wtorek, 24 stycznia 2017

Fraa i prequele albo "Strażnicy - Początek"

(okładka tomu II)
Autor: Darwyn Cooke, Brian Azzarello, J. Michael Straczynski, Len Wein
Tytuł: Strażnicy – Początek
Tytuł oryginału: Before Watchmen
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski, Marek Puszczewicz
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013-2014
Wydawca: Egmont Polska

Moje pierwsze zetknięcie ze Strażnikami, filmowe, najzupełniej mnie zachwyciło. Wkrótce więc nie miałam innego wyjścia, jak tylko sięgnąć po komiks – i, jeśli to w ogóle możliwe, było jeszcze lepiej. Nic więc dziwnego, że nie trwało zbyt długo, kiedy zdecydowałam się na kolejny krok, czyli lekturę serii prequeli pod zbiorczym tytułem Strażnicy – Początek. Już sam tom zawierający oddzielne historie Rorschacha i Komedianta by mi wystarczył, a przecież miało być więcej dobra: Gwardziści (Zakapturzony Sędzia FTW!), Dr Manhattan, a nawet Dolarówka. Cóż mogło pójść źle…?

Niestety, rzeczywistość postanowiła od razu dać mi po nerach i poprawić w piszczel.
W trakcie lektury pierwszego tomu, na który składają się historie Gwardziści oraz Jedwabna Zjawa, uświadomiłam sobie kilka spraw: po pierwsze, ja przecież w ogóle nie lubię prequeli! Serio – z jednej strony, jasne, jeśli mam do czynienia z ciekawą, złożoną opowieścią, to korci i nęci, by dowiedzieć się, co było wcześniej. Ale to taka ciekawość, która potrafi się okropnie mścić, kiedy zostaje zaspokojona. Bo nierzadko odarcie postaci czy wydarzeń z aury tajemniczości jakoś tak… no… nie jest fajne. Zubaża całą historię, każe porzucić dotychczasowe wyobrażenia na dany temat i wpasować się w zaprezentowaną ramkę. Pamiętam, że stosunkowo niedawno uderzyło mnie to podczas oglądania historii Wolverine’a. I niemal zawsze mam podobne wrażenie. Więc właściwie sięganie po Strażników – Początek było z mojej strony od samego startu ogromnym ryzykiem. Tym bardziej, że po komiksie Moore’a i Gibbonsa naprawdę bardzo wysoko zawiesiłam poprzeczkę. I tu następuje zresztą „po drugie”: autorzy serii prequeli mieli cholernie trudne zadanie. Przypuszczam, że nie ja jedna uznałam, że jeśli dostanę coś choć odrobinę gorszego niż „epicko przezajebiste”, to będę bardzo, bardzo niezadowolona. Pewnie gdyby bohaterowie tych komiksów inaczej się nazywali, a całość nie byłaby związana ze Strażnikami, ewentualne mankamenty bolałyby mnie dużo mniej. Po trzecie wreszcie, Strażnicy – Początek mają to, czego nie lubię: różnych rysowników. To chyba mocno subiektywne, ale ja po prostu nie lubię, kiedy w ramach jednej serii zmienia mi się kreska. Ja wiem, rozumiem, że przecież tutaj mamy do czynienia z kilkoma oddzielnymi komiksami i to nie tak jak np. w Kaznodziei czy Jonahu Hexie, ale jednak czytałam to ciągiem i miałam kłopot z tym przerzucaniem się co i rusz na inny styl rysowania. Jakoś mnie to wybijało. I nie poprawiał sytuacji fakt, że niektórzy rysownicy wyczyniali naprawdę dziwaczne rzeczy, które w najlepszym razie nie bardzo mi się podobały, w najgorszym zaś – niezmiernie bawiły za każdym razem, kiedy patrzyłam na dany kadr. I uwierzcie, to potrafi rozwalić klimat historii.

Ale to wszystko takie marudzenie formalne, które wciąż mogły wykasować świetnie opowiedziane historie poszczególnych Strażników.
Tyle tylko, że nie.
To znaczy nie chcę być źle zrozumiana: dobrze się bawiłam czytając te prequele. No, przynajmniej większość z nich. Ale one za diabła nie wytrzymują porównania.
W pierwszej części, Gwardziści, odniosłam wrażenie, że opowieść snuta jest jakoś tak bałaganiarsko, że wdziera się w nią chaos i miałam trudność z wczuciem się w bieg wydarzeń. Zabrakło mi rozsmakowania się w tle, delikatniejszego zarysowania postaci, wszystkiego tego, co oferowali Strażnicy. Rozumiem, oczywiście, że skoro Gwardziści są objętościowo o połowę krótsi od Strażników, trudno oczekiwać podobnego tempa. Ta część ma swoje lepsze strony, choćby Człowieka Ćmę, ale to ciągłe wrażenie pośpiechu i bałaganu sprawiło, że nie mogłam się nią zachwycić. Plus mały spoiler: doceniam podniesienie mi ciśnienia Zakapturzonym Sędzią. Przez krótki moment dałam się nabrać i już chciałam wyrzucić z siebie potok brzydkich słów, kiedy myślałam, że komiks jednoznacznie odpowiada mi na pytanie, kim ten bohater był w rzeczywistości. Na szczęście okazało się, że to tylko jedna ze zmyłek, a tajemnica pozostała tajemnicą.
Kolejna część, Jedwabna Zjawa, spodobała mi się bez porównania bardziej. Okazało się, że jednak przy tej długości historii zdecydowanie na zdrowie wyszło skupienie się na jednej postaci, a nie na całej grupie. Tak naprawdę nie mogę się za bardzo przyczepić do tej opowieści. Rysunki Amandy Conner fajnie podkreślają klimat, a sama historia tego, jak młoda, zbuntowana hipiska chcąc nie chcąc idzie w ślady matki, jednocześnie robiąc to „po swojemu”, jest całkiem ciekawa. Szkoda, że akurat nie jestem jakąś szczególną fanką Jedwabnej Zjawy, bo pewnie się trochę zmarnował potencjał.

Drugi tom serii był tym, na który czekałam najbardziej: składają się na niego dwie części: Komediant oraz Rorschach. Miziałam okładkę jeszcze na długo zanim wzięłam się za czytanie.
I, niestety. Smuteczek. Niby Brian Azzarello, autor scenariuszy do obu historii, to nie byle kto, bo zdobywca Nagrody Eisnera, ale kurde, no.
Szczególnie rozczarował mnie Komediant. Raz, że właściwie nie powiedział nam o tym bohaterze niczego odkrywczego. Wręcz mam wrażenie, że go uprościł, odzierając z tego, czym był Komediant w Strażnikach: z bycia błaznem w najbardziej klasycznym rozumieniu. Azzarellowy Komediant to ot, po prostu szuja. Nie mówi czytelnikowi niczego o otaczającym go świecie, mówi tylko o sobie. Przestaje być krzywym zwierciadłem. Dwa: całość skupia się wokół wątku wietnamskiego, który – czysto subiektywnie – niekoniecznie jest najciekawszym, co można było wybrać z życia Eddiego. Trzy: coś, co mnie poirytowało najbardziej – Azzarello zmienia wydarzenia, które znamy z oryginalnych Strażników. I to było w moim odczuciu bardzo, bardzo niefajne.
Zdecydowanie lepiej poszło z Rorschachem. Skarpetek z wrażenia nie rozerwało, a o Rorschachu dowiadujemy się tak naprawdę więcej z samych Strażników oraz z prequela poświęconego Nocnemu Puchaczowi, ale przyjemnie się to czyta. Jest intryga, śledztwo, szemrane typy i Rorschach, który nie uznaje szarości. Czyli wszystko poprawnie.

Trzeci tom to wspomniany już Nocny Puchacz oraz Dr Manhattan, a także króciutka historyjka Molocha.
Nocny Puchacz jest naprawdę bardzo w porządku. Irytowała mnie kreska, jakaś taka niedbała i rozedrgana, z brzydkimi cieniami i… no dobra, i ta groteskowa fryzura Damy Zmierzchu. Przepraszam, nie mogłam przestać się śmiać, kiedy ją widziałam. Laska wyglądała, jakby posadziła sobie na łbie ośmiornicę. Taką naprawdę dużą. A skądinąd Dama Zmierzchu okropnie mnie irytowała tymi swoimi okropnie naiwnymi, generalizującymi komentarzami na temat mężczyzn i tego, jak to świetnie ona się na nich zna. A wszystko to były mądrości na poziomie egzaltowanej nastolatki. Nie jestem pewna, czy bohaterka miała zrobić właśnie takie wrażenie. Natomiast abstrahując od niej, historia Nocnego Puchacza była fajna, no i szczególnie ciekawym akcentem był w niej Rorschach. I ta dość nienaturalna przyjaźń, jaka się między nimi wytworzyła (choć może „przyjaźń” to złe słowo) – bo wszak ci dwaj to typy o skrajnie różnych moralnościach.
Dr Manhattan jest opowieścią równie dziwaczną co tytułowy bohater. Właściwie trzeba tu docenić, że J. Michael Straczynski i Adam Hughes dali radę oddać tę niesamowitość, poprowadzić narrację w kilku alternatywnych rzeczywistościach jednocześnie, z różnych perspektyw i w różnych czasach. Fajnie wykorzystali formę komiksu do pokazania sposobu, w jaki istnieje dr Manhattan. Nie powiem, pod koniec zaczęło mnie to już nieco męczyć, ale myślę, że zamysł się udał. Ponadto ta historia robi to, czego mi brakowało przy Komediancie: poszerza wiedzę czytelnika o bohaterze. Wnosi coś nowego.
Tom kończy się częścią Moloch. Miły, krótki dodatek, który przybliża złoczyńcę znanego ze Strażników – acz znanego z zaledwie kilku pojedynczych scen, pozbawionego do tej pory jakiegokolwiek tła. Nie miałam tu żadnych oczekiwań, a historia, którą dostałam, była całkiem zadowalająca.

Ostatni tom to Ozymandiasz, Karmazynowy Korsarz i – znów krótki dodatek – Dolarówka.
Jeśli miałabym wskazać najgorszą część serii, to chyba celowałabym właśnie w Ozymandiasza. Ta historia przypomina słabego fanfika, pisanego przez podjaranego jedenastolatka, który bardzo chciałby być głównym bohaterem. Można odnieść wrażenie, że całość została napisana tylko po to, żeby Ozymandiasz mógł się bez ustanku nacierać własną zajebistością: inteligencją, zwinnością, siłą, błyskotliwością i ujwieczymjeszcze. A to się bardzo szybko stało cholernie męczące. Dodatkowo rysunki Jae Lee były cokolwiek dziwaczne – i nie chodzi mi tu wcale o wykończenie poszczególnych scen, które przechodziły w monochromatyczne plątaniny kresek – bo to akurat sprawiało fajne wrażenie. Chodzi mi o to, że Ozymandiasz – a także inne postacie pojawiające się w kadrach – zawsze mają obowiązkowy rozwiany pukiel nad czołem. I przepraszam, ale ten pukiel wyglądał idiotycznie i skutecznie odciągał moją uwagę od fabuły. Zresztą, od jakiej tam fabuły… fabułę znałam ze Strażników, bo scenariusz Lena Weina nie rozwinął jej jakoś szczególnie. Tak naprawdę dodał tylko ten intelektualny onanizm Ozymandiasza. Blah. Był dosłownie jeden moment, w którym pojawiła się we mnie iskierka nadziei, że może choć raz, jeden raz, Ozymandiasz – nie to, że przegra! – zremisuje w mordobiciu z kimś innym. To by było takim trochę ściągnięciem go na ziemię, dodaniem odrobiny mięsa do tego nadętego balonu. I co? I oczywiście musieli to popsuć, bo zaraz po tej niby wyrównanej walce czytelnik dostaje komentarz bohatera w stylu „oczywiście pozwalałem mu wygrywać, bo chciałem go sprawdzić”. FAK JU! I tym sposobem moim ulubionym momentem z całej tej historii jest kadr, w którym Bubastis odlewa się na Ozymandiasza. Amen.
Po takim przeżyciu powitałam Karmazynowego Korsarza jak prawdziwe błogosławieństwo. Fakt, myślałam, że ta część będzie miała więcej wspólnego z tymi fragmentami, które czytał chłopaczek w Strażnikach, ale i tak historia dała radę wciągnąć. Jeśli czegoś tam żałowałam, to faktu, że kreska nie była taka jak w Karmazynowym Korsarzu ze Strażników. Nie był to jednak wielki żal, bo ta opowieść jest naprawdę ładnie narysowana.
Serię zamyka krótka historia o Dolarówce – który tak właściwie nie był za bardzo superbohaterem, a raczej maskotką banku, ale przez pewien czas dawało się jakoś splatać jedno z drugim. Historyjka jest właściwie dość przykra, choć sam Dolarówka, niestety, jest moim zdaniem postacią zbyt marginalną, żeby dobrym pomysłem było kończenie nim całej serii.


Nie było idealnie, zdecydowanie nie. Wiele spraw mnie irytowało, mam żal o spartolenie historii tych bohaterów, na których mi najbardziej zależało. Ale gdybym miała podsumować wrażenia z lektury całości, to dobrze się bawiłam. Że Ozymandiasz był wkurzającym gnojem? No dobrze, może i był. Mogę się z tym pogodzić. Poza tym, poznałam lepiej Nocnego Puchacza, Jedwabną Zjawę, Rorschacha i innych. Zagłębiłam się w dziwaczne postrzeganie świata przez Dra Manhattana. Dowiedziałam się też czegoś choćby o Sylwetce czy Molochu. Gdybym teraz, znając zawartość, miała decydować, czy kupować serię Strażnicy – Początek, najpewniej zdecydowałabym się na „tak”. Bo wśród rozmaitych mankamentów, to wciąż są fajne historie osadzone w ciekawej rzeczywistości. Zapoznanie się z nimi nie jest w żadnym razie obowiązkowe. Strażnicy samodzielnie świetnie dają sobie radę i żadnych prequeli do szczęścia nie potrzebują. Ale jeśli ktoś naprawdę przywiązał się do tych bohaterów i chciałby przedłużyć tę znajomość – to ta lektura w żadnym razie nie boli.

4 komentarze:

  1. Potwierdzasz moje obawy. Zawsze panikuję przed wszelkimi pre i se. Bo zupełnie nie da się nie oczekiwać. Ale sięgnę. No pewnie, że tak zrobię. Nie da się inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nom, szczególnie po "Strażnikach" trudno nie mieć wystrzelonych w kosmos oczekiwań. Ale Ty będziesz miała łatwiej, bo nie jesteś Team Komediant. ^^

      Usuń
  2. Ja z zasady nie mam nic przeciwko prequelom, ale tu odrzuca mnie brak Moore'a.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...