ale nie mogę powiedzieć, żeby to były szczególnie udane próby.
W następnej kolejności jest tekst Anny Bobrowicz O młodzieńcu Bergiem zwanym i Zielonej Pani – to, co udało się tu autorce, to oddanie klimatu ludowej baśni. Z wszystkimi tego konsekwencjami, a więc zasadniczo zakończenie jest dość przewidywalne, język wygładzony, a sama opowieść bez trudu przeskakuje sobie piętnaście lat życia bohaterów, kiedy to Szebora… cóż, generalnie zwiedzała świat czy coś takiego. Największe zastrzeżenie, które wywołało tu mały zgrzyt kawiarczych zębów, to próba wmówienia czytelnikowi, że piętnastoletnia dziewczyna to… no właśnie, dziewczyna. Ba, dziewczynka nawet. Podczas gdy coś w głębi mnie podpowiada mi, że w tych realiach i w tym wieku Szebora powinna rodzić już czwarte dziecko. Ogólnie jednak tekst odbieram pozytywnie, choć taki styl po prostu trzeba lubić.
Bardzo spodobał mi się następny tekst, Manifest Anny Hrycyszyn. Co prawda końcowe łopatologiczne wyłożenie całej intrygi troszkę popsuło efekt, ale początkowa atmosfera wielkiej niewiadomej, dziwny profesor z małą asystentką, oddanie głosu wielu bohaterom – to wszystko dało bardzo fajny efekt. W dodatku opowiadanie jest sprawnie, przyjemnie napisane. Chyba pierwszy tekst w antologii, gdzie rzeczywiście błędy ani trochę nie odciągnęły mojej uwagi od lektury.
Mniejszy entuzjazm wywołał we mnie tekst Marka Starosty Grona życia. To znaczy ma klimacik, tego nie da się ukryć, po prostu chyba znów rozbiło się o głównego bohatera, który zupełnie nie wzbudził mojej sympatii i tak szczerze, to miałam nadzieję, że w końcu go coś tam zeżre w tej winnicy. Dużo ciekawszy wydawał się Sergiusz. No i tutaj zdecydowanie pojawiały się kwiatki, które odciągały moją uwagę od treści: nie wiedzieć czemu, przekleństwa zostały ocenzurowane, więc Benek myśli przykładowo „k…!”, co jakoś mnie irytowało. Były orty, w rodzaju „choć” zamiast „chodź”, w dziwnych miejscach pojawiały się wielkie litery (przypominam, że opowiadanie to nie list!). Właśnie zerknęłam do swojego podsumowującego komentarza ołówkiem i chyba po prostu go przytoczę: „prawie fajne”. No właśnie. Niestety, tylko „prawie”.
Ilustracja do tekstu Mój Kapitanie (źródło)
Następnego opowiadania, Mój Kapitanie (autorstwa niżej podpisanej), nie czuję się w mocy komentować, więc taktownie je ominę i przejdę od razu do kolejnego, czyli Niedzisiejszych Łukasza Szteleblaka. Jest… poprawne. Dość lekkie, w kilku miejscach się uśmiechnęłam, miejscami straszliwie naiwne, ale w ogólnym rozrachunku raczej na plus niż na minus.
Winobranie Adriany Siess to, w moim odczuciu, podobna półka. Nic super odkrywczego, nic, co jakoś na dłużej zapadłoby w pamięć, ale czytało się lekko i przyjemnie. Czasem tylko miałam wrażenie, że jest przegadane, przez co sporo traciły niektóre żarty, ale większych potknięć nie zauważyłam, co znaczy tyle, że jeśli nawet były, to treść zainteresowała na tyle, że pozwoliła nie zajmować się błędami. Takie trochę opowiadanie pisane przez kobietę dla kobiet, o przeciętnej dziewoi dupconej przez umięśnione bóstwo.
Kolejny tekst, Bezsilność Macieja Kaźmierczaka, stanowi przyjemny wyjątek wśród opublikowanych konkursowych opowiadań, bo oto mamy sci-fi. Nie jakieś szczególnie oryginalne, wizja przyszłości jest raczej oklepana, czyli sztuczne inteligencje, zaawansowana technologia i takie tam, ale zawsze coś. Niestety, to tutaj trafiło się chyba najgorsze combo ortograficzne: „Czerwona wiąska przeszyła blat mebla, niemal go dosięgając. Upadając, kontem oka dostrzegł rysy twarzy (…)”. W tym miejscu zaczęłam płakać i trochę się pogubiłam w dalszej fabule.
Dalej mamy Śmierć elfa Roberta Narkuna – opowiadanie co prawda nie urzekło mnie na początku, ale im dalej w las, tym lepiej to wyglądało. Choć jak teraz o tym myślę, to za bardzo nie wiem, o czym to właściwie  miało być. Najpierw czytelnik dostaje dość długie przedstawienie bohatera, by tak naprawdę pod koniec zupełnie nic z tego nie wynikło, bo narrator przerzucił się na opisywanie elfickiego tunnel racingu. Przy czym muszę nadmienić, że dla mnie właśnie ta druga część była dużo ciekawsza, bo wreszcie doczekałam się całkiem fajnego przedstawienia elfów (przy czym jeden z nich został świetnie zilustrowany przez Igora Myszkiewicza!). Nie rozumiem tylko, po co było wyjaśnianie nazw własnych w nawiasach – czy to jakieś dopowiedzenia odautorskie, czy tak miało być… Ale moim zdaniem dużo lepiej by było bez tego.
I tutaj skończyły się teksty konkursowe, a antologię zamykają cztery opowiadania klubowiczów ZKF „Ad Astra”. Co się rzuca w oczy przede wszystkim, to że te teksty mają mniej błędów od konkursowych. Nie znaczy to jednak, że są idealne (wiem, wiem – nie istnieje coś takiego, jak idealne opowiadanie).
Korowód Igora Myszkiewicza w moim odczuciu dowiódł głównie tego, że autorowi lepiej idzie rysowanie niż pisanie. Tekst ma co prawda klimat, ale zabrakło mi w nim jakiejś konkretnej fabuły. To znaczy owszem, pojawia się Bachus (przy czym, w porównaniu z Bachusem z innych opowiadań, ten tutaj został zdecydowanie najlepiej opisany – mówię tu nie tyle o opisie wyglądu, ile o jego charakterze), ale ja na przykład po przeczytaniu tekstu nie miałam bladego pojęcia, czy opisane zdarzenie było jakimś wyjątkiem czy też podczas każdorocznego Winobrania coś takiego się odbywa. Po prostu czegoś mi w tym wszystkim zabrakło – nie wiem, może autor lepiej by się odnalazł w dłuższej formie…?
Może to dziś? Joanny Błaszczyk ma fajny klimacik i całkiem niezły pomysł, choć zabrakło mi w tym jakiegoś kopa. Nie wykluczam, że po prostu już powoli zaczęłam przy czytaniu mieć dość opowiadań z kategorii „może być” i zaczęłam łaknąć czegoś, co by mnie zachwyciło. Bo tak naprawdę nie mogę się tu za bardzo przyczepić do niczego konkretnego, a mimo to opowiadanie po mnie spłynęło.
Trochę lepiej było z tekstem Konrada Rataja Ardens Chrome. Jakkolwiek sama otoczka (istoty z przyszłości porywają ludzi z teraźniejszości) mnie nie zainteresowała, to jednak opis Rycerzy i Gonitw przyszłości był naprawdę fajny, plastyczny i człowiek sam się wciągnął w kibicowanie. No i podobało mi się zakończenie.
Wobec ostatniego opowiadania antologii, Piór Zbigniewa Kulczyckiego, mam raczej mieszane uczucia. Z jednej strony jest w tym wszystkim pomysł (och, anioły zawsze będą się podobać, no co?), z drugiej jednak całość wydaje mi się jakaś taka niedokończona. Po prawdzie nic się w tym opowiadaniu nie wydarzyło, zabrakło jakiegoś przypierdu, który by został w czytelniczej pamięci. Plus zdecydowanie nie spodobało mi się dość trywialne sprowadzenie katolików do oddziałów moherowych beretów i łysych wszechpolaków. Sama nie wiem, może miał to być jakiś Element Komiczny, ale wypadło bardzo blado.

Podsumowując: ogólnie jest tak średnio. Jak wspominałam, bardzo podoba mi się idea takiej antologii. Bardzo nie podoba mi się brak korekty. Podobają mi się ilustracje. Nie podoba się nierówność tekstów. Obok fajnych lub bardzo fajnych (Czarna, Manifest, Śmierć elfa, Ardens Chrome) pojawiły się słabiutkie (O Tym, co w górze) lub mocno przeciętne. Widać, że po prostu nie było z czego wybierać przy układaniu antologii. Jednocześnie zastanawiam się, na ile moja ocena jest uczciwa, a na ile wynika z czegoś pośredniego między zazdrością a dumą. Dam antologii Fantazje Zielonogórskie 5/10. Średnio. Chyba będzie najuczciwiej. Ale życzę powodzenia w przyszłym roku – chciałabym, żeby było dużo, dużo lepiej.







Do momentu startu uważałem, że nie ma we wszechświecie straszniejszych odgłosów niż te, które wydawały z siebie maszyny na linii. Dopiero kiedy zaczęła się Gonitwa, odkryłem rozmiary swego błędu. Ryk maszyn przed startem to młodszy, schorowany i skarlały brat tego ryku, który wydobył się z ich silników po rozpoczęciu pierwszego okrążenia. Kompozytowy pył sypał się spod kół jednostajnym strumieniem, a temperatura, którą osiągał przy takim tarciu, sprawiała, że mienił się kolorami od zimnego błękitu po płonącą biel Słońca.
– Konrad Rataj, Ardens Chrome (fragm.)

czwartek, 4 października 2012

ZaFraapowana filmami (67) - "Weekend"

Weekend - plakat
Tradycyjnie: miałam pisać zupełnie o czymś innym, a ostatecznie postanowiłam wspomnieć o czymś, czego wcale nie miałam w planach.
Lepiej nie pytać, jak do tego doszło, grunt jednak, że zdarzyło mi się obejrzeć film Weekend z 2010 roku w reżyserii Cezarego Pazury. Co tak generalnie myślę o polskim kinie, tego raczej nigdy nie ukrywałam. Toteż wobec Weekendu wcale nie miałam jakichś niebotycznych oczekiwań: ot, polska komedia sensacyjna, tak? Czyli pewnie słabe aktorstwo, wtórny scenariusz, ogólna zrzynka z zachodnich produkcji. I goły cyc.
Muszę przyznać, że częściowo nawet udało mi się pomylić, co stanowiło całkiem miłe zaskoczenie. Naprawdę: to nie jest wcale aż taki zły film – jak na nasze realia, oczywiście. Bije na głowę wszelkie Bitwy Warszawskie, Janosiki i inne rzygowiny. Obsada przecież wcale nie jest zła: nie mam nic do zarzucenia Fryczowi, Lubaszence czy Wilczakowi. Efekty nie powalają, ale też nie budzą jakichś niebezpiecznych odruchów, typu nieodparta chęć wyrzucenia monitora za okno. No ale, prawdę mówiąc, to nie jest produkcja wymagająca jakiejś niesamowitej ekwilibrystyki w dziedzinie FX. Ba, nawet humor miejscami był całkiem-całkiem. Nic epickiego, ale w filmie pojawiło się parę momentów, w których się uśmiechnęłam. Choć, niestety, w większości jednak dowcipy były zdecydowanie zbyt nachalne, przez co wypadały sztucznie. Być może Cezaremu Pazurze ta sztuczność i teatralność trochę się wkręciła przez to, że jego samego przecież przemielił 13. Posterunek. Jednakże to nie humor był największym problemem tego filmu.

Snatch - plakat
W przewidywaniach nie pomyliłam się co do jednego elementu: zrzynki z zachodu. Wręcz przeciwnie – była ona o wiele bardziej ewidentna, niż to się pojawiało w moich najśmielszych snach.
Zacznę od rzeczy najbardziej ewidentnej, którą musiał zauważyć absolutnie każdy, kto zobaczył plakat reklamujący Weekend: on był tak strasznie, straszliwie i bezczelnie skopiowanym plakatem ze Snatcha. Kolorystyka, ustawienie bohaterów, czcionka – nawet głupiej czcionki nie zmienili! Ja wiem, ja rozumiem, że kopiowanie nawzajem swoich pomysłów jest w tej branży na porządku dziennym (ot, pierwsze z brzegu zestawienie takich plakatów), niemniej to zawsze wywołuje we mnie jakiś sprzeciw.
Na plakacie jednak brak oryginalności się nie kończy. Problem tkwi w całym scenariuszu i w reżyserskiej wizji, której – najzwyczajniej w świecie – nie kupuję. Film sprawiał wrażenie, jakby jego twórcy naoglądali się właśnie Snatcha czy Pulp Fiction i zrobili z tego jakąś kompilację średniej jakości. Bo przecież, mimo najlepszych chęci, Pazura nie będzie ani Quentinem Tarantino, a nie Guyem Ritchie. I nic mu nie pomoże plakat, dwóch bohaterów, którzy będą rzucać głodne kawałki w oczekiwaniu na otwarcie drzwi, przydługie dialogi sfrustrowanych mafiozów nad restauracyjnym stołem i tego typu zagrywki. Jak uwielbiam Reservoir Dogs, tak tutaj większość takich niby-Tarantinowskich rozmów była najzwyczajniej w świecie piekielnie nudna. Ganianie się w tę i nazad celem przechwycenia tajemniczej walizki – też oryginalnością nie powiewa. I jakkolwiek doceniam próbę stworzenia galerii nietuzinkowych, wyrazistych bohaterów, to jednak jest to aż nadto Snatchowe, szczególnie we wcześniejszym kontekście plakatu. Choć tyle dobrego, że rozchodziło się o prochy, a nie o diament. Ale Cyganie już musieli być, prawda?
kadr z filmu Weekend (od lewej: Max i Norman)
Ale kalki to tylko jeden z dwóch głównych grzechów Weekendu. Drugim jest kompletna niewiarygodność zaprezentowanej historii. Po części wynika to zresztą właśnie z tego zapatrzenia w zachód. Wszyscy ci gangsterzy w garniaczkach i ciemnych okularach, pościgi, policjant wyrzucający z samochodu kierowcę z hasłem „Rekwiruję ten wóz!” – dobra, dobra, ja też widziałam te wszystkie amerykańskie filmy, ale to po prostu nie są nasze realia. U nas pościgi musiałyby odbywać się ze średnią prędkością 15 km/h i ze zgubieniem się na objeździe, bo główna ulica akurat rozkopana. A tak? To po prostu nie gra. Tak samo jak nie gra mi ta dziwaczna tendencja, że bohaterowie przestają rzucać swojską „kurwą” i zamiast tego pokrzykują „fuck!” – a niby czemu? Jasne, też mi się zdarza usłyszeć „fuck” na ulicy, szczególnie wśród młodych ludzi, ale to raczej wyjątek od reguły. W ogóle wulgaryzmy w Weekendzie są dobrane bardzo ciekawie, choć wciąż nie mogę znaleźć klucza. To znaczy bohaterowie sobie szastają tym fakiem (od czasu do czasu jest tez „kurwa”, nie przeczę), ale kiedy na przykład gościu wjechał samochodem w ogródek restauracyjny, o mały włos nie rozjechany klient tejże restauracji woła – cytuję – „Jak jedziesz, baranie?!”. Serio? Serio ktoś chce, żebym ja uwierzyła w tę scenę? „Ty też tere fere” po prostu.
Ach, a skoro już przy tym jestem, to w ogóle statyści mocno mordują ten film. Nie tylko ten gościu z restauracji. W innej scenie mamy dwóch kolesi okładających się pod klubem i, ofkoz, tłumek gapiów. Oficjalnie: to najmniej wiarygodny tłumek gapiów, jaki ostatnio widziałam. Jest po prostu fatalny – miałam wrażenie, że reżyser w życiu nie widział gapiów przy jakiejkolwiek bójce czy wypadku. A takie niedopracowane tło poszczególnych scen bardzo psuje wrażenie. Aktorzy mogą dwoić się i troić, wspinać na wyżyny kunsztu aktorskiego, ale to niewiele pomoże, jeśli nie mają tego tła.

Właściwie chyba na tym skończę – miałam jeszcze wspomnieć o homoseksualistach, ale już mi się nie chce. Dość napisać, że po raz kolejny gej = przebieraniec. Nie pojmuję tego, ale domyślam się, że to miał być Element Komiczny.

Weekend to zły film. Kalka z Hollywoodu, zarówno klimatem jak i poszczególnymi elementami scenariusza. Nawet dość dziwne, że nie było żadnego Murzyna. Po prostu tej wizji kompletnie nie „kupiłam”  – choć, tu powtórzę uwagę z początku, aktorsko ogląda się bez bólu zębów, a i parę razy można się uśmiechnąć, jak im przypadkiem jakiś żart wyjdzie. No i, co mnie totalnie zaskoczyło, chyba nie było gołego cyca. Dlatego dam Weekendowi aż 2/10, czyli bardzo zły. Ale nie takie zupełne nieporozumienie.





 


– Tylko we dwóch jesteście?
– Nie, jest jeszcze z nami Święty Mikołaj, ale się napierdolił i śpi na dole w saniach.

poniedziałek, 1 października 2012

Przy kawie (10) - Wrześniowy Karnawał Blogowy

(źródło)
Ech, ech… Jakoś się nie mogę odnaleźć w czasoprzestrzeni.
Gdzieś w połowie września powzięłam dumną i kategoryczną decyzję, że w tym miesiącu wezmę udział w karnawale blogowym. Bo po prostu do tamtego momentu już mi się uzbierała lista wpisów na rozmaitych blogach, które to wpisy zdecydowanie uznałam za warte polecenia. Na bieżąco je dodawałam do zakładek, żeby mi nie wyleciało z głowy i w ogóle – no i wszystko było cacy – tak do piątku. W piątek jakoś totalnie nie skapowałam, że to już ostatni weekend września. A dziś się obudziłam brutalnie spoliczkowana przez własny blogroll, gdzie tu i ówdzie mignęły właśnie karnawałowo-wrześniowe wpisy. Dokładnie takie, jakiego ja nie napisałam.
Ale myślę sobie: kij z tym, że zapomniałam. Bez przesady. Jest pierwszy października, czyż nie? Czyli jeszcze nie jest za późno, nie przesadzajmy. Zresztą, terminy to przecież tylko zestaw luźnych wskazówek. Najważniejsze, żeby polecić coś, co – naszym zdaniem – jest warte polecenia, czyż nie?

A więc jedziemy z tym węglem drzewnym.

Tak naprawdę dość długo zastanawiałam się, którą z wrześniowych notek Kruffy tu polecić: o fantastyce czy o filku. Ostatecznie uznałam, że filk poczeka na wpis o filkowaniu oborowym (tak, tak – uważnie śledzę kolumnę „Piszą się…” na Potworach), a w tym miesiącu nieco o fantastyce. Temat-rzeka. Wpis (a nawet wpis wraz z komentarzami) z całą pewnością nie wyczerpuje sprawy, niemniej stanowi fajne świadectwo tego, że fantasy nie musi być głupim czytadłem. A że do fantasy od dziecięctwa mam ogromny sentyment, to wszystkimi kubkami kawy wspieram wszelkie przejawy obrony tego gatunku i próby wyciągnięcia jego reputacji z bagna.

Bardzo ciekawy głos w temacie recenzji growych, obiektywizmu w recenzjach, różnic między krytyką a krytykanctwem, uczciwością recenzentów, różnicami między blogerem a dziennikarzem – słowem: rzecz smutna i prawdziwa, w dodatku bardzo ciekawie napisana. Smacznego.

Tak naprawdę polecam całego bloga, ale ten wpis może być takim bardzo miluchnym wstępem do zaprzyjaźnienia się z nim. Trochę o nauczaniu, trochę o ludziach, trochę o starciu dwóch kultur (i sama nie jestem pewna, czy chodzi mi tu o polską i polską, czy o polską i stepową).

Wspominałam, że mam sentyment do fantasy? No więc odsłona druga. Tym razem z naciskiem na polską fantasy. Wyróżniam po pierwsze za zwrócenie uwagi na tekst zwracający uwagę na zagadnienie, które mnie osobiście też bardzo nurtuje: czyli specyfikę polskiej fantastyki – ponurej, właśnie takiej „zbyt prawdziwej”. Po drugie – za świetne, rzeczowe wykazanie wad wspomnianego tekstu. Mam nadzieję, że wielu autorów podobnych prac weźmie sobie tę recenzję do serca i zrozumie, że tekst nie będzie fajniejszy, jeśli się go nadmie fachowością, i że trzeba zadać sobie przed pisaniem jedno ważne pytanie: „dla kogo to piszę?”. Tak czy owak, zamierzam pracę pani Tkacz nabyć i cieszę się, że Eruana zwróciła na ten tekst uwagę.

To by było na tyle. Życzę przyjemnej lektury wszystkim, którzy zechcą kliknąć w powyższe linki. A ja… cóż, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że pojawię się tu jeszcze jakoś przed październikowym karnawałem (tak, tak – to takie jedno z blogowych postanowień: dziesięć wpisów miesięcznie – mwahaha, widać, jak mi się właśnie udało. A innym postanowieniem jest: wrócić do karnawałów, bo to zbożny i cnotliwy proceder).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...