wtorek, 14 stycznia 2020

Dracula, jakiego się nie spodziewacie


(źródło)
Miało być o czymś innym, ale będzie tak. Bo mogę.

Kiedy Netflix podrzucił mi w ramach swoich polecanek swoją miniserialową adaptację Draculi, nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona. W gruncie rzeczy, chyba w ogóle nie byłam nijak nastawiona. Czytałam książkę Brama Stokera (uwielbiam ja zresztą całym Froowym serduszkiem), widziałam jakiś pierdylion ekranizacji. Nie czułam potrzeby dorzucania do tego pakietu kolejnej wersji.
No ale tak się złożyło, że zupełnie od niechcenia i z braku pomysłów na oglądanie czegoś innego, w końcu włączyłam Draculę.

Od samego początku miałam mieszane uczucia.
Z jednej strony pierwszy odcinek serwuje nam bardzo dużo bardzo klasycznych scen i momentów - rumuńska wieśniaczka wręczająca Jonathanowi krzyż, Jonathan zacinający się papierem na oczach Draculi i takie tam. Trochę to nuży, bo przecież człowiek widział te rzeczy już sto razy, ale jednocześnie jest całkiem miłe, bo historia ma jakieś stałe, charakterystyczne elementy, po których bez pudła można rozpoznać, co oglądamy, no i jakoś się podczas oglądania robi swojsko.
Z drugiej jednak strony Netflix oczywiście nie podszedł do tematu czysto odtwórczo, tylko prezentuje bardzo oryginalną wersję tej historii... do tego stopnia oryginalną, że w gruncie rzeczy chyba tylko dzięki tym klasycznym scenkom, o których pisałam wcześniej, człowiek w ogóle ogarnia, na co patrzy.
Twórcy bowiem popłynęli bardzo, bardzo daleko z tematem. Zarówno pod względem bohaterów jak i całej fabuły.

(źródło)
W ogóle cała opowieść jest... cóż, jest po prostu kompletnie inną opowieścią, jedynie początkowo zahaczającą nieco o to, co napisał Bram Stoker. I mam tu na myśli naprawdę srogi początek - to znaczy przyjazd Jonathana do zamku Draculi i jego utknięcie tam. Potem zaś wydarzenia zupełnie się rozjeżdżają. Muszę jednak przyznać, że z czasem zaczęłam doceniać tę fantazję, z którą twórcy zabrali się do opowiadania o losach najsłynniejszego wampira popkultury. Im bardziej miniserial odpływa od literackiego pierwowzoru, tym bardziej to wszystko wciąga, no bo człowiek już kompletnie nie wie, czego się spodziewać. Dużo się dzieje, mamy trochę zagadek, sporo akcji i przelewanej krwi (nic dziwnego, że Dracula chodzi ciągle wkurzony - biorąc pod uwagę, ile mu się ulewa podczas jedzenia, to on musi być permanentnie głodny), no a potem dostajemy takiego plot twista, że już w ogóle pozostaje tylko pomachać powieści na pożegnanie i zanurzyć się w serialu.

Nie byłoby to możliwe bez totalnego sponiewierania bohaterów. Toteż ani Jonathan, ani Van Helsing czy Mina nie będą tacy, do jakich widz może być przyzwyczajony. I ja tu bardzo nie chcę rzucać spoilerami, bo to może w sumie odebrać sporo frajdy z oglądania, dlatego rzucam tylko smętnymi ogólnikami. Po prostu: nic nie jest takie, jak się spodziewacie.
Na tym tle w sumie dość blado wypada... no cóż, sam tytułowy Dracula (Claes Bang). Jest jakiś taki "pomiędzy". Trochę próbuje być uwodzicielski i wyrafinowany jak Gary Oldman, trochę jednak potworny jak Klaus Kinsky czy Max Schreck, gdzieś może usiłuje zahaczyć o szlachetne dostojeństwo Christophera Lee, ale ponieważ jest wszystkim po trochu, to każdy z tych aspektów jego osobowości jest zaledwie cieniem tamtych poprzednich. Przez to też w sumie ta postać nie oferuje widzowi niczego nowego. Miniserial nie odkrywa nam w związku z tym bohaterem niczego, czego byśmy dotąd nie widzieli. A trochę szkoda, bo wyszło na to, że cała ta zakręcona historia to taka sztuka dla sztuki. Bawi innością, ale za tą innością nie kryje się nic więcej - nie pogłębia się w żaden sposób nasze spojrzenie na legendarnego hrabiego Draculę.

(źródło)
No i mamy też efekty. Ach, efekty. Netflixowe CGI wzbudziło dużo kontrowersji przy okazji Wiedźmina, toteż może tym razem byłam trochę bardziej wyczulona, nawet jeśli nie zamierzałam, bo zazwyczaj to dla mnie nie jest żaden priorytet w filmach.
I muszę przyznać, że wcale nie było źle, chyba nawet lepiej niż w Wiedźminie, no bo to jednak historia wampira, więc rzeczy dzieją się w nocy i ogólnie w słabym świetle. Czyli okoliczności bardzo korzystne, bo łatwo ukryć ewentualne niedoskonałości CGI. I tak wszelkiego rodzaju zombiaki i nieumarli byli zasadniczo całkiem nieźli - może tylko dziwaczna, skokowa animacja ich ruchów nie do końca się sprawdziła, nadając im pozór kukiełek ze starych animacji poklatkowych. Chociaż na przykład wychodzenie Draculi z postaci wilka (czy dowolnej innej) było, moim zdaniem, bardzo pomysłowe w swojej brutalności i zrobiło na mnie dobre wrażenie.

Ogółem nie żałuję czasu spędzonego na oglądaniu tego Draculi. Bawiłam się zaskakująco dobrze, choć koniec końców to była tylko zabawa, która nie wniosła nic do mojego odbioru powieści czy samej postaci wampira. Było fajnie, zaskakująco, pomysłowo. Tylko tyle i aż tyle. W wolnym czasie bez bólu można obejrzeć.
No i ogromnie mnie ucieszyło maleńkie nawiązanie do Sherlocka Holmesa w jednej ze scen.




You went to the dining room? You don't eat food.
I enjoy company, and I like people.
Then why do you kill them?
Why do you pick flowers?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...